menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica
Autor Wiadomość
Vivienne Hastings



w Berrylane od kilku lat

studentka prawa

26
yo

170
cm

która kocha swoją niezależność

Lives in:
magnolia flats

Wysłany: 2019-01-12, 22:25   
  
Vivienne

  
Hastings

  
I'm not perfet but if you know me, you love me

  

  

  

  

  

  


/wygląda na to, że temat można przejąć, więc przejmuję

#11

Już od pewnego czasu ciąża Vivienne rozwijała się prawidłowo, z tego powodu szatynka nie musiała już spędzać większości swojego życia w czterech ścianach sali w klinice, w której obecnie rezydowała ze względu na zagrożony stan. Przyszła prawniczka zdawała sobie sprawę z tego, że za całkiem niedługi czas, zaledwie kilka miesięcy Violet przyjdzie na świat i nie będą już mieszkać w przytulnej, aczkolwiek męczącej na dłuższą metę klinice. Owszem, przebywanie tam miało swoje zalety, bo Hastings była pewna, że jest bezpieczna i nawet jeśli tutejsza policja jej nie ochroni to szantażysta musiałby być naprawdę zdesperowany, by zaatakować ją w szpitalu, byleby tylko straciła dziecko. Z drugiej strony tam było tak potwornie nudno, a za oknem tak wiele się działo, dlatego szatynka wyczekiwała tego dnia, w którym będzie mogła wybrać się nieco dalej, niż tylko do flower trucka. Takie leżenie w łóżku skłania również do wielu przemyśleń, dlatego Hastings uznała, że czas poszukać dla niej i nienarodzonej jeszcze Violet jakiegoś lokum. Jej mieszkanie studenckie w Seattle się nie nadawało do mieszkania z niemowlęciem, a fundusz otrzymywany przez uczelnię i drobny wkład rodziców nie był wystarczający, by od razu zamieszkać w kolorowym domku nieopodal placu zabaw i żłobka, gdzie mogłaby się bawić i przebywać jej córeczka, podczas gdy jej mamusia skończyłaby studia i pracowała jako szanowana pani prawnik. A mieszkanie z Alexem odpadało ze względu na jego chorobę, ona nie mogła być pewna, czy on nie zagrozi Violet, mimo że przyjmuje on leki i jest stabilny. Umówiła się więc na oglądanie paru mieszkań znajdujących się w centrum miasta. Pierwsze, które zobaczyła było przepiękne, oczami wyobraźni mogłaby zobaczyć pokoik Violet, a także swój gabinet z oknem na park, do którego by podchodziła tylko po to by zebrać myśli i dać trochę odpocząć oczom zmęczonym od ciągłej pracy przed ekranem komputera. Niestety jej fundusze nie pozwalały na zamieszkanie w owym pięknym miejscu, więc wpatrzona w ekran telefonu przemierzała ulicę, kierując się pod kolejny adres, jaki miała zapisany w telefonie. Nie zwracała uwagi na mijających ją ludzi, była zbyt zaaferowana swoją pilną sprawą, poza tym nikt z nich nie zwracał na nią większej uwagi. Przecież nie będzie się całe życie bała przez jednego głupiego sms-a, poza tym szantażysta umilkł na kilka tygodni po zgłoszeniu sprawy na policję, więc pewnie zrozumiał, że ma do czynienia z przyszłym prawnikiem, która by go zniszczyła na sali sądowej.
_________________
<div style="margin-bottom: -7px; width: 260px; color: #003333; font-size: 30px; font-family: 'great vibes'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: right; line-height: 85%; position: relative">Vivienne Hastings<div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc"><img src="http://67.media.tumblr.com/a9feb871059d9062fd037c7d5c2f2bfb/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo1_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #eedddd" width="130"><img src="http://67.media.tumblr.com/a73cb738c3b579cff9a3e055a9a59e9a/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo2_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #ff99bb;" width="130"><div style="width: 260px; color: #005555; font-size: 10px; font-family: 'ms mincho'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: justify; line-height: 85%;">She's like a storm at sea, unpredictable and dangerous<div style="width: 260px; border-top: 1px dotted #eedddd; margin-top: 1px;"><div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc;">
[Profil]
 
 
Alec Hester


Wysłany: 2019-01-13, 12:57   

#1

To był dobry dzień.
A przynajmniej tak starał się to sobie tłumaczyć kiedy po skończeniu pracy przemierzał kolejne ulice Berrylane na piechotę. Jego samochód zepsuł się kilka dni temu i nawet jeśli wypadałoby mu znać się chociaż odrobinę na rzeczy, to oprócz naprawieniu tych najbardziej podstawowych rzeczy, których uczyli nawet na youtube - dzięki temu, który stworzył serwis - nie potrafił, zerkając na serce maszyny, stwierdzić co było nie tak. Pozbawiony pojazdu był zmuszony do przechadzek. Zbyt honorowy by pytać o podwózkę i zbyt zacięty, aby wykazać się lenistwem i naruszyć własną strefę komfortu dla zyskania godziny na inne zajęcia. Tego dnia było cieplej, chociaż chłód nigdy szczególnie mu nie przeszkadzał. Ze wciśniętymi w kieszenie płaszczu dłońmi niespodziewanie stanął jak wryty.
A serce przyśpieszyło mu do niebezpiecznego galopu, kiedy błękitne spojrzenie tracąc zainteresowanie wszystkim, co działo się dookoła skupiło się na niej.
Niej.
Była jak zjawa i chyba dlatego nie zorientował się, że nie mruga. By nie stracić jej z oczu. Nie dać tej nawetniesekundy na zniknięcie, pozostawieniem go z drętwiejącym umysłem i spoconymi kończynami. Sam przecież do końca nie wiedział czemu tak zareagował. Bo była zwykłym zaprzeczaniem tego, co zdążył już sobie ułożyć w umyśle? Pogodzić się z tym, że Mary wcale tu nie mieszka? Ta wiara rozpadła się niczym krucha wieża z przetartych już kart. Głos ugrzązł w gardle, a kiedy rozchylił wargi, aby za nią krzyknąć, bo coraz to bardziej się oddalała.. odkrył, że struny głosowe ani myślały o tym, aby choćby drgnąć. Zagryzając zęby, potrząsnął głową. Jak pies pozbywający się wody z futra, tak on otrząsnął się z resztek niedowierzania. I ruszył za nią.
- Mary! - sam był zaskoczony siłą, jaka została włożona w ten krzyk. Tym bardziej, że był pewny, że będzie ono bardziej przypominać żałosne miauknięcie, a nie ryk, który ściągnął na niego spłoszone spojrzenia przechodniów. Ale nie.. Jej. - Mary, zaczekaj! - przyśpieszył, a nie dostrzegając reakcji szatynki, choćby drgnięcia ramion, brwi Hestera ściągnęły się tylko na chwilę. Nabrał powietrza w płuca i mijając kolejną kobietę przybliżył dłonie do ust. - MARY!
Zrezygnował z nawoływań, kiedy kobieta skręciła za róg, a skupił się na tym, aby ją zwyczajnie dogonić.
Dlaczego tak bardzo mu zależało? Może po prostu się pomylił? A kobieta była tylko podobna do Niej? Musiał się przekonać.
[Profil]
 
