• Zaloguj
  • Rejestracja
  • Berrylane :: Stolik IV
    nieznajomy
  • ABY FORUM DZIAŁAŁO PRAWIDŁOWO, ZALECAMY WYKONANIE TWARDEGO RESETU - CTRL + F5, CTRL +FN +F5 LUB COMMAND +OPTION +R
  • Wraz z majem w centrum Berrylane ruszyły przygotowania do obchodów Armed Forces Day. Tegoroczny festyn zostanie wzbogacony o grę terenową.
  • Policja donosi, że na terenach White Hills, dookoła drzwi wielu domów nieznany sprawca rozmazał czerwoną ciecz. Zgłoszono też znalezione w okolicy niepokojące ołtarzyki.
  • W Crimson Woods zauważono tajemniczą wycinkę drzew, a władze miasta milczą na ten temat.
  • Granica między gangiem, a praworządnymi mieszkańcami Berrylane w ostatnim czasie zaczęła się zacierać - zaleca się omijać tereny Pink Waters.
  • WYKORZYSTAJ SWÓJ KUPON - WARUNKI REALIZACJI KUPONÓW GRACZA
  • DZIENNIKI ODZNACZEŃ - ZBIERAJ PUNKTY I WYMIENIAJ JE NA NAGRODY
  • #5 WIADOMOŚCI MAJ/CZERWIEC
  • ZADANIA LOSOWE
  • UWAGA! ZAGINĄŁ EDWARD R
  • - SZYBKIE POSZUKIWANIA ZNAJDŹ PARTNERA DO GIER
  • urodzinowa loża - wyniki głosowania
  • Stevie / ANKO
    Colter / Maja
    Lilianne / Lilka
    Bowie / Ania
    Raine / Ada


    Berrylane Strona Główna » Berrylane » White Hills » Lazy Forest Place » Just For You Cafe » Stolik IV
    Poprzedni temat «» Następny temat
    Francis Marvel



    Kochał żonę, ale ona już nie żyje


    więc do pracy w ratuszu wciąż nosi obrączkę


    i próbuje uczynić to miasto bezpieczniejszym.

    Francis
    Marvel








      
    AUBURN PINE HOUSES
       od adopcji w wieku 4 lat

      
    Cały świat jest straszliwie przepełniony wspomnieniami tej, która istniała i którąm stracił...

      
    30 y.o.

      
    187 cm

      


    2020-05-22, 00:52


    *16*


    Nie mogłam się oprzeć :idc:

    Zwykle był osobą opanowaną, ale wracając pamięcią do dnia festynu, nie mógł wymazać z głowy tego momentu, gdy wrócił już do domu, analizował wszystko, co miało na obchodach miejsce i stracił nad sobą kontrolę. To był moment, w którym zamachnął się, rzucił szklanką o ścianę, ta stłukła się z dźwiękiem, który spłoszył jego psa. Dało się tego uniknąć. Ta myśl powracała jak widmo za każdym razem, gdy coś takiego w Berrylane miało miejsce. Za każdym razem miał tysiące pomysłów na to, jak zapobiec nieszczęściom, ale zawsze łączył je wspólny mianownik — pojawiały się po fakcie. Nie bał się tego, co napisze prasa, nie bał się spadku poparcia, w zasadzie nie bał się niczego, co związane było z reputacją, jego strach oscylował w innych rejonach. Bał się o rodzinę, o bliskich, o to, że znów stanie się coś, czemu nie będzie umiał zapobiec. Takiego strachu nie da opisać się słowami, ubrać w żadne ramy, czy wytyczne. Przez ten strach nikt nie krzyczy, ani nie płacze... do krzyku i płaczu można stracić siły i przez zmęczenie znaleźć ukojenie. Marvel nie wierzył, że takiego doświadczy. Tak więc zaczął się dla niego czas gorszy, niż ten, który wcześniej zwykł już nazywać złym. Chciał kogoś oskarżyć, ale nie mógł na nikogo zrzucić winy, lojalność, honor, a może głupota mu na to nie pozwalała. Mógł natomiast obwiniać sam siebie i na to faktycznie sobie pozwalał. Tylko, że to nie usprawiedliwiłoby go, gdyby chciał na moment zwolnić, wyskoczyć z silnego nurtu zdarzeń, jakie mają w Berrylane miejsce. To tak nie działało. Co by się nie wydarzyło, nadal miał swoją posadę, nadal musiał sprawować nad nią pieczę, wykonywać powierzone mu obowiązki. W tym całym ferworze walki, spotkanie z Audrey wydawało się jakieś odrealnione. Prawdę mówiąc machinalnie opuścił biuro, nie zastanawiając się nad tym, gdzie i z kim ma się spotkać. Był zbyt pochłonięty myślami, a o czasie i otoczeniu przypomniał sobie dopiero, gdy miał już opuszczać ratusz. Tam zatrzymała go jedna z kobiet zajmujących się weteranami. To nie byłoby dziwne, gdyby nie powód jej wizyty. Chyba z dwa razy powiedział, że nie trzeba, gdy wręczała mu bukiet kwiatów, tłumacząc, że drugi musi zanieść pani burmistrz. Abstrahując od tego, że Francisowi nie pasowały takie podarki, po prostu nie uważał, żeby zasługiwali na takie podziękowania, mimo to kobieta się uparła, a chociaż Marvel najchętniej pozbyłby się róż już teraz, wiedział, że to nie wypada. Zabrał więc bukiet ze sobą, dziękując i wychodząc na spotkanie. Zwykle też był przed czasem i pewnie gdyby nie to spotkanie kwiatowe na wyjściu z ratusza i tym razem byłoby tak samo. Wcale nie ucieszył się, widząc, że Audrey już czeka. Uważał — czy słusznie, czy nie — że tak nie wypada.
    — Dzień dobry. Wybacz, że musiałaś czekać — powiedział na wstępie. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie siedziała już tutaj zbyt długo. — Zamówiłaś już coś? — dodał zajmując miejsce na przeciwko Audrey. Nie przeszkadzały mu spotkania poza ratuszem, wierzył, że wiele osób to miejsce może przerażać. Sam nie był też pewien, jak powinien się zachowywać. Nie wiedział w prawdzie, że Audrey rozmawiała o nim z jego bliskimi, ale wiedział, czego była świadkiem na festynie. Nadal patrzył na nią, jak na młodą dziewczynę, więc po prostu się martwił, jak to miał w zwyczaju, podobnie też, jak to miał w zwyczaju, okazywanie tego mu nie wychodziło. Minę miał chłodną i opanowaną. — Proszę się tym nie kłopotać, w naszych obowiązkach leży zajmowanie się miastem, nawet w sytuacjach kryzysowych. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby jeden problem ciągnął za sobą kolejne — chodziło mu o to, że sprawa sadzenia drzew nie może być zignorowana tylko dlatego, że wydarzyły się niespodziewane wypadki. Teraz też w końcu spojrzał na te nieszczęsne kwiaty, które tutaj ze sobą przyniósł. Zrobił to na podstawie dość rzeczowej analizy i teraz też bez zawahania podał je Audrey. — Proszę je przyjąć. Kwiaty mi nie pasują. Zwykle gdy jakieś dostaję, oddaję je siostrom, ale dziś nie będę miał do tego okazji. Uznajmy, że to za zasługi dla drzew — pod koniec powiedział pierwsze, co mu do głowy przyszło. Wiedział, jak to brzmi, ale nie przejmował się tym. To pewnie było najmniej wylewne wręczenie kwiatów, jakie Audrey miała za sobą, ale Fransowi to nie przeszkadzało. W końcu chciał, żeby nie poczuła się speszona. Mógł je wyrzucić, ale podobno kobiety lubiły kwiaty, więc uznał, że nic mu nie szkodzi. Za próbę przekupstwa też raczej nie mogło to uchodzić, bo przyznał się, że sam je dostał. Ostatecznie nadal uważał, że Audrey nie pała do niego sympatią i szczerze wątpił, że miałoby się to zmienić nawet gdyby faktycznie poleciał i wykupił dla niej całą kwiaciarnię. Wtedy pewnie dałby jej więcej powodów do rzucania aluzji o jego sprzedajności i mierzenia wszystkiego przez pryzmat korzyści.


    Lilka
    Lilianne itp.
    piszę posty
     
    Baby Hemingway



    Come run the hidden pine trails of the forest


    Come taste the sun sweet berries of the Earth


    And for once never wonder what they're worth

    Audrey
    Hemingway








      
    WHITE LOG MEWS
       .

      
    I zagapiam się tak na Twój temat, że przejeżdżam po kilkadziesiąt przystanków

      
    20 y.o.

