menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Strzelnica
Autor Wiadomość
Maya Belfrey



w Berrylane od roku

zastępca szeryfa

30
yo

170
cm

w związku z niczym

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2018-12-02, 12:19   
  
...

  
.........

  
Maya Belfrey

  

  

  

  

  

  


Kolejne okruszki ciasta zniknęły z palców Mai, gdy bezceremonialnie oblizała je językiem, nie chcąc uronić ani jednego, nawet malutkiego kawałka. Tort nie zasługiwał na to, aby go marnować, a już na pewno nie zasługiwał na to tort przyniesiony w darze ofiarnym.
- Bezpieczna? Ze mną? Absolutnie - powiedziała, nie uściślając jednak, czy chodzi o absolutnie tak, jesteś ze mną bezpieczna, czy też absolutnie nie, nie jesteś ze mną bezpieczna. Spojrzała przy tym na Frankie w taki sposób, który jej samej, gdyby była na miejscu lekarki, wydawałby się delikatnie mówiąc, niepokojący. Albo chociaż dawał trochę do myślenia, co też kryje się pod jasnym kapeluszem... to znaczy gdyby ten kapelusz był na swoim miejscu, a nie na głowie kogoś innego. Maya wypuściła głośno powietrze z płuc i zamknęła tekturowe pudełko, odcinając widok i częściowo zapach czekoladowego tortu od swoich zmysłów. Do końca jej zmiany pozostało jeszcze kilka godzin, więc bez problemu upora się z resztą ciasta, a potem będzie żałować, że wepchnęła w siebie tyle kalorii. Chociaż z tym ostatnim miała najmniej problemów. Geny Belfrey'ów były o tyle cudowne, że pozwalały się jej opychać wszystkim, co miała pod ręką i utrzymywać całkiem przyzwoitą sylwetkę. Oczywiście nie bez znaczenia miały też godziny spędzone na ćwiczeniach na siłowni, czy poranne bieganie, ale nie zmieniało to faktu, że nawet czekoladowy tort nie robił wrażenia na pani szeryf i jej kilogramach.
- Dzisiaj wyjątkowo niczym, po prostu odreagowuję ostatnie dni - wyjaśniła. Sięgnęła znów po broń i załadowała cały magazynek, zabezpieczając pistolet, zanim na powrót wsunęła go do kabury zawieszonej u pasa. Będzie potem musiała napisać raport o rozliczeniu nabojów, co było z jednej strony idiotycznym dodatkiem do i tak bogatej dokumentacji, z drugiej jednak całkiem sprawnie chroniło przed ewentualnymi nadużyciami. - I doskonale wiesz, o czym mówię - zmrużyła oczy - i jakkolwiek wierzę, że drugi raz tego nie zrobisz - przyłożyła palec do blizny - to i tak odstawienie alkoholu dobrze mi zrobi. Przynajmniej tego wypijanego na mieście. Piwo z popłuczynami za dolara - parsknęła bez odrobiny szacunku dla barowych i pubowych alkoholi. Doskonale wiedziała, że sprzedawane tam piwo mieszane jest i rozwadniane na dziesięć różnych sposobów, nie mówiąc już o droższych trunkach. O wiele przyjemniej było wypić sobie coś lepszego we własnym domu i to bez ryzyka, że z tej samej szklanki piła wcześniej jakaś zawszona menda. O czystości kufli też mogłaby napisać elaborat.
- Skoro i tak mam cię wykorzystać... - zastanowiła się, wydymając lekko usta i patrząc gdzieś w bok, jakby szukała tam inspiracji - możesz polecić mi jakiegoś lekarza od tego tam... jak to było... a! Lordozy szyjnej, osteofitycznego zaostrzenia krawędzi kręgów albo jakiegoś innego cholerstwa - powiedziała z triumfem, wyciągając przed siebie prawe ramię, a lewą dłonią poklepała się po barku, przypominając Harvey jej własną diagnozę wydaną jakiś czas temu. Była dumna sama z siebie, że udało jej się zapamiętać te dziwne i kompletnie niezrozumiałe dla niej samej nazwy, które - do tego jednak nie przyznałaby się Frankie nawet na torturach - wygooglała zaraz po powrocie do domu, przy okazji prawie doznając zawału, gdy czytała powikłania, które mogą wystąpić przy zignorowaniu dolegliwości. Z pewnością nie była to choroba, którą jako policjantka pracująca fizycznie mogłaby tak po prostu olać i przejść nad nimi do porządku dziennego, udając, że nic się nie dzieje. Za kilka lat mogło się zacząć dziać, a wtedy nawet urocza pani doktor Harvey trudniąca się po godzinach darmowymi poradami fizjoterapeutycznymi zza krat celi niewiele by pomogła.
- I wcale mi nie przeszkadzasz, zresztą miałam już powoli kończyć. Tort zawsze wygra ze strzelnicą - wyszczerzyła zęby w uśmiechu, przytulając do siebie tekturowe pudełko jak największy skarb, jaki dany jej było trzymać w ostatnim czasie. - W takim razie... - zawiesiła na moment głos - czy uczynisz mi ten zaszczyt i narazisz się na ogłuchnięcie, wybierając się ze mną na wieczór karaoke okraszony tłustymi przekąskami i bezalkoholowym piwem?
[Profil]
  MÓW MI: Adam
MULTI: Adam Fawley, Colin Winchester
 