 
Vivienne Hastings



w Berrylane od kilku lat

studentka prawa

26
yo

170
cm

która kocha swoją niezależność

Lives in:
magnolia flats

Wysłany: 2019-01-13, 18:49   
  
Vivienne

  
Hastings

  
I'm not perfet but if you know me, you love me

  

  

  

  

  

  


Jak już wcześniej wspomniałam, szatynka była zbyt zajęta układaniem sobie w głowie mapy adresów, które jeszcze dzisiaj odwiedzi, dopóki nie poczuje się zbyt zmęczona albo głodna. Na szczęście mijała nieopodal jakąś piekarnię, także naleśnikarnię, więc wiedziała gdzie wrócić w razie gdyby jej mała istotka się przebudziła i zażądała posiłku. Usłyszała gdzieś z tyłu jakiś męski głos wołający jakąś kobietę, a konkretnie jakąś Mary, wtem jej sylwetka na chwilę się wyprostowała, bo spojrzała przed siebie, by zobaczyć, kogo on woła. Przed nią była zaś grupka kobiet, przed chwilą minęła ją równie spiesząca się blondynka, pewnie więc o nią chodziło, dlatego znów wróciła swoimi myślami i spojrzeniem na ekran telefonu trzymanego w ręku. Może powinna zaciągnąć kredyt studencki? Wtem jej zmysły się nieco wyczuliły, usłyszała za sobą kroki, które przyspieszały. Na początku pomyślała, że to zwykły spieszący się przechodzień do domu, czy do pracy, kroki zaś nie ustały. Poczuła się zagrożona, a co jeśli ten jej szantażysta ją namierzył? Patrząc przed siebie zaczęła skanować okolicę, czy jest tu gdzieś policja? Przecież mieli dać jej ochronę! Dlaczego w tym mieście gdy są potrzebni to nigdy ich nie ma?! Jej oddech lekko przyspieszył, przecież tu chodziło o niebezpieczeństwo jej nienarodzonego dziecka. Jeszcze chwila, a pewnie zrobi jej się słabo. Minęła grupkę osób, która dość dziwnie na nią spoglądała i korzystając z okazji że jest w tłumie postanowiła skręcić w boczną uliczkę, byleby zgubić szpiega. Na pewno niepotrzebnie spanikowała, a te kroki ruszą dalej prosto, aż wkrótce nie będzie ich słyszała. Dlatego skręciła tuż za rogiem i czując, że jej nogi zaczynają odmawiać jej posłuszeństwa, przystanęła i oparła się o biały płotek odgradzający podwórze jakiejś kawiarni od ulicy. Jeżeli on ją dogoni to na pewno ktoś ich zobaczy i jej pomoże. Robiąc tak kilka głębokich oddechów i trzymając się jedną ręką sztachetki, a drugą lekko wypukłego ciążowego brzuszka, wkrótce ujrzała sylwetkę zbliżającego się mężczyzny. A więc to jest jej stalker. Na pierwszy rzut oka nikogo jej nie przypominał, przecież nie znała człowieka, dlaczego więc groził on jej dziecku? Na pewno musiał być powiązany z Alexem. Gdy tylko się on znacznie zbliżył, wyprostowała się, przybierając postawę lwicy walczącej o swoje młode.
- Nie zbliżaj się do mnie, policja już tu jedzie. - zwróciła się do niego tonem pełnym pewności siebie, choć to był zwykły blef. Nie odwróciła wzroku ani na chwilę, to by oznaczało, że czuje się w jego towarzystwie niepewnie, że czuje zagrożenie. Ona chciała dać mu do zrozumienia, że wcale się go nie boi, że jest waleczna, choć jej serce waliło przeogromnie. W końcu stanęła oko w oko z osobą, która groziła śmiercią jej dziecku. Jak bardzo się myliła podejrzewając o to byłego partnera Browna. Tylko jaki on miał motyw? Musiała się tego dowiedzieć, a zyska na czasie dopóki mężczyzna nie zorientuje się, że szatynka tylko blefowała z policją.
_________________
<div style="margin-bottom: -7px; width: 260px; color: #003333; font-size: 30px; font-family: 'great vibes'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: right; line-height: 85%; position: relative">Vivienne Hastings<div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc"><img src="http://67.media.tumblr.com/a9feb871059d9062fd037c7d5c2f2bfb/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo1_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #eedddd" width="130"><img src="http://67.media.tumblr.com/a73cb738c3b579cff9a3e055a9a59e9a/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo2_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #ff99bb;" width="130"><div style="width: 260px; color: #005555; font-size: 10px; font-family: 'ms mincho'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: justify; line-height: 85%;">She's like a storm at sea, unpredictable and dangerous<div style="width: 260px; border-top: 1px dotted #eedddd; margin-top: 1px;"><div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc;">
[Profil]
 
 
Alec Hester


Wysłany: 2019-01-13, 19:33   

Naturalnie, kiedy tylko ona przyśpieszyła, on uczynił to samo. Był na tyle wysoki, że mógł dostrzec ją ponad głowami innych, nie zawsze, jednak te parę sekund nie były wystarczające, aby go zgubić. Rozsądek nakazywał mu się zatrzymać, bo skoro uciekała to wyraźnie nie chciała mieć z nic cokolwiek do czynienia. To ta męska zawziętość nie pozwoliła mu teraz zrezygnować. Zwolnił dopiero w momencie, jak dostrzegł, że ta się zatrzymała.
I momentalnie znieruchomiał w półkroku, kiedy spojrzenie przebiegło po jej ciele i skupiło się na jej brzuchu. Brzuchu ciężarnej kobiety. Trudno byłoby mu odpowiedzieć na pytanie co w tym konkretnym momencie bardziej wprawiło go w osłupienie. Jej stan czy ostrzeżenie, które padło chwilę później. Rozchylił wargi ze zdziwienia gubiąc sens wszystkich znanych sobie słów.
Co?
- Policja? - jego syknięcie, papuzie powtórzenie tego absurdu chyba miało pomóc uzmysłowić mu, że w którymś momencie, podczas jakiejś z ich rozmów powiedział jej za dużo. Tylko czemu wtedy nie powiedziała temu dość, wyłączyła się, a zamiast tego kontynuowała rozmowę, w ten sam luźny sposób, jak zawsze? Skoro przeraził ją do tego stopnia, że.. teraz groziła mu policją? Nielogiczność tego spotkania biła go po oczach, ukuła w dumę, a ta konkretna, męska, jak każdy wiedział - była na tyle wrażliwa, że nie należało z nią igrać. Mógł nawet na siłę wytłumaczyć jej działanie, niechęć do konfrontacji, jeśli faktycznie uważała go za zagrożenie. Jaka ciężarna kobieta odważy się na spotkanie z szaleńcem by dać mu kosza? Tylko..
- Przecież nic ci nie zrobię - wyrzut, jaki rozbrzmiał w jego głosie sprawił, że sam się skrzywił. Widział, jak jej słowa przyciągnęły nie tylko jego uwagę, ale i innych ludzi. Dlatego postanowił do niej podejść nie chcąc być zmuszonym do wydzieranie się do kobiety stojącej kilka metrów dalej. - Mogłaś powiedzieć, że nie chcesz mnie znać, Mary - zdziwienie powoli przekształcało się w irytację. Dobrze ukrytą, bo nie zwykł wplątywać postronnych ludzi w swoje sprawy, a tu ciekawskich było zdecydowanie za dużo. Nawet uciekł od niej spojrzeniem na kilka sekund, by w końcu zatrzymać się zaledwie trzy metry przed nią. - I mogłaś powiedzieć o ciąży - bo przecież myślał, że mówili sobie o wszystkim. A na pewno - chciał w to wierzyć i faktycznie tak było, a przynajmniej z jego strony. Nie czuli w stosunku do siebie żadnych zobowiązań nie rozumiał więc czemu mu się.. nie pochwaliła? To nie jego sprawa, z kim sypiała. Chciał powiedzieć to na głos, dać jej jasno do zrozumienia, że naprawdę nie musiała się z tym kryć, ale nawet we własnym umyśle podobne słowa brzmiały zbyt surowo, aby powtórzyć je na głos. A ona - Mary była dla niego na tyle ważna, że nawet teraz po tym, jak go potraktowała nie chciał być w stosunku do niej nieuprzejmy. A tym bardziej jej ranić.
[Profil]
 