      
    165 cm

      


    2020-05-22, 18:48


    - Nic nie szkodzi - zapewniła, nie widząc w tym większego problemu. Jasne, nieszczególnie lubiła na kogoś czekać i wolała, kiedy każda ze stron trzymała się wyznaczonej godziny, ale aktualnie była zbyt zdezorientowana, by się tym przejąć. - Słucham? - zapytała zmieszana, a potem... potem zrobiło jej się cholernie głupio. - Ach, nie. Nic nie zamówiłam, szczerze mówiąc, zapomniałam, że powinnam to zrobić - wyjawiła zgodnie z prawdą, nie wiedząc zupełnie, dlaczego zdecydowała się na taką szczerość. Przez jej zawiłe rozmyślenia i próby ułożenia odpowiednich przeprosin, naprawdę umknął jej fakt, że siedziała w kawiarni.
    Uśmiechnęła się lekko na jego następne słowa, nic już nie dodając. Cieszyło ją, że nie przyszedł tutaj, by przekonać ją do zrezygnowania z tej sprawy i że ta wciąż była dla niego istotna. A to, co zrobił po chwili... Trochę ją sparaliżowało. To, że ktoś wręczył jej bukiet kwiatów, nie powinno robić na niej żadnego wrażenia - obracała się przecież w środowisku, które zagwarantować mogło jej znacznie więcej. Te roślinki nie zbliżały się nawet w połowie do wydatków, jakie co tydzień przeznaczała, by znaleźć się w Berrylane, ba, więcej pewnie wydawała każdego dnia na śniadanie! Jednakże... kwiaty to kwiaty. Robiły na niej wrażenie, bo była prostym człowiekiem, czy raczej typową kobietą, której na widok takich bukietów miękły kolana. I minęło naprawdę wiele czasu, odkąd dostała taki podarunek - nawet Colter nigdy jej takiego nie sprezentował, a przecież swojego czasu byli zaręczeni. Zaniemówiła więc, gdy Francis wyciągnął róże w jej stronę i potwierdził, że tak, owszem, są właśnie dla niej. Część, w której przyznał, że nie miał co z nimi zrobić, jakoś jej w natłoku tych emocji umknęła. Teraz wypadało zapewne się odezwać i przerwać tym samym ciszę, która nagle przez nią nastała? - Ja... Ale... Dajesz mi... To znaczy pan. Pan daje mi kwiaty? - zapytała, trochę mając wrażenie, że to wszystko nie działo się naprawdę. Poczuła w dodatku, jak płoną jej policzki i w pierwszym odruchu chciała się za nie złapać, by jakoś to zatuszować, ale wyglądałaby przecież wtedy jak idiotka. Zamiast tego po prostu przyjęła od niego ten bukiet i przyjrzała mu się dokładniej. Nic nie rozumiała. - Ja też miałam coś przynieść? - zapytała i zaśmiała się nerwowo, starając się obrócić tę sytuację w jeden wielki żart, ale... Francis kompletnie namącił jej teraz w głowie i nie miała pojęcia, jak powinna zareagować. Zaczęły do niej także napływać podejrzenia, jakoby była to jedna z jego sprytnych sztuczek, mających na celu uśpić jej czujność, ale... czy naprawdę Marvel upadłby tak nisko? - Dziękuję. Są bardzo ładne - powiedziała w końcu, kiedy dotarło do niej, że jeszcze za te roślinki nie podziękowała. Niby nie powinna się tak ekscytować, skoro były z drugiej ręki i mężczyzna nie poszedł po nie specjalnie do kwiaciarni z myślą o Audrey, ale... Było to naprawdę miłe. Rozejrzała się też dookoła, by sprawdzić, czy ktoś im się może przygląda, bo co tu ukrywać - dla niewtajemniczonej osoby, która oglądała tę scenę z boku, spotkanie Francisa i Audrey musiało wyglądać na typową randkę... Właśnie z tego powodu tak się zarumieniła, bo brakowało im chyba tylko zapalonych świec na stole, by faktycznie sceneria była jak z filmu romantycznego. Aktualnie modliła się wyłącznie o to, by przypadkiem obok tej kawiarni nie przechodziła teraz Rue. Po chwili jednak jej największym zmartwieniem stało się to, że powinna już przejść do rzeczy i zmienić temat, a niezbyt wiedziała, jak to zrobić. Swoimi słowami Marvel upewnił ją też w przekonaniu, że mimo upływu tylu lat, wciąż nie radził sobie ze śmiercią swojej żony i nie miał żadnej kobiety. Ta wiedza w niczym jej teraz nie pomagała, wręcz przeciwnie. - Ja chyba... Ja muszę panu coś powiedzieć - wypaliła nagle, okropnie żałując, że na cofnięcie tych słów było już za późno. Co gorsze, przez moment zapragnęła przyznać się, że kilka dni temu włamała się do ratusza z Rubeną, która wcześniej ukradła klucz do tego budynku Francisowi. A także do tego, że wraz z jego siostrą wstąpiła do dziwnej sekty, która zlecała im niebezpieczne zadania. No i co, do czego doprowadziły te głupie kwiaty? Audrey nagle zachciała zdradzić mu wszystkie swoje tajemnice i była z tego powodu okropnie na siebie wściekła. Nieładnie tak z jego strony, nieświadomie grać na jej uczuciach.


    zosia
    [debbie] [hetia] [lou] [wes]
    zaraz wracam

     
    Francis Marvel



    Kochał żonę, ale ona już nie żyje


    więc do pracy w ratuszu wciąż nosi obrączkę


    i próbuje uczynić to miasto bezpieczniejszym.

    Francis
    Marvel








      
    AUBURN PINE HOUSES
       od adopcji w wieku 4 lat

      
    Cały świat jest straszliwie przepełniony wspomnieniami tej, która istniała i którąm stracił...

      
    30 y.o.

      
    187 cm

      


    2020-05-22, 23:44


    Ucieszyło go to, że obyło się bez pretensji, czy nawet awantury, bo wcale nie wykluczał takiej możliwości. W końcu wcale nie byli na przyjacielskiej stopie, bo z tego co pamiętał, Audrey miała o nim raczej złe zdanie. To, że nie pojawił się pierwszy było więc świetną okazją do tego, aby zarzucić mu brak profesjonalizmu, czy inne okropieństwa, jakich w jej mniemaniu się dopuszczał. Nic podobnego jednak nie nastąpiło, więc na ten moment spotkanie zapowiadało się znacznie lepiej, niż ich pierwsze. Wolał nie pozwalać sobie na taką śmiałość, by wysnuwać wnioski, że może nieco swój wizerunek w jej oczach ocieplił. Lepiej było uznać, że powodem tej zmiany są wydarzenia, jakie w miasteczku miały ostatnio miejsce, na pewno przez myśl mu nie przeszło, że od prawdy jest tak daleki i w tą zamieszana była siostra jego zmarłej żony.
    — Cóż, przynajmniej oszczędzimy kelnerce zachodu zamawiając wspólnie — tak to podsumował, udając, że jej słowa wcale nie wydały mu się dziwne. Prawda była jednak taka, że chociaż zmiana w zachowaniu dziewczyny była mu niejako na rękę, to teraz, gdy zaczął się nad tym bardziej zastanawiać, trochę go to niepokoiło. W końcu mogła się bać. Zasadniczo to naturalne, żeby w obliczu tego, co działo się w Berrylane czuć obawy. Być może — Francis pozwalał sobie na branie pod uwagę wszelkich możliwości — nie chciała już wcale zapuszczać się do lasu, ale zwyczajnie wstydziła się do tego przyznać? Uznał, że warto będzie poprowadzić tą rozmowę tak, aby w razie czego dość subtelnie to sprawdzić. Gdyby tak było, na pewno by jej nie wyśmiał, ale w oczach Hemingway mogło to wyglądać całkiem inaczej. Postanowił tym razem nieco uważniej ją obserwować, ale też nienachalnie. Chciał się doszukać jakiś oznak przerażenia, może traumy, czy niepewności, więc jaka była jego niespodzianka, kiedy zamiast tego dostrzegł rumieńce. To pewnie nie świadczyło o nim zbyt dobrze i w zasadzie sam czuł wstyd względem takiego braku profesjonalizmu, ale całkiem spodobała mu się jej reakcja. Zapamiętał ją, jako taką zadzierającą nosa pannicę, która próbowała go rozstawiać w jego własnym gabinecie, a tu proszę. W sumie mógł to przewidzieć, bo jednak jego prezent nie był oczekiwany, jednak sam Francis zwyczajnie nie zaprzątał sobie głowy tym, jak to wygląda. Uznał, że lepiej, aby kwiaty trafiły w jej ręce, niż się zmarnowały, naturalnie miał świadomość tego, a nawet liczył, że sprawi jej tym pewną przyjemność, ale nie spodziewał się, że ją tym zawstydzi. No, bo nie oszukujmy się, nie trzeba być ekspertem w dziedzinie psychologii, aby to dostrzec. Napiął szczękę, by powstrzymać uśmiech, który cisnął mu się na usta. Całe szczęście tylko cisnął, bo powstrzymał ten gest. Koniec końców jego celem wcale nie było stwarzanie niezręcznej atmosfery, sam za nią nie przepadał. Miał już być w pełni profesjonalny, ale...
    — Moja asystentka nie przekazała? — zmarszczył czoło, przechylając głowę do boku. Napięcie na jego twarzy było niezwykle autentyczne. — Ty nic dla mnie nie masz? — dodał, jakby chcąc się upewnić, że ona nic nie przyniosła. Potrzymał ją jeszcze chwilę w napięciu, by ostatecznie pokręcić delikatnie głową na boki. — Tylko żartuję — zakomunikował, bo jednak nie był typem żartownisia i często musiał uświadamiać otoczeniu, jak już go wzięło na dowcipy. — Cieszę się, że przypadły ci do gustu. Miło zobaczyć, że Audrey Hemingway ma też inne odsłony, nie tylko te surowe i zdeterminowane — dodał i tym razem trudno było już wyczuć, czy sobie żartował. Może trochę, ale nie dawał tego po sobie poznać. Wierzył, że taka luźniejsza atmosfera im się przyda, szczególnie teraz, gdy wycinka drzew nie była już największym problemem. Jeśli o to chodziło, to sięgnął po teczkę, w której przyniósł ze sobą potrzebne do spotkania dokumenty. Przez ten czas nie spoglądał na nią, więc niczego się nie spodziewał, sądził, że cisza potrwa aż kelnerka w końcu do nich nie podejdzie, a tu proszę... niespodzianka. Podniósł zaraz głowę, posyłając jej pytające spojrzenie. Zaintrygowała go, nie było co udawać, że jest inaczej. — W takim razie zamieniam się w słuch — zachęcił ją gestem dłoni, jednak nie mogła odezwać się od razu, bo faktycznie przy ich stoliku znalazła się pracująca tutaj młoda kobieta. Francis zamówił dla siebie kawę, jak już Audrey złożyła własne zamówienie, potem jeszcze przytakną na uprzejme pytanie kelnerki, czy przynieść wodę na kwiaty i zaraz znów cała jego uwaga skupiona była na Hemingway. — Co chciała mi pani powiedzieć? — ponownie ją zachęcił, przy okazji wracając do tytułowania jej w ten sposób, skoro i ona to robiła.


