menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Mission Fiesta Laundry
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-03, 18:21   Mission Fiesta Laundry
  
Berrylane


Mission Fiesta Laundry
  
[Profil]
 
 
Hayden A. Lyons



w Berrylane od już mieszka w Seattle

robi wojskowe projekty i wykłada astrofizykę na uczelni

29
yo

187
cm

maybe i choose wrong

Lives in:
capitol hill

Wysłany: 2017-12-16, 21:53   
  
Hayden Andrew

  
Lyons

  
Jak spragniony snu, powoli zmierzam do granic Znoszących mój ból Mimo że jestem tu Ten świat oszalał.

  

  

  

  

  

  


#2 Po spotkaniu z Bolcem

W jego nowym domu zepsuła się pralka NIESTETY. Właściciel, od którego wynajmował mieszkanie, nie śpieszył się z tym, by coś na tą niedogodność poradzić. W brudnych ubraniach chodzić nie miał zamiaru więc musiał odwiedzić miejsce, w którym pół miasta prało swoje brudy. Nie mówię tu tylko o ciuchach, często ludzie się tu kłócili i wyciągali stare śmieci z przeszłości. Może to był znak, że on jakieś swoje też powinien wyciągnąć. Niestety. Brata już odwiedził i na razie nie byłoby wcale śmiesznie gdyby miał tu jeszcze ciągać Bolca tylko po to, by pogadać o Lacey i zniszczonej wierze w Świętego Mikołaja.
Siedział więc sobie na spokojnie w rogu, czekając aż jego pranie się zrobi. Nie mógł jednak marnować czasu! Trzeba było zdobywać wiedzę, musiał przeczytać kilka nowych książek, które chciał użyć w swoim doktoracie jako wsparcie teoretyczne przy tych skomplikowanych obliczeniach, które wykonywał.
Niby taki mądry ale chyba źle wyliczył prawdopodobieństwo wpadnięcia na pewną osobę, na którą wpadać nie chciał. Wystarczy, że ona wpadła na wystający bolec Bolca. Gdyby mógł to teraz wstałby, otworzył pralkę, zabrał swoje życie i wyszedł trzaskając drzwiczkami, ale niestety miał delikatne ciuszki w praniu, a nie chciał, żeby jego ulubiona koszula się zniszczyła. Postanowił więc nie robić nic.
Robienie nic, było jednak ponad jego siły i musiał się, po prostu, by go coś popierdoliło, gdy się nie odezwał. To było silniejsze od niego. Wstał więc z krzesła odkładając swoją książkę na jakąś pralkę i podszedł do znajomej dziewczyny.
- Witaj Lacey, jak miło Cię widzieć. Dobrze wyglądasz. - Powiedział próbując zabrzmieć całkiem szczerze, chociaż chciał jej powiedzieć, że wcale się nie cieszy i, że miał nadzieję, że od puszczania się będzie chodzić z rękami między nogami, by trzymać to co zostało z jej pochwy. No i na pierwszy rzut oka było widać, że ma rozdwojone końcówki, to też mógł jej powiedzieć ale starał się być miły. - Robisz pranie czy przyszłaś sobie popatrzeć na pralki? - może miała taki fetysz, skoro ruchając się z Bolcem myślała o pralkach. Wiele rzeczy o niej najwidoczniej nie wiedział. - Wszystko u Ciebie w porządku? - zapytał, bo tego akurat był ciekawy. Może dom jej się spalił i teraz jest bezdomna i to jej Bolec oddał stare rzeczy Haydena.
_________________

    HOLD ME LIKE YOU HELD ON TO LIFE, WHEN ALL FEARS CAME
    ALIVE AND ENTOMBED ME. LOVE ME LIKE YOU LOVE THE SUN.
    SCORCHING THE BLOOD IN MY VAMPIRE HEART.
[Profil]
  MÓW MI: cyc
MULTI: laila,jolly,gin,marcy,dawsey, cleopatra, lance
 
Lacey Goldstein
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-17, 14:33   

    [2]



Żadną tajemnicą nie było, że Lacey ostatnio trochę nagrzeszyła w życiu, ale nie sądziła, że karma okaże się dla niej tak brutalna. Rozumiała, że teraz musiała pokutować za swoje winy, ale jednak ciągłe wpadanie na bracy Lyons było trochę ponad jej siły. Lada moment zacznie się zastanawiać czy w tym miasteczku mieszka ktoś inny i czy nie powinna po wyjściu stąd zacząć na horyzoncie wypatrywać ich siostry. Pewnie i ta by ją jeszcze zaczepiła i jakieś moralne gadki wcisnęła, bo oni to w krwi mają. Szkoda tylko, że żadne z nich nie pomyślało o tym, że Lacey najzwyczajniej w świecie nie miała ochoty z nimi rozmawiać. Zamierzała żyć sobie w spokoju i wszelkie niepowodzenia życiowe — jak zdrada Haydena chociażby — z pamięci wyprzeć. Głupio zrobiła, czasu nie cofnie. Trochę za nim tęskniła wprawdzie, ale mimo to miała trochę rozsądku (i odrobinę instynktu samozachowawczego), więc nie na rękę było spotykanie go na mieście.
Weszła do pralni zadowolona, bo miała dzień wolny i wstała wypoczęta, włosy jej się ułożyły, kreski na powiekach wyszły w miarę równo, więc głupia by była, gdyby szukała powodu do narzekań. Szczególnie, że los trochę z nią w pokera grał i zaraz taki powód do narzekań przed nią samodzielnie ustawił. Gdyby zorientowała się odpowiednio wcześniej to opuściłaby nieszczęsną pralnię i poszła gdziekolwiek indziej. Najlepiej tam, gdzie nie ma ani Haydena ani Abe'a, chociaż zaczynała szczerze wątpić, czy takie miejsce istnieje.
Zajęła się wrzucaniem swoich rzeczy do pralki niemal tak, jakby w ogóle nie zauważyła, że jest gdzieś obok. Dlatego gdy stanął przy niej ta z ociąganiem zwróciła twarz w jego stronę. — Witaj Hayden — przywitała się grzecznie, chociaż pewna była, że ta jego uprzejmość jedynie na jej uwagę uśpić. Zaraz dorzuci coś, co przypomnieć jej ma jaki błąd w życiu popełniła i jak bardzo nią gardzi w tym momencie. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież Lacey nie chciała o tym słuchać. Mógłby ogarnąć, że jakby jej nie obchodzą te jego złośliwości. — Wydaje mi się, że robię pranie patrząc na to, że mam przy sobie ubrania — wyjaśniła mu i nawet z dobroci serca wskazała na swoje ubrania. Następnie uśmiechnęła się grzecznie, chociaż pojęcia nie miała po co to wszystko. — Właściwie to nie mam powodu do narzekań, a co u ciebie? Wszystko w porządku? — zapytała jeszcze, a chwilę potem wrzuciła do pralki ostatnią rzecz. Zatrzasnęła drzwiczki i ustawiła program. Dzięki temu chociaż przez chwilę na niego nie patrzyła.
 