 
Vivienne Hastings



w Berrylane od kilku lat

studentka prawa

26
yo

170
cm

która kocha swoją niezależność

Lives in:
magnolia flats

Wysłany: 2019-01-18, 18:42   
  
Vivienne

  
Hastings

  
I'm not perfet but if you know me, you love me

  

  

  

  

  

  


Zauważyła to, jak on zamarł zatrzymując się w pół kroku. Czyżby się wystraszył jej władczej postawy? Czy może nie spodziewał się, że ona będzie gotowa na konfrontację, byleby tylko uratować swoje dziecko? Zaskoczyła go swoją postawą, tego była pewna, a więc zdobyła przewagę. I to jego idiotyczne pytanie, które padło chwilę potem... czy on naprawdę sądził, że ona jest taka naiwna?
- Naprawdę sądziłeś, że jesteś w stanie mnie zastraszyć? Że nie zgłoszę tego na policję? - zapytała z pogardą w głosie, a wcześniej prychnęła na to jego pytanie. A chwilę potem doszły do niej kolejne słowa mężczyzny, próbował zdobyć jej zaufanie? Może jeszcze przeprosi ją za tę wiadomość i powie, że to był głupi żart? Tylko najważniejsze, dlaczego w ogóle jej groził? Jeszcze ten jego ton z wyrzutem, trochę przesadził, bo to ona powinna tu robić mu wyrzuty, nie odwrotnie.
- Ja wiem, że nie chodzi ci o mnie tylko o moje dziecko, ale pytanie brzmi dlaczego? Co ono jest ci winne? Chodzi o Alexa? - musiała poznać odpowiedzi na swoje pytania, ale przynajmniej wiedziała, że on nie chce jej skrzywdzić, jemu zależy tylko na tym, by to dziecko się nigdy nie urodziło. Skoro nie chodziło o nią to musiało chodzić o Alexa, czyżby on był kolejnym kochankiem Browna? Chwilę potem zaś zauważyła, że mężczyzna ponownie zaczyna się do niej zbliżać, dlatego zrobiła kolejne dwa kroki w tył. Tylko coś nie dawało jej spokoju, dlaczego on ją nazywał Mary? Może to był kolejny wariat, który widział w niej swoją zmarłą partnerkę i ubzdurał sobie, że to ona go zdradziła z innym i dlatego groził jej dziecku? To by się nawet układało w solidną całość, tylko jak go teraz przekonać, że nie jest tym, za kogo on ją uważa?
- Mary? Nie, nie, nie, to jakaś pomyłka, nie jestem żadną Mary, pomyliłeś mnie z kimś człowieku. - jej ton lekko złagodniał, w końcu z szaleńcami trzeba rozmawiać delikatnie, co jeśli on zaraz wpadnie w szał i spróbuje ugodzić ją prosto w brzuch? Rozejrzała się dookoła, szukając jeszcze innej drogi ucieczki. Może zawoła tego gazeciarza, albo tę kobietę, która patrzy na nich z okna?
- Rozumiem, że ta Mary bardzo cię skrzywdziła, ale ja nią nie jestem, ja cię widzę pierwszy raz na oczy, nigdy z tobą nie rozmawiałam, ale bardzo mi przykro, że ona tak cię potraktowała, że szukasz teraz zemsty. - zrobiła taki jakby obronny gest dłońmi, mówiła delikatnie, tak jakby naprawdę rozumiała całą tą sytuację, była opanowana, spokojna i prawie brzmiała tak jak niejeden psycholog czy psychiatra, starając się dotrzeć do pacjenta. Musi go przekonać, że się pomylił w stosunku do niej i żeby się z tym pogodził, wtedy przestanie ją prześladować, a ona może wycofa donos na policję?
_________________
<div style="margin-bottom: -7px; width: 260px; color: #003333; font-size: 30px; font-family: 'great vibes'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: right; line-height: 85%; position: relative">Vivienne Hastings<div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc"><img src="http://67.media.tumblr.com/a9feb871059d9062fd037c7d5c2f2bfb/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo1_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #eedddd" width="130"><img src="http://67.media.tumblr.com/a73cb738c3b579cff9a3e055a9a59e9a/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo2_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #ff99bb;" width="130"><div style="width: 260px; color: #005555; font-size: 10px; font-family: 'ms mincho'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: justify; line-height: 85%;">She's like a storm at sea, unpredictable and dangerous<div style="width: 260px; border-top: 1px dotted #eedddd; margin-top: 1px;"><div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc;">
[Profil]
 