Frankie Harvey



w Berrylane od urodzenia

Chirurg ogólny

34
yo

169
cm

Zaczęło się w piątek

Lives in:
magnolia flats

Wysłany: 2018-12-02, 18:06   
  
Frankie Michelle

  
Harvey

  
Zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

  

  

  

  

  

  


Ostatnie dni były fatalne. Pomyślała mogąc w tej chwili łączyć się z szeryfową w bólu, bo gdyby wzięła w dłoń kalendarz to bez wątpienia ostatni tydzień byłby najgorszym ze wszystkich dotychczasowych. Przebił nawet atak bombowy w Kabul, co zapewne było efektem świeżości niż samego bólu, bo nic nie dręczyło człowieka tak bardzo, jak śmierć bliskich. Swoje własne bolączki, otarcie się o śmierć lub strach przed przeszłością, która znów zaczęła ją ścigać, mogła odłożyć na bok. Przeżyje to, bo nie wyrwie jej serca, jak wtedy gdy dowiedziała się o śmierci większości personelu, z którym zdążyła się zżyć pod odstrzałem terrorystycznego ognia i palących promieni słońca.
- Pomogło? – zapytała samą siebie wyrywając z głębokiego zamyślenia. Była ciekawa, czy broń sprawnie opanowana przez dłonie Belfrey i schowana do kabury, była rozwiązaniem na emocje, które bez wątpienia objawiały się w koszmarach. Nie miała złudzeń. Nadzieję może trochę, ale w kościach czuła, że mimo wszystko tamto zdarzenie prześladowało Maye. Trochę to jeszcze potrwa, ale dojdzie do siebie. W to akurat Harvey wierzyła.
- Nie naciskam. – uniosła obie ręce w geście bezbronności, a raczej tego, że nie miała nic do ukrycia ani nie zamierzała atakować kobiety tekstami w stylu ‘ze mną się nie napijesz?’. W Afganistanie może i było ciężko, ale picie alkoholu w tym upale z perspektywą jedynie godzinnego snu, z którego ktoś mógł cię nagle wybudzić, bo potrzebna była operacja, nie należało do priorytetów wszystkich tamtejszych lekarzy. Przez ponad dwa lata była praktycznie abstynentką nie licząc góra trzech razy, kiedy skusiła się na home made vodka ala terrorista style zrobionej z czegoś, co do tej pory było zagadką nawet dla Harvey, która na studiach pędziła własny bimber.
- Wyko.. co? – rzuciła pod nosem po chwili układając usta w małe ‘o’, bo w końcu dotarło do niej, co niedawno powiedziała. Powinna uważać zwłaszcza przez te całe magiczne sposoby odrywania uwagi i odbierania rozsądku poprzez oblizywanie palców, które nie powinno robić na niej wrażenia, ale robiło. Choćby się zapierała rękoma i nogami to nie mogła tak po prostu odepchnąć na bok ludzkich reakcji zdradzającego ją ciała, bo cholera jasna nie chciała dać sobie spokoju z kobietami, które przecież przez lata nie były ‘jej rzeczą’ (Her thing – brzmi lepiej). Nagle co? Wybudziła się z trzydziestoletniego zimowego snu? – Zwykły masaż na początek by wystarczył, żeby złagodzić napięcie w mięśniach, ale dobrze jeśli ktoś przy okazji zerknie na twoją szyję. – wiele osób bagatelizowało bóle w barkach, kucie pod łopatkami albo nieprzyjemne wykręcanie mięśni w okolicach ramienia, które niestety było ściśle powiązane z szyją i jednorazowe zaniedbanie tego mogło skończyć się źle. Lepiej dmuchać na zimne zwłaszcza, że w pracy Belfrey było duuużo napięcia.
Nagle bardzo mocno zainteresowała się kapeluszem, który ani trochę nie wadził, ale jego rondel był tak wielki, że gdyby tylko.. machnęła głową tak gwałtownie do przodu, że kapelusz przesunął się znacznie i aż zaszedł na oczy. Palcem wskazującym uniosła nieco rondel i niepewnie spojrzała spod niego na Maye uśmiechając się niewinnie jak tylko mogła.
Nikt by nie powiedział, że miała ponad trzydzieści lat.
- Yeap. – zgodziła się. – Obiecuje nie zrobić ci siary. – zachowaniem dzieciaka, które bawiło się kapeluszem w tej chwili zdjętym ze swej głowy. Jakby nigdy nic podeszła nieco bliżej pani szeryf i ostrożnie nałożyła jej własność na rude włosy, swoje własne zaczesując dłonią do tyłu. – Wspominałaś o gabinecie szefa? – rozejrzała się na boki. – Jest tutaj czy pokażesz mi biuro z zupełnie innej strony? – pytała z czystego zainteresowania, bo jakoś nigdy do tej pory nie zdażało jej się odwiedzać brata w pracy. Zazwyczaj, jak się spotykali, to czekała na parkingu albo przy wejściu nie zagłębiając się w szczegóły, jak teraz, w jej pytaniu nie było niczego w czym można się zagłębić (chociaż w mojej głowie to już mogłaby być propozycja na coś niemoralnego). – Oczywiście, jeżeli masz czas, bo nie chce by twoi koledzy potem mieli pretensje, że przyjmujesz gości, kiedy oni ciężko pracują. – naprawdę nie chciała robić jej kłopotu. Tort przyniosła więc mogła spadać, chociaż cicho liczyła na jeszcze parę minut w ów towarzystwie oraz zaprzątania jej myśli różnymi rzeczami. Potrzebowała tego, stąd trochę niezdrowe zainteresowanie wnętrzem gabinetu szeryfa.
[Profil]
 
