menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Korytarz
Autor Wiadomość
Charlie Mills


Drugs may kill you, but they'll never break your heart


ćpun to nie zawód

dancing on drugs

Lives in
auburn pine houses

Wysłany: 2018-12-26, 16:48   
  
Charlie

  
Mills

  

  

  

  

  

  
20 yo

  
188 cm

  
W Berrylane od roku


Nie potrafił teraz myśleć czysto przyczynowo-skutkowo. W zasadzie jego tok myślowy nie był prawie w ogóle podobny do tego Tegan albo jakiegokolwiek innego, trzeźwego człowieka, który mógłby przyjść, ocenić sytuację i dojść do jednoznacznych, niezadowalających nikogo wniosków. Charlie nawet nie zwracał uwagi na fakty, które teraz się rozgrywały, nie przyszło mu do głowy nawet, że Tegan nie powinna zobaczyć go w takim stanie, jakby zapomniał nagle, że wygląda jak chodzący trup i mogliby z Veselinem robić teraz konkurs, kto jest bardziej martwy. Jego myśli latały gdzieś między zadowoleniem ze spotkania dziewczyny, kogoś kto mógłby mu potowarzyszyć, zawieszania się bezmyślnie w przestrzeni albo skupiania na fraktalach pojawiających się pod powiekami, kiedy tylko zamykał oczy. Momentami jeszcze wpadał na genialne pomysły robienia czegoś sensownego, ale na to z pewnością jeszcze będzie czas, tym bardziej, gdy teraz znalazł kogoś z kim mógłby to wszystko robić. We dwójkę zawsze przecież było lepiej, mógł przelać na kogoś swoją szybkość, zamiast tylko stać i pogłębiać się w morfinowym rozmemłaniu.
— Czemu nie ma? Moglibyśmy poszukać tego razem, wspaniale byłoby coś zrobić, a nie stać tutaj tylko i zamulać. — Ożywił się nagle, gdy tylko Tegan dała mu bodziec do tego, żeby mógł się go uczepić i dać swoim myślom wpadać na kolejne, durne pomysły zajmowania czasu i skupiania się na czymkolwiek innym, tylko nie na tym, że sytuacja ma się bardzo źle. — Czemu szukasz boiska? Co jest na boisku? — zapytał, po czym znów odrobinę się rozpłynął, dając jej spojrzeć w jego źrenice i spokojnie zdać sobie sprawę z jej niezadowolenia.
— W nic się nie wpakowałem przecież — oznajmił szybko, opierając się bardziej o szafki, czując jak przez jego mięśnie przechodzi fala błogości, z którą nie poradziłby sobie po prostu stojąc. — Przecież wiesz, że to tylko — przerwał, przełykając ślinę, a jego gałki oczne skierowały się na chwilę do góry, żeby po chwili wrócić na miejsce. — Zabawa — dokończył, jakby to co przed chwilą się stało nie było ani trochę przerażające dla obserwatora.
Mimo wszystko za bardzo z nią nie walczył. Może dlatego, że nie do końca rozwikłał jej zamiary. Nie miał do tego głowy, poza tym Abbott też za dużo nie powiedziała, żeby mógł się na tym skupić. Chciał z nią iść, bo miał wizję dobrej zabawy, a przynajmniej nie spędzenia tego czasu samotnie. Nie żeby mu przeszkadzało bycie samemu, ale był w takim stanie, że każda zmiana w zasadzie wydawała mu się zmianą dobrą i jak najbardziej był za, bo i tak byłby zadowolony.
Pociągnąć się dał i to z łatwością, nie miał zbyt dużo siły, żeby jakkolwiek przejąć kontrolę, co mogłoby trochę sprawiać Tegan problem, bo nie za łatwo mu się ogólnie chodziło. Zbyt długo stał, żeby tak szybko przyzwyczaić się do jakiejś kontroli nad swoim ciałem.
— Gdzie idziemy? Tylko nie do mnie do domu, okej? — Ostatkami sił logiczne myślenie próbowało go uchronić przed konfrontacją z rodzicami.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: iks
MULTI: matylda addams
 
Margaret Wilson


She is brave and strong and broken all at once


Kończę liceum

I sprawiam kłopoty

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 13:41   
  
Mary

  
Wilson

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
168 cm

  
W Berrylane od zawsze


1.