 
Alec Hester


Wysłany: 2019-01-22, 06:54   

Był zagubiony całkowicie nie rozumiejąc zaistniałej sytuacji. O ile jakoś zdołał wyjaśnić sobie skąd wzięła się groźba policji, tak jej kolejne słowa nie miały sensu. Bo nigdy jej nie groził. Nigdy nie starał się jej w jakikolwiek sposób zastraszyć. Nawet nie posunął się do podobnych żartów, bo nawet jeśli był lekkoduchem o dziwnym poczuciu humoru, tak też miał swoje granice. Nawet przez chwilę pomyślał, że był to jakiś chory sen. Pragnąc spotkać się z Mary jego umysł spłatał mu psikusa i tak to się skończyło. Uszczypnięcie się nic mu nie dało.
- Jakiego znowu Alexa? - zdezorientowany powoli zaczął tracić cierpliwość. To wszystko nie trzymało się najmniejszego sensu. Zastanawiał się nawet czy czasem w jakimś szoku nie pomyliła go z kimś innym, ale niezbyt wiedzial, jak funkcjonują kobiety w ciąży. Jego siostra zdawała się być nornalna. Mary - nieszczególnie.
Przystanął kiedy tylko zauważył, że w momencie, kiedy się do niej przybliżał to sama się cofała. Nie chciał narażać jej na niepotrzebny wysiłek, ryzykować, że w swoim stanie sobie coś zrobi. Może i nie miał bladego pojęcia o co chodzi w tej całej sytuacji, ale nie chciał mieć kobiety na sumieniu.
Pomyliłeś mnie z kimś innym. Zamrugał analizując to proste zdanie. Analizował je, próbował obejrzeć z kazdej strony, chyba dostrzegając w tym nieznośną ironię. Alw kiedy patrzył na kobietę, to był calkowicie pewny, że stoi przed nim nikt inny, jak właśnie Mary. Przecież nie oszalał. Zobaczyłby różnicę, chyba że..
- Masz siostrę? - innego rozwiązania nie widział, bo nawet nie podejrzewał przyjaciółkę o to, że mogłaby oszukać go w tak glupiej sprawie i użyć zdjęcia innej dziewczyny jako swojego. To było tak głupie i bez sensu, że nijak nie brał tego pod uwagę.
- Wcale nie szukam zemsty - poza tym nie skrzywdziła go. To, co się stało brał na klatę. Mógł jej tak nie zaskakiwać, wtedy może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale nawet jeśli, to przecież nie był żaden powód do tego, aby się mścić. Pokiwał głową w końcu decydując się na użycie dowodów. Było to żenujące, że musiał się do nich uciekać, aby postawić na swoim, niemniej skoro miał już okazję, która mogła się nie powtórzyć, miał zamiar ją wykorzystać. Powoli, by jej nie wystraszyć sięgnął po telefon.
- Udowodnie ci, że jednak ze sobą rozmawialiśmy - oświadczył w końcu. I kiedy już odpalił aplikację, by wejść w wiadomości.. zawahał się. Może miała jakiś wypadek, przez który straciła niektóre wspomnienia? W tym o nim, bo skoro nie mogła powiązać z nim żadnego silnego obrazu - nigdy się przecież nie spotkali - to w sumie czemu miałaby go nie zapomnieć? To miałoby jakiś sens.
Wyciągając rękę z telefonem ostrożnie do niej podszedł. Trochę, jakby zbliżał się do rannego zwierzęcia, przez co coraz bardziej miał ochotę zakończyć ten beznadziejny cyrk.
- Spójrz tylko - jeśli zdecydowała się wziąć od niego telefon mogła zobaczyć całkiem pokaźną liczbę wysłanych miedzy sobą wiadomości. W tym załączników. - Jak wejdziesz w ten, to.. - zamiast dokończyć Alec po prostu w niego kliknął. Wtedy też Viv mogła zobaczyć swoje zdjęcie sorzed kilku lat. Ale bez wątpienia jej. Mogła nawet pamiętać kiedy je zrobiła. Jeśli i ona do tej pory czuła się zdezorientowana, to teraz musiała wkroczyć na nowy level.
  
[Profil]
 
 
Vivienne Hastings



w Berrylane od kilku lat

studentka prawa

26
yo

170
cm

która kocha swoją niezależność

Lives in:
magnolia flats

Wysłany: 2019-01-25, 22:05   
  
Vivienne

  
Hastings

  
I'm not perfet but if you know me, you love me

  

  

  

  

  

  


Dla szatynki to wszystko było jasne, najpierw wiadomości z nieznanego, jak się potem okazało zastrzeżonego numeru z groźbami wobec jej dziecka, a gdy wyszła ze szpitala by wreszcie zacząć normalnie funkcjonować to nagle śledzi ją jakiś mężczyzna. Może nikt inny nie powiązałby tych spraw ze sobą, ale Hastings tak zrobiła i nawet zdecydowała się na konfrontację. W końcu jeśli teraz ucieknie to całe życie będzie przed nim uciekać i obawiać się o swoje dziecko, czy aby na pewno jest bezpieczne. Skoro wydawał się zaskoczony pytaniem o Alexa to nie mogło chodzić mu o Browna, a może to był zwykły blef? Jednak jej przeczucie podpowiadało jej, że nieznajomy naprawdę nie wie o co chodzi, a więc chodziło o nią.
- Znamy się z Seattle czy z San Francisco? - pierwsze co jej przyszło na myśl to możliwość spotkania go na uczelni, może facet się w niej zadurzył, a ona o niczym nie wiedziała zbyt zajęta swoimi problemami? Ewentualnie znają się z jej rodzinnego miasta, może nawet chodzili razem do szkoły, ale go nie pamięta bo nie był takim znanym prymusem jak ona? Cały czas myślała o tym, że to on wysłał jej groźby, więc szukała powiązania z tym, dlaczego zależało mu na utracie przez nią dziecka. Z drugiej strony brzmiał on bardzo przekonująco... ale czy nie o to zazwyczaj chodzi? By uśpić czujność ofiary? I to pytanie czy ma siostrę, przecież gdyby ją znał to by wiedział, że jest jedynaczką.
- To naprawdę pomyłka, nie mam siostry, może mam sobowtóra, nie wiem, nigdy go nie spotkałam, ale ta cała Mary może być do mnie łudząco podobna, ale to nie ja. - teraz już była pewna, że on się pomylił. A jeśli się pomylił to czy dlatego wysyłał te groźby, twierdząc że jest ona jakąś Mary? A może to wcale nie on wysłał jej groźby i się przed nim zwyczajnie ośmieszyła? Chyba te wątpliwości, które ją naszły spowodowały, że pozwoliła mu się zbliżyć do niej z telefonem, skoro chciał coś jej w nim pokazać to musiało być ważne, to mógłby być dowód jego niewinności.
- Zatem dlaczego? - to było tak urwanym z kontekstu pytaniem o to, dlaczego ją śledził, a zostało przerwane dlatego, bo zobaczyła wyświetlacz telefonu, który jej pokazywał. Aż wzięła go do rąk, zaskoczona tym, że ikonką osoby z którą rozmawiał jest jej zdjęcie... tylko skąd on je miał? Ona nie miała go nigdy ustawionego na profilowe w komunikatorze, bo sądziła, że nie wyszła na nim tak dobrze, jakby chciała. Zaczęła przeglądać wiadomości, żadna z nich nic jej nie mówiła, a to oznaczało jedno, ona nie pisała tych rzeczy.
- Ale to nie możliwe, przecież ja nic takiego nie pisałam... - zaczęła mówić, myśląc że jest wkręcana w jakiś żart, gdy jej rozmówca kliknął w zdjęcie. Pamiętała je i sytuację, kiedy zostało zrobione tak, jakby to było wczoraj. To zdjęcie zrobił jej chłopak, który był jej pierwszą i prawdziwą miłością, była na tym zdjęciu taka szczęśliwa, taka zakochana, taka beztroska... była sobą taką, o jakiej już dawno zapomniała. To było piękne zdjęcie, więc wrzuciła je niedługo potem na facebooka i instagrama i nigdy go nie usunęła, nawet gdy wielka miłość złamała jej serce, bo mimo wszystko do tego wspomnienia zawsze miała wielki sentyment. Na moment wstrzymała powietrze, potem nacisnęła X i jeszcze raz przewinęła korespondencję. Było tylko jedno rozwiązanie tej zagadki, nie sądziła nawet że padnie ofiarą takiego przestępstwa. Niby nic, a jednak przestępstwo. Wyciągnęła swój telefon z torebki i włączyła swój profil na tym samym portalu, pokazując go mężczyźnie.
- Ktoś się za mnie podszył i korespondował z tobą jako Mary. To jest mój prawdziwy profil, a my tak naprawdę się nie znamy. Jestem Vivienne, jeśli mi nie wierzysz to mogę pokazać ci swój dowód. - powiedziała to już spokojnym, aczkolwiek poważnym tonem, będąc niezwykle opanowaną w obecnej sytuacji.
- Alec, dobrze widziałam z konwersacji? Ta osoba, podająca się za Mary jest oszustką i złamała prawo, używając moich zdjęć bez mojej zgody i podając się za moją osobę i mimo tego, że źle zaczęliśmy to proszę cię o pomoc w odnalezieniu jej. To trzeba zgłosić dalej, wiem co mówię, w końcu studiuję prawo. - jak to mówią każdy prawnik bądź przyszły prawnik musi w swojej konwersacji co jakiś czas wspomnieć o tym, że studiuje prawo, więc tak też było i w tym przypadku. Równie dobrze Hester mógł zauważyć, że szatynka widocznie się zaczyna powoli przy nim rozluźniać. Dalej nie rozwiązała pierwszej zagadki, ale za to otrzymała do rozwiązania drugą. A co jeśli te groźby nie były skierowane do niej tylko do osoby podszywającej się pod nią i użyczającej sobie jej zdjęć sprzed kilku lat?
_________________
<div style="margin-bottom: -7px; width: 260px; color: #003333; font-size: 30px; font-family: 'great vibes'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: right; line-height: 85%; position: relative">Vivienne Hastings<div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc"><img src="http://67.media.tumblr.com/a9feb871059d9062fd037c7d5c2f2bfb/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo1_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #eedddd" width="130"><img src="http://67.media.tumblr.com/a73cb738c3b579cff9a3e055a9a59e9a/tumblr_nt07b3KH8o1uwwv8fo2_250.gif" style="border-radius: 0px 0px 0px 0px; border-top: 1px dotted #ff99bb;" width="130"><div style="width: 260px; color: #005555; font-size: 10px; font-family: 'ms mincho'; text-shadow: 0px 0px 1px #ddcc99; text-align: justify; line-height: 85%;">She's like a storm at sea, unpredictable and dangerous<div style="width: 260px; border-top: 1px dotted #eedddd; margin-top: 1px;"><div style="width: 260px; border-top: 3px solid #eeddcc;">
[Profil]
 