 
Maya Belfrey



w Berrylane od roku

zastępca szeryfa

30
yo

170
cm

w związku z niczym

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2018-12-03, 10:49   
  
...

  
.........

  
Maya Belfrey

  

  

  

  

  

  


Maya rzuciła szybkie spojrzenie na tarczę strzelecką w kształcie ludzkiego korpusu, teraz podziurawioną kulami i wzruszyła ramionami. - Trochę pomogło - powiedziała, nie wdając się w szczegóły i skupiając na kolejnych medycznych radach płynących z ust Frankie. Było coś przyjemnie miłego w tym, jak mówiła o rzeczach, na których się doskonale znała; jak korzystała ze zdobytej na studiach wiedzy popartej potem latami doświadczenia w szpitalach i na froncie. Belfrey nie cierpiała osób, które gadały od rzeczy albo owijały w bawełnę. Wolała wszystko usłyszeć od razu, prosto z mostu i na temat, bez niepotrzebnego kluczenia albo gadania o czymś, o czym nie miało się zielonego pojęcia. Frankie miała pojęcie i miała zręczne dłonie, które pewnie potrafiły nie tylko wyszyć zgrabny napis na czole pacjentów, ale też zrobić porządny masaż i może... o tym, co jeszcze potrafiły, Maya wolała nie myśleć akurat teraz, gdy każda taka myśl zapewne skończyłaby się nerwowością, zawstydzeniem i zdenerwowaniem. Była porządną policjantką, w dodatku na służbie, a o pani doktor z Seattle mogła myśleć do woli, lecz wyłącznie w czasie wolnym.
Zaraz, wróć.
Jakie myśleć o pani doktor? Dlaczego miałaby o niej myśleć? I w dodatku w tak wyjątkowo prywatnych kategoriach jak masaże i inne poza-lekarskie-rzeczy-które-robiła-Harvey? To przez te głupie aluzje, którymi ją bombardowałam przez telefon, żeby ją wytrącić z równowagi, powiedziała sobie w myślach, zanim ledwie widocznie przełknęła ślinę i mocniej przytuliła pudełko z tortem. Wpadła we własną pułapkę, którą kilka dni temu zastawiła na Frankie, no pięknie. Dodatkowo niemalże czuła jak za ścianą kotłuje się stado wygłodniałych słodkości samców, chociaż oczywiście były to wyłącznie jej własne urojenia wzmacniane bardzo bogatą wyobraźnią i, no cóż, wcześniejszymi słowami Frankie o jej kolegach czyhających na tort.
- W Seattle na pewno jest specjalista od takich masaży, a ty na pewno znasz jego numer... - zawiesiła głos w wyczekiwaniu, jakby Harvey miała pod ręką plik wizytówek ze specjalistami, lekarzami i masażystami, rozdając je potem na prawo i lewo w sytuacjach takich jak ta. Nie minęła jednak chwila, a Maya nieco spochmurniała. - Chociaż taka przyjemność pewnie kosztuje fortunę i nie każde ubezpieczenie ją pokrywa - mruknęła już bez dźwięczącego w głosie entuzjazmu. Opieka zdrowotna dla policjantów raczej nie przewidywała chodzenia na masaże w ramach opłacanych składek, chyba że byłby to wynik rekonwalescencji po postrzale albo innym paskudnym wydarzeniu. Na przykład wybuchu wojny w szpitalu. Co jej przypomniało, że szeryf usilnie wysyłał ją na wizytę u terapeuty, wymawiając się obowiązującymi procedurami. O dziwo, akurat w tej sprawie się z nim w pełni zgadzała i nie zamierzała się od tego migać. Próbowała znów skupić się na rzeczywistości, a nie na minionych wydarzeniach, jednak nie było to wcale takie proste, gdy Harvey na jej oczach bezczelnie bawiła się kapeluszem, jej kapeluszem, i poprawiała go wymownym gestem, którego pewnie nie powstydziłby się Clint Eastwood w czasach swojej świetności, gdy grywał w kinowych westernach. Kusiło ją, aby zapytać z lekką kąśliwością, czy Harvey życzy sobie też przymierzyć mundur a nie tylko kapelusz, ale przezornie zachowała to pytanie na inną okazję.
- O tej porze pewnie siedzi jeszcze w gabinecie - powiedziała, gdy sprawdziła godzinę na wyświetlaczu telefonu. - Jeśli chcesz pozwiedzać posterunek z innej strony, to zapraszam w nocy... - urwała nagle, klepiąc się otwartą dłonią w czoło. - Ach, faktycznie, już byłaś tu w nocy - teraz to ona uśmiechnęła się tak niewinnie, jak tylko potrafiła. - No cóż, i tak zapraszam. Opracuję inny program wycieczki, który nie zawiera w sobie żadnych słów zaczynających się na c oraz kończących na ela - poprawiła kapelusz i przygładziła kosmyki włosów, które spod niego wystawały, nie przestając rozbrajająco się uśmiechać. - Gabinet szeryfa, sale przesłuchań, no a strzelnicę już odhaczyłaś - machnęła ręką za siebie - do magazynu dowodów niestety cię nie wpuszczę, ale za to zostało prosektorium - zachichotała zupełnie nie jak dorosła kobieta, jakby sama myśl o wizycie w tak ponurym miejscu była wyjątkowo śmieszna. Machnęła ręką ponownie, tym razem w stronę czających się policjantów, łypiących na nie zza szyby. - A nimi się nie przejmuj. Podejrzewam, że i tak odwalam za nich całą brudną robotę, którą zwykle Howell na nich zrzucał - westchnęła, opierając dłonie na pasie z bronią i przestała się nagle uśmiechać. Zamiast tego spojrzała na Harvey takim wzrokiem, jakby się nad czymś mocno zastanawiała i biła z myślami, czy powinna je wypowiedzieć na głos.
- Nie wracasz dziś może do Seattle? Znam tam dobry bar z karaoke, gdzie mają całkiem smaczne jedzenie i nie dopuszczają do mikrofonu zbyt podpitych osób - znów spojrzała na wyświetlacz w telefonie, bo oczywiście przez minioną minutę już zapomniała, która była godzina. A może po prostu czas w towarzystwie Frankie płynął wedle zupełnie innych zasad.
[Profil]
  MÓW MI: Adam
MULTI: Adam Fawley, Colin Winchester
 