Margaret wpadła do klasy niczym burza, kilka sekund przed dzwonkiem i nauczycielem, który nie lubił spóźnialskich. Jeśli był w tej szkole jeszcze ktoś komu nie chciała podpaść, to na pewno był to on. Dlatego szybko zajęła swoje miejsce, uśmiechnęła się do swojej przyjaciółki siedzącej obok i otworzyła podręcznik na rozdziale, który przerabiali ostatnim razem. Szkoła stała się dla niej przykrym obowiązkiem i nie miała pojęcia, kiedy to nastąpiło. Przecież nauka sprawiała jej przyjemność, rozwiązywanie trudnych matematycznych łamigłówek było dla niej super zabawą a czytanie książek pochłaniało ją na całe wieczory. Zawsze przygotowana, zawsze z najlepszą oceną w klasie… Teraz spadła w okolice średniej, a może już poniżej niej. Sama przestała orientować się w swoich stopniach. Zamiast jednak zacząć lekcje, nauczyciel otworzył drzwi i wprowadził do ich klasy nowego ucznia. Nowego a tak jej znanego. Z wrażenia zrzuciła ze swojej ławki zeszyt, sprawiając że Lincoln wbił spojrzenie w stronę dobiegającego hałasu. Czyli zrobił dokładnie to, czego Mary chciała uniknąć – spojrzał wprost na nią. Przez chwilę miała wrażenie, że to tylko głupi sen a ona zaraz obudzi się w swoim łóżku, jednak mijały kolejne sekundy a ona dalej siedziała w klasie, w której swoją drogą robiło się coraz bardziej gorąco, i nie mogła oderwać wzroku od nowego ucznia. Dobrze, że usiadł w jedynej wolnej ławce z tyłu klasy, przynajmniej nie musiała dłużej na niego patrzeć. Tylko, że wspomnienia wróciły do niej jak bumerang, sprawiając, że kolejny raz nie uważała na lekcji. Jak miała zapomnieć chłopaka, który zeszłego lata tak zawrócił jej w głowie? Który ją tak perfidnie wykorzystał by kilka tygodni po obozie przestać się odzywać? Z przejęciem odliczała do dzwonka każdą minutę, która dłużyła się nieskończoność. Mary wyglądała nieco inaczej. Ścięła włosy, zmieniła styl ubierania na bardziej kobiecy, zaczęła się malować, ale nawet pomimo tego była pewna, że ją poznał. Tak jakby czuła jego wzrok na swoich plecach.
- Pięć, cztery, trzy, dwa… - odliczała pod nosem i gdy tylko zabrzmiał dźwięk dzwonka, zerwała się jak poparzona ze swojego miejsca i wrzucając książki do plecaka, uciekła na korytarz, wtapiając się w tłum ludzi. Przystanęła dopiero przy swojej szafce, do której wpakowała wszystkie podręczniki, próbując się opanować. W końcu nie mogła mu pokazać, że po takim czasie jeszcze ma na nią taki wpływ.
_________________

[Profil]
 
 
Lincoln Miller


Jestem ja. Nie ma lepszych.


Uczeń

Lubię pieniądze i Margaret

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 15:48   
  
Linc

  
Miller

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
180 cm

  
W Berrylane od Kilka dni


1.

