menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Most
Autor Wiadomość
Berrylane


Mieszka w
fallen cloud


It's too cold outside

for angels to fly

W Berrylane zawsze

berrylane

administrator

Wysłany: 2017-11-03, 20:08   Most

Most
  
[Profil]
 
 
Barry Thawne


Wysłany: 2018-01-06, 19:26   

#1
outfit

Powroty zawsze były trudne. Zwłaszcza do rodziny, której przypadkiem się powiedziało o swojej inności, nawet wiedząc, że to było jak machanie czerwoną płachtą przed nosem byka. Nie powinien był im nigdy mówić, ani o sobie ani o tym, że pracuje jako policjant. Był takim rodzinnym niewypałem, to aż bolało. Starał się jednak pozostać optymistą. Miał rodzeństwo. Nieco zwariowane, trochę niepoukładane ale mimo wszystko mógł na nich liczyć. Chyba. Miał nadzieję, że tak. Nie było wiec tak źle! Rodzice kiedyś może też mu wybaczą i wszystko będzie w porządku. Tak jak kiedyś, gdy jeszcze mieszkał z nimi w jednym domu zanim uciekł z niego aby zacząć żyć na własną rękę. Nawet jeśli babcia sporo włożyła w to pieniędzy aby się usamodzielnił.
Sam nie wiedział jakim cudem znalazł się na moście. Szedł po prostu przed siebie a potem już tu był. Kiedyś spędzał sporo czasu w tym miejscu, uważając je za jedno z bardziej magicznych. Westchnął cicho, wdychając czyste, rześkie powietrze. Wreszcie faktycznie czuł jakby wrócił do domu. Nie spodziewał się aby kogoś miało tu przywiać. Okolica była słabo uczęszczana, przynajmniej tak to pamiętał.
Całkiem skupił się na tym co to otaczało. Lubił tu przychodzić właśnie dlatego, że tutaj było tak cicho. Poprawił koszulę, opierając się zaraz o barierę mostu, patrząc w przestrzeń. To miejsce w ogóle się nie zmieniło ani trochę. Było dokładnie takie jakim je pamiętał.
_________________





My heart's an artifice, a decoy soul

Who knew the emptiness could be so cold?

Glad you came Running home to you
  
[Profil]
 
 
Apolinary K. Balzak
[Usunięty]