Frankie Harvey



w Berrylane od urodzenia

Chirurg ogólny

34
yo

169
cm

Zaczęło się w piątek

Lives in:
magnolia flats

Wysłany: 2018-12-05, 21:02   
  
Frankie Michelle

  
Harvey

  
Zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

  

  

  

  

  

  


- Na pewno kogoś znajdę. – wizytówek nie miała, ale skoro szukasz lekarza to zapytaj o niego innego lekarza. Proste i zrozumiałe, dlatego Harvey trochę popyta po szpitalu, bo szczerze powiedziawszy masażyści nie byli jej kumplami do picia. Kiedyś z jednym chodziła, ale to było bardzo dawno temu i jakoś wolała o tym zapomnieć.
Zmrużyła oczy rzucając kobiecie spojrzenie z cyklu ‘bardzo zabawne, jeszcze się policzymy’ za wspomnienie o jej nocnym pobycie w areszcie. Nadal uważała, że nie powinna tam trafić i ciągle będzie trzymać się swego stanowiska choćby miała wszcząć z Belfrey kolejną wojnę, której nie chciała, więc zapewne skończy się na dogryzaniu sobie nawzajem, a raczej wypominaniu ów sytuacji przez Maye. Mimo wszystko musiała dać znać, że była uparta i nie podda się bez walki, co bez wątpienia dało się wyczytać z tego jednego spojrzenia wraz z teatralną miną, bo topór wojenny można uznać za zakopany, lecz małe bitwy nadal będą toczyć. Nawet jeśli to wszystko zostało okalane delikatnym uśmiechem.
- Mój brat pracuje tu od lat i przyznam się szczerze, że jeszcze nigdy nie miałam okazji zobaczyć tego miejsca w całości. – wyjaśniła swe zainteresowanie gabinetem szeryfa, które okazało się być zajęte, więc przytaknęła na wybranie nieco innej ścieżki. Szczerze powiedziawszy nie była tym aż tak bardzo zainteresowana, bo rozchodziło się głównie o przedłużenie spędzonego tu czasu. Naprawdę nie zamierzała zawracać szeryfowej tyłka, ale sama musiała wyrwać się z domu, zapomnieć o niezbyt udanym spotkaniu z Marrero i po prostu żyć dalej. Na razie była w fazie ‘zapominania’ a do tego potrzebowała towarzystwa kogoś, kto aż tak dobrze jej nie znał. Przynajmniej nie musiała się z niczego tłumaczyć.
- Powinnaś sobie odpuścić. – bo teraz wychodziła na pracusia, który to robił wszystko za innych, a przecież – Jesteś szefem. Zastępcą, ale jesteś. – więc mogła korzystać z tej władzy. Wprawdzie nie mogła zrzucać wszystkiego na innych, bo swoje obowiązki również należało wykonywać, ale robić coś za podwładnych? To już lekka przesada. Gdyby Frankie robiła w szpitalu to, co mógł wykonać każdy rezydent na pierwszym roku, to już dawno zredukowałaby swój sen do jednej godziny na dobę. Przekichane.
Ponownie zerknęła w stronę szyby pewna, że nie obejdzie się bez konfrontacji z resztą policjantów. Z początku obawiała się tylko o tort, ale z kolejnymi minutami spędzonymi na strzelnicy zaczęła brać pod uwagę także samą siebie. Nie żeby uważała się za miss stanu, ale ujmowała sobie urody i dobrze wiedziała, że mogła podobać się mężczyznom. Przez chwilę nawet pożałowała, że założyła obcisłe jeansy, które podkreślały tyłek w taki sposób, jakby miała na sobie obcasy (w których pośladki wyglądały nieziemsko).
- Nie planowałam. – wtrąciła w słowo i słuchała dalej zerkając w stronę rozstrzelanej tarczy tak, jakby to ona była teraz podziurawiona przez zaskoczenie propozycją Belfrey. – Pracujesz..? – ni to stwierdzenie ni pytanie, które zawisło w powietrzu. – Przepraszam, źle to zabrzmiało. – jakby szukała wymówki by nigdzie z Mayą nie iść. – Z chęcią wybiorę się z tobą na karaoke, ale podczas urodzin trochę wypiłam, a nie chce zostawiać motoru w Berrylane. – więc wyjazd – teraz – do Seattle odpadał. – Chyba, że umiesz prowadzić jednośladowca i masz albo znasz kogoś, kto posiada w zapasie kask. – nie chciała tak łatwo odpuszczać tego spotkania. Ledwo tutaj przyszła i już miałaby sobie iść? Gdyby tak zrobiła to zapewne wróciłaby do domu i upiła winem oglądając z rodzicami jakąś przyjemną komedię. Nie gardziła tym, ale potrzebowała odmiany, nawet jeśli za parę chwil, gdy tylko stąd wyjdą, rzuci się na nią jeden z policjantów racząc flirciarskimi tekstami, zaś drugi zechce pożreć, bo całkiem niedawno wpakował Frankie do celi. Będzie niezła zabawa.
[Profil]
 