    Lilka
    Lilianne itp.
    piszę posty
     
    Baby Hemingway



    Come run the hidden pine trails of the forest


    Come taste the sun sweet berries of the Earth


    And for once never wonder what they're worth

    Audrey
    Hemingway








      
    WHITE LOG MEWS
       .

      
    I zagapiam się tak na Twój temat, że przejeżdżam po kilkadziesiąt przystanków

      
    20 y.o.

      
    165 cm

      


    2020-05-23, 13:51


    ding ding, 200 postów stuknęło, zdobywasz dzięki temu jakąś nagrodę (wcale nie) :hihihi:

    Teoretycznie pamiętał dobrze i jego podejrzenia były całkiem słuszne, ale... Ech, oczywiście w ich relacje musiały wmieszać się osoby trzecie i wszystko skomplikować. Nie żeby wcześniej ta znajomość była nadzwyczaj banalna...
    To jego stwierdzenie nie podziałało na nią najlepiej. Nie wiedziała, czy to za sprawą innego otoczenia, czy tych informacji, jakie przekazała jej Rubena, ale Francis wydał jej się nagle całkiem inną osobą. Bardziej ludzką, bardziej miłą, bardziej... przystępną? I trochę czarującą, choć tę myśl starała się wyrzucić z głowy. Jej wiek także się do tego przyczynił, bo Audrey wierzyła w to durne przekonanie, że Francis potrzebował czyjejś pomocy, by odzyskać dawne szczęście. I trochę chciała, by to ona stała się tą osobą, która go uratuje znad przepaści, ale tylko trochę. Dlatego, kiedy zakomunikował, że złożą zamówienie wspólnie, Baby poczuła się co najmniej tak, jakby właśnie zaoferował jej wspólne mieszkanie. Tak, zdawała sobie doskonale sprawę z tego, jak bardzo było to głupie.
    A potem... Dobra, niby wiedziała, że ją podpuszcza, ale i tak o mało nie dostała zawału serca, kiedy zapytał się jej, czy ona także coś mu przyniosła. Chciała już powiedzieć, że może mu dać pieniądze (i naprawdę byłaby w stanie mu zapłacić!) ale na szczęście w porę się powstrzymała. To był bardzo niemiły żart, tak się nie robi. Stresowała się już przecież wystarczająco i bez tego. - Och, czyli potrafi pan żartować? No proszę, nie spodziewałam się - powiedziała rozbawiona, rezygnując z wydarcia się na niego za to, że tak ją próbował brzydko oszukać. Audrey nie lubiła być wrabiana, ale kiedy robił to Francis... okazywało się, że nie stanowiło to dla niej tak sporego problemu, jak normalnie. I całkiem jej się to nawet podobało, bo Marvel w takiej wersji był naprawdę ujmujący. Dlaczego jej głupie serce podsuwało jej takie myśli? - Wiele jeszcze nie widziałeś - palnęła, a potem złapał ją atak kaszlu (oczywiście wymuszony), bo się biedna zagalopowała. Zasłoniła też usta dłońmi, ale ten kaszel nie trwał na szczęście zbyt długo. Przez moment zapomniała nawet o tym zwrocie grzecznościowym, jakim posługiwała się od początku spotkania. Ale hej, to była jego wina - po jaką cholerę wręczył jej te kwiaty? Gdyby tego nie zrobił, Hemingway potrafiłaby utrzymać profesjonalizm i nie próbowałaby z nim jakoś koślawo flirtować.
    Dzięki Bogu, że przeszkodziła im kelnerka. Gdyby tego nie zrobiła, Audrey naprawdę wyznałaby mu całą prawdę i tym samym zesłała na siebie gniew sekty Railroad, a także swoich przyjaciółek. Żaden facet nie był wart takich konsekwencji. Trochę ją zastanawiało, jak pracująca w kawiarni kobieta postrzegała to ich spotkanie. Było to głupie, tak, zdawała sobie z tego sprawę, ale liczyła, że jakaś osoba nagle podzieli jej odczucia i przyzna, że ta sytuacja wcale nie jest normalna. Nic jednak nie udało jej się wyczytać z oczu kobiety, więc zamówiła po prostu kawę z mlekiem sojowym (wcześniej oburzając się, że nie mieli matchy). - Och, to w zasadzie nie jest nic ważnego, po prostu... chyba jestem panu winna... przeprosiny - przez to ostatnie słowo trochę zaschło jej w gardle, ale tym razem nie złapał jej już atak kaszlu. Chciała, by to usłyszał. - Nie wiem, czy zgodziłeś się na moją propozycję, by wybielić swój wizerunek w oczach opinii publicznej, czy naprawdę zależy ci na Berrylane, ale... Chodzi o to... Chcę powiedzieć, że niezależnie od tego, co tobą kierowało, to... To dobrze postąpiłeś i ja... Ja niepotrzebnie krytykowałam cię na tym portalu i niepotrzebnie się tak unosiłam, kiedy odwiedziłam cię pierwszy raz - powiedziała, ostatnie zdanie wypowiadając na jednym wdechu i wzrok przeniosła na swoje buty. Ponownie zrezygnowała ze zwrotu „pan”, ale teraz nie miało to dla niej większego znaczenia, bo serce zaczęło jej bić jak oszalałe i trochę ją to przeraziło. Kiedy odwiedziła Francisa po raz pierwszy, nie spodziewała się, że kiedyś będzie zmuszona go za cokolwiek przeprosić, bo wydawał jej się strasznie zagubioną i nieprzyjemną osobą. A teraz... zależało jej w pewnym sensie na jego akceptacji i na tym, by ją polubił. - Tylko nie myśl sobie, że za te przeprosiny odpowiadają kwiaty - dodała i uśmiechnęła się lekko, wzrok z powrotem przenosząc na niego, choć zrobiła to dość niepewnie. Chciała ten szczegół wyjaśnić, by Francis nie odniósł mylnego wrażenia, że bukiet róż działał na nią poskramiająco i sprawiał, że przeistaczała się w całkiem inną (czyt. milszą) osobę, bo wtedy przynosiłby jej te kwiaty pewnie na każde spotkanie (co w sumie nie byłoby taką najgorszą opcją). Przeprosić zamierzała go jeszcze zanim wręczył jej tak piękny podarunek.


    zosia
    [debbie] [hetia] [lou] [wes]
    zaraz wracam

     
    Francis Marvel



    Kochał żonę, ale ona już nie żyje


    więc do pracy w ratuszu wciąż nosi obrączkę


    i próbuje uczynić to miasto bezpieczniejszym.

    Francis
    Marvel








      
    AUBURN PINE HOUSES
       od adopcji w wieku 4 lat

      
    Cały świat jest straszliwie przepełniony wspomnieniami tej, która istniała i którąm stracił...

      
    30 y.o.

      
    187 cm

      