 
parker emerson



w Berrylane od kilku miesięcy

niedawno wrócił z wojny

33
yo

177
cm

dlatego nie radzi sobie z uczuciami

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-02-15, 21:56   
  
parker

  
emerson

  
'Cause even when there is no star in sight, you'll always be my only guiding light.

  

  

  

  

  

  


4
To była jedna z tych nieprzyjemnych nocy, kiedy budził się zlany potem, próbując łapczywie złapać powietrze. Parker coraz rzadziej miewał koszmary, ale te, które już się pojawiały, mroziły krew w żyłach. Zazwyczaj po prostu umierali jego bliscy, a on nie mógł się z tym pogodzić, stawał przed wyborem, kogo powinien uratować najpierw, czasami śniła mu się Lorelei, która szukała schronienia na wojnie i miejsce, które wybierała, nagle zostawało zrównane z ziemią z powodu bomby. Czasami on ginął, widział minę mordercy i to, jak pociągał za spust, a innym razem krążył po lesie, będąc pewnym, że już nic złego go nie czeka i nagle coś niebezpiecznego pojawiało się ni stąd, ni zowąd. W myślach ciągle nazywał siebie tchórzem, bo chyba od zawsze nie był najodważniejszym człowiekiem. Nawet, kiedy decydował się wyjechać na front, rządził nim jakiś strach. Na froncie strach, że on i jego przyjaciele umrą, a kiedy wyjeżdżał – strach, że ojciec go znienawidzi. Nie potrafił wybierać rozsądnie, dlatego stał się taki, jaki się stał. Odizolowany od świata, zamknięty w sobie i w swojej chatce, dziwak. Nikt nie musiał go tak nazywać, sam zorientował się, że od dawna coś jest z nim nie tak. Właściwie zawsze coś było z nim nie w porządku, ale dziwnym trafem, zawsze miał przy sobie ludzi, na których mógł liczyć. To wcale nie znaczyło, że chciał z tej pomocy skorzystać. Zdecydowanie bardziej wolał własne towarzystwo i to nie dlatego, że był egoistą, a może też, skoro wiedział, że każde spotkanie będzie wiązało się z rozmową, a on przecież wolał milczeć albo ze zwierzeniami, a on nie chciał nikomu opowiadać o sobie. Na pewno nie był nikim intrygującym, ale podczas ostatniego spotkania Lorelei zasiała w nim jakieś ziarenko zainteresowania. Nią, a nawet sobą samym.
Kiedy obudził się zlany potem, przekonany, że już nie zaśnie, zazwyczaj wtedy analizował ten sen, starał się racjonalnie sobie wytłumaczyć, że to niemożliwe, bo przecież jest tutaj albo jego bliscy nie mieli z jego zawodem nic wspólnego. A czasami wracał myślami do Lorelei. I to było zdecydowanie łatwiejsze. Najczęściej, jednak opuszczał dom i lądował w lesie, szwendając się między drzewami. Dzisiaj skorzystał z ostatniej opcji. Ubrał się ciepło, zamknął drzwi chatki, klucz wkładając pod doniczkę, której od dawna brakowało rośliny i wyruszył. To nic, że była czwarta rano, a on powinien spać albo przynajmniej siedzieć w domu. Sam nie wiedział, kiedy dotarł do miasteczka, spacerując między jego uliczkami i w pierwszej chwili zupełnie nie zorientował się, że facet, który wyszedł z baru, to jego kumpel. Dopiero moment później uświadomił sobie, że ma przed sobą Aidana. – Stary, co ty tutaj robisz? – o czwartej rano, w barze? Głupie pytanie, bo na pierwszy rzut oka było widać, że świetnie się bawił.
_________________

    chujdziwkachujdzikaw
    WOULD YOU RESCUE ME WHEN I'M BY MYSELF?
    WHEN I NEED YOUR LOVE, IF I NEED YOUR HELP.
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: garreth | haddie | remedy
 
aidan ackermann



w Berrylane od urodzenia z przerwami

Kręci placki, masuje plecki

31
yo

185
cm

Dał księżniczce Paisley tamagotchi

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-03-13, 18:06   
  
Aidan

  
Ackermann

  
- Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy - Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

  

  

  

  

  

  