 
Maya Belfrey



w Berrylane od roku

zastępca szeryfa

30
yo

170
cm

w związku z niczym

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2018-12-06, 17:07   
  
...

  
.........

  
Maya Belfrey

  

  

  

  

  

  


- No i jako szef, zastępca szefa, mam sporo na głowie. Pracuję tu trochę ponad pół roku - zastanowiła się, licząc coś w myślach - w sumie to już ponad osiem miesięcy i w tym czasie z dziesięć razy myślałam o tym, aby to pierdolnąć w cholerę. Albo przynajmniej wziąć dzień wolnego. Urlop na żądanie z zaskoczenia i patrzeć, jak niektóre ofermy sobie radzą - rzuciła przeciągłe spojrzenie na przeszkloną ścianę, śledząc wzrokiem paru policjantów, których miała na myśli. Ci jednak na swoje szczęście stali albo odwróceni plecami albo udawali, że nie widzą wpatrującej się w nich szefowej, bo pewnie od samej świadomości spłonęliby pod jej spojrzeniem. - Paradoksalnie ta chwila wolnego po wybuchu bardzo mi się przydała - westchnęła, uświadamiając sobie nagle z całą mocą to, że jej życie faktycznie kręci się wokół pracy i jest to zdecydowanie pierwszy krok do pracoholizmu. A może już w niego wdepnęła i teraz pogrąża się coraz bardziej, ciężko jej to było ocenić. W Portland bez problemu udawało się jej rozgraniczać pracę od czasu wolnego, miała znajomych, przyjaciół i była nawet w długim i, zdawałoby się, poważnym związku, co utrzymywało zdrowy dystans między mundurem a dresem, w którym uwielbiała chodzić. Ale tutaj? Co jej pozostało prócz pracy, wpatrywanie się w puste ściany wynajmowane mieszkania czy ciągłe niezapowiedziane wizyty w przyczepie brata, gdzie bratowa pewnie miała jej już po dziurki w nosie?
Nic dziwnego, że gdy pojawiła się całkiem niespodziewana okazja, aby to choć trochę zmienić, Maya uczepiła się jej jak tonący brzytwy. Może nie tak całkowicie, bo daleko jej było do desperacji, ale skoro już sama zaczęła odczuwać, że za bardzo poświęca się pracy i gdy sama Frankie, znając ją przecież zaledwie chwilę, również to zauważyła, to zdecydowanie coś nie grało.
- Mogłabym wsiąść... na niego? - oczy Mai zaświeciły się jak dwie okrągłe i nowiutkie jednodolarówki, na które padło jasne światło. - Na twój motocykl? - upewniła się, że słuch jej nie mylił. - I to nie jako pasażer, ale kierowca? - wpatrywała się w Harvey z osłupieniem pomieszanym z pierwszymi oznakami szczęścia, jakby w tym roku Mikołaj przyszedł znacznie wcześniej i zamiast jednego prezentu przeznaczył dla niej cały wielki wór wypasionych fantów. Musiała być bardzo, bardzo grzeczna w tym roku, że zasłużyła na coś takiego. Rzuciła szybkie spojrzenie na niedojedzony tort. Jeśli Harvey zgodzi się na jej propozycje, Maya będzie musiała go gdzieś ukryć; najlepiej w biurze Howella, który pewnie warknie na nią z irytacją, że mu przeszkadza, ale może skuszony kawałkiem tortu łaskawie wybaczy najście. Tak, gabinet szeryfa to najlepsza kryjówka. - Tak się składa, pani doktor - zaczęła mówić powoli, unosząc lekko brwi - że mam uprawnienia na motocykle. Zalety pracy w policji i patrolowania ulic - brwi podjechały jeszcze wyżej, a Maya wręcz mogła czytać z kobiety jak z otwartej księgi i doskonale odgadywać jej myśli i uczucia. Takie, w których strach o ukochaną maszynę mieszał się z odrobiną ledwie wyczuwalnej ciekawości.
Cóż, gdyby Maya była szczera do bólu, pewnie wspomniałaby o jednej czy dwóch kolizjach, w których brała udział, gdy musiała położyć motocykl na jezdni, aby uniknąć poważniejszego zderzenia. Na jej obronę świadczyło to, że oba wydarzenia miały miejsce podczas policyjnego pościgu i zdecydowanie nie z jej winy. Spędziła w jednostce patrolowej zaledwie kilka miesięcy podczas obowiązkowego szkolenia i strasznie do niej tęskniła; czuć warkot i drżenie motocykla pod swoim ciałem, ściskać go mocno kolanami i zapierać się stopą o pedał sprzęgła podczas każdorazowej zmiany biegów to było coś, co niesamowicie ją pociągało. Nigdy jednak nie pomyślała o tym, aby samej zainwestować w motocykl; z policyjnej pensji było to dość trudne, a proszenie o pomoc rodziców zdecydowanie nie wchodziło w grę. Oczy Mai zrobiły się jeszcze większe i bardziej proszące, gdy wbiła niecierpliwe, błagalne spojrzenie w Harvey. - Pani doktorrrr - zamruczała, przeciągając ostatnie r do granic możliwości i tego co wypada, a co nie wypada - obiecuję, że zajmę się odpowiednio twoją ukochaną maszyną. Musisz mi uwierzyć na słowo, że wiem, jak to się robi.
[Profil]
  MÓW MI: Adam
MULTI: Adam Fawley, Colin Winchester
 