Wysłany: 2018-01-08, 00:52   

d w a

Biegł. Może uciekał. Sam nie był pewien. Obraz, który nawiedzał go z tyłu głowy – tak bardzo niewyraźny, nieokreślony i niejednoznaczny – migotał mu przed oczami. Był uczuciem, które nabierało kształtów. Był marą senną, która wkraczała w rzeczywistość.
Śnił. Przedtem. Wtedy też biegł – wtedy na pewno uciekał. Też nie wiedząc przed czym.
Może uciekał przed tym samym. Przed tym obezwładniającym uczuciem, które paraliżowało, krzyczało o twojej bezbronności i otumaniało, osaczając dookoła.
Przyszpilało ręce i nogi do łóżka. A ty próbujesz się wyrwać, szarpiesz, ciągniesz, wiercisz się. A potem biegniesz.
Tylko nie jest to już snem. Realizujesz to, czego pragnąłeś w nim tak bardzo. Uciekasz, dajesz swobodę swoim rękom i nogom. Dajesz ulgę ciemności. Pozbywasz się tego ciążącego uczucia, które siedziało na barkach cały dzień, które sprawiało, że każdy papieros wypalany był o wiele szybciej, że każdy dźwięk zza pleców napinał każdy mięsień na ciele. I to masowanie kostek i nadgarstków – niemalże natarczywe.
Ale teraz, jedyne, co czujesz to wolność. Wolność biegu, wiatru, który chłodził spocone ciało. Nic nie stało na przeszkodzie. Wszystko było rytmiczne. Nie było już tego drżącego uczucia, które wkradało się pod naskórek i kąsało od środka, sprawiając, że każda cebulka unosiła się do góry, jeżąc włosy na ciele.
Biegł, choć nie śnił. Biegł bo chciał. Bo mógł. Bo w pewien sposób musiał.
Nie wiedział gdzie, nie wiedział po co, nie wiedział na jak długo. To uczucie było piękne. Jedyne chwile pełnej kontroli. Napięcie i rozluźnienie mięśni. Nic go nie trzymało. Mógł oczyścić myśli, mógł pozwolić im odejść. Skupiał się na rytmie, na pracy serca, oddechu, na krokach i zgięciu kolan.
Trasa wybrała się sama. Z dala od świateł, z dala od ludzi, od hałasu, od wszystkiego. Niemalże z dala od rzeczywistości, a jednak tak bardzo w jej centrum.
Wbiegł na most, czując kuszącą niestabilność pod nogami. Wąska przestrzeń chroniąca przed spadkiem w nieznane sprawiała, że na ciele zatańczyły iskierki – czy to strachu, czy ekscytacji, a może dziwnego połączenia obu. Biegł, nie zwalniając, akceptując wizję nieznanych scenariuszy, które przyszykował mu los – choć wcale w nie nie wierzył. Nie patrzył w dół – to była jedyna rzecz, przed którą się powstrzymywał.
Człowiek z wieloma lękami. Nieuświadomionymi, niezaakceptowanymi. Sprawiającymi, że wychodził na słabego, że wychodził na tylko człowieka. A gdzieś w głębi duszy się za niego nie uważał. Choć wiedział też, że jest tylko zlepkiem pierwiastków.
Niewiele z tego było istotne.
Bo wtedy spojrzał na niego. Sylwetka, która nawet z daleka poruszyła neurony, spieszące na pomoc z obrazami przeszłości. Przyniosły to jedno spojrzenie, poprzedzone powolnym skinieniem głowy, trwające przewlekle, intensywnie i dogłębnie, aż głowa nie znalazła się w zbyt krępującej pozycji, gdy przechodzili obok siebie na szkolnym korytarzu.
Deja vu.
Znów to zrobił. Znów skinął głową, nie zwalniając biegu. Znów spojrzał w oczy tak długo, jak długo trwało wyminięcie. Znów ruszył dalej, jak robił to przez te wszystkie szkolne lata. A potem się zatrzymał. Kilka metrów dalej. Tylko po to, by oprzeć się o barierkę i spojrzeć w stronę tej nostalgicznej sylwetki, o której nie myślał, że pozostawiła ślad w jego pamięci. Zatrzymał się i czekał, kolejnym spojrzeniem wysyłając nieme zaproszenie.
Wciąż nie patrzył w dół, choć opierał się nisko. Wolał patrzeć przed siebie.
 
