menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Stoliki III
Autor Wiadomość
Scott Henderson


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od prawie zawsze, kilka lat w Seattle


zarządza w firmie transportowej

Laila go kopnęła w dupę, więc chodzi po lesie z Deni

Wysłany: 2018-09-15, 21:40   
  
Scott

  
Henderson

  

  

  

  

  


  
`

  
35 yo

  
190 cm

  


W sumie... można być chyba okazjonalnym party anima. Tak powiedzmy raz w miesiącu, jak wilkołak! Albo raz na dwa, grunt żeby czasem się jednak wyszaleć. Każdy czasem musi, bo inaczej to trochę niezdrowe. A czy wybierze sobie wypad do baru czy jednak jakieś... biegi po lesie, uderzanie w worek treningowy czy szorowanie podłogi do czystości tak dużej, że można z niej jeść przez jakieś pięć minut, wszystko zależy od danej osoby. Kto powiedział że jest tylko jeden rodzaj imprezy, party może oznaczać wiele rzeczy. Viv mogła iść na imprezę gdzie się chleje na sianie oglądając wyścig ciągników, mogła też iść na degustację wina i serów, coś bardziej fancy. Albo na imprezę cichą, na której nikt się nie odzywa. Goci i emo muszą się jakoś bawić! A nie, emo płacze i narzeka, albo recytuje swoje wiersze, to chyba jednak się nie liczy.
- Powiem ci szczerze że trochę liczyłem że jednak mnie zaskoczysz - uniósł brwi - obstawiałem coś o świętowaniu stypy zmarłego męża albo swoje pierwsze palenie staników na zlocie feministek - pokiwał głowa, obie wymówki były z otwartą furtką do spławienia go, ale tego już nie dodał. Póki co uznał że zobaczy jak się sprawa dalej potoczy.
- Zdecydowanie szukam przygód - uśmiechnął się wesoło - a ty? Słyszysz dzisiaj zew przygody czy na kolorowym drinku kończy się szaleństwo? Tak z ciekawości, wiesz w ogóle co jest tam w środku czy zamówiłaś po ciekawej nazwie? - przechylił lekko głowę w bok, bo w sumie... no nigdy nie wiesz co jest w środku. Jak ci leją piwo z butelki albo whisky z butelki to wiesz że to prawie na pewno to, a taki drink? Wszystko może być w to wmieszane.
_________________
[Profil]
  MULTI: perry, wolf, joey, callie, maia, lea, elfred, adelaide, finley, nora, gal
 
Vivianne Barnes


Wysłany: 2018-09-16, 23:35   

Wilkołaki były urocze, o ile nie chodziło o takie z pierwszych horrorów, gdzie mimo wszystko były paskudne z tymi na wpół przemienionymi cielskami, brudnymi pazurami i wielkimi, wilczymi ślepiami na ludzkich twarzach. Ten mężczyzna jednak przypominał jej bardziej naprawdę lepszą wersję Jacoba Blacka z tego nastolatkowego szajsu jaki teraz namiętnie czytały małe dziewczynki. A może już nie czytały? Nie była na bieżąco z tym co lubią a czego nie lubią dzieci.
- Palenie staników na zlocie feministek? Daj spokój, przestałyśmy to robić wieki temu. Teraz się zdjęcie pierwszego chłopaka i różowe stringi. - Zerknęła na niego z poważną miną wielkiego znawcy palenia bielizny w imię ideologii cycków oraz macic ponad męskimi genitaliami. Bądźmy szczerzy, feminizm to bardziej feminazim od pewnego czasu i taką właśnie formę większość znała. Nie żeby miała coś do feministek, szanowała te które faktycznie walczyły o równość płci, a nie dominację kobiet nad mężczyznami. Te drugie po prostu głośniej krzyczały o swoich prawach, zagłuszając te pierwsze.
- Możliwe, że słyszę zew przygody, a może po prostu to ciekawość, która okaże się pierwszym stopniem do piekła. Chcesz sprawdzić? - Uśmiechnęła się niezwykle przekonująco, siadając teraz tak aby być bardziej przodem do niego, aby łatwiej go obserwować, celem poznania jego osobowości. Często tak robiła, nawet nieświadomie.
- Wiem czego tam nie ma, a to już pewna informacja. Nie ma trutki na szczury, bo jeszcze nie czuję żadnych podręcznikowych objawów takich ekscesów. - Zapewniła go zaraz, równomiernie uderzając paznokciami w blat kontuaru, zanim podjęła ważną decyzję.
- Wzięłam po nazwie. A skoro o nazwach mowa, blisko im do imion. Dobrze byłoby poznać twoje, zanim sprawdzimy czy da sie dostać windą do piekła czy trzeba szukać schodów. -musiała - nawet jeśli niechętnie - przyznać, że całkiem odpowiadało jej towarzystwo. I tyle było z jej bycia edgy queen.
[Profil]
 
 
Scott Henderson


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od prawie zawsze, kilka lat w Seattle


zarządza w firmie transportowej

Laila go kopnęła w dupę, więc chodzi po lesie z Deni

Wysłany: 2018-09-23, 19:24   
  
Scott

  
Henderson

  

  

  

  

  


  
`

  
35 yo

  
190 cm

  


Pewnie Scott by się z tym za bardzo nie zgodził. W końcu Zmierzch to dla niego była przesłodzona bujda, Edward mu nie imponował, Jacob tym bardziej, a Bella wydawała się taka niezdrowo blada i niezdrowo zainteresowana martwymi. Chyba nikt tam nie był dla niego atrakcyjny... no, może pierwsza Victoria, ona była seksi!
- Tak, przyznam się szczerze że zawsze chciałem to zobaczyć na żywo, wygląda na zdjęciach bardzo zjawiskowo. Trochę szkoda takiej ładnej bielizny, która pewnie przy okazji jest droga, ale oj tam. Zawsze można spróbować ukraść albo znaleźć w lumpeksie - wzruszył delikatnie ramionami, on się nie znał, ale baby po wszystko chodziły do lumpa, więc może po staniki też? - Mają tam też staniki? Nigdy nie byłem - przyznał szczerze, pytając przy okazji, bo trzeba w końcu poszerzać swoją wiedzę o świecie. A do lumpa nie pójdzie, bo jednak trochę go ta wizja masy ubrań którą nie wiadomo kto nosił przerażała... - Zaraz, czemu palicie zdjęcie pierwszego chłopaka? - zapytał zaintrygowany, stringów już nie komentując. Faceci też nosili stringi często w tych czasach, lepiej na takie tematy nie wchodzić.
- Byłem tam, bardzo gorąco i tak naprawdę mało rozrywek. I jakość powietrza pozostawia wiele do życzenia, fatalnie działa na cerę i włosy - pokiwał ze smutkiem głową, odrobinę się nabijając. Ale uważał to stwierdzenie za trochę naiwne.
- A jesteś specjalistką od trucizn? - z obawą zapytał, swojego drinka kończąc i od razu zamawiając nowego. I zaraz potem zaśmiał się cicho - nie wiem czy chciałbym żeby matka nazwała mnie Cosmopolitan albo Sex on the beach. Mogłoby być ciężko w szkolnej szatni. Jestem Scott - przedstawił się, rękę jej podając nawet.
_________________
[Profil]
  MULTI: perry, wolf, joey, callie, maia, lea, elfred, adelaide, finley, nora, gal
 
Josie Marvel


Wysłany: 2018-11-20, 10:53   

    1
Kiedy po raz kolejny została sama, słuchając o niezgodności charakterów, o braku czasu i o wyimaginowanym wyjeździe, zaczęła mieć szczerze dosyć. Niby przez te wszystkie lata powinna przywyknąć, zaakceptować fakt, że prawdopodobnie zostanie starą panną, patrząc na podejście ludzi do bezpłodności, jednak to, co się działo, z biegiem lat zaczęło Josie męczyć.
Czy to było takie złe, że chciała być z kimś wreszcie szczęśliwa? Że chciała wreszcie poznać kogoś i być z nim przez dłużej niż dwa miesiące? Męczyło ją poznawanie nowych osób, które później znikały, jak gdyby nigdy nie zaistniały jej w życiu. Męczyło do tego stopnia, że szczerze rozważała zaniechanie jakichkolwiek randek na najbliższy czas, świadoma, że i tak z żadnej z tych zaplanowanych nic nie będzie, że skończy się na rozmowie, na seksie, a potem na rozejściu się w swoją stronę.
Chciała pobyć sama i chociaż zdawała sobie sprawę, że najlepszym wyjściem byłoby pozostanie w domu, Josie postanowiła odwiedzić jeden z niewielu barów znajdujących się w Berry, zamawiając na dzień dobry zestaw pięciu shotów, z którymi to siedziała, przyglądając im się przez moment. Samotne picie było żałosne, bardzo żałosne i doskonale o tym wiedziała. To nawet nie było w jej stylu, dlatego też po wypiciu pierwszego z nich wyciągnęła z kieszeni kurtki telefon, przeglądając w nim kontakty, sprawdzając do kogo by mogła zadzwonić. I gdy była już blisko wybrania numeru do jednej ze swoich koleżanek, przed nosem przemknęła jej postać, która zdecydowanie kogoś Josie przypominała. Kogoś, kogo się nie spodziewała, a na kogo widok od razu pojawił się na jej twarzy uśmiech. – Garreth! – zawołała za bratem, zeskakując po chwili ze swojego stołka. Nie powinna zostawiać pozostałych czterech kieliszków samotnie, jednak nie myślała teraz o tym, podchodząc żwawym krokiem do brata. – Prawda, że się do mnie dosiądziesz? Uratuj mnie przed samotnym wieczorem w towarzystwie alkoholu. – jęknęła błagalnie, modląc się w duchu, aby brat nie przyszedł tutaj z nikim konkretnym, aby okazało się, że jednak będzie w stanie poświęcić jej chociaż chwilę czasu. Bo chociaż nikt z rodziny nie wiedział jeszcze o tym, że Josie w przyszłości nie wyda na świat gromadki małych dzieci, chociaż zamierzała nie mówić o tym tak długo, jak to tylko możliwe, to czuła, że dzisiaj jest dzień, kiedy to chociaż jedna z osób tak bliskich jej sercu powinna się o tym dowiedzieć. I wierzyła, że Garreth jako idealny ojciec zrozumie jak wielką tragedią to było dla Josie, mimo, że udawała przed całym światem, że to nic wielkiego.
[Profil]
 
 
garreth marvel


Wysłany: 2018-11-22, 23:25   

8
O dziwo, został wpuszczony do Tin ‘n’ lint. Ostatnim razem, kiedy się tutaj znalazł, oskarżony o wszczęcie bójki został wywalony. Z Jimmie? Chyba tak, był wtedy zbyt pijany, żeby zapamiętać imiona ludzi, którzy wtedy mu towarzyszyli, a i Garreth nie był w tym dobry. Teraz po prostu potrzebował się napić, bez żadnych afer, awantur, bez znajomych ani nikogo innego, chciał dostać szklankę whisky z lodem i w samotności zastanowić się nad tym, co dalej. On naprawdę nie wiedział, co ma zrobić ze swoim popieprzonym życiem. I to nie tak, że on sam na siłę je sobie komplikował. Miał wrażenie, że kiedy zaczynało być dobrze, nagle musiało coś solidnie pierdolnąć. Wszystko zaczęło się tego pamiętnego dnia ponad trzy lata temu, kiedy jego żona postanowiła z dnia na dzień zniknąć z jego życia, pozostawiając mu dwumiesięczną córeczkę. Kolejny rok był dla niego prawdziwą mordęgą i gdyby nie Opal, pewnie zwariowałby. Całe życie radził sobie z większymi czy mniejszymi problemami, ale zupełnie nie był przygotowany na coś takiego. Kochał Isabel jak wariat, znaczyło dla niego wiele i nagle z dnia na dzień rozpłynęła się w powietrzu. Gdyby nie Opal, pewnie już by go nie było, na początku tylko i wyłącznie pomagała mu, nie sądził, że ta przeogromna wdzięczność, którą do niej czuł, kiedy zamieni się w miłość. Czasami wydawało mu się nawet, że gdyby nagle Isabel stanęła w drzwiach domu, rzuciłby dla niej wszystko. Tylko, że kiedy kilka tygodni, a może już miesięcy, całkowicie stracił poczucie czasu, Isabel stanęła przed nim, tłumacząc się chorobą, on zorientował się, że to Opal jest dla niego najważniejsza, że cieszy go to, co mają, że to nie jest tylko i wyłącznie wdzięczność, że naprawdę ją kocha, że to z nią chce dalej układać swoje życie. I nie twierdził tak tylko dlatego, że Isabel cholernie go zraniła. Kochał ją, ale tamto szalone uczucie, to przeświadczenie, że może zaufać tylko jej, że chce być tylko z nią, że razem mogą zwojować cały świat, zniknęło. Bezpowrotnie. Teraz zostało mu już tylko pozwolić Isabel poznać ich córkę, był gotowy jej to ułatwić, gdyby nie, prawie dosłownie, napadła na Opal. Nie mógł pozwolić jej zbliżyć się do Suze, kiedy wyprawiała takie głupoty, raniła najbliższą mu osobę. Zupełnie pogubił się w tym, co powinien, a czego chce dla Opal, dla swojej córki, dla wszystkich. Już dawno nie pił alkoholu, zwyczajnie tego unikał, pamiętając jakie miało to skutki po wyjeździe Isabel.
Wszedł do baru zamyślony, szukając wolnego miejsca, kiedy usłyszał swoje imię. A potem zobaczył Josie i on też się uśmiechnął, a jednocześnie zasmucił, zdawszy sobie sprawę, jak bardzo ostatnio zaniedbał siostrę, przytłoczony własnymi sprawami. Zamierzał napić się w samotności, ale jej nie można było odmówić. Mocno ją do siebie przytulił, a chwilę później już siedział na stołku barowym tuż obok niej. Zamówił też whisky i obrócił głowę w jej kierunku. – Co jest nie tak? Pijesz sama, więc coś musi być – bo przecież, gdyby wszystko było w porządku, nie byłoby jej tutaj.
_________________
[Profil]
 
 
Josie Marvel


Wysłany: 2018-11-23, 16:48   

Ostatnimi czasy, przez pracę jak i swoje nowe romanse niewiele miała czasu. Cały czas zabiegana, czasem zastanawiała się jakim cudem znalazła się w takim, a nie innym położeniu, marząc o swoim łóżku bardziej niż czymkolwiek innym. Tym bardziej, że miała świadomość jak wielkim niebezpieczeństwem było jej zmęczenie, które, przedłużając się, sprawiało, że koncentracja Josie spadała, a tym samym chcąc nie chcąc, mogła wydać pozwolenie na lądowanie dwóm samolotom na jednym pasie. A gdyby one się zderzyły… Cóż, nie chciała o tym nawet myśleć. Prawda jednak była taka, że tego czasu nie miała, co skutkowało zaniedbaniem także relacji rodzinnych. Nie pamiętała kiedy ostatni raz widziała się ze swoimi braćmi czy siostrami, nie mówiąc już o rodzicach, których była pewna, że odwiedzi dopiero na święto dziękczynienia.
Miała to sobie za złe, bardzo, ale co miała zrobić? Wyjść z baru i pojechać do państwa Marvel? Raczej nie było to zbyt dobrym pomysłem, nie w tym stanie fizycznym i emocjonalnym, kiedy to balansowała na pograniczu płaczu, śmiechu, złości. Raczej by nie byli zachwyceni widząc swoją córkę prezentującą się w ten sposób.
Naprawdę więc się ucieszyła widząc Garreth’a, którego to mocno przytuliła, czując, że trochę jest jej lżej z myślą, że nie spędzi tego wieczoru w samotności. Ba, zastanawiała się nawet czy uda jej się przełamać i opowiedzieć o swoich problemach, choć ilość alkoholu, którą zamierzała dzisiaj w siebie wlać podpowiadała, że Josie będzie najbardziej wylewną wersją siebie. Szczególnie przy jej słabej głowie. – Jestem zmęczona, po raz kolejny zostałam rzucona z powodu niezgodności charakterów, a do tego mam wrażenie, że zaniedbuję naszą całą rodzinę. – przyznała, wzdychając na koniec ciężko, po czym sięgnęła po kolejnego shota, na którego spojrzała nim uderzając szkłem o te, trzymane przez brata wylała jego zawartość do swojego gardła. Skrzywiła się przy tym niemiłosiernie, jednak nie było się co dziwić, Josie na co dzień nie piła, wręcz unikała alkoholu, jej organizm nie był więc przyzwyczajony do tego smaku. – A ty? Dlaczego przyszedłeś tutaj sam? Też coś musi się święcić, więc proszę opowiadać, jak na spowiedzi. – zarządziła, obracając się na swoim stołku tak, aby teraz siedzieć przodem do brata, ciekawa problemów, które pojawiły się w jego życiu. Gotowa pomóc z każdym, w miarę swoich możliwości.
[Profil]
 
 
garreth marvel


Wysłany: 2018-11-25, 13:02   

Każdy miał swoje życie, swoje plany, jakieś obowiązki, pracę. Nic dziwnego, że Josie była zabiegana, skoro tak na dobrą sprawę, wszystko się dopiero zaczęło. Niby minęło kilka lat, ale jej życie w dorosłości, pełną gębą miało dość niski staż. Musiała w jakiś sposób spełniać się zawodowo, jako kobieta, w przyszłości żona, matka. Absolutnie nikt nie powinien mieć do niej żalu, że próbuje to sobie wszystko poukładać. Tym bardziej, że nie zawsze to wszystko szło po jej myśli. Przynajmniej Garreth, który też miał swoje wzloty i upadki, który wiedział, ile czasu zajmuje odbudowanie tego, co zostało zburzone, potrafił zrozumieć swoją siostrę.
Planował to wszystko trochę inaczej, ale los zesłał mu Josie, której nie widział tak dawno, że odmówienie i jej, i sobie, takiego towarzystwa byłoby zbrodnią. Kiedy barman podał mu alkohol, natychmiast napił się ze szklanki, oczekując od siostry długiej opowieści na temat jej życia w ostatnich dniach, tygodniach, może nawet miesiącach, bo zupełnie zabiegany, przytłoczony własnymi sprawami, telefonował do niej naprawdę rzadko. Nie wspominając o jakichkolwiek odwiedzinach. – Co to za dupek? – spytał. Jasne, że był gotowy wsiąść do samochodu i pojechać tam, żeby skopać mu dupę za porzucenie jego małej siostrzyczki. To jasne, że mimo wszystko, Josie była oczkiem w głowie panów Marvelów, a już na pewno Garretha, który od najmłodszych jej lat, ciągle jej pilnował. – Nie zaniedbujesz nikogo, a nawet, jeśli, to przecież zawsze możesz to naprawić. Rodzice się ucieszą, jeśli do nich zajrzysz, ja się cieszę, że cię widzę – uśmiechnął się. Nawet, jeśli państwo Marvel będą trochę źli, to wcale nie znaczyło, że z dnia na dzień przestali kochać swoją córkę. A złość na pewno szybko im minie. Garreth nie raz odczuł to na własnej skórze. – Aaa… – westchnął, nie wiedząc w ogóle od czego zacząć. Może od początku. – Isabel wróciła, po trzech latach nagle stanęła w drzwiach i właściwie nie wiem, czego oczekuje. Ostatnio naprawdę paskudnie potraktowała Opal, mam ochotę ją zabić, rozumiesz? – oczywiście w przenośni. Nie zrobiłby krzywdy nikomu, a już zwłaszcza kobiecie, która była biologiczną matką jego córki i, którą kiedyś kochał nad życie. A mimo to, doprowadzała go do szału.
_________________
[Profil]
 
 
Josie Marvel


Wysłany: 2018-11-25, 16:15   

Będąc małą dziewczynką bardzo chciała do dorosłości. Walczyła o nią z całych sił, aby w chwili, w której to pojawiła się na jej granicy, przeciągać w czasie moment, kiedy to będzie musiała stać się odpowiedzialna, kiedy będzie musiała zacząć podejmować decyzje, zacząć żyć na własną rękę. Nie było to łatwe i prawdopodobnie gdyby nie staż na lotnisku, wciąż kręciłaby się w kółko, szukając czegokolwiek, co mogłoby Josie jakkolwiek zainteresować. Trzeba więc przyznać, że po znalezieniu tego, czym naprawdę chciała się zajmować, łatwiej jej było przejść przez magiczną granicę, po której przestąpieniu nie było już powrotu do dzieciństwa. I nawet jej się podobało, była szczęśliwa i starała się samej sobie udowodnić, że jest dobrze, że wszystko wygląda jak należy, a ona sobie radzi. I wiedziała, że byłoby tak wciąż, gdyby nie kolejne zerwanie, kolejne kopnięcie w dupsko, które nie miało nawet większych podstaw, poza nagłą chęcią bycia tatą u mężczyzny, który do tej pory nawet o tym nie myślał. – Frajer ze Seattle. Szkoda na niego czasu, pewnie właśnie siedzi przed laptopem i spędza wieczór na randce ze swoją dłonią. – z lekkim obrzydzeniem wymalowanym na twarzy wykrzywiła się chwilę po tym, jak wypowiedziała te słowa, uświadamiając sobie, że wcale nie chciała o tym mówić, a co dopiero myśleć. A niestety, zrobiła to, jej wyobraźnia była podła i od razu przeprowadziła wizualizację, którą blondynka musiała zapić kolejnym shotem. – Myślę, że zajdę dopiero na święto dziękczynienia. Do tego czasu codziennie pracuję. – przyznała, chociaż daleko było jej do narzekania na swój los. Praca jej nie przeszkadzała, lubiła ją i nawet jeśli czasem zdarzały się stresowe sytuacje, to nigdy nie mogła na nią narzekać.
Opierając się łokciem o stół spojrzała na brata, słuchając o jego żonie, a z każdym kolejnym słowem na jej twarzy rosło zaskoczenie, którego nie dała rady nijak ukryć. – Jeśli chcesz to ja mogę ją zabić za ciebie. Albo przynajmniej jej przyłożyć za zostawienie ciebie i małej. – na potwierdzenie swoich słów uśmiechnęła się szeroko i rozciągnęła palce, jak gdyby próbowała właśnie uchronić je przed kontuzją, gdyby to w tej sekundzie miało dojść do konfrontacji i Josie zmuszona by była argumentami siły przetłumaczyć kobiecie, że nikt jej już tutaj nie chce.
[Profil]
 
 
garreth marvel


Wysłany: 2018-12-04, 22:26   

Garreth za to nigdy nie chciał dorosnąć. Kiedy jego rodzice zginęli w wypadku, a on ciągle czuł w dłoni martwą dłoń swojej mamy, jedyne, czego pragnął, to powrót do czasów sprzed wypadku, kiedy był niesfornym pięciolatkiem, który niszczył wszystko na swojej drodze, ale przede wszystkim, który czuł się kochany. Kolejny rok był przewożeniem go z miejsca na miejsce jak niechcianej paczki. Dopiero, kiedy trafił do Marvelów mógł poczuć się jak w domu, jednak jego bójki, atakowanie dzieciaków, kradnięcie ich zabawek, to chyba było jakimś wołaniem o pomoc. Nie wiedział, co powinien zrobić, żeby wróciły tamte, lepsze czasy. Im starszy był, tym więcej rozumiał, tym bardziej wdzięczny był zastępczym rodzicom, tym lepiej ich traktował. Kiedy trafił do świetlicy, w której odbywał swoją karę, jako osiemnastoletni chłopak, chyba dopiero wtedy coś do niego dotarło. Przyczyniła się do tego również obecność Isabel, która wiedziała, jak trzymać go w ryzach, co nie zmieniało faktu, że dalej zachowywał się jak dziecinny głupek. Zmądrzał całkiem niedawno. Kiedy dowiedział się, że będą mieli dziecko, nastąpiła w nim jakaś drastyczna zmiana, wtedy zmienił się całkowicie, jego życie, przekonania, zasady zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni. Choć zawsze starał się być opiekuńczy wobec młodszego rodzeństwa, chyba wtedy tak naprawdę zaczął interesować się nimi bardziej. Tak prawdziwie interesować. – Powinienem nim potrząsnąć? – spytał, choć pewnie Josie nie chciała już zajmować się tą sprawą. Może po prostu powinien zamówić jej kolejkę, żeby przestała o nim myśleć? Tak też zrobił. – A kiedy znajdziesz czas, żeby wpaść do mnie? Suze za tobą tęskni, Opal pewnie też chciałaby cię zobaczyć, no i ja też się stęskniłem, ale to raczej oczywiste – wyszczerzył się, jednak po chwili spoważniał. – Wiesz, że jeśli coś się dzieje, to możesz mi powiedzieć? – spojrzał jej w oczy, bo czuł, że nie mówi mu o czymś istotnym.
- Bez sensu, mam nadzieję, że po prostu sama zniknie. Nie powinienem tego mówić, skoro ma raka, ale nie obchodzi mnie to. Nie chcę, żeby mieszała mojej rodzinie w głowie – westchnął. Nie chciał, żeby mieszała w głowie jemu, a przecież robiła to praktycznie od chwili, w której ją poznał. Tyle, że tamte czasy minęły, a on miał kobietę, którą kochał i dziecko, o które musiał się troszczyć.
_________________
[Profil]
 
 
Josie Marvel


Wysłany: 2018-12-10, 20:29   

Prawda była taka, że mając do wyboru zagłębianie się w swoje problemy, a zagłębienie się w problemy innych, wybierała opcję numer dwa. Dlatego też była gotowa słuchać co takiego dzieje się w życiu Garretha, gotowa obić twarz jego żonie, wcześniej zmuszając ją do podpisania papierów rozwodowych. Była świadoma jak wiele krwi napsuła bratu i jak bardzo mogła, cóż, zjebać mu życie pojawiając się nagle. Bo przecież teraz było dobrze, było przyjemnie, tak jak powinno. Suze była szczęśliwą dziewczynką, krzyczącą do Opal mamo, Garreth spełniał się jako mąż i partner, a Opal dawała mu spokój i oparcie, których Josie życzyła mu z całego serca, jak nikomu innemu. Dlatego też mogąc ochronić go przed jakimkolwiek nieszczęściem, była gotowa to zrobić. Porozmawiać z kilkoma osobami, uderzyć żonę brata czy też nastraszyć ją tak, że nigdy więcej nie pojawiłaby się na oczy mężczyźnie. To wszystko było w zasięgu możliwości Josie i wystarczyło jedno słowo, aby zabrała się za wprowadzanie tych rzeczy w życie.
Upiła kilka łyków ze swojego drinka, po czym spojrzała na swojego brata, wzdychając cichutko. – Dużo się dzieje, ale nie sądzę, że to odpowiednie miejsce na takie rozmowy. Poza tym po co psuć nastrój? Lepiej mi powiedz jak tam Suze! – miała nadzieję, że temat córeczki skutecznie odciągnie myśli Garry’ego od Josie i jej problemów. W końcu miał swoje własne, więc po co miała mu dokładać na barki jeszcze swoich? – Obiecuję, że jeszcze przed świętami Was odwiedzę. Jak będę miała kilka dni wolnego to napiszę do ciebie, może akurat się uda, że też będziecie mieli chwilę czasu. – może to był klucz do jej szczęścia? Może potrzebowała wreszcie, na nowo zacząć spotykać się z bliskimi jej osobami, a nie non stop powierzać je w ręce obcych osób, które pojawiały się i znikały. Przecież na wyciągnięcie ręki miała rodzeństwo, jak również rodziców, którzy zawsze był obok, więc dlaczego uparcie robiła wszystko, żeby się od nich odciąć, zamiast poszukać wsparcia? – Jeśli się jeszcze kiedyś pojawi to daj mi znać. Przyjadę i przekonam ją, że więcej nie powinna pokazywać ci się na oczy. – lekko złośliwy uśmiech wstąpił na jej usta kiedy o tym opowiadała, wyobrażając sobie siebie jako bohaterkę filmu akcji spuszczającą wpierdol na zamówienie.
[Profil]
 
 
garreth marvel


Wysłany: 2018-12-12, 20:02   

Bo to było łatwiejsze. Rozmyślanie i próba pomocy bliskim była łatwiejsza niż zagłębianie się we własne sprawy. Łatwiej było szukać rozwiązania dla kogoś niż dla siebie, bo samemu nie było się aż tak odważnym, by zrobić wiele kwestii, które doradziłoby się innym. Garreth nie miał odwagi powiedzieć wielu rzeczy Isabel, jak na przykład to, żeby zniknęła z jego życia, choć powinien w końcu się postawić, odciąć się raz na zawsze i nie przejmować się tym, co mówi jego była żona albo chociaż nie pozwolić jej na traktowanie Opal w ten sposób. Ale jej choroba zamykała mu usta, natomiast Josie nie miała żadnych barier, tak samo jak on nie miał barier, żeby poturbować typa, który ją rzucił. Dla niego była najpiękniejszą i najmądrzejszą dziewczyną, jaką znał, która zasługiwała na księcia z bajki, a nie frajera z Seattle, który zwinął się przy pierwszym problemie, a mógł się założyć, że Josie nie chciała już stawać z nim twarzą w twarz.
Wzruszył ramionami. Jego córka rosła jak na drożdżach i była trochę zbyt rezolutna jak na swój wiek, ale o tym chyba wiedziała cała jego rodzina. – Chcę wiedzieć, Josie, nie interesuje mnie miejsce, jak dla mnie, możemy stąd wyjść – odpowiedział, bo mimo chęci opowiedzenia o własnej córce, która napawała go niesamowitą dumą, chciał dowiedzieć się, co takiego dzieje się w życiu siostry. Marvelowie chyba mieli w naturze unikanie ciężkich tematów, Peggy zwiała na kilka miesięcy, Josie kontaktowała się z rodziną dosyć rzadko, nie wspominając o Holdenie, który miał mnóstwo spraw na głowie albo Leonardzie, który większą część doby przebywał w pracy. Nawet Olivia, która była jeszcze młoda i teoretycznie miała tylko szkołę, była zajęta. – Ja właściwie jeżdżę do filharmonii trzy razy w tygodniu, bo nie chcę zaniedbywać szkoły, ale popołudniami jestem zawsze – w niedługim czasie spodziewał się jakiegoś dłuższego wyjazdu na koncerty i pewnie będzie zmuszony poprosić Josie o pomoc dla Opal, skoro przez większość czasu siedziała w szpitalu. – Dobrze Josie, trzymam cię za słowo – wyszczerzył się od ucha do ucha, bo dobrze czasami było pogadać z młodszą siostrą.
_________________
[Profil]
 
 
Josie Marvel


Wysłany: 2018-12-17, 13:48   

Zazwyczaj udawało jej się jakoś obejść temat swoich problemów. Rozmowę przenieść na inny tor, sprawić, że osoba, z którą siedziała zaczynała myśleć o całkiem innych rzeczach. I tak było o wiele łatwiej, prościej. Szczególnie gdy miało się do czynienia z kimś, kto kochał opowiadać o sobie i swoich przeżyciach, wtedy wystarczyło wyłącznie zadawać pytania dla podtrzymania tematu i… Już. Problem rozwiązywał się sam. I chociaż jakaś lampka z tylu głowy podpowiadała jej, że z Garry’m nie pójdzie jej tak łatwo, wciąż się łudziła. Karmiła w sobie nadzieję, która sprawiała, że zaczęła temat córki brata, że gdzieś w środku zaciskała kciuki z nadzieją, że przynęta zostanie połknięta, a mężczyzna rozpocznie opowieści o tym jakie postępy w swoim rozwoju poczyniła Suzie od kiedy Josie widziała ją po raz ostatni. Niestety jednak, mimo, że bardzo chciała, nie wyszło. Mimo, że błagała w myślach, nie udało się, a Garreth pozostawał nieugięty, jakby wyczulony na ewentualne próby odciągnięcia od siebie uwagi, które jego młodsza siostra mogła wprowadzić w życie. I które wprowadzała, choć z jakże marnym skutkiem. Aż żal brał i Josie szczerze zaczęła się zastanawiać czy aby na pewno wciąż posiada swój dar ciągnięcia za język. – Naprawdę chcesz słuchać o moich problemach? Mało masz własnych? – zapytała, a po chwili westchnęła cicho, jakby naprawdę, bardzo, bardzo mocno nie chciała zrzucać na barki brata wszystkiego tego, co ją samą przygniatało. Zawsze wychodziła z założenia, że sama musi radzić sobie ze wszystkim, stąd też nie bardzo wiedziała jak niby miałaby o tym wszystkim opowiedzieć. Była dobra w udzielaniu porad, ale żeby umieć prosić o nie? Tego nie opanowała w najmniejszym stopniu.
Chcąc się chociaż trochę rozluźnić, opróżniła kolejny kieliszek z kolorowym alkoholem, krzywiąc się przy tym. Ale wyłącznie troszkę, minimalnie. Już po chwili ponownie spojrzała na Garretha, szturchając go lekko kolanem. – Dawno się z nikim nie kłóciłam, chętnie to zmienię. – prawdą było, że o wiele bardziej lubiła Opal od żony brata i jeśli tylko mogła jakoś pomóc uchronić zarówno nową partnerkę jak i córkę mężczyzny od nieprzyjemnych sytuacji, to była gotowa to zrobić.
[Profil]
 
 
garreth marvel


Wysłany: 2018-12-19, 16:10   

Chyba nie myślała, że z Garrethem to przejdzie. Przecież on zabiłby każdego, kto zrobił jej krzywdę, gdyby tylko powiedziała słowo. A teraz domyślał się, że coś jest nie tak, skoro wspomniała o rozstaniu. Domyślił się, że nie była to tylko różnica zdań i że coś jest na rzeczy. Chciał wiedzieć, co i sprać facetowi tyłek za to, że zranił jego siostrę. Zazwyczaj nie lubił wtrącać się w problemy innych i, jeśli ktoś nie chciał mu o czym powiedzieć, to po prostu o tym nie mówił, ale czuł, gdzieś w środku, że Josie potrzebuje z nim pogadać, ale się boi? Może czuła, że zamierza ją potępić? Był w stanie wybaczyć Peggy miesiące nieodzywania się, nawet, jeśli jemu dawała znak życia, nie było takiej rzeczy, którą zrobiłaby Josie, a której nie byłby w stanie zrozumieć. A gdyby to nie było coś złego, co zrobiła ona, przecież mógł ją wesprzeć, dać jakąś radę, uspokoić czy pomóc, gdyby sytuacja tego wymagała. – Mało – burknął, bo zadała głupie pytanie. Przecież chciał słuchać o jej problemach. – Kurwa, Josie, powiedz w końcu co się dzieje, dobra? Zanim wpadnę w panikę – częściowo żartował, ale przecież denerwował się już na myśl, że dzieje się coś poważnego. – Ten dupek coś ci zrobił, tak? Nie chroń go, bo i tak go zabiję – był gotowy podnieść się z miejsca i wyruszyć do Seattle, pomimo tego, że w jego żyłach krążyła whiskey. Chyba dla obojga było lepiej, żeby mu w końcu powiedziała o co chodzi, zanim zrobić coś naprawdę głupiego. Garreth od zawsze był porywczy, w dzieciństwie zachowywał się jak mały bandzior, minęło mu, kiedy poznał Is, ale to wcale nie oznaczało, że jego nieprzyjemna natura mogła nie wrócić.
Roześmiał się. Chyba nie było takiej potrzeby. Bo prawdę mówiąc, Isabel jak dotąd nie robiła mu żadnych problemów. Jego wkurwiało to, że po prostu była. Dobra, zaczepiała Opal u kosmetyczki, a Garreth był na nią za to cięty, ale głównie w tym wszystkim martwił się o Suze i o to, że będzie szukała z nią kontaktu, mieszała jej w głowie. – Dzięki, Josie – westchnął, bo naprawdę był jej wdzięczny za każde słowo o Isabel. Może to dziecinne, ale sprawiało mu to jakąś dziwną satysfakcję.
_________________
[Profil]
 
 
Josie Marvel


Wysłany: 2018-12-25, 20:12   

Ostatnio często tliły się w niej resztki nadziei. Że jednak coś się wydarzy, coś zadziała, że jednak rzecz pójdzie po jej myśli, a nie wprost przeciwnie. Zazwyczaj przeżywała wyłącznie rozczarowanie za rozczarowaniem, i ktoś mógłby rzec, że w ten sposób się hartowała. Prawda była jednak taka, że tylko mniej wierzyła w swoje szczęście, a przed każdym jednym wydarzeniem była pewna, że nie zakończy się to happy endem. Że będzie to kolejna porażka, a z takim nastawieniem nic nie stało na przeszkodzie, żeby właśnie w ten sposób się działo. Umysł potrafił być potężną bronią, którą zamiast wykorzystywać przeciwko innym, Josie wykorzystywała przeciwko sobie, sprawiając tym samym, że coraz mniej ufała czemukolwiek – nawet samej sobie. – Ten dupek nic nie zrobił. Po prostu zachował się jak każdy na wieść o tym… O tym, że nie mogę mieć dzieci. – wyrzuciła to z siebie, a po chwili wypiła dwie kolejki na raz i skuliła się momentalnie, czując, że powiedzenie tego wymagało od niej wiele, znacznie więcej niż się spodziewała. Nie była gotowa na dzielenie się tą informacją z kimś bliskim, jednak świadomość jak niepewność i półsłówka źle wpływały na Garretha, nie potrafiła milczeć dłużej. Musiała to w końcu powiedzieć.
Była gotowa na wszystko. Od złości, że to tyle czasu ukrywała, przez niechęć do niej, skoro tak sprawa się prezentowała, poprzez współczucie i głaskanie po główce. Wszystko było możliwe, chociaż każda z tych opcji sprawiała, że robiło się Josie słabo i duszno, że czuła, że jeszcze chwila, a będzie potrzebowała wyjścia na zewnątrz, pooddychania zimnym, wilgotnym, wżerającym się w płuca powietrzem. – Nikt o tym jeszcze nie wie. Nikt z rodziny. Za to każdy z kim byłam chociaż przez chwilę, zostawiał mnie, kiedy mu o tym mówiłam. Wszyscy, dosłownie wszyscy, choć nie myślą o dzieciach, na wieść, że ich nie będzie, uciekają. Jakby to była moja wina. Jakbym miała na to jakikolwiek wpływ. Ale nie mam, Garreth. Nie mam i to jest najgorsze. – starała się nie rozpłakać, bo przecież płakała już za dużo. Ostatnio spędzała zbyt wiele czasu na wylewaniu łez i nie chciała tego teraz robić. Dlatego też uśmiechnęła się smutno do brata, a po chwili uciekła spojrzeniem na blat stolika, zastanawiając się czy teraz, kiedy wiedział, zacznie patrzeć na nią jakoś inaczej?
[Profil]
 
 
garreth marvel


Wysłany: 2018-12-28, 20:22   

Musiała brać przykład ze starszego brata, którego ostatnie trzy lata były pasmem porażek i problemów. Nieustannie zmagał się z byłą żoną, kobietą swojego życia i jej byłym mężem, z wychowaniem córki i swoimi demonami. Trudne momenty sprawiły, że stał się silniejszy, lepiej dawał sobie radę z przeciwnościami losu, załamywały go teraz zdecydowanie mniej. Powrót Isabel już nie robiła na niego takiego wrażenia jak na początku, bo z każdym dniem przestawał myśleć o jakimkolwiek poddaniu się. Wiedział, że to trudne, odczuł to na własnej skórze, dlatego teraz mógł śmiało powiedzieć, że Josie również sobie poradzi. Nawet, jeśli teraz wydawało jej się, że będzie odwrotnie, że cały świat jest przeciwko niej. Musiała nauczyć się przekuwać porażki w sukcesy, a Garreth zamierzał ją w tym wspierać. Tak jak ona wspierała jego. Byli Marvelami, każde z nich przeżyło w życiu jakąś traumę, choćby dlatego, że ostatecznie każde z nich wylądowało u rodziców zastępczych. To ich definiowało. Siła i niesamowity dar radzenia sobie w najtrudniejszych sytuacjach. – Nie możesz mieć dzieci? Josie… – szepnął i zlazł z tego krzesła, by natychmiast się przy niej znaleźć i mocno ją do siebie przytulić. Nie dziwił się, że właśnie przeżywała swój mały koniec świata. Nie dość, że spotkała ją, bądź, co bądź tragedia, to nie otrzymywała wsparcia od najbliższej jej osoby, czyli kogoś, z kim planowała ułożyć sobie życie. Ten facet naprawdę był gnojem. – Jest milion sposobów, żeby mieć dziecko, jeśli nie urodzisz, to możesz przecież adoptować, to jest naprawdę aż taki wielki problem? To, że uciekają oznacza tylko tyle, że są gówniarzami i tchórzami, na pewno trafisz na kogoś, kto będzie kochał ciebie bez względu na wszystko i tylko ty dasz mu to szczęście, nic innego nie będzie wam potrzebne – westchnął, bo to naprawdę był trudny temat, a Garreth miał problem ze znalezieniem jakichkolwiek słów pocieszenia, bo zwyczajnie nie umiałby sobie poradzić bez Suze, to ona częściowo go zmieniła i w najtrudniejszych chwilach dała najwięcej siły. Dlatego, że była bezbronna i potrzebowała go. – Upijmy się – zaproponował, a potem poprosił barmana o jeszcze jedną kolejkę. Kiedy Josie była już w stanie wskazującym, po prostu ją stamtąd zabrał. Do siebie, bo nie chciał jej zostawić samej.

[zt]
_________________
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 7