CALLIE LANGDON



w Berrylane od zawsze

znowu wypisuje mandaty

26
yo

169
cm

i próbuje rozwiązać zagadkę śmierci byłego

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-12, 23:13   
  
`callie langdon

  
`

  
`

  

  

  

  

  

  


#26 bez torebki

Ostatnimi czasy Callie nie czuła się jakoś specjalnie najlepszą pracownicą na świecie. Nie żeby była złą policjantką, bo nie o to o chodzi. Spełniała swoje zadania, postępowała według zasad i procedur, mieli już z Joshem na koncie kilka zatrzymań, kilka przesłuchań i kilka interwencji. Ale kompletnie nie czuła się spełniona w swojej pracy i usatysfakcjonowana ze sowich osiągów. Nie żeby miała wyżej tyłek niż nie powiem co, i myślała że po pierwszym tygodniu z powrotem w pracy dostanie jakieś super ekstra sprawy, przez które odznaka detektywa wskakuje do kieszeni, nie sądziła też że nagle znajdzie się w czołówce osób ścigających Huntsmana. Ale myślała, że jednak trochę bardziej się w to śledztwo wbije, zamiast wpatrywać się w zamknięte drzwi i co najwyżej przy ekspresie do kawy próbując coś podsłuchać i czegoś się dowiedzieć. Zwłaszcza, że w wolnym czasie wciąż i wciąż studiowała te dowody do których miała dostęp i te, które prześledził Matthew w swoim własnym śledztwie. I trwała w martwym punkcie, nawet z informacjami które z Joshem znaleźli w kasynie i które dziwnym trafem znalazły się w jej kurce. Miała przeczucie, że kto z tamtego rejonu wie coś więcej o porwaniach i samym Huntsie, ale nikt nie chciał mówić. A ją to bardzo frustrowało, bo serio, to trwało za długo. Jak na te czasy, jak na takie możliwości policji, internetu i w ogóle, wszystkiego. Ludzie robili dzieci z dwóch komórek jajowych i plemnika, fotografowali czarne dziury i odnajdywali nowe gatunki człowieka sprzed tysięcy lat, ale nie potrafili rozwikłać jednej zbrodni? I przez tą frustrację znajdowała się tutaj, w cywilu, bo była już po służbie poza budynkiem i zostało jej tylko siedzenie w papierkach, więc wygodniej było we własnym wdzianku... i strzelała. I przez to zapomniała, że umówiła się z Lailą na przerwę obiadową, eh.
_________________
[Profil]
  MULTI: perry, wolfie, gal, tyler, joey, scott, nora, fin, ada, maia
 
Laila Marlowe



w Berrylane od zawsze

psycholog policyjny

28
yo

163
cm

Trochę randkuje ze Scottem i trzymam syna w tajemnicy

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-22, 17:26   
  
Laila

  
Marlowe

  
Because I'm trying to do the best I can And they can't find something to satisfy me

  

  

  

  

  

  


5

Tym razem zamiast urządzać pogawędki z biednymi ludźmi, którzy stracili swoich bliskich, albo mieli jakieś poważne wypadki, z którymi sobie nie radzili, Laila miała zupełnie inne zadanie. Miała tworzyć profil psychologiczny jakieś złodziejaszka, na podstawie kilku zeznań świadków i dowodów znalezionych na miejscu zbrodni. Może nie było to jakieś ciężkie zadanie ale na bank pracochłonne przez co zupełnie była wyprana z jakiejkolwiek możliwości logicznego myślenia. Przez dłuższą chwilę siedziała w gabinecie patrząc się w ekran laptopa i dopiero gdy zadzwonił jej budzik, który sygnalizował przerwę w pracy zajarzyła, że już coś jest nie tak. To była bardzo wymagająca psychicznie robota i musiała zrobić sobie wolne, całe szczęście była umówiona z koleżanką na szybki obiad i czekała na spokojnie przed wyjściem z komisariatu, a gdy Callie się nie zjawiała to Laila zapytała recepcjonistki czy przypadkiem brunetki gdzieś nie widziała. Dzięki temu dowiedziała się, że Langdon prawdopodobnie dalej jest na strzelnicy. Laila była dobrą koleżanką więc początkowo poszła do bufetu żeby wziąć im po sałatce i jakimś soku w kartoniku, a później ruszyła na strzelnicę.
- Uważaj, bo jeszcze z kartki poleci krew - powiedziała podchodząc do koleżanki i pomachała jej ręką - a wtedy zaraz zlecą się jacyś cudoznawcy - a tego, by nie chciały, bo to za duże zamieszanie! - Masz, bo jak człowiek głodny to zły - a to wiedziała dzięki posiadaniu małego dziecka, który zawsze jak był głodny robił największy rozpierdol. Uśmiechnęła się do niej i wręczyła jedzenie oraz soczek, a później przysiadła na jakiejś ławeczce. - A Ty co taka agresywna? Dawno do nikogo nie strzelałaś na ulicy? - zapytała unosząc lekko brew z wyraźnym rozbawieniem na twarzy.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: cyc
MULTI: gin,jolly,,dawsey,hayden,,marcy
 
CALLIE LANGDON



w Berrylane od zawsze

znowu wypisuje mandaty

26
yo

169
cm

i próbuje rozwiązać zagadkę śmierci byłego

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-26, 00:03   
  
`callie langdon

  
`

  
`

  

  

  

  

  

  


Cóż, Berrylane to jednak miejsce gdzie takich wypadków, przypadków i w ogóle było cholernie dużo, ręce pełne roboty. Nawet jeśli ktoś nie cierpiał akurat na jakiś zespół stresów z tego powodu, obawiając się każdego cienia, każdej tajemniczej przesyłki pod drzwiami czy wyjścia na miasteczkowe wydarzenia, to i tak można było mieć niezłe depresyjne myśli przez samą obecność tylu złych rzeczy. Już nie mówiąc o znikających ludziach, których w wielu przypadkach znało osobiście całe miasteczko albo było z nimi jakoś spokrewnione. Jak dla Callie działo się tutaj aż za dużo dziwnych rzeczy i wyczuwała w tym jakiś większy spisek, ale póki co miała tylko teorie, niewiele konkretów.
- Ej, nawet tak nie żartuj. To Berrylane, tutaj palone kukły okazują się mieć spalonego burmistrza w środku - przypomniała jej, marszcząc brwi. I na wszelki wypadek odłożyła broń wzdychając ciężko - jezu, ale praca w tym mieście jest frustrująca - mruknęła pod nosem, trochę gniewnie, zaraz potem próbując wziąć kilka relaksacyjnych oddechów.
- O cholera, przepraszam, już czas na przerwę? Totalnie się zapomniałam - spojrzała na zegarek, a potem przepraszająco na Lailę. Wzięła od niej pakunek i uśmiechnęła się lekko - dzięki, jesteś aniołem - pochwaliła ją, przechodząc do lady. Ściągnęła oksy, ściągnęła słuchawki i otworzyła swoją paczuszkę. Zaraz potem zaśmiała się cicho - na ulicy to akurat do nikogo nigdy nie strzelałam. Tylko ostrzegawczo w sufit, kiedy okradali jeden sklep, biedny dzieciak aż się posikał z wrażenia. Okazało się, że nie miał swojej broni nawet odbezpieczonej - wywróciła oczami, no cóż, było minęło. A ona teraz spróbowała sałatkę - omg, jaka dobra. Dobrze, że wybrałaś z mięskiem - pochwaliła ją zaraz potem i zerknęła na nią zaciekawiona - a ty od czego uciekłaś aż tutaj? - zapytała zaraz potem, przeczuwając że nie tylko szukanie jej ją tutaj zawiodło.
_________________
[Profil]
  MULTI: perry, wolfie, gal, tyler, joey, scott, nora, fin, ada, maia
 
Laila Marlowe



w Berrylane od zawsze

psycholog policyjny

28
yo

163
cm

Trochę randkuje ze Scottem i trzymam syna w tajemnicy

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-05, 13:15   
  
Laila

  
Marlowe

  
Because I'm trying to do the best I can And they can't find something to satisfy me

  

  

  

  

  

  