 
Barry Thawne


Wysłany: 2018-01-09, 07:27   

Nie wiedział czego się można spodziewać po tej okolicy. Jakkolwiek spokojna by nie była, podobno nie brakowało tutaj szaleńców. Ktoś w końcu musiał tworzyć te wszystkie legendy, które nie miały dla niego żadnego sensu. Polujący na ludzi Huntsman? Nonsens. Nie istniało nic takiego. Za każdą legendą stała prawda, coś co można było logicznie wyjaśnić. Nie było żadnego monstrum w szpitalu psychiatrycznym. Były ostre przedmioty i niezrównoważeni ludzie. Chociaż czy w każdym człowieku nie drzemie potwór czekający na uwolnienie? On sam nie był świadomy, jak blisko własnych demonów zawsze stał. Jak bardzo te zatruwały jego umysł, bez udziału woli i świadomości. One po prostu były obok, zmieniając jego całe myślenie, sprawiając że zawsze był na krawędzi. Może dzięki temu jeszcze nie oszalał? Po prostu już był szalony.
Odruchowo zerknął w stronę zbliżającej się osoby, przywdziewając kolejny raz maskę nie tyle obojętności co wręcz chłodnej wyższości. Jeśli chciał tu pozostać, musiał zacząć grać według reguł jego rodziny, stać się tym kim chcieli aby był, nawet jeśli on sam przez to tracił oddech, dusząc się pod nadmiarem ról i obowiązków jakie na niego spadały. Ciężko było pogodzić momenty kiedy był po prostu sobą z tym co miał reprezentować według najbliższych. Może nie według Faith ani Richarda. Miał być idealny dla ludzi, którzy z taką łatwością byli w stanie o nim zapomnieć na cały czas trwania studiów.
Maska natychmiast jednak spadła, kiedy rozpoznał znajomą osobę. Jak mógłby zapomnieć? Nie mógł. Dlatego pamiętał każde minięcie na szkolnym korytarzu, każde spojrzenie i rzucony ukradkiem uśmiech. I sytuację, która nie powinna się nigdy wydarzyć, a jednak miała miejsce i nie chciał za nic jej stracić. Powoli ruszył z miejsca. To już nie był szkolny korytarz, nie byli tamtymi dzieciakami, które miały wspólną tajemnicę. Teraz już byli dorośli, a dorośli nie zamiatają spraw pod dywan, oni się z nimi mierzą. Oni też musieli.
- Prawdę mówiąc nie spodziewałem się ciebie tutaj. - Zauważył, wkładając ręce do kieszeni, kiedy powoli do niego podchodził. Berrylane najwyraźniej miało w sobie jakąś magiczną moc, która przyciągała wszystkich z powrotem, a tych którzy nie dali się rady wyrwać, więziło w swoje szpony, karmiąc jagodami. Mógłby się założyć, że w tych jagodach tkwił sekret. Gdyby tylko jego wiara w niemożliwe nie została całkiem wygaszona przez tę logiczną część natury. życie nie było bajką. Nigdy nią nie było. Stanął bliżej niego, zatrzymując się w odległości kilku kroków i spojrzał w dół. W przepaść, która czasem wyglądała tak kusząco.
_________________





My heart's an artifice, a decoy soul

Who knew the emptiness could be so cold?

Glad you came Running home to you
[Profil]
 
 
Apolinary K. Balzak
[Usunięty]

Wysłany: 2018-01-14, 19:32   

Stał, tak bardzo niestabilnie na tym, kołyszącym się w jego wyobraźni i wrażeniach, moście. Wszystko przez te chwile wydawało się niestabilne. Jakby otchłań, która czekała na niego, tuż pod jego stopami, powoli wyciągała ku niemu swoje macki, by delikatnie, syrenim głosem, nakłonić go do skoku. Aktu pokonania lęku, którego formą jest skok.
Ale to wszystko było tylko w jego głowie. Tej utrapionej, chowającej się pod mokrymi od potu kosmykami włosów, głowie. Nie umiał walczyć z irracjonalnością. Po części stanowiła 80% jego duszy i ciała. Irracjonalne myśli i czyny, przeplatające się między sobą, odrobinę przyprawione zdrowym rozsądkiem, które było zagubionym ziarenkiem wśród czeluści martwych plonów.
Stał i czekał, nie będąc samemu pewien czy powinien, choć z ogródkami pożegnał się równie dawno co ze swoim licealnym Ja, które miało ostatnią krztę rozsądku i ogłady, nie wypierając świata takim, jakim jest i kreśląc z zmarnowanym zeszycie paskudne nadzieje na lepsze jutro, które nigdy nie miało nadejść.
Nie patrzył w stronę nadchodzącego ciała. Nie było w tym zawstydzenia, czy skrępowania, które mogłoby go popchnąć w stronę podjęcia decyzji o dalszym biegu. Nic nie nakłaniało go do oderwania stóp od bujającej się nawierzchni i odbiegnięcia rytmicznym krokiem, pokazując co najwyżej swoje zlekceważenie kolejnej napotkanej osobie.
W zamian usiadł. Ciężko opuścił swoje ciało na wilgotną i brudną nawierzchnię. Dopiero wtedy popatrzył na chłopaka, który był tuż przy nim. Z dołu, a jednak wciąż z odrobiną lekceważącego posmaku we wzroku, który towarzyszył mu chyba już na stałe.
- Niełatwo się mnie pozbyć – oparł się dłoniach, odchylając się w tył. Wciąż patrzył, dając swym wzrokiem nieme zezwolenie na to, by Barry posadził swoje ciało obok niego.
Bliska obecność nie powodowała nic. Żadnych pozazmysłowych wrażeń, które odbijałby się na jego naskórku, które wychodziłyby z głębokiej podświadomości, szukając swojego ujścia na widok tego chudego, arystokratycznego bodźca. Uśmiechnął się na tą myśl/ uczucie.
- A ty? Dlaczego porzuciłeś swoją bajkę i wróciłeś do tej zabitej dechami dziury bez przyszłości?
Uczucia pozostały na wygnaniu. Nie przepuszczał ich przez kurtyny historii, nie wydłubywał z zardzewiałych szafek. Przeszłość pozostała przeszłością. Teraz tylko igrał z nią odrobinę.
Wystawił nogi poza obręcze i choć przez całe ciało przebiegły nieprzyjemne dreszcze, kumulujące się gdzieś w okolicy płuc – nie dał temu uczuciu za wygrane. Zaczął jedynie machać nogami, czekając aż te koszmarne macki w końcu go dopadną.
 