Lincoln już od tygodnia przebywał w Berrylane, ale dopiero dzisiaj zdecydował się pójść do szkoły. Wpierw musiał oswoić się z nowym otoczeniem, zamienić kilka rozmów z ciotką i w spokoju przetrawić fakt, że rodzina pozbyła się go z Los Angeles. Do ojczyma nie miał żalu - od dłuższego czasu się nie dogadywali. Jednak szczerze zawiódł się na matce.
Nauczyciel zawołał do sali i poprosił, aby powiedział kilka słów o sobie. Niestety chłopak nigdy nie należał do wylewnych osób, więc stanął jedynie na chwilę pod tablicą, z plecakiem zawieszonym na jednym ramieniu i dłonią schowaną w kieszeni białych dresów, i powiedział:
- Jestem Lincoln. - Jego głos brzmiał spokojnie, choć twarz miał skutą lodem. Perspektywa mieszkania w tak przeciętnej i nudnej mieścinie godziła dumę nastolatka. Ponadto szkoła posiadała o wiele niższy poziom nauczania, niż jego dawna placówka w Los Angeles.
Ruszył w kierunku ostatnie ławki pod oknem, kiedy niespodziewanie skinął głową w lewą stronę, gdzie właśnie komuś upadł na ziemię zeszyt. Mimowolnie zwolnił, automatycznie skupiając wzrok na dziewczynie, która niespokojnie kręciła się na krześle. Natychmiast ją rozpoznał, ale nie chcąc wszczynać rozmowy przy reszcie uczniów, posłusznie zajął wyznaczone miejsce.
Przez całą lekcje bawił się długopisem, co rusz spoglądając w stronę Margaret. Gdy zajęcia dobiegły końca, Margaret zniknęła z sali. Ruszył śladem dziewczyny najpierw na korytarz, a następnie do szatni, gdzie zastał ją przy jednej z szafek.
Podszedł, oparł się bokiem o regał i z impetem zatrzasnął metalowe drzwiczki tuż przed jej twarzą.
- Cześć - powiedział wręcz nienaturalnie spokojnie - Margaret - twardo zaakcentował jej imię.
Minęło zaledwie kilka miesięcy, a mimo tego bardzo się zmieniła. Nowe detale, które nabrało jej ciało podkreślały kobiecość. Ponadto zaczęła mocniej malować oczy i inaczej się ubierać. Zapamiętał ją jako osobę w rozciągniętej bluzie i legginsach. Letni deszcz ciągle moczył jej wówczas długie włosy. Pachniała wtedy rosą i lasem, a teraz zwykłymi perfumami.
Była inna, jakby obca.
Lincoln nachylił się nad Margaret, jakby usiłował wychwycić więcej fizycznych zmian. Twarz miał łagodniejszą niż w chwili, w której wszedł do sali, lecz wciąż wyglądał bardziej srogo, aniżeli przyjaźnie.
- Powinniśmy porozmawiać? - zapytał. Wokoło panował gwar. Uczniowie napawali się ostatnimi minutami przerwy, gromadząc się bez celu na korytarzach w szatni.
[Profil]
  MÓW MI: Linc
 