    2020-05-28, 01:16


    Uznam post za nagrodę! <3

    Niektórzy mężczyźni pewnie wiedzieli doskonale kiedy ich słowa i zachowanie wywoływały w kobietach nieco więcej emocji, ale Francis do nich nie należał. Może dlatego, że od dłuższego już czasu najistotniejsza w jego życiu była praca i to przez jej pryzmat podchodził do relacji międzyludzkich? Gdyby wiedział, jak jego propozycja zabrzmi w uszach Audrey... cóż, pewnie i tak powiedziałby to samo. Na ten moment żył jednak przekonaniem, że siedząca na przeciw niego młoda kobieta nie pała do jego osoby szczególną sympatią. Nawet jej się nie dziwił, w końcu wiedział, że nie jest najprzyjemniejszą osobą i najlepszym kandydatem do rozmów. W zasadzie szanował jej wytrwałość, bo przy ich pierwszym spotkaniu pewnie zakładał, że na kolejne Hemingway się nie zdecyduje, albo przynajmniej przyprowadzi ze sobą kogoś, by mieć przewagę liczebną.
    Faktycznie typem żartownisia nie był, a ostatnie wydarzenia w Berrylane wesołemu nastawieniu nie sprzyjały, jednak nie mógł się oprzeć. Poza tym nie chciał wcale przelewać na Audrey swojego posępnego nastroju. Podejrzewał, że to, co ostatnio miało w mieście miejsce było już wystarczającą traumą. Nie miał prawa wypytywać ją teraz jak się czuje, byłoby to dziwne i nie na miejscu, więc chociaż przez nieco luźniejszy (co w jego wypadku było niezwykle rzadkie) ton rozmowy mógł jakoś pomóc.
    — Zazwyczaj mam od tego ludzi, ale próbujemy okrajać koszty — mruknął niby mimochodem, przeglądając jakąś umowę. Dopiero po przełożeniu dwóch kartek zerknął na nią, a chociaż słowa wskazywały na to, że nadal żartuje, ton i wyraz twarzy miał nieodgadniony. — Coś za coś. W zamian za finansowe wsparcie pani inicjatywy, musi pani wytrzymać z moim poczuciem humoru — dopowiedział jeszcze do swojej wypowiedzi, na tym etapie trzymając się tytułowania jej w sposób formalny. Niby jakąś część kosztów ratusz zamierzał pokryć, ale poza tym jego słowa niewiele miały z prawdą wspólnego. Zaraz jednak zastygł w bezruchu, kiedy tak odważnie wygłosiła, że niewiele widział. Uniósł brew, przekrzywiając lekko głowę do boku, chłonąc niejako jej reakcje na własne słowa. Mało miał styczności z osobami takimi, jak ona. Gdyby ktoś opisał Audrey zanim Francis ją poznał, pewnie Marvel stwierdziłby, że nie chciałby mieć z nią zbyt wiele do czynienia, bo zwyczajnie nie widział szans na to, żeby się zrozumieli. Teraz jednak siedział tu, słuchał, jak Hemingway pod kaszlem próbuje ukryć swoją wypowiedź i nie czuł się z tym źle, wręcz przeciwnie. Zdał sobie sprawę, że w ich spotkaniach jest coś ujmującego. Lubił je, tą świeżość i zerwanie z rutyną. Może po drodze walki o stołek w małym, lecz niebezpiecznym miasteczku zapomniał jak to jest naprawdę poświęcać się sprawie? A może po prostu uderzył się w głowę i sam o tym nie wiedział? Nigdy nie wiadomo, ale teraz nieszczególnie się tą kwestią przejmował.
    Automatycznie poprosił o czarną kawę, posyłając kelnerce przelotne spojrzenie. Sam nie był w ogóle zainteresowany tym, jak w jej oczach wygląda spotkanie z Audrey. Nie był małym chłopcem, który bał się plotek, gdyby próbował coś ukrywać, pewnie zaraz zrobiliby z tego sensacje, a tak? Spotykając się z kimś na widoku wytrącał poszukiwaczom wrażeń w cudzych życiach argumenty z rąk. No i też był tutaj z Audrey, więc jeśli czyjąś opinią miały się przejmować, to właśnie jej. Nie mógł jednak przewidzieć tego, co dziewczyna będzie chciała mu powiedzieć. Sądził, że cokolwiek to będzie, odniesie się do jej akcji z drzewami i... nie ma co przebierać w słowach, zaskoczyła go. Był to szok na tyle duży i niespodziewany, że przez chwilę po prostu na nią patrzył, nie wiedząc jak zareagować. Ludzie rzadko kiedy go przepraszali, ale to nie o to chodziło. Nie przewidział tego i teraz przyłapała go niejako na nieprzygotowaniu.
    — Ja — zaczął, kiedy cisza wydała mu się już irytująca. Nim jednak powiedział coś więcej, sam kaszlnął cicho, oczyszczając gardło. — Nie wiem co powiedzieć — przyznał po chwili, a przyznanie się do takich słów dla kogoś pokroju Francisa Marvela łatwe nie było. — To bardzo dojrzałe, Audrey... przeprosić kogoś w taki sposób. Pracuję w ratuszu już jakiś czas, z ludźmi, którzy mają siebie za wielkich dyplomatów, ale nie przypominam sobie, żeby któryś z nich tak mnie zaskoczył — zdecydował się na szczerość. Wydawało mu się, że jej się ona należy. Nie były to puste frazesy, bo sam nie był pewien, czy potrafiłby tak po prostu przerosić. Być może duma by mu nie pozwoliła, a do chwili obecnej Audrey również postrzegał, jako dziewczynę niezwykle dumną. Patrzył na nią pewnie przez pryzmat cech, które uważał za negatywy, bądź takie, dzięki którym coś w rozmowie ugra. Teraz się to zmieniło, nie był pewien, co ją pchnęło do takich słów, ale skoro się na nie zdobyła, on sam poczuł, że jest jej coś winien. — Nie pozostaje mi nic innego, jak również ciebie przeprosić. Przyznaję, traktowałem ciebie protekcjonalnie, a teraz widzę, że interesy z tobą są znacznie konkretniejsze od większości, jakimi muszę się zajmować — tak, na koniec ubarwił swoje słowa nieco żartobliwym tonem. Nie chciał stwarzać nieprzyjemnej atmosfery, w której byłoby niezręcznie. — A co do wybielania mojego wizerunku... kierując się tym, co piszą o mnie w internecie, wątpię, aby drzewa tu pomogły — zauważył, co było jeszcze jednym żartem, tylko, że teraz jego głos był już normalny, dlatego trudno było wyczuć tą żartobliwą nutę. Niestety tak to z nim zazwyczaj było, niczego nie ułatwiał. Mimo to tak naprawdę nadal był w niemałym szoku, nie spodziewał się, że ich spotkanie będzie obfitować w takie niespodzianki.

      

    Lilka
    Lilianne itp.
    piszę posty
     
    Baby Hemingway



    Come run the hidden pine trails of the forest


    Come taste the sun sweet berries of the Earth


    And for once never wonder what they're worth

    Audrey
    Hemingway








      
    WHITE LOG MEWS
       .

      
    I zagapiam się tak na Twój temat, że przejeżdżam po kilkadziesiąt przystanków

      
    20 y.o.

      
    165 cm

      


    2020-06-01, 00:03


    W przypadku Baby ciężko było określić, jakie słowa mogą wywołać w niej te "szczególne emocje". Jeśli chciała, by coś miało drugie znaczenie, to po prostu miało - nawet jeśli było zwykłym przywitaniem. Teraz spodobało jej się to, że zrobią coś wspólnie, razem, że Francis to podkreślił, choć tak naprawdę nie było w tym nic nadzwyczajnego i w jakimś stopniu zdawała sobie z tego sprawę. Ten racjonalny głosik w głowie postanowiła jednak wyciszyć, bo te naiwne myśli nikogo przecież nie krzywdziły, prawda? A wręcz przeciwnie - znacznie poprawiały jej humor.
    Uśmiechnęła się na w odpowiedzi na jego słowa dotyczące tego - z pozoru - niewinnego żartu który przyprawił ją prawie o zawał serca i trochę za długo przyglądała się mężczyźnie, korzystając z okazji, że jego wzrok spoczął na dokumentach. - Myślę, że dam radę - odparła z lekkim uśmiechem, chcąc dodać, że taka forma rewanżu to czysta przyjemność, ale uznała, że lepiej będzie już mu tak nie schlebiać. Musiała się pilnować, te chore wyobrażenia pozostawić wyłącznie dla siebie i nie pozwolić im ujrzeć światła dziennego, bo jednak... Miała wrażenie, że gdyby powiedziała coś, co zabrzmiałoby nadzwyczaj nieodpowiednio, Francis uciekłby od niej w mgnieniu oka i to tak, że by się za nim kurzyło. Jej pewność siebie w takich kwestiach niestety była prawie zerowa. Musiała więc podejść do tego spotkania na tyle profesjonalnie, na ile pozwalały jej to ostatnie okoliczności. Niezbyt jej to co prawda wychodziło, ale to już inna sprawa.
    Sporym ułatwieniem była dla niej reakcja mężczyzny, czy raczej całkowity jej brak. Cieszyło ją, że w żaden sposób nie odniósł się do jej durnych słów i postanowił je przemilczeć. Tak było łatwiej, profesjonalniej i przede wszystkim mniej stresująco. Z ich pierwszego spotkania wiemy przecież, jak Baby fatalnie radziła sobie w napiętych sytuacjach, a żadne z nich raczej nie chciało, by tym razem zaczęła cytować Mustanga z dzikiej doliny czy Bóg wie co jeszcze. A ta cisza, która nastała po chwili... ta niezręczna cisza! Walczyła sama ze sobą, by nagle nie wycofać swoich przeprosin, widząc to ogromne zmieszanie wymalowane na twarzy mężczyzny. Z drugiej strony ta reakcja jej się spodobała, bo wyobrażenie Francisa jako niezdolnego do ludzkich uczuć robota odeszło bezpowrotnie. I to za jej sprawą! To właśnie ona sprawiła, że na moment zapomniał o zachowaniu tego irytującego, sztucznego tonu głosu, typowego dla zawodów pokrewnych do tego jego. - W takim razie żałuję, że nie poznaliśmy się wcześniej - zaśmiała się, a wcześniejsze zażenowanie całkowicie znikło. Jego słowa były bardzo miłe, ale jednocześnie było jej przykro, że obracał się w środowisku takich bufonów nieskorych do przeprosin. To pewnie ludzie takiego pokroju go zniszczyli i to przez nich całkowicie się zatracił. No, przez nich i przez brutalną śmierć swojej żony, tak. A kiedy postanowił dodać coś jeszcze na ten temat, pokręciła stanowczo głową. - Nie, nie, twoja reakcja była zrozumiała. Bo ja... wpadłam przecież do twojego gabinetu z góry nastawiona bojowo i nie dopuszczałam do siebie możliwości, że ty... Że naprawdę chciałbyś jakoś pomóc - dodała, widząc już swój błąd. Tamtego dnia była przekonana, że tylko prowokując go do kłótni, uzyska jakieś sensowne odpowiedzi i prawdę. A tymczasem spuszczenie z tonu sprawiło, że rozmowa z Francisem stała się przyjemna i to, co mówił, nie brzmiało już jak wyuczone kłamstwa. - Ale możesz dalej mi schlebiać, nie pogniewam się - rzuciła jeszcze, rozbawiona. A po chwili znowu zrobiło jej się przykro i poczuła obowiązek podniesienia go na duchu, choć chyba nie powinna brać tak tego do siebie, skoro tylko żartował (czego ona nie załapała). - W takim razie są kretynami. Tak jak ja wcześniej, ale przynajmniej wiesz już, jak zmienić ich zdanie. Wystarczy, że podarujesz im bukiet kwiatów i voilà, już będą cię uwielbiać! - powiedziała, ponownie nawiązując do tych nieszczęsnych kwiatów, których temat powinna już dawno porzucić. - Żartuję. Z tym ostatnim oczywiście. Kwiaty lepiej kup w doniczce, przynajmniej trochę jeszcze pożyją - dodała, jakoś nie potrafiąc się powstrzymać. Skoro jednak buntowała się przeciw wycinaniu drzew, to o ciętych kwiatach też musiała napomknąć, nawet jeśli bardzo się jej podobały. Oczywiście wszystko to mówiła tonem żartobliwym, a nie pasywno-agresywnym, broń Boże. Już nie odczuwała potrzeby wchodzenia z Marvelem w zacięte dyskusje. A przynajmniej póki co. - Ze swojej strony mogę obiecać, że xyz nie będzie już wypisywał na twój temat żadnych bzdur - powiedziała już normalnym tonem i ponownie się uśmiechnęła. Zrobiło się jednak zbyt miło i trochę niezręcznie, więc postanowiła zmienić już temat. - Ale wracając do drzew... Biorąc pod uwagę ostatnie okoliczności, chyba będzie trzeba zmodyfikować cały plan, prawda? - zapytała, licząc, że mężczyzna pociągnie ten temat, podsuwając jakieś rozsądne rozwiązania. Sama miała kilka propozycji, ale postanowiła posłuchać najpierw jego pomysłu.