 
Barry Thawne


Wysłany: 2018-01-15, 14:09   

Przed lękiem nie można było uciec, on ciągle gdzieś tam był, schowany głęboko ale jednocześnie zbyt płytko. Barry wiedział jak blisko on sam jest poddania się lękowi. Jak niewiele brakuje aby ten przejął nad nim kontrolę, zmuszając go do skoku czy do uwolnienia wewnętrznych demonów, tych samych które za nim podążały, odkąd odkrył że jest inny, co nie podobało się jego rodzinie. Westchnął ciężko, obserwując przepaść, zanim przeniósł na nowo wzrok na mężczyznę. Minęło tak wiele czasu, tak wiele się zmieniło. Nawet nie wiedział czemu nie pozwolił mu po prostu odejść, mijając go tak jak przez te wszystkie lata, kiedy jedynie skinięciem głowy dawał mu znać, że w ogóle go widzi.
- Zauważyłem. - Uśmiechnął się mimowolnie, zajmując zaraz miejsce obok niego. Było zimno, sam most wydawał się wilgotny. Nie miało to jednak znaczenia, liczyło się tylko to, że siedząc czuł pewne oparcie i znikały myśli o skoku. Nie spodziewał się spotkać jego, myślał że tamte licealne lata już dawno zostawił za sobą, a wtedy zobaczył jego i wszystko wróciło. Te ukradkowe spojrzenia na korytarzu, skinięcia głową na powitanie, mijanie się na korytarzu i pocałunek, który nie powinien mieć miejsca, a który był tak dobry.
- Moja bajka nie skończyła się happy endem, wbrew temu co myślałem. Okazało się, że życie nie przypomina tego, o czym czyta się w starych książkach. - Westchnął jedynie, jakby odrobinę się w sobie kuląc. Żył w bajce, a później nadeszła szara rzeczywistość, która nie tylko wkradła się do jego serca, ona je przebiła lodowym soplem, zostawiając go zranionego i samotnego w tej walce o oddech i każdy kolejny dzień. Aż w końcu wrócił tutaj. By zapomnieć? Chyba tak, może też podświadomie szukał oparcia w rodzinie, jednak nie zamierzał wprost o nie prosić.
_________________





My heart's an artifice, a decoy soul

Who knew the emptiness could be so cold?

Glad you came Running home to you
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 6