 
Hayden A. Lyons



w Berrylane od już mieszka w Seattle

robi wojskowe projekty i wykłada astrofizykę na uczelni

29
yo

187
cm

maybe i choose wrong

Lives in:
capitol hill

Wysłany: 2017-12-17, 16:58   
  
Hayden Andrew

  
Lyons

  
Jak spragniony snu, powoli zmierzam do granic Znoszących mój ból Mimo że jestem tu Ten świat oszalał.

  

  

  

  

  

  


Oh, jacy oni byli poprawni. Mili do bólu, co za piękna sztuczność aż fajnie popatrzeć. Nie wiem czy byli jedynymi w tej pralni, ale jeżeli nie to pewnie inni klienci już poczuli tą gęstą, świąteczną atmosferę. W końcu, nikt nigdy nie zrobił Haydenowi takiej niespodzianki jak Lacey i jego brat. Można powiedzieć, że to był dobry prezent na święta, przynajmniej uświadomił sobie z jakimi zdradzieckimi kurwami miał do czynienia. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Zdziwiło go jednak to, że Lacey przyszła tu robić tylko pranie. W końcu Bolec mówił, że... oh naiwny Hayden znowu nabrał się na to co jego braciszek mu powiedział. Kiedy on się w końcu nauczy? Powinien dostać nauczkę po tym jak Bolec powiedział "stary, nie masz się czym martwić, przecież Cię kocha i Cię nie zdradzi". Bang... a jednak. Najwidoczniej nie kochała, a Bolec to podły oszust. Nic w tym dziwnego.
- No tak... ubrania - i ugryzł sie w język bo już chciał powiedzieć, że dawno jej nie widział z ubraniami albo, że ostatnio chyba ich zapomniała siedząc na jego bracie. Jednak starał się być miły więc przełknął ślinę i swoją dumę, a później pokiwał głową. - Teraz tak - przyznał szczerze, bo no przez dłuższy czas było nieciekawie, mniej więcej wtedy gdy puszczała się z Bolcem. No ale to stare dzieje! - Przeniosłem się tu z Seattle niedawno, chyba na razie będę musiał tu zostać, a w moim domu zepsuła sie pralka - to była bardzo głupia rozmowa ale cóż. Jaka miała być skoro rozmawiali pierwszy raz od jej zdrady i tego jak zniszczyła ich wspólną przyszłość. - Mam takie głupie i trochę niezręczne pytanie, mam nadzieję, że się nie obrazisz - zaczął i przejechał sobie dłonią po włosach niszcząc przy tym i tak nieogarniętą fryzurę. Czekał jednak na jej odpowiedź, bo jak się obrazi to ... to i tak się jej zapyta, bo w sumie teraz to już w dupie miał jej zdanie.
_________________

    HOLD ME LIKE YOU HELD ON TO LIFE, WHEN ALL FEARS CAME
    ALIVE AND ENTOMBED ME. LOVE ME LIKE YOU LOVE THE SUN.
    SCORCHING THE BLOOD IN MY VAMPIRE HEART.
[Profil]
  MÓW MI: cyc
MULTI: laila,jolly,gin,marcy,dawsey, cleopatra, lance
 