Nie był jednym z tych gości, dla których każdy kolejny wieczór wiązałby się z kolejnym piwem wypijanym w kolejnej knajpie. W tym mieście nie było tylu barów, żeby mógł pozwolić sobie na taką ekstrawagancję jak wybieranie co wieczór nowej miejscówki, to po pierwsze. Po drugie zwyczajnie nie miał na to zazwyczaj ani energii ani czasu. Dzieląc swoje dni pomiędzy dwie roboty i dziewczynę, która mu się podobała (i mamę – regularne kontakty z mamą Ackermann były przecież bardzo ważne!), zostawało mu niewiele czasu, który mógłby spędzać w knajpach. A nawet jeśli już jakiś nadprogramowy, wolny czas znajdował, to bardzo często stwierdzał, że woli się po prostu wyspać. Przynajmniej ten jeden raz w przeciągu miesiąca. Skłamałaby jednak, gdyby powiedział, że wyjścia na piwo z kumplami były mu zupełnie obce, a już na pewno nie były mu niemiłe! Od czasu do czasu przecież każdy zasługuje na chwilę relaksu i totalne zresetowanie własnego umysłu, nawet taki superman jak Aidan Ackermann. Świat się w końcu nie zawali, jeśli on strzeli sobie w barze piwko albo dwa lub ewentualnie siedem. Może trochę spłonie w niektórych miejscach, gdzieś się odrobinę obsypie – ale żeby od razu walić? Niemożliwe.
To był właśnie jeden z tych wieczorów, kiedy po zmianie w pizzerii polazł na browara. Dawny kumpel z czasów studiów wpadał do Berrylane, więc grzechem byłoby się z nim odpowiednio nie przywitać. Brak kultury totalny, a każdy w końcu wie, że Aidan Ackermann był praktycznie chodzącym uosobieniem kultury osobistej, taktu i wyczucia. Totalnie. Zorganizował małą ekipę i poszli, a jedno piwo jakimś sposobem przemieniło się w kilka kolejnych, potem też w coś mocniejszego aż w końcu stracił rachubę, ogarnięcie czasoprzestrzeni i znalazł się poza barem. Na tej ciemnej i zimnej nocnej piździe. Najebany nieludzko. Próbując ogarnąć, w którą stronę do domu. I umówmy się, najprawdopodobniej poszedłby w stronę całkowicie przeciwną do tej, w którą iść powinien, gdyby nie natknął się na znajomą twarz. Chyba znajomą, bo w swoim obecnym stanie mógł się w końcu mylić.
- Parkeeer! Staaaryyy! – powitał kumpla entuzjastycznie, podnosząc do góry obie łapy, które chwilę później położył na jego ramionach, szczerząc przy okazji zęby jak skończony idiota. Którym w zasadzie był, także wszystko się zgadza. - Jak dobrze, że to ty! Ja ci mam coś bardzo ważnego do powiedzenia, wiesz? Bardzo, bardzo ważnego – oznajmił, prostując się i przybierając minę, jakby faktycznie planował oznajmić mu niezwykle istotnego i zmieniającego życie niusa.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: billie, john, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
parker emerson



w Berrylane od kilku miesięcy

niedawno wrócił z wojny

33
yo

177
cm

dlatego nie radzi sobie z uczuciami

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-03-30, 17:59   
  
parker

  
emerson

  
'Cause even when there is no star in sight, you'll always be my only guiding light.

  

  

  

  

  

  


Parkerowi daleko było do życia normalnego trzydziestolatka. Właściwie, nigdy nie był normalnym dzieciakiem, nastolatkiem, chłopakiem, mężczyzną. Zazwyczaj przeżywał jakieś swoje dziwactwa, ale wtedy jakoś odnajdywał się w rzeczywistości. Może z pewnymi problemami, ale zawsze miał przy sobie kogoś, na kogo mógł liczyć. Przeważnie było to Ted, jego klon, bliźniak, który pewnie w tamtych czasach załatwiał wiele spraw za niego, bo Parker był zbyt wielką niemotą, żeby z połową sobie poradzić, ale ostatecznie jakoś z tego wyrósł. Wydawało mu się wtedy, że skoro ma narzeczoną, ma jakoś poukładane życie, to przecież nie może być źle. Nawet, jeśli wyjedzie, pewnie w jakiś sposób straci człowieczeństwo zabijając ludzi, to przecież gdzieś w tle czaiły się również te pozytywne strony, a jako obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki powinien widzieć tylko i wyłącznie same plusy. Tylko, że w pewnym momencie wszystko się spierdoliło, a Parker… praktycznie wcale się nie zmienił. Może częściowo, może odrobinę, ale tak naprawdę nadal był dziwakiem, który o czwartej nad ranem, zamiast opuszczać bar czy wracać od dziewczyny, może spędzać czas z przyjaciółmi, ba o czwartej nad ranem równie dobrze mógł pomagać komukolwiek i to również byłoby normalniejsze, ale nie, Emerson o czwartej nad ranem spacerował uliczkami niemalże pustego miasteczka, jakby był w tym jakikolwiek sens.
I tylko dlatego widok Aidana nie był dla niego zaskoczeniem. Bo robił dokładnie to, co powinien, dokładnie to, co robili ludzie w jego w wieku i w tych czasach właśnie to było uznawane za normalność. Wędrówki Parkera były co najmniej dziwne i nawet on sam to zauważył. Tylko było już za późno na zastanawianie się: co kumpel sobie o mnie pomyśli?, skoro już tutaj był. Zupełnie trzeźwy i samotny. Na szczęście Aidan się nie zorientował, ale jakby mógł skoro nawet nie kojarzył drogi do domu. Przynajmniej trafił z imieniem!
- Cześć – powtórzył i sam również się uśmiechnął, bo przecież nie był aż takim gburem, a po za tym, widok nawalonego Aidana rozbawił go, chociaż pewnie nie wiedział dlaczego. – Mów – odpowiedział, wsunął dłonie do kieszeni jeansów i odsunął się od niego, a skoro już tutaj był, mógł go bezpiecznie odtransportować do domu.
_________________

    chujdziwkachujdzikaw
    WOULD YOU RESCUE ME WHEN I'M BY MYSELF?
    WHEN I NEED YOUR LOVE, IF I NEED YOUR HELP.
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: garreth | haddie | remedy
 
aidan ackermann



w Berrylane od urodzenia z przerwami

Kręci placki, masuje plecki

31
yo

185
cm

Dał księżniczce Paisley tamagotchi

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-03-30, 22:29   
  
Aidan

  
Ackermann

  
- Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy - Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

  

  

  

  

  

  


Umówmy się, w tamtym momencie o jakichś wielkich przemyśleniach ze strony Aidana nie mogło być mowy. W swoim obecnym stanie niewiele sklejał. Był nawalony, nogi lekko mu się plątały, mimo że z pewnością sam stwierdziłby, że przyszło do niego nagłe natchnienie prosto z kosmosu i jest gotów na zostanie królem tańca i istniało spore prawdopodobieństwo, że jesli ktokolwiek zapyta go następnego dnia o wydarzenia z poprzedniego wieczora, to nie będzie w stanie przywołać wielu wspomnień. Większość skończy się gdzies w okolicach trzeciej whiskey zapijanej drugim piwem. Potem będą tylko i wyłącznie przebłyski. Może nawet nie będzie pamiętać, że wpadł na Parkera albo wyda mu się, że tylko mu się tu przyśniło! Myśli o tym, czemu Emerson o tej porze spacerował po Berrylane, na pewno nie pojawią się w jego głowie jeszcze przez długi czas - jesli pojawią się kiedykolwiek, co jest wątpliwe. Kazdy ma prawo do spacerowania po mieście, kiedy mu się podoba, nie? I w sumie faktycznie za spory sukces można uznać to, że rozpoznał właściwego brata, chociaż to bardziej kwestia czystego przypadku niż jakiegoś faktycznego rozpoznania. Miał pięćdziesiąt procent szans i trafił. A w rzeczywistości pomogło mu to, że ja nie ogarnęłam, że Parker ma swojego klona, który się dopiero stworzy, hehe, lol.
- Dobra, to słuchaj teraz... - zaczął powoli i z przejęciem. No jak nic objawi przed Parkerem największą tajemnicę wszechświata, nie ma innej opcji, wskazywało na to absolutnie wszystko. - Ale słuchasz? Bo... Ten... No dobra - pozwolił sobie zrobić mały cliffhanger, podczas którego zmarszczył brwi i przypatrzył się Parkerowi uważnie, jakby dla upewnienia, czy go słuchał z taką uwagą, jakiej najwidoczniej Aidan od niego oczekiwał. Czy potrafił to w swoim stanie stwierdzić, to już oczywiście inna kwestia. Najwidoczniej jednak stopień zainteresowania jego pierdoleniem, jaki wyczytał na twarzy kumpla, mu odpowiadał, bo wziął głęboki oddech i... - Ja cię szanuję, ty wiesz? Ja cię naprawdę, ale to serio szanuję - wyrzucił z siebie w końcu i mogło to brzmieć jak wstep do jakiejś głębszej przemowy, ale... Żadnym wstępem nie było. Na tym Aidan swoją wypowiedź skończył, pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko, niezwykle z siebie dumny. No, nie ma co, było z czego. Tylko że ta duma nie trwała długo, bo zaraz zmarszczył brwi i rozejrzał się wokół. - Ty... A nie wiesz może, gdzie jest dom? - zapytał i chaotycznie zmierzwił sobie czuprynę, jakby to miało pomóc mu na pamięć. Nie pomogło. Pewnie niewiele by mu w tym stanie pomogło, nawet solidny kop w dupę albo kubeł zimnej wody wylany na łeb.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: billie, john, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
parker emerson



w Berrylane od kilku miesięcy

niedawno wrócił z wojny

33
yo

177
cm

dlatego nie radzi sobie z uczuciami

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-03-31, 17:54   
  
parker

  
emerson

  
'Cause even when there is no star in sight, you'll always be my only guiding light.

  

  

  

  

  

  


Parker nienawidził tego stanu. Upicia się, nie ogarniania rzeczywistości, słabej koordynacji ruchowej. Nienawidził nie wiedzieć, co się z nim dzieje. I to nie tak, że nie wiedział, co to oznacza, bo doskonale wiedział i właśnie dlatego, że kilkukrotnie zdarzyło mu się zalewać smutki alkoholem do tego stopnia, żeby zagłuszyć wszystkie myśli i przez chwilę zapomnieć, czym było to jego śmieszne życie, unikał takich sytuacji. Może również dlatego, że w takich chwilach zupełnie nie wiedziałby, do kogo powinien zadzwonił z prośbą o odtransportowanie go do domu. To nie tak, że nie miał przyjaciół, ale nie chciał być dla nikogo ciężarem, a już zwłaszcza dla swojej rodziny, którzy przecież mieli własne problemy. Nie ogarniający siebie Parker nie był im do niczego potrzeby. A picie na wesoło? W gronie przyjaciół? Naprawdę nie pamiętał ostatniego razu. Czasami spotykał się z Tedem, ale rzadko bywał pijany, w podświadomości mając gdzieś myśl, że to on powinien mu pomóc. Nawet, jeśli niewidomy brat radził sobie, nie chciał pomocy czy cokolwiek, to nie zmieniało faktu, że gdzieś tam w środku, Parker czuł się za niego odpowiedzialny, nawet, jeśli tego nie okazywał. Bo właściwie nie chciał mu tego okazywać, żeby nie sprawić mu przy tym przykrości.
Patrzył na Aidana, oczekując tego pytania czy stwierdzenia, bo już sam nie wiedział, co kumpel chce mu przekazać. Ale skąd mógł wiedzieć, skoro zapewne sam Aidan również tego nie wiedział. Dlatego po prostu się na niego gapił, a kiedy Akcermann się odezwał, Parker się wyszczerzył. Mógł się domyślić, że chodziło o coś podobnego i nawet nie oczekiwał, że usłyszy dalszą część wypowiedzi. Skinął głową i położył mu dłoń na ramieniu. – Też cię szanuję, stary, serio – i mówił to całkowicie szczerze, nawet, jeśli w zamiarze miał tylko i wyłącznie zaspokojenie jakichś-tam uczuć kumpla. Szanował go, bo był naprawdę spoko facetem. Nie da się tego inaczej opisać, bo nie przeżywali większych, głębszych wspólnych przeżyć, dzięki którym mógłby go określić jako niesamowicie wartościowego człowieka. Nie, dla Parkera był po prostu świetnym facetem, z którym dało się pogadać o życiu, czy częściej – o pierdołach. – Przejdę się z tobą, odprowadzę cię – zaproponował, nie mówiąc mu wprost, że zwyczajnie tego potrzebuje.
_________________

    chujdziwkachujdzikaw
    WOULD YOU RESCUE ME WHEN I'M BY MYSELF?
    WHEN I NEED YOUR LOVE, IF I NEED YOUR HELP.
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: garreth | haddie | remedy
 
aidan ackermann



w Berrylane od urodzenia z przerwami

Kręci placki, masuje plecki

31
yo

185
cm

Dał księżniczce Paisley tamagotchi

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-03-31, 19:01   
  
Aidan

  
Ackermann

  
- Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy - Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

  

  

  

  

  

  


Nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy faktycznie lubił się upijać. Na pewno nie sprawiało mu wielkiej przyjemności szmacenie się do granic przytomności, po którym następnego dnia tak czy siak niewiele pamiętał. W końcu co to za frajda rozluźnić się, dobrze się bawić, a później i tak nie mieć po tym żadnych wspomnień? Dość marna opcja. No i kac też nigdy nie był tak do końca optymalny. W sumie, gdyby Aidan miał wybierać, kac mógłby wcale nie istnieć. Zresztą, prawdopodobnie nie on jeden miał na ten temat właśnie takie zdanie. Ale drobne wstawienie się? Kilka głębszych dla rozluźnienia ciała i języka albo nabrania śmiałości oraz fantazji? Niby co w tym było złego? Po dwóch piwach najczęściej zaczynało dopiero robić się wesoło. Problem polegał na tym, że nigdy nie kończyło się tylko i wyłącznie na tych dwóch piwach. Nie w jego przypadku. I zanim mógł się zorientować… Cóż, lądował mordą na progu mieszkania swojej najlepszej przyjaciółki albo wytaczał się z lokalnego baru. A najgorsze było to, że pewnie chętnie chlapnąłby sobie coś jeszcze, gdyby kierownik barman nie zakończył tego melanżu, a Aidan nie był w sumie tak troszkę, odrobinę, minimalnie senny. Troszkę, odrobinę, minimalnie – czyli wystarczająco, żeby przy drobnej pomocy dowlec się do domu.
Plusem było to, że był na tyle przytomny, żeby przynajmniej zrozumieć, co się do niego mówiło. To już więcej niż tamtego pamiętnego wieczora przed domem Blanche, gdy próbował przeczołgać się przez framugę do środka. Wtedy miał swój świat, a teraz co nieco docierało do jego świadomości przez grubą zasłonę alkoholowych oparów. Uśmiechnął się na słowa Parkera i też poklepał kumpla po ramieniu. - To wiele dla mnie znaczy, stary. To naprawdę wiele dla mnie znaczy – podkreślił i z pełną powagą, może nawet zakrawającą o wzruszenie, pokiwał głową. Później cicho beknął, rzucił pod nosem równie ciche „ups, przepraszam”, bo był człowiekiem o wysokim poziomie kultury osobistej i rozejrzał się wokół. - No to naprzód! – zadecydował, wyciągając przed siebie rękę i robiąc kilka kroków przed siebie. - A nie, moment, to nie tam – zreflektował się, zrobił obrót na pięcie i ruszył w drugą stronę. Szkoda tylko, że za każdym razem kierunek, jaki obierał, był całkowicie błędny… Parker spacerujący o tej porze był dla niego prawdziwie pozytywnym zrządzeniem losu. Gdyby go nie było, cholera wie, gdzie Aidan mógłby trafić…
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: billie, john, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
parker emerson