    zosia
    [debbie] [hetia] [lou] [wes]
    zaraz wracam

     
    Francis Marvel



    Kochał żonę, ale ona już nie żyje


    więc do pracy w ratuszu wciąż nosi obrączkę


    i próbuje uczynić to miasto bezpieczniejszym.

    Francis
    Marvel








      
    AUBURN PINE HOUSES
       od adopcji w wieku 4 lat

      
    Cały świat jest straszliwie przepełniony wspomnieniami tej, która istniała i którąm stracił...

      
    30 y.o.

      
    187 cm

      


    2020-06-01, 21:27


    Nawet jeśli dobrze radził sobie w towarzystwie, które niekoniecznie było mu przychylne, to ucieszył się, że to spotkanie przebiega w znacznie przyjemniejszej atmosferze od ostatniego. Wbrew obiegowej opinii, robienie sobie wrogów nie sprawiało mu przyjemności, wręcz przeciwnie, nie był po prostu najlepszy w dbaniu o swój ciepły wizerunek. Nie potrafił się ciepło uśmiechać i rozmawiać z każdym o niczym. Nawet jeśli wysoko cenił sobie zasady kultury, to zdawkowe poczucie humoru i nazbyt profesjonalne uśmiechy nie przysparzały mu pewnie sympatii. Wierzył, że te braki z dziedzin PR'u uda mu się odpracować dobrym sprawowaniem na stanowisku wiceburmistrza, ale w Berrylane chęci nie były wszystkim. Tutaj można było coś planować, dmuchać na każdy szczegół, pragnąć zmian, a koniec końców i tak wszystko pozostawało w rękach losu. W dodatku los w tym mieście zdecydowanie lubował się w negatywnych niespodziankach, a dowodów tego nie trzeba daleko szukać, wystarczyło cofnąć się pamięcią do festynu. Dzień miał być idealny, a nie wszystko poszło tak, jak powinno. Wina znów spadnie na władze miasta, ktoś musiał za to odpowiedzieć i nikogo nie będzie interesowało to, że gdyby dało się temu zapobiec, Marvel dołożyłby wszelkich starań, by to zrobić. Z resztą... on sam nie planował się takimi słowami usprawiedliwiać. Generalnie samo tłumaczenie się nie było mu w smak, chyba zwyczajnie nie potrafił tego robić. W każdym razie, trochę się obawiał, że przez to wszystko Audrey zacznie do niego podchodzić jeszcze gorzej, niż na początku ich znajomości, a tu nie tylko nie dostrzegł pogorszenia, ale nawet poprawę. W dodatku nie umknęło mu to, że się do niego uśmiechnęła, podchwytując jego żart. Wszystko zapowiadało się naprawdę obiecująco, jeszcze te przeprosiny, jakby naprawdę mieli zacząć tą znajomość od nowa, przy czym ten start był niezwykle obiecujący.
    — Może rzeczywiście nastawiona byłaś bojowo, ale po dłuższym zastanowieniu to bardzo pocieszające. Myśl, że nasze, młodsze pokolenia nadal mają na uwadze dobro miasta — podsumował i specjalnie dodał do swojej wypowiedzi to niepozorne słówko "nasze". Nie chciał już podkreślać tego, że wcześniej mierzył ją przez pryzmat wieku, szczególnie teraz, przy słowach, jakie między nimi padły, nie uważał tego za odpowiednie. Zaskoczyły go też jej słowa o schlebianiu, ale nie negatywnie, po prostu... zrozumiał, że naprawdę swobodnie poczuła się w jego towarzystwie, a to jednak było nowością, gdy w grę nie wchodziły rozmowy z rodziną. W sumie... nawet niektórzy z członków jego rodziny czasem byli przy nim spięci. Miło wiedzieć, że nadal potrafi wzbudzać w innych coś poza chłodem i wyrachowaniem. Zagapił się przez to nieco, pochłaniając tą lekką aurę, jaką zaczęła roztaczać dookoła siebie Audrey. Miał wrażenie, że i jemu się ona udziela. Niby nie w takim stopniu, jak dziewczynie, ale i tak poczuł się odprężony bardziej, niż mógłby to przewidzieć i też na moment zapomniał o sztywnych ramach biznesowych spotkań, do których mimo wszystko te aktualne nadal zaliczał. Głównie przez to zapomnienie nie tylko nawet się nie skrzywił, gdy padło słowo "kretyni", ale nawet po chwili ciszy, jaka nastała po jej słowach, parsknął cicho, a to zdarzało mu się naprawdę rzadko. Sam zdawał sobie z tego sprawę, więc był dość zaskoczony. Niby próbował to ukryć pod przystawioną do ust pięścią i szybkim zreflektowaniem się, ale faktów nie zmieni.
    — Czyli rozumiem, że teraz mnie uwielbiasz? — nie powinien sobie pozwalać na tak bezpośrednie pytanie i łapanie jej za słówka, ale cóż, najwyraźniej nawet on nie był ideałem. Koniec końców na swoje usprawiedliwienie miał tyle, że to Audrey to powiedziała. Nie chciał jednak wprowadzać tutaj więcej niezręczności, więc szybko postanowił dodać coś jeszcze, aby nie wyszło na to, że rzeczywiście próbował ją zawstydzić. — Moja młodsza siostra pracuje w kwiaciarni, zawsze jak zamawiam kwiaty, próbuje mnie przekonać do doniczkowych. Dogadałybyście się — zauważył luźno. W prawdzie Rubena nie była tak do końca jego siostrą, ale nie przeszkadzał mu taki skrót myślowy, a też nie uważał, żeby jakoś szczególnie naciągał tym fakty. Tak po prostu zgrabiej było ubrać to w słowa. Zatrzymał się też na moment z kolejnymi wypowiedziami, bo przyniesiono ich zamówienie, więc do kwestii dział xyz odniósł się dopiero, jak znów zostali sami.
    — Bardzo mnie to cieszy... ale krytyka jest potrzebna, więc w razie czego, zapraszam. Podobno pracownice sekretariatu za drugim razem są już znacznie przyjemniejsze, ale to mogą być tylko plotki — przyznał bez bicia, bo jednak wszelkiego rodzaju urzędy miały to do siebie, że umówienie się na spotkanie nie należało do najłatwiejszych zadań. Zaraz jednak musiał nieco spoważnieć, bo mimo, że dobrze im to wychodziło, luźna rozmowa nie była celem tego spotkania. — Tak, bez tego się nie obejdzie niestety — przyznał jej rację, krzyżując z nią spojrzenia. Niby mógłby przejść od razu do kwestii drzew, a dokładniej ustalania co i jak, ale jednak... nie byłby sobą, gdyby jeszcze czegoś nie spróbować. — Możemy też odłożyć to w czasie — zaczął, ale wiedział, że to może jej się nie spodobać. Głos miał spokojny i nim się odezwała, chciał wyjaśnić swoje podejście. — Audrey, podjęłaś się tego w momencie, w którym sytuacja w mieście wyglądała nieco inaczej. Gdybyś... chciała się wycofać, albo przynajmniej poczekać, aż wszystko się uspokoi... to żadna ujma, a rozsądek — zapewnił, naprawdę próbując ubrać to w jak najlepsze słowa, ale wiedział, jak ważna była to dla niej inicjatywa i wydawało mu się też, że Hemingway nie lubiła porzucać swoich planów. Tylko, że teraz naprawdę miał na uwadze jej dobro. Miasteczko nie było bezpieczne, a lasy w szczególności.


    Lilka
    Lilianne itp.
    piszę posty
     
    Baby Hemingway



    Come run the hidden pine trails of the forest


    Come taste the sun sweet berries of the Earth


    And for once never wonder what they're worth

    Audrey
    Hemingway








      
    WHITE LOG MEWS
       .

      
    I zagapiam się tak na Twój temat, że przejeżdżam po kilkadziesiąt przystanków

      
    20 y.o.