Margaret Wilson


She is brave and strong and broken all at once


Kończę liceum

I sprawiam kłopoty

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 17:36   
  
Mary

  
Wilson

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
168 cm

  
W Berrylane od zawsze


Będąc pogrążoną we własnych myślach, nie zauważyła, że Linc nie odpuścił i ruszył za nią szkolnym korytarzem. W jednej chwili chciała zniknąć, wymazać ze swojej głowy ich wspólny obraz, ale czy na pewno było to jej życzeniem? Wakacyjna miłość. Tyle pięknych książek i piosenek napisali na ten temat, o dziwo większość kończyła się tak jak w jej przypadku złamanym sercem, ale Mary i tak dała się oczarować. Jezioro, letni deszcz, mokra koszulka przylegająca do jego ciała i otaczająca ich intrygująca ciemność. W tamtym momencie straciła dla niego głowę, nie mogła pozwolić by wydarzyło się to ponownie, tylko dlatego, że jakimś cudem Lincoln Miller znalazł się w jej klasie. Co za ironia losu. Dopiero gdy ktoś zatrzasnął metalowe drzwiczki jej szafki, odskoczyła i odwróciła głowę w bok. Patrząc na to, kto stał teraz obok niej, powinna być bardziej ostrożna i uważna.
- Lincoln – powtórzyła jego imię równie oficjalne, co on jej. Nie mógł zapomnieć jak Mary nie lubiła swojego pełnego imienia i nie mógł się powstrzymać by tak twardo je zaakcentować. Teorię o tym, że mógł jej nie poznać mogła wyrzucić do kosza. Zdecydowanie ją pamiętał i w dodatku chciał z nią rozmawiać. – Nie wiem czy jest o czym. W końcu sam jakiś czas temu postanowiłeś przestać się odzywać, więc nagle się coś zmieniło? Jeśli chcesz zapytać co u mnie słychać, to wszystko jest w porządku – spojrzała na niego a jej uwadze nie umknęło kilka szczegółów, których nie dostrzegła w przeludnionej klasie. Linc był nieco wyższy niż ostatniego lata, może było niezauważalne na pierwszy rzut oka, ale gdy stał tak blisko niej, musiała zadrzeć głowę nieco wyżej. W dodatku jego ramiona wydawały się lepiej zbudowane, jakby całe jego ciało zmężniało. Szybko jednak odrzuciła te myśli. – Skoro wymieniliśmy się już uprzejmościami, muszę wyjąć kilka rzeczy. – wskazała na swoją szafkę, o którą chłopak się opierał. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczy. Trochę naiwnie żyła w przekonaniu, że ich wakacyjna znajomość przetrwa próbę czasu i odległość jaka ich dzieliła. Z początku wymieniali wiadomości nieustannie, potem kontakt słabł aż pewnego dnia Linc po prostu nie odpisał. Nie mógł więc jej się teraz dziwić, że była tak zaskoczona jego obecnością w jej szkole.
_________________

[Profil]
 
 
Lincoln Miller


Jestem ja. Nie ma lepszych.


Uczeń

Lubię pieniądze i Margaret

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 19:55   
  
Linc

  
Miller

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
180 cm

  
W Berrylane od Kilka dni


Zrzucił plecak z ramienia na podłogę i oparł się plecami o szafkę Margaret. Ręce bezwładnie opadały mu wzdłuż ciała, zaś podbródek miał skierowany wysoko do góry - mimo że wciąż spoglądał mętnym wzrokiem tasował dziewczynę.
Był wykończony psychicznie, choć jej obecność nagle zaczęła motywować go do jakichkolwiek ludzkich odruchów.
- A nie pomyślałaś, że mogłem mieć powód, aby przestać się odzywać? - odparł pytaniem na pytanie.
Wielokrotnie myślał o tym, co ich połączyło. Nie była to jednak jedynie namiętna noc pod namiotem, lecz sytuacje, rozmowy, które miały miejsce dużo wcześniej. Z Margaret już w autokarze w drodze na obóz załapał dobry kontakt. Wówczas był bardziej energicznym i zalotnym chłopcem o wciąż nieokiełznanym temperamencie.
Zaczęło się od kilku kopnięć w jej fotel, nielegalnego piwa na ognisku, huśtaniu w oponie nad brzegiem jeziora oraz zbiorowych grach w podchody. Podczas jednej z tych zabaw zgubili się w lesie. Znowu padało, a jej głowa wtulona w tors Lincolna i drobna, chłodna dłoń otaczająca go w pasie, wydawała mu się być czymś nadzwyczaj przyjemnym.
Niestety. Margaret Wilson nie była dziewczyną dla Lincolna Millera. Przekonał się o tym zaraz po powrocie do Los Angeles, kiedy jego matka odkryła parę ich intymniejszych wiadomości. Zarekwirowała telefon i komputer syna, wznosząc w domu całodobowy nadzór.
W przekonaniu Jasmine dla kogoś takiego jak Lincoln idealna była Angelina z jego klasy, córka prawników, albo Sophia, początkująca modelka Victoria Secret. Problem w tym, że one nie miały w sobie żadnego życia. Lincolna otaczały same damy, dlatego w jego oczach wydawały się być po prostu zwyczajne.
Ale nie mógł przecież powiedzieć tego Margaret. Po miesiącu odzyskał dostęp do mediów, lecz zrezygnował z ponownych prób kontaktowania się z dziewczyną. Dzieliła ich w końcu duża odległość, aby mógł cokolwiek zdziałać. Wciąż był zależny od matki i ojczyma, mimo że ciągle się temu sprzeciwiał.
- Więc co u ciebie słychać? - zironizował i nawet cynicznie się uśmiechnął, zupełnie jakby niedosłyszał jej wcześniejszej odpowiedzi. - Masz spaczone poczucie uprzejmości, Margaret. Zmuś mnie, abym się przesunął. - Skrzyżował ramiona, jednocześnie rozglądając się wokoło. Właśnie zadzwonił dzwonek i uczniowie zaczęli iść w kierunku klas. On jednak nie zamierzał się jeszcze ruszać.
[Profil]
  MÓW MI: Linc
 