Lacey Goldstein
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-18, 01:34   

Lacey wolała całą tę poprawność. Nie była fanką publicznego linczu i roztrząsania problemów przy obcych. Wolała podobne rzeczy załatwiać na nie do końca neutralnym gruncie. Wtedy w grę wchodziło rzucanie obelg, czy nawet naczyń. Cokolwiek im przyjdzie do głowy — byleby z dala od oczu wścibskich niewtajemniczonych. Dlatego mogła sobie z nim uciąć tutaj pogawędkę i nawet względnie postarałaby się, by brzmieć przy tym prawie naturalnie.
Co innego Lacey miałaby robić w pralni? Nie śledziła go przecież, bo raczej czuła się zbyt poważna na to, by uciekać się do podobnych metod. Tak naprawdę Goldstein nawet nie miała zamiaru z nim rozmawiać. Wszystko wyszło z jego inicjatywy, bo jak widać nie potrafił obojętnie przejść koło niej. Musiał swoje trzy grodze dorzucić, musiał zadbać, by jej dzień nie był tak dobry, jak chwilę przed ich spotkaniem.
Głową kiwnęła głupio, bo nie wiedziała co mogłaby dodać więcej. Właściwie na rękę by jej byo, gdyby to były ostatnie słowa wypowiedziane w tej pralni. Mogłaby się spokojnie odwrócić na pięcie i usiąść w jednym z kątów, zająć się telefonem i mieć spokój święty. Chociaż ten jeden raz. — Wróciłeś do miasta? — zapytała zdziwiona, bo czego jak czego, ale tego się nie spodziewała zupełnie. Bardzo kusiło ją by zapytać co było bezpośrednim impulsem. Przecież za czasów ich związku nieraz starała się go namówić na to, by znów zamieszkał w Berry lane, jednak nieskutecznie. To głupie, ale nawet poczuła się w tym momencie lekko urażona. Nie żeby miała jakiekolwiek prawo do tego. — Śmiało — zachęciła, chociaż najchętniej zabroniłaby mu pytać ją o cokolwiek. Zakładała, że jeszcze pożałuje tego, że mu przyzwoliła na pytanie. Zaplotła ręce na piersi, bo nie bardzo wiedziała co ma tutaj z sobą zrobić właśnie. Ostatni raz gdy się widzieli było trochę wrzasków i wyzwisk, aż dziwne, że teraz rozmawiali tak na spokojnie. Pewnie to jedynie kwestia czasu. Hayden nie pozwoli jej zaznać spokoju, była pewna.
 
 
Hayden A. Lyons



w Berrylane od już mieszka w Seattle

robi wojskowe projekty i wykłada astrofizykę na uczelni

29
yo

187
cm

maybe i choose wrong

Lives in:
capitol hill

Wysłany: 2017-12-18, 20:10   
  
Hayden Andrew

  
Lyons

  
Jak spragniony snu, powoli zmierzam do granic Znoszących mój ból Mimo że jestem tu Ten świat oszalał.

  

  

  

  

  

  


Jak na razie nie miała się czym martwić. Wszystko szło dobrze i nikt nikogo nie wyzywał, chociaż Hayden miał naprawdę wielką ochotę na drobne uszczypliwości. Aczkolwiek... już wyżył się trochę na bracie. Zresztą, to była Lacey, kiedyś jego wielka miłość, mówił, że jest najładniejszą dziewczyną pod słońcem, teraz wiedział też, że jest najbardziej puszczalską i kłamliwą jędzą na całym świecie, ale wciąż pozostawała kobietą, którą kiedyś kochał. Czy mu się to podobało czy nie, oddał jej kawał swojego życia, a tego nie była w stanie mu zwrócić, a szkoda.
Jego życiową aspiracją też nie była rozmowa z nią. To nie było jego zadanie do spełnienia na dziś, niczym to w The Sims. Naprawdę wolałby żyć w błogiej nieświadomości tego jak dziewczyna teraz wygląda, mając nadzieję, że wyprowadziła się z miasta i zbrzydła. Niestety, ani jedno, ani drugie się nie sprawdziło. Wolałby gdyby jej tu nie było, mógłby siedzieć spokojnie i czytać książkę. Los jednak chciał inaczej, a blondyn uważał, że głupio jest nie odezwać się do kogoś, kogo kiedyś się tak dobrze znało. Nawet można powiedzieć, że ich znajomość była dogłębna, niestety jej i Bolca także.
- Tak. Dostaliśmy trochę wolnego na doktoracie, a tu potrzebowali nauczyciela od fizyki no i jestem. Jakiś grosz zawsze się przyda - no bo przecież jej nie powie, że im obcięli fundusze i muszą radzić sobie sami. Chciał żeby myślała, że mu się w życiu powodzi. - A Ty gdzieś pracujesz? - zapytał tak neutralnie żeby się czegoś dowiedzieć o jej teraźniejszym życiu, chociaż nie powinno go to w zupełności interesować.
Trochę mu było głupio się jej o takie coś pytać... nie w sumie to nie było. Powinien się jej o to zapytać już dawno temu, chociaż zadawanie jej jakiś pytań nie było nigdy niczym dobrym. Raz się jej zapytał czy za niego wyjdzie i co się wydarzyło? - Masz jeszcze ten pierścionek, który Ci dałem? Chciałbym go z powrotem. Należał do mojej mamy, a jak wiesz ona nie żyje i fajnie jest mieć jakąś pamiątkę, a Tobie już nie jest potrzebny. - Powiedział na luzie i oparł się o pralkę żeby przypadkiem na nią nie patrzeć, bo po co mu to było.
_________________

    HOLD ME LIKE YOU HELD ON TO LIFE, WHEN ALL FEARS CAME
    ALIVE AND ENTOMBED ME. LOVE ME LIKE YOU LOVE THE SUN.
    SCORCHING THE BLOOD IN MY VAMPIRE HEART.
[Profil]
  MÓW MI: cyc
MULTI: laila,jolly,gin,marcy,dawsey, cleopatra, lance
 