      
    165 cm

      


    2020-06-16, 19:46


    Nie potrzebowała żadnych słów otuchy czy wskazania, że nie postąpiła wcale tak fatalnie, ale mimo to słowa Francisa ją ucieszyły. Nasze pokolenia. Ich wspólne pokolenia. Jej i jego. Razem. Podobało jej się to z dwóch powodów - po pierwsze dlatego, że znowu postanowił ich w swojej wypowiedzi połączyć, przez co Audrey poczuła się tak, jakby jacyś oni naprawdę istnieli, nie tylko w jej głowie, a po drugie dlatego, że zabrzmiało to tak, jakby wcale nie uważał ją za szczególnie młodą. Do tego momentu była pewna, że odbierał ją raczej jak głupią smarkulę, a tu proszę, podkreślił, że tak naprawdę niewiele ich różniło. Bo... chyba właśnie tak mogła zinterpretować jego słowa, prawda?
    Przez moment naprawdę poczuła się tak, jakby to nie na spotkaniu biznesowym teraz była, a na najprawdziwszej randce. Były uśmiechy, obustronne komplementy, ukradkowe spojrzenia i... i taka atmosfera, szczególna atmosfera, która bardzo ją urzekła. Ale to nie była randka. Zreflektowała się w momencie, w którym mężczyzna postanowił zwrócić uwagę na jedno konkretne słowo, jakiego wcześniej nieuważnie użyła. - Słucham? Nie... to znaczy... Może nie od razu uwielbiam, ale jesteśmy na dobrej drodze... Nie łap mnie za słówka - pouczyła go, niby lekko rozbawiona, ale głównie zawstydzona. Miała nadzieję, że jej twarz choć trochę z nią dzisiaj współpracowała i że na jej policzkach nie pojawiły się teraz jakieś durne rumieńce. Głupia, dlaczego powiedziała mu, że go uwielbia? A jakby tego było mało, Francis postanowił dołożyć oliwy do ognia i wspomnieć o Rue. Poczuła się tak, jakby go w jakiś sposób oszukiwała, bo ona - przypadkiem, ale jednak - wiedziała o nim znacznie więcej, niż on o niej. To nie było w porządku. Powinna raczej udawać, że jego prywatne życie było jej całkowicie nieznane, prawda? - Naprawdę? Cóż, może nawet zaprzyjaźniłybyśmy się - stwierdziła i trochę zachciało się jej śmiać. A potem dopadły ją podejrzenia - może Francis wspomniał o teraz Hayward w jakimś głębszym celu? Może Rubena wyśpiewała mu wszystko jak na spowiedzi, pośmiali się z Baby i teraz Marvel postanowił przetestować jej szczerość? Był to więc pierwszy egzamin od dawna, jakiego nie zaliczyła. Nie udało jej się jednak odczytać z jego twarzy potwierdzenia tej teorii, więc może (jak zwykle) doszukiwała się tu jakichś spisków na siłę?
    Kiedy już dwie kawy zostały im dostarczone, wzrok Hemingway od razu spoczął na nich. Przez chwilę krążyła palcem po brzegu swojej filiżanki, a potem znowu spojrzała na mężczyznę. - Zapamiętam - odparła, a wizja tego, że mieliby się spotkać jeszcze raz w niedalekiej przyszłości, bardzo się jej spodobała. Preferowałaby raczej spotkanie w nieco innym tonie, bez potrzeby krytykowania jego posunięć, ale każdy powód był dobry do kolejnej wizyty. Choć raczej powinna sobie go odpuścić, tak z czystego rozsądku. Jego późniejsze słowa nieco ją jednak zdziwiły. - Tak, to prawda, zrobiło się trochę niebezpiecznie, ale... Wątpię, że to kiedykolwiek ulegnie zmianie - stwierdziła spokojnie. To nie tak, że chciała tymi słowami skrytykować władze miasta, po prostu Berrylane nigdy nie należało do najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi. - Wiem, że teraz ta akcja nie powinna odbyć się z udziałem mieszkańców, zresztą nikt by pewnie nie chciał przyjść, ale... Ja cały czas chciałabym ją przeprowadzić. Ktoś musi zatroszczyć się o ten las - dodała jeszcze i uśmiechnęła się lekko, opierając się na przedramionach. - Poza tym jestem już chyba na takie wydarzenia uodporniona. To znaczy... nie działają na mnie tak, jak niegdyś. Choć ty miałeś przecież gorzej - odezwała się, zanim jeszcze zdążyła się powstrzymać. Nie planowała tego. Cholera, cholera, cholera. W głowie zaczęło jej huczeć, miała wrażenie, że przez chwilę straciła kontrolę nad własnym aparatem mowy. - Przepraszam na moment - powiedziała jeszcze i wstała od stolika. Skierowała się w stronę łazienki, a serce biło jej tak, że poczuła je nawet w palcach od dłoni. Właśnie tego się obawiała - że coś jej się wymsknie, że przyzna się do tego, że historia jego życia nie była jej obca. Teoretycznie nie wydarzyło się nic strasznego - to, w jaki sposób zmarła jego żona, było raczej powszechnie wiadome, a raczej dla osób, które się tym bardziej zainteresowały, ale nie czuła się z tym wcale dobrze. Wbiła wzrok w swoje odbicie w lustrze i odkręciła kran. Odczekała kilka minut, wzięła kilka głębszych wdechów i wróciła do stolika, po minie Marvela próbując ocenić, czy był na nią zły.


    zosia
    [debbie] [hetia] [lou] [wes]
    zaraz wracam

     
    Francis Marvel



    Kochał żonę, ale ona już nie żyje


    więc do pracy w ratuszu wciąż nosi obrączkę


    i próbuje uczynić to miasto bezpieczniejszym.

    Francis
    Marvel








      
    AUBURN PINE HOUSES
       od adopcji w wieku 4 lat

      
    Cały świat jest straszliwie przepełniony wspomnieniami tej, która istniała i którąm stracił...

      
    30 y.o.

      
    187 cm

      


    2020-06-24, 18:55


    Jego słowa faktycznie miały na celu przypaść je do gustu, więc rzeczywiście mogła je rozumieć tak, jak rozumiała. Zależało mu na tym, żeby jakoś zatrzeć różnice, które pojawiły się między nimi podczas pierwszego spotkania. Nie musiał w zasadzie tego robić. Z punktu widzenia spotkania biznesowego, wcale nie przeszkadzało mu to, że między nim, a nazwijmy to kontrahentem nie doszło do przyjacielskiej relacji. Tylko, że Audrey naprawdę polubił, może nawet było to dla niego dobrą lekcją, by od razu nie oceniać przez stereotypy, bo nie oszukujmy się, w tej kwestii daleki był od ideałów. W każdym razie z początku podchodził do Hemingway przez pryzmat wieku, wątpiąc, aby tak młoda osoba miała mu coś sensownego do przekazania, a teraz mógł sam na siebie być zły, bo dość mocno się pomylił. Nie tylko ich spotkania przebiegały zadowalająco, ale naprawdę był pod dużym wrażeniem, chociaż nie należał do tych, którzy okazują to z łatwością. Z drugiej strony... i tak zachowywał się inaczej, niż zwykle. Nie wiedzieć kiedy poczuł się swobodniej, dlatego pozwalał sobie na niektóre wypowiedzi, o jakie by się normalnie nie pokusił. Chociażby ta wzmianka o uwielbieniu, nie miał prawa pozwalać sobie na coś takiego, ale też przez reakcję Audrey jakoś nieszczególnie odczuwał wyrzuty sumienia.
    — Nie od razu... rozumiem, muszę jeszcze trochę poczekać — to nie było pytanie. Pokiwał nawet głową, jakby faktycznie się nad tym zastanawiał, ale też był świadomy tego, że ją zawstydza, więc uznał, że nie ma co aż tak jej męczyć. Głównie przez to się zreflektował i co też nie było dla niego częste, parsknął cichym i zdawkowym, ale wciąż śmiechem. — Wybacz, chyba pracownicy urzędowi żyją zasadą, że albo sami złapią za słówka, albo sami zostaną za nie złapani — wyjaśnił i w tej kwestii wcale nie musiał kłamać i naciągać faktów, bo rzeczywiście tak było. Inna sprawa, że zazwyczaj ta zasada wykorzystywana była w sytuacjach, w których mógł coś ugrać, a nie zawstydzić młodą dziewczynę... cóż, to chyba dowodzi temu, że koniec końców Francis wciąż jest tylko mężczyzną. — Myślę, że tak. Nie zdziwiłbym się, gdyby chciała wziąć udział w twojej akcji — rzucił luźno, ale też nie zamierzał tematu bardziej rozwijać. Nadal uważał, że jest to niebezpieczne i wolałby, gdyby sama Audrey dała sobie z tym przynajmniej na jakiś czas spokój. Tylko, że naturalnie nie miał prawa całkowicie jej zabronić, a też naleganie na to mogłoby sprawić, że stracą tą nić porozumienia, którą udało im się zawiązać. Wcale nie tęsknił za wersją Hemingway, która na każdym kroku czyniła aluzję co do tego, ile pieniędzy zdefraudował.
    Sam skupił się na swojej kawie, czekał jednak, aż ta ostygnie, zamiast od razu z niej popijać. Słowa dziewczyny trochę... go dotknęły. Nie, nie pokazał tego po sobie, bo nadal był tym samym Francisem Marvelem, co zawsze, nie miał też jej tego za złe, bo wiedział, że nic złego nie miała na myśli... po prostu... bardzo chciał, żeby to miasto było bezpieczne. Czuł, że jest to winien Lucy, być może, a nawet na pewno, gdy umarła, wiele razy nad jej grobem i nie tylko tam wykrzykiwał w eter obietnice, że właśnie to zrobi. Nie chciał jej zawieść, a przynajmniej nie jeszcze bardziej. Audrey nie mogła wiedzieć, że swoimi słowami podcięła mu skrzydła, sprowadziła na ziemię, otworzyła oczy na to, że nigdy nie pomści należycie śmierci swojej żony. On sam nie mógł przewidzieć tego, że jakiekolwiek słowa dziewczyny wstrząsną nim do tego stopnia. W jednej chwili poczuł, jak obrączka na palcu niemalże piecze go w skórę. Próbował to uczucie ukryć pod maską obojętności i chłodnego profesjonalizmu, ale przez ułamek sekundy brwi mu drgnęły, coś w szczęce przeskoczyło, w ustach zaschło, a powietrze w płucach nagle stało się niewystarczające. Trwało to tyle, co nic, jednak równocześnie na tyle długo by poczuł swoją bezsilność. Musiał jednak wrócić do chwili obecnej, do tej kawiarni, tego stolika, do Hemingway siedzącej przed nim. Jej usta się poruszały, a on przyłapał się na tym, że widocznie stracił kilka słów. Natychmiast skarcił się w głowie, szybko wyłapując znaczenie jej wypowiedzi, na całe szczęście. Chyba, bo kiedy miał już odpowiadać odnośnie całej jej akcji, dotarło do niego coś, co prawie zignorował. Natychmiast drgnął i wlepił w nią przenikliwej spojrzenie. W połączeniu z tym, co przed chwilą się z nim działo, teraz przyszedł mu do głowy absurdalny pomysł, że Audrey jakoś przeczytała jego myśli. Naturalnie szybko odsunął od siebie ten pomysł. Od razu chciał ją wypytać, ale uciekła do łazienki, wcale nie uspokajając go takim zachowaniem. Odczekał w spokoju, całkiem cierpliwie, nawet gdy wróciła nie wyskoczył z pytaniem od razu. Nie był taki.
    — Rozumiem twoją decyzję, nie mam prawa ci niczego zabraniać, ale sama rozumiesz, że nie będę potrafił ciebie zachęcać. Będę też niezwykle upierdliwy, tym bardziej, że nie podoba mi się to, że uważasz siebie za uodpornioną. Na tragedie nie da się uodpornić — powiedział swobodnie, profesjonalnie, jak gdyby nigdy nic, ale pod koniec tych słów coś się zmieniło. Westchnął cicho, skrzyżował z nią spojrzenia i pochylił się nieco nad stołem. — No, a jeśli już o tym mowa... możesz mi powiedzieć, co miałaś na myśli? Mówiąc, że ja miałem gorzej? — nie planował odpuszczać, czuł, że nie powinien. Głównie przez to nadal świdrował ją spojrzeniem, nawet jeśli wiedział, że pewnie nie czuła się z tym zbyt swobodnie.