Margaret Wilson


She is brave and strong and broken all at once


Kończę liceum

I sprawiam kłopoty

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 20:21   
  
Mary

  
Wilson

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
168 cm

  
W Berrylane od zawsze


Żadne wytłumaczenie nie było dobre i prawdopodobnie w żadne Mary by nie uwierzyła. Nawet gdyby powiedział jej prawdę o swojej rodzinie, o konserwatywnej matce, ojcu który chciał zostać prezydentem i ich wszystkich zakazach, ciężko byłoby jej uwierzyć. Może dlatego że jej relacje z ojcem zawsze były ułożone, ich relacja była partnerska i nawet jeśli dziewczyna coś przeskrobała, nie odcinał ją od świata. Znacznie gorsze od ograniczania przyjemności była cisza panująca w ich domu. Dlatego właśnie nie rozumiała i nie chciała rozumieć jego powódek. Była pewna, że po prostu o niej zapomniał a w jego rękach była tylko kolejną zdobyczą. Pierwszą na liście, ale na pewno nie ostatnią. Jego ironiczne pytanie zignorowała. Chociaż nie, skomentowała je równie ironicznym uśmieszkiem, lekko marszcząc przy tym nos. Zawsze tak robiła, gdy ktoś ją denerwował a Lincoln robił to celująco.
- Myślisz, że tego nie zrobię? – spojrzała na niego, w wyraźnie bojowym nastawieniu. Jego słowa potraktowała jak wyzwanie, w dodatku właśnie zadzwonił dzwonek a korytarze pustoszały z każdą mijającą sekundą. Jeszcze w zeszłym roku Mary w panice próbowałaby dostać się do klasy na czas, jednak teraz, przy i tak już wysokiej liczbie nieobecności, zupełnie się tym nie przejęła. – Pierwszy dzień w nowej szkole i już wylądujesz na dywaniku u dyra? Jeśli lubisz zostawać po lekcjach w kozie to do dzieła, ja nie mam zamiaru tam z Tobą tkwić – powiedziała siląc się aby jej głos zabrzmiał spokojnie. Skrzyżowała tylko ręce na piersi i obserwowała go dokładnie. Nie wiedziała dlaczego Linc robi wszystko by wyprowadzić ją z równowagi. Naprawdę chciał zdenerwować ją podczas ich pierwszego spotkania po takim czasie? Do tej pory próbowała trzymać między nimi dystans, nawet spojrzenia jakimi się wymieniali nie trwały zbyt długo i dopiero teraz, gdy nie miała innego wyjścia, zatrzymała się na jego oczach nieco dłużej, po czym przystąpiła do ataku. Była na przegranej pozycji, więc próba przepchnięcia mierzącego metr osiemdziesiąt, dobrze zbudowanego chłopaka była bezsensowna, ale przecież Mary nie należała do osób, które się łatwo poddawały. Lincoln musiał o tym wiedzieć. W końcu na obozie nie raz stanęła w obronie młodszych i słabszych, gdy chłopacy z ostatnich klas próbowali im dokuczać. Była gotowa nawet jednemu przyłożyć, nie zważając na konsekwencje i fakt, że byli od niej dwa razy więksi i dwa razy ciężsi. Nie bała się, tak samo jak teraz zdeterminowana była by postawić na swoim.
- Przesuń się, bo zamiast do klasy będziesz musiał iść do pielęgniarki! – syknęła w jego stronę, podejmując jeszcze jedną próbę wepchnięcia się pomiędzy niego a swoją szafkę. Jego bliskość kolejny raz przypomniała jej o ich wakacjach. Nie byli tymi samymi osobami, przez te pół roku wiele w ich życiu się zmieniło, jednak Wilson nie uważała tego za coś złego. Wewnątrz była ciekawa tych wszystkich zmian i nie ukrywajmy, dalej lubiła ten jego zadziorny uśmiech.
_________________

[Profil]
 
 
Lincoln Miller


Jestem ja. Nie ma lepszych.


Uczeń

Lubię pieniądze i Margaret

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 21:32   
  
Linc

  
Miller

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
180 cm

  
W Berrylane od Kilka dni


Lincoln czasem gubił się w tym, kim była dla swojej rodziny. Na wielu bankietach, uroczystościach i charytatywnych balach udawał pokornego oraz wdzięcznego syna. Uśmiechem czarował córki ważnych polityków i darczyńców, a dorosłą postawą ich ojców. Matka chwaliła się nim na lewo i prawo. Nigdy nie wątpił w jej miłość, choć wyrażała ją w iście specyficzny i mało wylewny sposób. Dbała o jego edukacje i rozwój, ale to tylko tyle. Rzadko mieli okazje rozmawiać od serca, bo ostatnio życie kręciło się wokół Gregory'ego i wyborów.
Nigdy o tym nie mówił, ale często czuł się wykorzystywany - chociaż sam czerpał, trwoniąc ich pieniądze. Cenił ten luksus, który go otaczał, dlatego tym bardziej ciężko było mu się przestawić do ciasnego, podstarzałego domku ciotki.
- Nie wiem - niedbale wzruszył ramionami - spróbuj - wręcz zachęcił.
Nie uważał, że Margaret miałaby z nim jakiekolwiek szanse. W końcu w ich niewinnych potyczkach zawsze przegrywała i ewidentnie była to wina niesprawiedliwego podziału ich kilogramów.
- Jeśli mnie uderzysz, to możesz być pewna, ze cię wydam i razem tam utkwimy, Margaret. Skoro jest przestępstwo, to musi być i kara - powiedział, po raz kolejny siląc się na zawadiacki uśmiech.
W żaden sposób nie chciał jej denerwować. Była pierwszą znaną mu w Berry osobą, poza ciotką; osobą, która kilka miesięcy wcześniej zawróciła mu w głowie. Nigdy nie zamierzał jej wykorzystać - ani minionego lata, ani tym bardziej teraz, kiedy brnęli tą wojenną ścieżką, strzępiąc jedynie języki.
Lincoln po prostu miał pecha i na tyle trudny charakter, że nie zamierzał rozmawiać z Margaret o przeszłości. A jednak musiał coś sprawdzić, aby uśmiercić tą nutę ekscytacji, jaka towarzyszyła mu podczas ich rozmowy. Oczywiście nie było tego widać, lecz czuł się lepiej patrząc na wzrastającą złość dziewczyny, niż obserwować jej milczenie z daleka.
Nie była obojętna, więc może coś jeszcze znaczył.
Ironiczny śmiech wyrwał się z jego gardła, kiedy próbowała przedrzeć się do swojej szafki. W zaparte dociskał swoje plecy do metalowych drzwiczek, co rusz powstrzymując szarżujące dłonie Margaret.
W pewnym momencie w końcu ustąpił, choć chwilę później złapał nadgarstki nastolatki i całym ciałem docisnął ją do regału. Kolano prawej nogi umieścił między jej udami, tym samym uniemożliwiając jakąkolwiek próbę ucieczki.
Zastraszające ciepło ogarnęło jego skórę, lecz zignorował to uczucie w obawie, że zawaha się pod naporem spojrzenia Margaret. I nagle ją pocałował.
Korytarz opustoszał, a im w tym intymnym momencie towarzyszyła jedynie ponura cisza.
Napierał ustami, jak żołnierz, który po wielu latach dobywa w ramiona ukochaną. Niestety między nimi istniała głęboka przepaść, o której przypomniał sobie, kiedy tylko odstąpił od natarcia. Odsunął się z lekka skołowany i zaskoczony własnym, energicznie bijącym w piersi sercem i tępym bólem głowy.
[Profil]
  MÓW MI: Linc
 
Margaret Wilson


She is brave and strong and broken all at once


Kończę liceum

I sprawiam kłopoty

Lives in
blue velvet

Wysłany: 2019-01-11, 21:58   
  
Mary

  
Wilson

  

  

  

  

  

  
18 yo

  
168 cm

  
W Berrylane od zawsze


Teraz, gdy tak na niego spoglądała, miała wrażenie, że w ogóle go nie zna. O ile oczywiście można kogoś poznać w dwa tygodnie, spędzając wakacje na letnim obozie. To z jednej strony mało, z drugiej jednak dużo czasu, zwłaszcza że Mary i Linc potrafili przegadać całą noc o sprawach mniej, lub bardziej dla siebie ważnych. Jednak nie rozpoznawała w jego oczach tamtego radosnego chłopaka, było w tym spojrzeniu coś więcej. Nie chciała jednak o tym myśleć, bo im dłużej spędzała z nim czas, to bardziej zaczynała chcieć odnowić ich relacje. A przecież powinna być wściekła za to jak ją potraktował. Nagadał jej tyle pięknych słów, uwierzyła mu a okazało się, że jest typowym facetem, który myśli tylko o jednym. Przynajmniej Mary to tak teraz odbierała. Miał rację. Gdyby do uderzyła, sama również musiałaby zostawać po lekcjach a jeszcze gorzej jakby została zawieszona. Zbyt dużo miała na sumieniu występków, by narażać się ponownie na gniew dyrektora i swojego ojca.
Na szczęście Lincoln odpuścił i na ułamek sekundy oderwał plecy od metalowej szafki. Niestety zanim się zorientowała, złapał ją, i przygwoździł do drzwiczek, których nie zdążyła nawet otworzyć. Momentalnie serce zaczęło bić jej szybciej a szkolny korytarz zmalał do takich rozmiarów, że miała wrażenie iż są tylko oni i pustka dookoła. Działał na nią jak magnes, więc gdy ją pocałował, przestała się wyrywać. Nie panowała nad swoim ciałem, jak zwykle instynkty wzięły górę nad rozumem i odwzajemniła pocałunek. Był zupełnie inny niż kilka miesięcy nad jeziorem. W tym pocałunku nie było delikatności, czułości i niewinności. Pocałował ją tak, jakby chciał jednym gestem wynagrodzić jej te wszystkie miesiące, podczas których się nie odezwał. Nie mogła jednak pozwolić sobie na tę chwilę słabości, więc czym prędzej wyzwoliła swoje nadgarstki z jego uścisku i odepchnęła go od siebie.
- Nigdy więcej tego nie rób, nie masz prawa mnie całować – wycedziła przez zaciśnięte zęby, czując przeszywającą ją złość. Była wściekła na siebie, że dała się znowu omotać. Linc miał w sobie coś, przed czym nie mogła długo uciekać, ale nie mogła pozwolić się jemu do siebie zbliżyć. Zbyt bardzo była zraniona by zapomnieć o nim, o tym co ich kiedyś łączyło i o tym, że zapomniał o niej na tyle miesięcy. Korzystając z okazji, otworzyła szafkę, wyjęła z niej kilka książek i wpakowała do leżącej na ziemi torby. Zanim zdążyła uciec z pustego już korytarza, usłyszała wyłaniający się zza zakrętu znany głos nauczyciela. „Oboje zostajecie dzisiaj po lekcjach”.

/zt.
_________________

[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 6