- W umie już dawno się nie przydarzyło nic dziwnego, aż jestem pod wrażeniem - powiedziała unosząc brew, pewnie wszystko uderzy z podwójną siłą, gdy los w postaci Mistrza Gry znajdzie na to czas. Różnie w sumie może być nie? Laila nie narzekała, przynajmniej miała mniej pracy, bo o ile robienie testów psychologicznych dla swoich współpracowników i dzieciaków, którzy chcieli w przyszłości pracować w tym zawodzie, nie było jakimś wielkim wyzwaniem, to jednak rozmowy z rodzinami jakiś porwanych lub zabitych ludzi już do najłatwiejszych nie należały i Marlowe bardzo to później przeżywała.
- No tak... chodzisz jakoś z głową w chmurach, zakochałaś sie czy co? - zapytała blondynka z lekkim rozbawieniem i poruszała przy tym brwiami. Może było coś o czym Callie jej nie mówiła? Mogła się pochwalić! - W porównaniu do Ciebie to i owszem - rzuciła trochę chamsko ale później ją poklepała po ramieniu żeby ja jakoś wesprzeć na duchu, bo przecież nie każdy może być taki super miły jak ona.
- Biedne dziecko - skwitowała, bo jednak była matką i chyba, by jej serduszko pękło gdyby jej synek okradał sklep i jeszcze, by się posikał przed policjantką. Wstyd na całego. Swoją drogą, co to musieli być za rodzice, którzy wychwali małego kryminalistę. Marlowe miała nadzieję, że Toby wiedział, że jeden taki numer, by poskutkował szlabanem do końca życia i totalnym brakiem kieszonkowego. - Oczywiście, że z mięskiem... masz mnie za jakiegoś vege świra? - zapytała i aż prychnęła, no bo bez przesady! Trzeba było jeść mięsko, gdyż zdrowe jest i smaczne.
- Od niczego... byłyśmy tak jakby umówione, a że Ciebie nie było nigdzie to cóż... recepcjonistka Cię wydała - Marlowe nie miała w sobie aż takich pokładów agresji i zdenerwowania żeby się rozładowywać na strzelnicy. Wystarczy, że przyjdzie do domu i zobaczy syf pozostawiony przez syna, który będzie musiała posprzątać. Chwila moment i rozładuje nadmiar emocji na szmacie.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: cyc
MULTI: gin,jolly,,dawsey,hayden,,marcy
 
CALLIE LANGDON



w Berrylane od zawsze

znowu wypisuje mandaty

26
yo

169
cm

i próbuje rozwiązać zagadkę śmierci byłego

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-12, 00:02   
  
`callie langdon

  
`

  
`

  

  

  

  

  

  


- Pod wrażeniem? Daj spokój, to po prostu cisza przed burzą. A burza jak przyjdzie, to zrzuci nam na głowy części ciała tych wszystkich zaginionych osób - wywróciła oczami, nie była to wizja ani apetyczna ani miła. I nie musiała być policjantką żeby tak myśleć, żaden cywil nie chciał kolejnych trupów i kolejnych masakr na ich podwórku, a jednak miasteczko było ich. Tutaj się urodzili, tutaj się wychowali, nauczyli chodzić, biegać, jeździć na rowerze, kochać, mieli też prawo sie zestarzeć w spokoju. Poza tym Callie bardzo chciała dorwać wszystkie osoby za to odpowiedzialne, bo odebrano jej o wiele więcej niż tylko poczucie bezpieczeństwa w miasteczku.
- Wręcz przeciwnie, zdecydowanie jestem na etapie odkochiwania się - przyznała, z westchnieniem lekkim. Tęskniła za Efremem, oczywiście, z nim wszystko było takie lekkie i proste, nawet mimo jego córki w tym wszystkim. Ale teraz już go nie było, rozumiała jego decyzję, tak samo jak on zrozumiał dlaczego nie mogła wyjechać z nim, tylko została.
- Nie jestem urażona - wywróciła oczami, nie sprawdziłaby się w roli anioła. Znudziłoby ją to poddańcze życie i ślepa wiara w słowa kogoś innego, a jak nie to leć w dół, prosto na ryj. Nic fajnego.
- Okej, no nie dziecko, miał szesnaście lat. Ciekawe co teraz się z nim dzieje... - zastanowiła się, lekko mrużąc oczy. Może to sprawdzi, a może nie, bo o sprawie za pięć minut zapomni. Miała w końcu o wiele ważniejsze rzeczy na głowie.
- Heej, wegetarianizm to bardzo zdrowa dieta i szanuję, że nie chcą przyczyniać się do mordowania zwierzątek - zauważyła, z rozbawieniem lekkim, że Laila jest taka przeciw. Jak dla niej każdy miał prawo jeść to co chciał. - Nie mam jednak takiej siły woli żeby też z niego zrezygnować - westchnęła cicho, bo jednak mięso było smaczne i łatwe w przygotowaniu. A z warzywami trzeba się głowić, szukać sezonowych i w ogóle.
- Więc gratulacje, znalazłaś mnie - skinęła lekko głowa, biorąc się za jedzenie, w sumie - a przychodzisz tu czasem sama z siebie, trochę postrzelać? - zapytała zaciekawiona, bo nie wiedziała jakie ona ma wymogi pracy nawet.
_________________
[Profil]
  MULTI: perry, wolfie, gal, tyler, joey, scott, nora, fin, ada, maia
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5