    Lilka
    Lilianne itp.
    piszę posty
     
    Baby Hemingway



    Come run the hidden pine trails of the forest


    Come taste the sun sweet berries of the Earth


    And for once never wonder what they're worth

    Audrey
    Hemingway








      
    WHITE LOG MEWS
       .

      
    I zagapiam się tak na Twój temat, że przejeżdżam po kilkadziesiąt przystanków

      
    20 y.o.

      
    165 cm

      


    2020-06-30, 00:27


    Naprawdę chciała, by zależało mu na aprobacie z jej strony. Miło było myśleć, że miała dla niego jakieś znaczenie - nawet jeśli był po prostu typem człowieka, który każdego chciał mieć po swojej stronie, choć na takiego niezupełnie jej wyglądał. Uśmiechnęła się więc lekko, pokręciła głową i na jego spostrzeżenie wybuchła śmiechem. - Pracownicy urzędowi... Trochę od nich odstajesz, wiesz? A przynajmniej ja dotychczas nie spotkałam się z tak zaabsorbowanymi swoją pracą - przyznała uczciwie. Nie zamierzała prawic mu już komplementów, samo tak wyszło. Naprawdę był wyjątkiem - zazwyczaj owi pracownicy urzędowi byli całkowicie niezadowoleni ze swojego życia i swoją pracę wykonywali od niechcenia, jakby ktoś ich do niej zmusił. A Francis... był naprawdę przyjemną odmianą.
    Czas spędzony w łazience miał posłużyć jako przerywnik tej - nagle - skomplikowanej rozmowy, może jako swoista zmiana tematu, wyraźny znak, że hej, o tej ostatniej części trzeba zapomnieć, wymazać ją z pamięci i do niej nie wracać. Kiedy więc z powrotem znalazła się w fotelu naprzeciw mężczyzny, a ten postanowił wrócić do wypowiedzianych wcześniej słów, trochę ją zszokował. Przegryzła wargę, wytrzymując jego wzrok. - Być może źle dobrałam słowa. Nie twierdzę, że takie tragedie już ani trochę mnie nie ruszają, a po prostu... - zaczęła, próbując odnaleźć odpowiednie słowa. To nie tak, że ostatnia katastrofa na festynie ani trochę jej nie obeszła. Nie potrafiła po prostu przejąć się nią w nadzwyczajnym stopniu. - Zazwyczaj tylko cię otaczają, nie dotykają wprost. Żyjesz w strachu, ale nie wiesz czego dokładnie się bać, bo osobiście nigdy czegoś takiego nie doświadczyłeś. A kiedy doświadczasz... wtedy jakoś obojętniejesz na to, co dzieje się obok, bo nie wyzwala to w tobie tak silnych emocji, jak tamta rzecz, którą bez przerwy masz przed oczami - wyjaśniła. Poczuła się głupio. Pierwszy raz odważyła się na tak głębokie spostrzeżenia w czyjejś obecności. Znajomi w jej wieku oczekiwali raczej zdawkowych odpowiedzi: nie wiem, spoko, nieważne. Osoby starsze od niej (zazwyczaj w wieku jej ojca) liczyły wyłącznie na suche fakty: niedawne badania udowodniły, że... i ja mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. Każdy chciał ją jakby stłamsić i pokazać, że jej osobiste opinie są bezwartościowe i nikogo nie interesują. Być może dlatego naskoczyła tak na Francisa podczas ich pierwszego spotkania; by podzielić się swoim zdaniem, zanim ten również będzie próbował zamieść je pod dywan. Musiał przyznać, że gdyby przyszła tam z innym nastawieniem, bardziej niepewnym i czekałaby w milczeniu na jego odpowiedź, raczej nie wziąłby jej na poważnie.
    - Nie wiem, może źle do tego podchodzę - stwierdziła i lekko wzruszyła ramionami. To nie tak, że na siłę szukała u niego akceptacji, a po prostu nie chciała doprowadzić do kolejnej ostrej wymiany zdań. Każdy miał inny sposób na uporanie się z żałobą, a w jej przypadku było to raczej zatrzymanie się na fazie wyparcia i wmawianie sobie całkowitej obojętności na podobne sprawy.
    W przypadku innych osób utrzymanie kontaktu wzrokowego nie sprawiało jej problemu - ba, kochała prowadzić niewypowiedziane potyczki na spojrzenia, często ze swoimi rywalami takie starcia wygrywając. We wzorku Francisa było jednak coś innego. Było tak uważne, jakby nic nie było w stanie mu umknąć, żaden szczegół. Jakby nie tyle interesowały go wypowiedziane słowa, co wyraz twarzy jego rozmówcy, drobne gesty, z których potrafił wyczytać znacznie więcej. Kiedy więc jeszcze się do niej nachylił, trochę ją sparaliżowało. Nie był zły, był raczej ciekawy. Każda inna osoba na jego miejscu porzuciłaby ten temat, zwyczajnie obawiając się odpowiedzi, ale nie on. Podobało jej się to, że żadnej sprawy nie chciał pozostawić niewyjaśnionej - w dzisiejszych czasach była to rzadkość. Gdyby oglądała tę scenę z boku, byłaby jego postawą zachwycona, ale teraz te słowa dotyczyły wyłącznie jej. To ona musiała się wytłumaczyć, a z tego powodu bynajmniej nie była zadowolona. Opuściła wzrok. - Och, ja... Ja nie powinnam była... Dowiedziałam się przypadkiem, to nie tak, że szukałam o tobie prywatnych informacji i teraz specjalnie chciałam poruszyć ten temat - wyjaśniła niepewnie. Gubiła się we własnych słowach, próbując dobrać je rozsądnie i nieszkodliwie. Łatwiej byłoby przyznać, że znała Rubenę, ale z jakiegoś nieznanego powodu nie chciała tego robić. Nie chciała chyba, by do ich znajomości dołączyła osoba trzecia, chciała, by tylko oni dwoje się teraz liczyli. Jakkolwiek to brzmiało. - Miałam na myśli twoją... żonę - powiedziała cicho i momentalnie zaschło jej w ustach. Automatycznie jej wzrok powędrował na obrączkę zdobiącą jego palec i zmusił ją do ponownego postawienia się na jego miejscu. To, czego wówczas doświadczył, musiało być dla niego naprawdę traumatyczne, skoro jego żona towarzyszyła mu do dzisiaj. Dopiero teraz to do niej dotarło - Lucy siedziała tutaj z nimi, w każdym niewinnym słowie o sobie przypominając, świdrując w ich myślach i stając się ich głównym tematem. Bo każde z nich próbowało dobrać słowa tak, by przypadkiem nie nawiązywały bezpośrednio do niej.
    Nagle zaczęło ją zastanawiać, jak ta kobieta wyglądała. Bazując na urodzie Rubeny i Peony mogła stworzyć w głowie jej niedokładny portret, ale potrzebowała więcej szczegółów. Była wysoka? Miała blond włosy, czy może postanowiła odejść nieco od rodzinnej urody i z pomocą fryzjera zmienić ich kolor? A z charakteru, jaka była? Czy były do siebie podobne, czy Lucy także rzucała się na sprawy, które ją przerastały i w jakimś stopniu narażały jej życie? Skoro została brutalnie zamordowana, a sprawcy nigdy nie odnaleziono, to właśnie taki wniosek nasuwał się na myśl. I nagle całe to spotkanie straciło swój wcześniejszy urok, teraz wszędzie, gdzie patrzyła, widziała tylko Lucy i pogrążonego w żałobie Francisa, próbującego poradzić sobie z jej śmiercią (o czym świadczyła ta obrączka na jego palcu, która teraz jakby rzucała jej wyzywające spojrzenia). A pomiędzy nimi była Baby, która sama prosiła się o kłopoty, chcąc pomóc tutejszemu lasowi. W tym zestawieniu jakoś nadzwyczaj fatalnie wypadała. I teraz zapewne powinna dodać nie musimy o niej rozmawiać, po prostu przejdźmy dalej, do szczegółów i być może powinna go jeszcze przeprosić, ale... tym razem chyba ona była ciekawa, co mężczyzna postanowi z tym zrobić. Chciała dać mu ten wybór, skoro ta sprawa dotyczyła wyłącznie jego.