Lacey Goldstein
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-28, 18:06   

Na razie może i rzeczywiście był zadziwiająco miły, ale Lacey tak łatwo zwieść się nie dała. Zbyt dobrze znała Haydena, by wierzyć w to, że przemilczy niektóre tematy przez całe ich spotkanie. A wiadomo, że jak on zacznie to zaraz ona pociągnie to dalej, bo bierna być nie potrafiła w takich słownych przepychankach. I to nie tak, że nie widziała swojej winy w tym wszystkim i dlatego taką waleczną zgrywała. Oczywiście, że zachowała się paskudnie. Ale było już za późno, by cokolwiek zmienić, tak? No niestety.
Doceniała to nawet. Jakby tak bez słowa ją minął to na pewno poczułaby się niemile zignorowana. Oczywiście jego zemsta byłaby w pełni zasłużona, ale nie zmienia to tego, że trochę ich wspólna przeszłość nadal łączyła i należało to uszanować trochę. Przynajmniej Lacey była tego zdania, dlatego nie zamierzała udawać, że Hayden w ogóle w jej życiu nie istniał. Aż tak głupia i niedojrzała nie była.
— No tak, wiadomo — przytaknęła chyba tylko po to, by jakoś na jego słowa zareagować. Tak naprawdę nie miała pojęcia co może dodać. Zupełnie nie podobało jej się to, że tutaj jest, ale czy to było istotne? Nie. Musiała przywyknąć chyba, nic innego jej nie pozostało. — Tak, sprzedaję w sklepie muzycznym — odparła chociaż nie bardzo chciała się tym chwalić. Zakładała, że Lyons w tym momencie satysfakcję potworną odczuje, bo w życiu jej nie wyszło tak, jak sobie tego życzyła. Niemal tak jakby ją jakaś karma paskudna dopadła za to, że pizdą była.
Usta otworzyła, gdy usłyszała jego pytania, a następnie głową pokiwała. — Tak, mam go u siebie w mieszkaniu. Mogę ci go podrzucić, powiedz tylko kiedy — dodała jeszcze, bo przecież ona już od dawna go nie nosiła. Nie zamierzała tego robić, więc rzeczywiście mógł do Haydena wrócić. Ale tak jakoś dziwnie jej było z myślą, że któregoś dnia może go innej dać. Auć.
 
 
vednesday branson


Wysłany: 2018-09-12, 22:00   

/początek.

Vednesday popełniła chyba najgorszy błąd w życiu. Nie chodziło o sam przyjazd do Berrylane, tylko o to, dlaczego to zrobiła. Przejechała się i teraz już wiedziała, że nie należ ufać ludziom, nawet jeśli się jest z nimi w związku. Przyjechali to przecież we dwójkę, miało być fajnie, miało się poukładać, miała odnowić kontakt z siostrą i miała wrócić do korzeni. Problem w tym, że ta pierwsze część kompletnie nie wyszła, wszystko potrwało ledwie dwa miesiące i się rozleciało, a Vednesday w efekcie wylądowała w hoteliku, nie mogąc się zebrać na odwagę i zapytać siostry, czy by jej nie przygarnęła na jakiś czas, póki się nie ogarnie. Bo tak to się nie bardzo dało żyć, ani nie można było postać przy garach (nie żeby to lubił), ani nawet prania normalnie zrobić, a targanie brudnych ciuchów w torbie przez pół miasta to naprawdę nie było coś, co się uwielbia. Pranie w misce też zresztą nie należy do ulubionych czynności, zapewne nie tylko Vednesday, ale wszystkich ludzi.
Ogólnie ostatnio nie miała do niczego głowy i w jakimś zaaferowaniu zapomniała zabrać połowę naszykowanych rzeczy. Trochę byłą przez to zła, ale wrzuciła do pralki to, co wzięła, a resztą postanowiła przynieść do pralni później, gdy będzie odbierała poprzednią partię. Trochę jej to nie grało w głowie, bo raz, że musiała chodzić trzy razy zamiast dwóch, zajmie to dwa razy dłużej, no i automatycznie też trzeba zapłacić dwa razy więcej. No i sobie nie posiedziała w spokój w trakcie prania, tylko musiała wracać przez sklerozę. A naprawdę w ostatnim czasie nie miała czasu, żeby nawet bzdury poczytać w internecie (o książce nie wspominając) i to była jedna z niewielu okazji. Tak więc Vednesday nie miała zbyt dobrego humoru tego dnia. Coś tam sobie złorzeczyła nawet od nosem, wrzucając skarpetki do wolnej pralki. Potem w zamyśleniu poszła zabrać czyste ubrania, już suche, bo się nawet na suszenie szarpnęła. Wrzuciła wszystko hurtem do koszyka i zaczęła powoli składać. Gdzieś tak przy czwartej rzeczy zorientowała się, że coś jest nie tak, a kiedy sięgnęła po kolejną, trafiła na wyraźnie męskie galoty i dotarło do niej już tak na serio, że przecież takich nie nosi. Minę pewnie miała zabawną w tamtym momencie, zdziwioną niewątpliwie. Stojąc tak nadal z bokserkami w dłoni, rozejrzała się w końcu wokół, szukając jakiegoś wyjaśnienia dla faktu, że pralka pożarła jej ubrania i wypluła jakieś inne. Aż w końcu dostrzegła własną bluzkę z kocim nadrukiem, problem w tym, że nie leżała po prostu w innej pralce, a Vednesday nie zauważyła jej przez szybkę z przodu, tylko owa bluzka była właśnie oglądana przez nieznanego jej mężczyznę.
Pewnie musiał być nie mniej zdziwiony niż dziewczyna, ale jakoś tego nie zarejestrowała w tamtym momencie.
- Halo! – zawołała bez zastanowienia, chcąc zwrócić na siebie uwagę.- Jakim cudem masz moje rzeczy? – pytanie nie było jakoś skrajnie nieuprzejme lub niemiłe, choć chyba ton głosu Vednesday miała nieco pretensjonalny, jakby to była wina tego faceta, że ma jej koszulkę, a ona ma jego gacie. Może powinna to zrobić bardziej dyplomatycznie, zagadać spokojnie, używając wszelkich form grzecznościowych zakładających mówienia na pan lub pani do osób na oko o dziesięć lat starszych, tylko że łatwiej było wystrzelić na „ty” i w ogóle najlepiej kogoś oskarżyć o tę pomyłkę, bo przecież nie siebie. No miała zły dzień i tyle.
[Profil]
 
 
Henry Melbourne


Wysłany: 2018-09-22, 20:31   

#15

Baby to same problemy na głowie, to Henry wiedział nie od dzisiaj, nie od wczoraj i nie od stu lat. Taka Dagny na przykład, w końcu się wyprowadziła, ale przed wyprowadzką oczywiście musiała zepsuć coś! Akurat padło na pralkę, a że wszystkie dokumenty sprzętów w domu miał właściciel, wciąż wolny niczym wiatr w polu i równie nieuchwytny, to miał problem. Nie wiedział czy pralka ma jakąś gwarancję czy nie, więc musiał się udać w miejsce gdzie mają pralki. Chciał oczywiście oddać do pralni takiej pro, ale jednak Berrylane to straszne zadupie, a jeżdżenie do Seattle uznał za zbyt duży wysiłek, więc wyszukał pralnie w okolicy. Uznał że pojedzie tylko z najważniejszymi rzeczami, w oczekiwaniu na... no w sumie wenę twórczą. Nie wiedział czy pisać do każdego sklepu w okolicy z tą firmą czy może do samej firmy, z zapytaniem o właśnie gwarancję ewentualną (w końcu pewnie miała jakiś numer seryjny), czy po prostu kupić nową. Co mu się średnio podobało, bo uważał że to Dagny zepsuła, to raz, a dwa... już wystarczyło że zapłacił za ten dom i nie wiadomo jak się sprawa potoczy, po co jeszcze inwestować w jego wnętrze.
Pralnia nie była jakaś super skomplikowana, wrzucić ciuchy, wrzucić proszek, wlać płyn do płukania (bo halo, Henry był pewnym siebie i w stu procentach swojej męskości facetem i nie wstydził sie tego, że lubił jak jego ubrania są miękkie i ładnie pachną, to wcale nie gejowskie przecież), a potem zdecydował się wyskoczyć na kawkę. I tak się trochę musiało prać, pewnie dłużej niż trochę. A jak wrócił, z kubkiem na wynos, to przy pralce swojej zobaczył jakąś dziewczynę, więc uznał że chyba się pomylił i źle pralki policzył. Wyjął więc rzeczy z pralki obok, od razu zauważając że jakieś za bardzo kolorowe są. Kawę na bok odłożył, brwi zmarszczył i przyglądał się akurat jakiejś koszulce, oceniając czy zapowiada ona zgrabną dziewuchę czy jakiegoś grubasa, którego rzeczy przypominają namiot. I właśnie wtedy usłyszał głos obok siebie - kto mówi? - odpowiedział, zdziwiony trochę, bo halo to się mówi do telefonu przecież! Brwi zmarszczył i spojrzał na to co kobieta w ręce miała. - Same do mnie przyszły, pewnie za mało o nie dbasz - odpowiedział z wrednym uśmiechem i zaraz potem pod boki się złapał - mam nadzieje że masz czyste ręce, którymi dotykasz moje pranie. Mama cię nie nauczyła liczyć która pralka jest Twoja? - zapytał, głowę na bok przechylając, bo nie zamierzał winy na siebie przyjmować okej.
_________________
[Profil]
 
 
Elio Leonelli



w Berrylane od prawie pół roku

rzeźbi, pisze, lata po lesie z siekierą

30
yo

193
cm

wciąż żyje przeszłością

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-02-11, 21:55   
  
Elio

  
Leonelli

  
Umarliśmy już tyle razy, że teraz możemy tylko dumać, czemu wciąż nam zależy

  

  

  

  

  

  


W idealnym świecie nicnierobienia nagle przydarzył się wypadek - i to nie byle jaki wypadek, a taki, który przesądził całkowicie o jego życiu. Zalane podłogi, śmierdzące potoki, masa roboty i zero chęci na cokolwiek. Jego pralka po prostu wybuchła. Elio dałby sobie głowę uciąć, że ktoś podłożył mu bombę, która szczęśliwie (lub nie, zależy jak na to patrzeć) rozerwała na strzępy: świąteczne skarpetki, ulubione spodnie, czarne sweterki. Dla niego oczywiście był to powód do smutku, bo niby dostrzegając w zdarzeniu tym plusy (lepsze ubrania niż on sam) musiał pogodzić się ze stratą znacznej części garderoby. A prać jakoś trzeba było i tak! Wyzbierał więc resztki tego, co mu pozostało, załadował do samochodu i z niesamowicie podłym humorem szukał jakiejkolwiek pralni w tym dołującym mieście. Większość miejsc była jednak już solidnie przepełniona (ludzie serio nie mają w domu pralek?) lub zamknięta (kto zamyka interes już w południe, co za głupoty absurdalne) i dojechał aż do centrum miasta. Pewnie nie było warto, pewnie lepiej byłoby po prostu zwalić się komuś ze znajomych na głowę, ale Elio ostatnio nie myślał zbyt racjonalnie. Zabrał więc stertę brudnej bielizny ze sobą, wszedł zniechęcony do środka i rozejrzał się po niewielkiej grupce osób, które znudzone obserwowały obracające się bębny. A on nie wiedział co robić, skąd proszek, gdzie pieniążek włożyć, no nic! Podszedł więc do przypadkowej osoby, początkowo nawet nie zwracając uwagi na to jak wygląda, kim jest, że w sumie to się znają i to dobrze, tak cholernie dobrze. - Co niby trzeba zrobić żeby dostać odrobinę proszku? Albo płynu, chociaż ja nawet nie wiem czym te pralki się od siebie różnią - tak jej szepnął, kompletnie się poddając. Jak mu pomoże to pewnie ją na kawę zaprosi, choć z pewnością gdy tylko rozpozna z kim przyszło mu rozmawiać, zrobiłby to i bez tego.
_________________
I'm on season 3, episode 4 of ur bullshit
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter i reszta
 
Reese Mayfield



w Berrylane od kilku miesięcy

zajmie się twoim życiem lepiej od ciebie (wcale nie)

28
yo

165
cm

It's happened again

Lives in:
blue velvet

Wysłany: 2019-02-14, 21:29   
  
Reese

  
Mayfield

  
`

  

  

  

  

  

  


Westchnęła głośno, kiedy weszła do pomieszczenia i dostrzegła jedynie niską, uroczą staruszkę przekładającą ubrania z maszyny do ogromnego koszyka. Pomyślała sobie, że właśnie taki los ją czeka, że niczym nie będzie różnic się od tej kobiety, która zapewne była równie samotna, co ona. Być może spotkały je podobne wydarzenia, a może nawet jej tu nie było; może była jedynie wizją Reese, a raczej tego, dokąd zmierzało jej życie? Nikt nie powinien spędzać walentynek w pralni, nawet osoby, które publicznie to święto krytykują i twierdzą, że w ogóle ich ono nie rusza. Mayfield nigdy nie przywiązywała szczególnej wagi do tego typu dni i zawsze głośno krytykowała osoby, które przez tę konkretną datę traciły rozum i zachowywały się co najmniej tak, jakby miał odwiedzić ich prezydent. Nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego dzisiejszego dnia było inaczej; odczuła po prostu jakąś niewyjaśnioną potrzebę rozmowy z kimś, a nawet, po prostu czyjejś obecności. Skoro jednak postanowiła z dnia tego uczynić dzień prania, to nie zamierzała teraz swoich planów zmieniać. Uznała, że obecność starszej kobiety jej wystarczy. Położyła koszyk z praniem na stoliku i rozejrzała się po pomieszczeniu, zastanawiając się, której pralki użyć. I szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, czym się owe maszyny od siebie różniły, o ile w ogóle było w nich coś innego. Ostatni raz w podobnym miejscu była kilkanaście lat temu, w końcu w dzisiejszych czasach każdy człowiek raczej miał takie atrakcje w domu. A ona była tu tylko i wyłącznie z potrzeby wyjścia z mieszkania. A żeby pokazać wszystkim, że dzień ten nie różni się dla niej niczym szczególnym od pozostałych, przybyła tu w porozciąganej, ciemnozielonej bluzce, która praktycznie wisiała na jej chudym ciele. Przecież tak właśnie ludzie ubierają się, kiedy chodzą do takich miejsc, prawda? Teoretycznie w dzień prania powinno się nawet chodzić nago, żeby nawet takie znoszone ubrania móc wyprać, ale niestety była jeszcze za mało pijana, by to uczynić. Po kilku niezwykle dłużących się minutach, kiedy ubrania ulegały sile pralki i chaotycznie wirowały, do pomieszczenia weszło jeszcze kilka osób i trzeba przyznać, że Reese odetchnęła z ulgą. Po wyjściu tamtej staruszki naprawdę czuła się jak kosmita, a teraz przynajmniej było ich (dziwolągów) więcej. W tym wszystkim nie podobało się jej tylko to, że jedna z tych osób postanowiła do niej podejść. I choć przekonana była, że jego głos poznałaby zawsze i wszędzie - tak, ku ironii nie miała pojęcia, że to właśnie z ojcem swojego martwego dziecka przyszło jej teraz rozmawiać. Zapewne stało się tak z powodu niemałego hałasu, jaki maszyny te wydawały, a może też po prostu, po trzech latach szukania go w każdej osobie, każdy głos brzmiał już dla niej tak samo?
- No nie wiem, na przykład kupić? Albo ukraść jakiemuś bogaczowi, skoro taki to dla ciebie drogi interes - warknęła, ani przez moment nie myśląc o tym, by odwrócić się w stronę rozmówcy. Dopiero po chwili doszło do niej, że nie wszystkie osoby na świecie są złe i przeklęte, i nie ma powodu, by tak się na tego mężczyznę wkurzać. - Gdzieś tu powinni mieć swoje, ogólnodostępne. Ale ja bym nie ryzykowała i jednak zaopatrzyła się w swój własny. A skoro obdarzyłeś mnie już takim zaufaniem, że o to zapytałeś, to chyba mogę użyczyć ci swojego - dodała, uznając, że w ten jeden dzień w roku może być dla kogoś miła. Choć oczywiście, gdyby wiedziała z kim rozmawia, pożałowałaby tej decyzji.
[Profil]
  MÓW MI: ta na z.
 
Elio Leonelli



w Berrylane od prawie pół roku

rzeźbi, pisze, lata po lesie z siekierą

30
yo

193
cm

wciąż żyje przeszłością

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-03-02, 16:45   
  
Elio

  
Leonelli

  
Umarliśmy już tyle razy, że teraz możemy tylko dumać, czemu wciąż nam zależy

  

  

  

  

  

  


Naprawdę nie miał pojęcia, że Reese jest w Berrylane. Podejrzewał, że mógłby wpaść na nią w Seattle, ale od jakiegoś czasu nie szukał jej i nie sprawdzał jak się czuje. Sama tego chciała, prawda? Nie odpisała na ostatni z jego listów i dała mu jasno do zrozumienia, że czas ruszyć naprzód. Niespecjalnie mógł się z jej decyzją kłócić, bo przecież to właśnie przez niego ich związek się rozpadł. Nie było dnia i chwili kiedy by tego nie żałował, ale cóż, przeszłości zmienić się nie da. A on mimo wszystko był zbyt dumny na to, by uganiać się za nią w nieskończoność. Poza tym wiedział także, że nic dobrego nie może jej zaoferować, a to jednak było głównym wymogiem jakiejkolwiek bliższej relacji.
- Ale tu się tego nie da kupić? - zapytał głośno, próbując przekrzyczeć hałasujące, stare automaty. Próbował podejść bliżej kobiety, gdy nieco jej humor się rozjaśnił i zaoferowała mu swój własny proszek, ale labirynt pralek i wirujący w pomieszczaniu cyganie, matki z dziećmi i nieprzyjemnie pachnący ludzie mu to utrudniali. Dopiero po dłuższej chwili udało się mu przecisnąć pomiędzy tym wszystkim w odpowiedni sposób. Nachylił się też nieco, by móc porozmawiać z nieznajomą twarzą w twarz (bo tak od tyłu było dziwnie, nieprzyjemnie także) i oczywiście na ułamek sekundy zamarł. Elio nie należał jednak do grona ludzi normalnych, którzy w tej chwili poczuliby skrępowanie, zawstydzenie czy cokolwiek innego; nie zamierzał zachowywać się teatralnie czy też uciec niczym dziecko. Po prostu się uśmiechnął przyjaźnie. - Nie nauczyłaś mnie nigdy, jak się z amerykańskich pralek korzysta - powiedział z wyrzutem, po czym ośmielił się zabrać jej proszek. Podszedł do wybranej przed siebie pralki, wsypał go w odpowiednie miejsce (tak się mu wydawało przynajmniej) i gotów był włączyć urządzenie. Zawahał się jednak i spojrzał na Reese pytająco. Nie chciał po prostu odpowiadać za rozpad kolejnej pralki, tym bardziej, że za tą musiałby jakimś chińczykom na pewno zapłacić.
_________________
I'm on season 3, episode 4 of ur bullshit
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter i reszta
 
Reese Mayfield



w Berrylane od kilku miesięcy

zajmie się twoim życiem lepiej od ciebie (wcale nie)

28
yo

165
cm

It's happened again

Lives in:
blue velvet

Wysłany: 2019-03-05, 23:41   
  
Reese

  
Mayfield

  
`

  

  

  

  

  

  


Spośród tylu miast, dlaczego musiał wybrać akurat to? I w szczególności teraz, kiedy powoli zaczęła układać sobie życie od nowa? Widmo tamtej pamiętnej nocy wciąż ją nawiedzało i nie pogodziła się jeszcze ze śmiercią swojego dziecka, ale trzeba przyznać, że było z nią dużo lepiej, niż rok temu. A teraz, jego powrót wszystko zaprzepaścił, tak po prostu. Nie wiedziała, co dokładnie poczuła, kiedy ujrzała jego twarz. Nie potrafiła jasno sprecyzować swoich uczuć, zupełnie jak podczas pierwszych, samotnie spędzonych dni po powrocie ze szpitala. - Nie dałeś mi na to szansy. Dzień przed tym, jak miałam cię tego nauczyć, postanowiłeś uciec na drugi koniec świata - odparła i wzruszyła ramionami. Tak, bardzo możliwe, że ten wyjazd będzie wypominała mu do końca życia - czy to poważnie, czy też w żartach. Nie mógł zapomnieć o tym, jak głupią było to decyzją. I choć wciąż pamiętała o każdej złej rzeczy, jakiej wspólnie doświadczyli, czy to przez zrządzenie losu, czy przez głupotę tej drugiej osoby, wcale nie chciała stąd teraz wyjść. A przynajmniej na razie. Pokiwała twierdząco głową, kiedy spojrzał się na nią pytająco przy wsypywaniu do pralki proszku, po czym przewróciła oczami. Jakim cudem udało mu się przeżyć te trzy lata? - Dlaczego postanowiłeś wrócić? - zapytała w końcu, chcąc oszczędzić i jemu i sobie niepotrzebnych słów. Może czegoś od niej potrzebował, może musiała podpisać jakieś papiery, może miała dać mu i jego nowej dziewczynie (jeśli taka istniała) błogosławieństwo? Cóż, jedno było pewne, na pewno nie przyjechał tutaj, by ta nauczyła go korzystać z pralki.
[Profil]
  MÓW MI: ta na z.
 
Elio Leonelli



w Berrylane od prawie pół roku

rzeźbi, pisze, lata po lesie z siekierą

30
yo

193
cm

wciąż żyje przeszłością

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-03-06, 14:22   
  
Elio

  
Leonelli

  
Umarliśmy już tyle razy, że teraz możemy tylko dumać, czemu wciąż nam zależy

  

  

  

  

  

  


Spotkaliby się i tak, prędzej czy później, bliżej domu lub na drugim końcu świata. Nigdy jednak nie trafiliby na odpowiedni moment - albo ona by źle się czuła, albo on. Może oboje akurat uznawaliby swoje życie za szczęśliwe, a ta jedna wymiana spojrzeń wszystko by popsuła. Raczej nie dane było im skinąć sobie głową bez zbędnych emocji, które zapobiegły nadchodzącym kiepskim dniom. Oczywiście Elio wielokrotnie wyobrażał sobie ich ponowne spotkanie i planował słowa, jakie tego dnia wypowie, ale teraz, naturalnie, wszystko to gdzieś zaginęło. Na jej słowa uśmiechnął się przepraszająco i uniósł dłonie w obronnym geście. Miała prawo go atakować, miała prawo wypominać mu wszelkie przewinienia. Nie zamierzał dawać jej kontry, czy się z nią sprzeczać. Zbyt wiele dla niego znaczyła, by mógł potraktować ją jak niewiele znaczący element całej tej układanki, którą było jego życie.
Przez chwilę milczał, a potem wzruszył ramionami. - Musiałem spotkać się z kimś, kogo nigdy nie poznałem - odpowiedział wymijająco, zdając sobie sprawę z tego, jak niejasne jest to wytłumaczenie. Tak naprawdę sam nie wiedział dlaczego wrócił. I, tym bardziej, dlaczego wrócił tu właśnie teraz. - Mieszkasz w pobliżu? - zapytał dziewczynę, przyglądając się jej badawczo. Niewiele się zmieniła od ich ostatniego spotkania, ale ból i starta prawdopodobnie na zawsze wprowadziły w niej niewielkie zmiany. Trochę mu się serce łamało, kiedy tak stali niby razem, a jednak oddzielnie. Opowiadając sobie o życiu, które mieli spędzić przecież razem.
- Nie wiem Reese, nie mam pojęcia dlaczego wtedy uciekłem i dokąd się kierowałem. Nie wiem też dlaczego dopiero teraz odważyłem się zawrócić - wyznał jej szczerze, nieco przyznając się do tego, że wciąż żyje tamtym dniem. Miał nadzieję, że ona zdążyła ruszyć naprzód i ułożyć sobie życie, że jest już szczęśliwa i nie rozpamiętuje tego, co stało się trzy lata temu. - Masz kogoś? - zapytał nagle, trochę nie potrafiąc się powstrzymać. I choć zapewne zazdrość by go przygniotła, naprawdę by się ucieszył, że Reese radzi sobie lepiej, niż on.
_________________
I'm on season 3, episode 4 of ur bullshit
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter i reszta
 
Reese Mayfield



w Berrylane od kilku miesięcy

zajmie się twoim życiem lepiej od ciebie (wcale nie)

28
yo

165
cm

It's happened again

Lives in:
blue velvet

Wysłany: 2019-03-09, 00:06   
  
Reese

  
Mayfield

  
`

  

  

  

  

  

  


Być może o tym wiedziała, ale nie dopuszczała do świadomości tego, że przyjdzie się jej jeszcze z nim spotkać. Bała się, że jego ponowny widok równać się będzie z przeżyciem straty jej dziecka na nowo, że wszystko, co udało jej się osiągnąć przez ostatnie trzy lata, tak po prostu uleci i odejdzie w zapomnienie. A jeszcze bardziej bała się, że nie poczuje zupełnie niczego, że przyłapie się na tym, że już się z tamtą tragedią pogodziła. Nie chciała zapomnieć o tamtym etapie swojego życia, nie chciała wymazać swojego synka z pamięci, tak samo jak kilku wspaniałych chwil, które spędziła z jego ojcem. Choć nie odnajdywała się już w osobie, którą niegdyś, w tamtym czasie była, pragnęła zachować ją w pamięci już na zawsze, by mieć świadomość tego, że kiedyś naprawdę była szczęśliwa. W obecnym momencie nie wierzyła, że kiedykolwiek jeszcze przyjdzie jej doświadczyć podobnych emocji.
Jej słowa nie były próbą zaatakowania go; nie miała wcale w planie wypominania mu teraz tego wszystkiego i żalenia się na to, przez co musiała przejść po jego ucieczce. Właściwie nie wiedziała, co dokładnie chciała nimi osiągnąć, nie zastanawiała się nad nimi przed ich wypowiedzeniem i chyba właśnie w tym leżał problem. - I zrobiłeś to? Spotkałeś się z tą tajemniczą osobą i osiągnąłeś dzięki niej spokój ducha? I teraz ponownie możesz udać się do kolejnego, odległego kraju? - zapytała, będąc zwyczajnie ciekawa, czy Elio planuje po raz drugi opuścić Waszyngton. Jeśli tak, chciała być tym razem na to przygotowana i nie dowiadywać się o tym z listu od niego. Na pewne rzeczy nie miała już niestety siły. Pokiwała twierdząco głową na jego pytanie, nie potrafiąc znaleźć w sobie żadnych kolejnych słów, którymi mogłaby go obdarzyć. Nie wiedziała, jak powiedzieć mu o tym, że w przeciwieństwie do niego, ona od trzech lat ani razu nie opuściła tego miejsca, gdyż zwyczajnie nie potrafiła. A jego następne słowa, całkowicie wybiły ją z tropu. Nie spodziewała się ich usłyszeć, a przynajmniej nie w tym momencie. A ty potrafiłbyś zacząć wszystko o nowa? Rzucić przeszłość w zapomnienie i tak po prostu, bez zbędnych dramatów zaangażować się w związek z inną osobą, będąc gotowy na to, by przeżyć z nią wszystko to, czego nam nie udało się nigdy doświadczyć? Chciała zapytać, ale zamiast tego odpowiedziała krótko: - Nie. Już nie - czuła, jak same myśli o tym wypalają w niej na nowo rany, które udało się jej już zagoić. Nie wiedziała, na jaką odpowiedź liczył i czy sam kogoś miał. Była po prostu ciekawa, czy tylko ona stoi wciąż w miejscu, czy on także mimo tak długiego czasu, nie zdążył się z tym uporać.
  
[Profil]
  MÓW MI: ta na z.
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 5