w Berrylane od kilku miesięcy

niedawno wrócił z wojny

33
yo

177
cm

dlatego nie radzi sobie z uczuciami

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-04-12, 10:15   
  
parker

  
emerson

  
'Cause even when there is no star in sight, you'll always be my only guiding light.

  

  

  

  

  

  


Z upijaniem się było trochę śmiesznie, bo jednak każdy wiedział, że skutki mogą nie być przyjemne, a mimo to za każdym razem popełniali ten sam błąd. Parker wiedział, że teoretycznie czeka go kac i być może wyrzuty sumienia, ale przed każdym spotkaniem z alkoholem, magicznie o tym zapominał. Ale przecież nie taki był w tym wszystkim cel, ludzie nie pili po to, żeby przestać kojarzyć fakty, a przynajmniej Parker nie należał do tego grona. On skupiał się przede wszystkim na poprawieniu humoru, rozluźnieniu się, niekoniecznie w takim przypadku musiał zapominać. Owszem, w jego życiu zdarzyło się kilka momentów, dość nieprzyjemnych, przez które próbował sobie w ten sposób ulżyć, ale chyba ostatecznie doszedł do wniosku, że to nie był najlepszy sposób, żeby ogarnąć sytuację. Bo wtedy dzieje się raczej na odwrót, wtedy podwójnie nie ogarnia się tego, co się dzieje, bo myśli nie klarują się w magiczny sposób, tylko plączą podwójnie bardziej.
A jako, że Parker uwielbiał wędrówki nocą, śmiało mógł być kimś, kto odtransportuje przyjaciela do domu. Jedyną ciekawszą do zrobienia o tej porze rzeczą, był sen, a na to Emerson jakoś nie miał ochoty. Miał już dosyć tych koszmarów sennych, które budziły go z krzykiem albo z dziwnym wrażeniem, że nie może uchwycić powietrza. Zamierzał pobudzać się w inny sposób, a nocne spacery pośród absolutnej ciszy były idealnym wyjściem. Nawet kawa nie była dla niego tak pobudzająca. Nie spodziewał się tylko, że kogokolwiek spotka, a przynajmniej, że napotkane osoby będą jego kumplami. Kumplami z super kumpelskimi wywodami. Uśmiechnął się, bo pijanego Aidana (pijanego aż tak) widział zaledwie kilka, a może nawet mniej razy w życiu i za każdym razem był z tego powodu niezmiernie rozbawiony. – Stary… – powiedział, kiedy Aidan ruszył w kierunku odwrotnym do swojego domu. Chciał go uświadomić, że powinien zawrócić albo przy najbliższej uliczce skręcić w lewo, a potem jeszcze raz w lewo, ale Ackermann w porę się zorientował. – Chodź – chwycił go za ramię i skierował w odpowiednią stronę, a kiedy szli już zadowoleni – Aidan, bo on chyba zawsze był zadowolony i Parker, bo jak na pijanego, Aidan był świetny w obyciu i dało się go zaprowadzić dosłownie wszędzie, Emerson zmarszczył czoło: - Czy ty dzisiaj chlałeś beze mnie? Znowu? – spytał, lekko zezłoszczony.
_________________

    chujdziwkachujdzikaw
    WOULD YOU RESCUE ME WHEN I'M BY MYSELF?
    WHEN I NEED YOUR LOVE, IF I NEED YOUR HELP.
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: garreth | haddie | remedy
 
aidan ackermann



w Berrylane od urodzenia z przerwami

Kręci placki, masuje plecki

31
yo

185
cm

Dał księżniczce Paisley tamagotchi

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-04-27, 23:17   
  
Aidan

  
Ackermann

  
- Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy - Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

  

  

  

  

  

  


Aidan kiedyś od kogoś usłyszał głęboką mądrość, że wszystkie dobre rzeczy w życiu są dobre, niemoralne albo powodują tycie. I o ile uznał to tylko i wyłącznie za typową głęboką wiadomość z jakiegoś randomowego posta na tumblrze albo napis na wewnętrznej stronie publicznej toalety w jakiejś podrzędnej knajpie, tak gdzieś tam, w sobie, w Aidanie musiałby chyba przyznać, że być może faktycznie coś w tym było. Bo faktycznie życie było wybitnie chujowe, a większość rzeczy, które czyniły je ciekawszym, było totalnie niezdrowych. Fast foody, pizza (szczególnie ta robiona w jego pizzerii – taka tam kryptoreklama), długie wieczory z serialami na Netflixie i przede wszystkim alkohol. Ciężko zaliczyć te rzeczy do oddziałujących pozytywnie na ludzki organizm, a jednak były zajebiście przyjemne. A jeśli coś jest przyjemne, dlaczego z tego rezygnować? Problem polegał z wyznaczaniem sobie granic, gdzie kończyła się przyjemność, a zaczynał hazard ze skutkami dnia następnego…
To, że Aidan nie znał umiaru, nie stanowiło tajemnicy nawet dla niego. Nadal jednak zaskakiwało go, że posiadał dobrych znajomych, których nie tylko szanował on, ale którzy w jakimś stopniu szanowali również jego. To było bardzo spoko.
- Jak to „znowu”? – spytał, marszcząc brwi i zerkając w stronę Parkera z ewidentną dezorientacją mieszającą się nawet z nutkami oburzenia, że ośmielał się mu sugerować podobne rzeczy i to na dodatek takim oburzonym tonem! - Eeee! – stwierdził po krótkiej chwili, gdy doszedł do wniosku, że to najbardziej elokwentna i najwięcej wyrażając wypowiedź, na jaką jest w stanie się znowić. Dodał do niej obszerne machnięcie ręką (w zamierzeniu miało być nonszalanckie) i głęboko westchnął. - Wcale nie chlałem. To było tylko jedno piwo – wyrzucił. - Nie jesteś moją prawdziwą mamą – dodał nawet tonem oburzonego, buntowniczego nastolatka. No bo przecież to wcale nie było tak, jak Parker myślał i wcale nie powinien go oceniać!
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: billie, john, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 5