    zosia
    [debbie] [hetia] [lou] [wes]
    zaraz wracam

     
    Francis Marvel



    Kochał żonę, ale ona już nie żyje


    więc do pracy w ratuszu wciąż nosi obrączkę


    i próbuje uczynić to miasto bezpieczniejszym.

    Francis
    Marvel








      
    AUBURN PINE HOUSES
       od adopcji w wieku 4 lat

      
    Cały świat jest straszliwie przepełniony wspomnieniami tej, która istniała i którąm stracił...

      
    30 y.o.

      
    187 cm

      


    2020-07-01, 22:51


    Nie lubił określać siebie mianem polityka. Jakoś tak dochodził do wniosku, że to dla niego zbyt wiele, a gdy inni używali podobnych terminów, nie czuł się swobodnie, mimo, że nie dawał tego po sobie poznać. Być może brało się to stąd, że nie uważał Berrylane za jakąś wielką scenę polityczną i też nie aspirował, by swoją karierą wybiegać poza granice miasta. Nie, mimo, że był ambitny, wcale mu na tym nie zależało, głównie dlatego, że nie był na tym stanowisku z zamiłowania do polityki, a z zamiłowania do tego miejsca, czy raczej wewnętrznej potrzeby zadbania o bezpieczeństwo tutejszych mieszkańców.
    — Bardzo doceniam taką opinię — przyznała wcale nie kłamiąc, bo jednak tego typu komplementy bardzo się dla niego liczyły. Nie był na nie łasy, ale jeśli mógłby wybrać jakie chciał otrzymywać, to właśnie te pod adresem jego zaangażowania. — ale też obawiam się, że mogłaś mieć pecha w tej kwestii, pewnie łatwo byłoby znaleźć kogoś bardziej zaangażowanego — tym razem były to słowa niejako wynikające ze skromności, ale bynajmniej fałszywej. Zwyczajnie nie potrafił tak po prostu przyjąć uznania, nawet jeśli wiedział, że faktycznie praca stała się głównym celem jego życia. Nie wiedział jednak, czy powodem tego było jedynie zaangażowanie, czy raczej brak innych możliwości. W domu było pusto, nikt na niego nie czekał, a cisza nakłaniała do przemyśleń. W ratuszy natomiast zawsze miał się czym zająć. Wiedział, że wyprawa do łazienki nie była przypadkowa. Niby nie mógł mieć pewności, ale jednak domyślał się, że Audrey ich rozmowa na moment przerosła. Nie zależało mu na tym, aby sprawiać jej trudności i wprowadzać w zakłopotanie. Co innego, gdy sobie żartował, wiadomo, ale teraz? Teraz siłą rzeczy między nimi zapanowała niełatwa atmosfera i fakt, mógł się z niej wycofać, ale jeszcze dawał sobie czas. Po pierwsze dlatego, że był ciekawy, co działo się w głowie dziewczyny, a poniekąd też przez to, że w razie czego nie padły jeszcze na tyle ciężkie słowa, aby ciągnąć za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Przynajmniej on tak to postrzegał. Przyglądał jej się w ciszy, ale już od pierwszych usłyszanych słów poczuł, że nie podoba mu się to, co mówi dziewczyna. Nie chodziło o to, że się z nią nie zgadzał, a o to, co musiała przeżyć, aby wyrobić w sobie podobne podejście. Nie znał jej, ale nikomu wcale źle nie życzył, może za wyjątkiem potworów, które popełniły zbrodnie, a chodziły bezkarnie po świecie. Audrey naturalnie do tej grupy nie zaliczał, mało tego, w czasie ich niedługiej znajomości naprawdę poczuł względem niej niemałą sympatię, więc tym bardziej teraz był zaniepokojony. Mimo to nie przerywał jej, nie chciał też zbyt szybko się odzywać, aby jej nie peszyć i czegoś źle nie zrozumieć. Zdał sobie jednak sprawę, że za długo zwlekał z komentarzem, kiedy Hemingway wzruszyła ramionami i jakby zbagatelizowała własne słowa. Tego akurat nie kupił.
    — Nie rób tak — poprosił spokojnie. — Nigdy — podkreślił jeszcze, by dopiero po chwili nieco lepiej wytłumaczyć, co takiego miał na myśli. — Nie otwieraj się przed kimś tylko po to, by po wszystkim wątpić w słuszność własnych słów — głos miał spokojny, ale w głowie nadal analizował to, co przed chwilą usłyszał. Bardzo dojrzałe słowa, bez wątpienia stało za nimi wielkie znaczenie, którego naturalnie Francis nie mógł być świadomy. Mimo to skłamałby, gdyby powiedział, że nie było w nim teraz chociaż trochę zwyczajnej, ludzkiej ciekawości. Do ludzi wścibskich nie należał, a mimo to postanowił zapytać. Subtelnie, bo nie miałby jej za złe, gdyby nagle temat ścięła. — Ciebie to spotkało? Zobojętnienie na to, co dzieję się dookoła? Jestem ciekawy... — nie ukrywał tego. — jakie wydarzenie to w tobie spowodowało — zakończył i westchnął cicho. Tu akurat uznał, że osaczenie nie będzie dobrym wsparciem, więc odwrócił wzrok, niby to mimochodem, gdy sięgał po swoją kawę. Pozwolił sobie upić nieco płynu, dając Audrey czas na podjęcie decyzji, czy mu opowie, czy nie. Niezależnie od tego, raczej nie zapomni jej słów. Prawda była taka, że czuł... żal. Była młodą, atrakcyjną dziewczyną. Cokolwiek doprowadziło ją do takiego przykrego światopoglądu, z perspektywy Francisa po prostu na to nie zasłużyła. Tylko, że o to chodzi w tragediach... lubią dotykać tych, których nie powinny. Ostatecznie jednak, co on mógł wiedzieć o tej sprawie? W końcu wcale jej nie znał. Wierzył jednak, że to ich cecha wspólna — brak zaawansowanej wiedzy na temat drugiego. Liczył na to, że zaczynają z tego samego miejsca, ale słowa Hemingway miały raz na zawsze rozwiać jego błędne wyobrażenia o ich znajomości. Spiął się nieco, coś w szczęce mu przeskoczyło i mimowolnie na moment wstrzymał oddech. To nie tak, że śmierć Lucy była tajemnicą, pewnie dało się na ten temat znaleźć informacje chociażby w internecie. Powszechny fakt, o którym plotkowali ludzie, w Berrylane takie tematy, jak okrutne to nie było, cieszyły się popularnością. Był więc głupcem... dlaczego założył, że Audrey nie będzie miała o tym pojęcia? A co teraz czuł? Miło byłoby powiedzieć, że nic, albo chociaż spokój, ale prawda nie była taka komfortowa. Poczuł się trochę... nieporadnie? Nie, to nie to słowo... niepewnie. Tak, lepsze. Może też bezbronnie, chociaż ten termin w zestawieniu z Francisem wydawał się paradoksem. Mimo to coś w tym było, a on musiał coś powiedzieć, chociaż czas mijał, a nadal nie podjął się wypowiedzi. Zdał sobie sprawę, że już nie ukryje tego, co się z nim działo. Milczenie trwało zbyt długo, aby Audrey się nie domyśliła, że zachwiała jego niezachwianą pozę. Dał się złapać, jak dziecko. Sam mimowolnie spojrzał na obrączkę i nadal miał w głowie pustkę. Sam się prosił o ten temat, ale wcale nie był zadowolony z efektów. Widział jednak, oczywiście, że widział, że dla Hemingway też nie jest to łatwe. Nie miała złych zamiarów, ale nagle dotarło do niego, że być może patrzy na niego z politowaniem i ta myśl sprawiała mu dyskomfort. Lubił być nieczułym, chłodnym i opanowanym wiceburmistrzem, a nie... małym chłopcem, który nie był w stanie ocalić miłości swojego życia. Jak to brzmiało? Tragicznie.
    —Naprawdę tak uważasz? Że miałem gorzej? — odezwał się w końcu, a wypowiedziane pytania i jego samego zaskoczył. Zmieszał się, odruchowo cofnął dłonie pod stół. — To nic. Żadna tajemnica, nie powinnaś się tym przejmować, a ja nie powinienem tak napierać. Wybacz — próbował wyjść z tego wszystkiego z twarzą, ale widać było, że stracił wcześniejszą pewność siebie.


    Lilka
    Lilianne itp.
    piszę posty
     
    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: