menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Stoliki III
Autor Wiadomość
jace rosenthal


Wysłany: 2019-02-22, 12:06   

2

Jace odkąd wyprowadził się z rodzinnego miasta i przeniósł się do Berrylane nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Niby mieszkał już tutaj parę lat, ale to i tak nie zmieniało faktu, że nie odczuwał żadnego połączenia z tym miejscem. Piątki zazwyczaj były takimi dniami w które zazwyczaj spędzał w samotności (albo z Aidanem, wiadomo), otwierał sobie puszkę z piwem i wylegiwał się na kanapie do godzin późnych. Wtedy zmuszało go to do niebezpiecznych refleksji na temat jego kontaktu z bliskimi z którymi miał największy problem. Nie widział się z nimi już od bardzo dawna i wstyd się przyznać, ale trochę za nimi tęsknił. Niby sam sobie na to zapracował, sam od nich odszedł i zostawił, ale co myśli człowiek, który ma te gówniarskie dwadzieścia lat? Na pewno nic mądrego. Co nie zmieniało faktu, że jednak żołądek zawiązywał mu się w supeł jak pomyślał tylko, że jakby nie zwiał, to jego życie wyglądałoby kompletnie inaczej. I Rosenthal powoli zaczynał żałować, że właśnie tak nie było. Bez sensu zupełnie rzucił się na głęboką wodę, myśląc sobie, że prawdziwą rodzinę znajdzie. Bo jak na razie, gówno znalazł. Z nietęgą miną wszedł do knajpy i podbił prosto do baru. i — Czystą poproszę — zagadał do barmana od razu, bo przecież nie będzie siedział o suchym pysku. Jak już dostał to, czego chciał, rozejrzał się po pomieszczeniu i jego wzrok zawisł na drobnej blondynce siedzącej samotnie przy stoliku. W sumie nie musiał spędzać kolejnego samotnego wieczoru, nie? I upadlać się przed alkoholem. Może ta kobieta na kogoś czekała, może nie, jednak z tego co widział minę miała dość znudzoną i zawiedzioną. Zanim pomyślał o tym co w ogóle robi, przysiadł się do niej, szczerząc zęby w jej kierunku. Najwyżej go wygoni, co gorszego mogło go w tej sytuacji spotkać? Rozejrzał się po pomieszczeniu i pochylił się do niej z poważną miną. — Nie przyszedł, co? — nie był żadnym medium, zawsze mógł się mylić, że właśnie był światkiem tego, że była wystawiona przez jakąś randkę. Tak chciał zagadać, o.
[Profil]
 
 
Brinley Buggles


Wysłany: 2019-03-04, 21:30   

Jako, że z poprzednim "potencjalnym kandydatem na męża" jej nie wyszło, bo gościu zabił jej kwiaty, a kilka dni później Brinley słyszała ploty sąsiadów, że ruszył w pogoń za jakąś kobietą, albo uciekał przed policją (sama nie wiedziała co gorsze)... Jedynym rozsądnym wyjściem (akurat w tamtej chwili), wydało jej ściągnięcie Tindera na telefon i rozpoczęcie swojej przygody z randkami. Ogólnie to nigdy nie była zwolenniczką poznawania facetów na jakichś portalach ala "sympatia", ale zachęcona przez opowieści Peyton, stwierdziła, że nie ma co, trzeba chwytać byka za rogi i poznać w końcu jakiegoś miłego faceta, dopóki cycki jeszcze sterczące były. Problem pojawił się wtedy, gdy okazało się, że tak naprawdę nie było w czym wybierać, no bo co trzeci koleś w opisie miał skrót brzmiący ons, którego znaczenia jeszcze do niedawna nie znała. No ale dobra, jedna nie udana randka nie dała jej rady zniechęcić; przynajmniej obiad za darmo w dobrej restauracji zjadła, a że się facet do niej próbował dobierać zanim jeszcze zdążyło jej się odbić, to inna sprawa. Teraz będzie inaczej, no bo z tym drugim się spotka na bardziej neutralnym gruncie. Nie będzie żadnych świec, dystyngowanych kelnerów i wina z pigułką gwałtu, lol. Wypiją sobie browara w lokalnej knajpce, pogadają o wszystkim i niczym, a potem się zobaczy, co nie? Na randkę ubrała się całkiem normalnie, bez żadnych sukienek, dekoltów i innych takich. Ciemne jeansy, biała, powyciągana koszulka i jakieś botki, trochę tak jakby nie miała ochoty robić na nikim dobrego wrażenia. Chciała być przede wszystkim autentyczna i jak najbardziej zwykła, tak żeby ten ktoś ją polubił za to jaka jest, a nie za to jaka by mogła być. Przyszła troszeczkę za wcześnie, w końcu była solidna firma i punktualność wyniosła z domu! Zajęła miejsce przy jednym ze stolików, a potem wyciągnęła telefon by nabić trochę punktów w snejku. Mijały minuty... Dziesięć, dwanaście, dwadzieścia, aż w końcu zmieniła pozycję i rozejrzała się za swoją randką, której na horyzoncie niestety nie było. Próbowała się nawet skontaktować telefonicznie, jednak po chwili włączyła się tylko poczta. Musiała wyglądać naprawdę żałośnie siedząc tam w samotności ze smętną miną, co chwilę rozglądając się gdzieś na boki. Przynajmniej dopóki nie zagadał jej jakiś facet, który przez chwilę zrobił jej nawet nadzieję, że może jednak z przyczyn losowych "Pan randka" miał lekką obsuwę w czasie, ale już jest i mogą się bliżej poznać. - Eeeee, nie, czekam na koleżankę - rzuciła na poczekaniu, bo jednak wstyd jej się było przyznać, że jakiś dziad ją wystawił. Znowu. - Ale dzięki za troskę - dodała z przekąsem, chociaż nie zaprosiła go do stolika, bo jednak aż taka otwarta nie była, szczególnie teraz, kiedy najzwyczajniej w świecie, odechciało jej się wszystkiego.
_________________
    I know that goodbye means nothing at all × × × × × × ×
    Comes back and begs me to catch her every time she falls
  
[Profil]
 
 
jace rosenthal


Wysłany: 2019-03-04, 22:56   

Jace był szalonym człowiekiem, ale mimo, że chodził po tym świecie już dość długo to jakoś nigdy nie zdarzyło mu się bawić w jakieś randki w ciemno, romansowanie drogą internetową, już nie wspominając o jakimś sekstingu. Jakoś był fanem bardziej formy tradycyjnej niż internetowej, ale to może też dlatego, że nigdy jakoś nie miał problemu z tym, by zagadać do jakiejś loszki. W barze było to szczególnie łatwe, bo zawsze można było przecież zaproponować jej jakiegoś drinka i zachęcić do rozmowy, o ile ktokolwiek, kobieta albo mężczyzna, przychodzili właśnie do baru, żeby sobie drugiej połówki szukać. Chociaż wszystko mogło się zdarzyć przecież i nigdy nie wiadomo gdzie i w jakich okolicznościach kogoś spotkasz. A dziewczyna siedząca samotnie przy stoliku wydała mu się sympatyczna, dlatego z tego też względu zdecydował przysiąść się do niej. Nie chciał być jakimś natrętem, który jej do piwa zaraz pigułkę gwałtu wrzuci! Jace nie praktykował takich rzeczy, napastowanie kobiet nie było w jego guście w jakiejkolwiek formie.
Och, czyżby trafił? Mógł to wywnioskować po tym jak spojrzał na jej zdezorientowaną minę. W sumie może to i lepiej, dzięki temu możliwe, że będzie mieć jakieś towarzystwo na tej wieczór? Nie narzekałby wtedy za bardzo. — Koleżankę, która okazała się być randką-nie wypałem? Hmm? — uniósł brwi do góry z wszechwiedzącą miną i pociągnął głębokiego łyka z kieliszka. Poczuł gorąc w przełyku i odłożył kieliszek na stół. — To nie jest żaden wstyd. Zdarza się, nie pierwszy raz i nie ostatni — wzruszył ramionami. Nie żeby on tam miał jakieś super doświadczenie w randkach przez internet, o ile była to randka tego typu. Jeśli nie to słabo, bo łatwiej wtedy było jakoś olać tego kogoś niż osobę, którą zna się tak osobiście. Nie wyglądała na taką, która byłaby specjalnie chętna na jego towarzystwo, ale to nie sprawiło, żeby zabrał się i poszedł w swoją stronę. — Mogę postawić ci drinka? Takiego na poprawę humoru — puścił do niej oczko, próbując ją jakoś bardziej zachęcić do siebie, o ile można była ludzi do siebie alkoholem zachęcić...
[Profil]
 
 
john goodwynne


Lives in
white log mews

w Berrylane od powrotu prawie rok temu


Książę ciastek

Król podrywu

Wysłany: 2019-03-31, 10:10   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  

  

  

  

  


  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  
41 yo

  
192 cm

  


Ostatnie wydarzenia w barze skłoniły Johna do postanowienia, że już więcej nie będzie pił alkoholu. Głowa odzywająca się głuchym łupaniem dnia następnego i głęboko niezadowolony żołądek jedynie go w tym przekonaniu utwierdziły. To zwyczajnie nie było warte przeżywania tych wszystkich dolegliwości, do których po ostatniej nocy doszedł także idiotyczny niepokój psychiczny. Bo czy to, co wtedy usłyszał mimochodem... Ta podejrzana rozmowa ewidentnie nie przeznaczona dla jego uszu... Czym ona tak właściwie była? Czy miała cokolwiek wspólnego z prawdą? Może to nie było tak, jak mu się wydawało. Albo może to w ogóle wcale nie miało miejsca, a tylko mu się przyśniło. Istniało przecież prawdopodobieństwo, że szaleństwa Wariatki i jej pogoń za wszystkimi sensacjami Berrylane (im bardziej niebezpieczne, tym lepiej) zaczęły w końcu mieszać mu w głowie. Czy powinien się tym martwić?
To było zbyt skomplikowane, a im dłużej o tym myślał, tym bardziej bolała go głowa. Nawet kiedy kac już dawno przeszedł, on wciąż czuł nieznośne napięcie w głębi czaszki. Rozwiązanie tego problemu było tylko jedno - chyba musiał strzelić sobie coś mocniejszego. Ot, dla uspokojenia nerwów i poukładania myśli, nic wielkiego, nie? Jego postanowienie trafiło więc do kosza po zaledwie kilku dniach. Szybko poszło. Ale umówmy się, i tak było idiotyczne.
Potrzebował kogoś bezstronnego, z kim mógłby pogadać. Najlepiej kogoś, kto nie był stąd i nie wiedział wiele o tajemniczych przypadkach Berrylane. Steve Houghton wydawał się idealnym kandydatem.
- Słuchaj, sprawa jest... - zaczął, kiedy wymienili już uścisk dłoni i pierwsze sztampowe odpowiedzi na "co tam słychać", a do tego zamówili sobie alkohol. Dla Johnny'ego podwójna whiskey na lodzie. Miał wrażenie, że tylko ona zrobi robotę, której po niej oczekiwał. - Widziałeś może ostatnio taki film albo inny serial, gdzie jakiś typ pakuje gówniarza do bagażnika samochodu, trzyma go tam przez kilka dni, a potem ćwiartuje go na żywca? - wyrzucił wszystko, co zapamiętał z przypadkowo usłyszanej rozmowy, przy okazji próbując to sobie wytłumaczyć w racjonalny sposób. To przecież nie mogło wydarzyć się naprawdę. A nawet jeśli się wydarzyło, to dlaczego ktokolwiek miałby o tym rozmawiać w takim miejscu jak bar, gdzie kręciło się całe mnóstwo ludzi? Niemożliwe. To musiała być fabuła jakiegoś nowego, popularnego filmu... Na pewno.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
steve houghton


Wysłany: 2019-03-31, 19:39   

6
Był zwolennikiem porządnego resetu raz na jakiś czas, ale życie ostatnimi czasy dopadło go w najmniej oczekiwany sposób do tego stopnia, że Steve nie miał czasu podrapać się po nosie, nie wspominając o wyjściu do baru z kumplami. Kiedy Max zmarł, był pewien, że już nic nie wróci do normy. Całe jego życie z dnia na dzień przewróciło się do góry nogami, stracił zespół, zadomowił się w Berrylane i nie sądził, że cokolwiek się zmieni do jednej, znaczącej informacji, którą Lainey się z nim podzieliła. Max wcale nie był tak niewinny jak mogłoby się wszystkim wydawać, a Steve niepotrzebnie brał na siebie całą winę za wypadek. I choć kochał przyjaciela całym sercem, bo spędzili wspólnie naprawdę kawał życia, to jednak nie sądził, że Max mógłby mu tę znaczną część zwyczajnie spierdolić. Dlatego Steve zaczął żyć, jakby to wszystko nigdy nie miało miejsca. Przynajmniej w jakimś ułamku, bo gdyby wypadek nie miał miejsca, pewnie nadal błąkałby się po świecie, nie mogąc znaleźć jednego miejsca, a już na pewno nie mieszkałby z dziewczyną, która niesamowicie mu się podobała, ale z szacunku, już sam nie wiedział, do kogo, dał sobie spokój z czymkolwiek. Najważniejsze było, jednak to, co ostatnio go pochłaniało, a mianowicie: zespół. Niby nic specjalnego, ale zdarzały się dni, kiedy przez cały dzień nie wychodzili ze studia, skupiał się na pisaniu piosenek, a znalezienie nowego frontmana było największym wyzwaniem. Decyzja o nowej płycie przyszła szybko, bo jednak chcieli kuć żelazo póki gorące, zanim wszyscy o nich zapomną. W końcu to Max był facetem uwielbianym przez tłumy, Steve był tylko perkusistą, który zawsze trzymał się na uboczu.
Jednak, kiedy dzwoni do ciebie kolega i prosi o spotkanie, koniecznie w barze, nie można tak po prostu odmówić. A przynajmniej Steve nie mógł tak po prostu powiedzieć, że nie ma czasu i się rozłączyć. Dlatego jeszcze tego samego wieczoru, zamiast spędzić go tak, jak sobie zaplanował, wyszedł z domu, by niedługo później znaleźć się w umówionym miejscu. Zajęli stolik, Steve też wziął alkohol, pewnie to samo i zatrzymał swój wzrok na Johnie, bo chyba wspominał, że to coś ważnego. – Nie, ale nie oglądam telewizji. Za to moja siostra jest aktorką i na pewno o czymś takim słyszała – takich dennych filmów, w których odcinali sobie kończyny było pełno, a Steve wolał poświęcić czas na coś bardziej twórczego.
_________________
[Profil]
 
 
john goodwynne


Lives in
white log mews

w Berrylane od powrotu prawie rok temu


Książę ciastek

Król podrywu

Wysłany: 2019-03-31, 20:00   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  

  

  

  

  


  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  
41 yo

  
192 cm

  


To nie był taki znowu pierwszy lepszy wieczorny reset mózgu. A przynajmniej Johnny miał nadzieję, że nie skończy się na typowym bezowocnym chlaniu aż do skończenia świadomości i poddania się całego organizmu. Nie żeby miał wiele przeciwko podobnym spotkaniom (tylko trochę, biorąc pod uwagę to, jak bardzo schlał się ostatnio i jak podle się to dla niego skończyło, bo niestety nie był już najmłodszy i wątroba też już nie funkcjonowała tak samo dobrze jak kiedyś), zwyczajnie nie chciał, żeby to było jedno z nich. Kilka rzeczy zaprzątało jego głowę i potrzebował kogoś, od kogo mógłby odbijać swoje przemyślenia. Może nawet kogoś, kto mógłby pomóc mu je poukładać. Albo ewentualnie wytrzaskać go po ryju i ustawić do pionu, uświadamiając, że był totalnym kretynem – bo i taką opcję Johnny brał pod uwagę. W gruncie rzeczy nie byłby jej nawet jakoś bardzo przeciwny, może taka kuracja wstrząsowa mogłaby mu jakoś pomóc… W każdym razie na pierwszym miejscu potrzebował kumpla, a alkohol znajdował się dopiero na którejś z kolei pozycji na liście jego potrzeb. W głowie miał solidny pierdolnik, a sumienie nie chciało mu dać spokoju.
Zamilkł, słuchając odpowiedzi Steve’a, a po chwili zmarszczył brwi. Niezbyt mu to pomagało, jeśli miałby być szczery. - Myślisz, że mogła o czymś podobnym usłyszeć? – spróbował jeszcze jakoś drążyć temat, ale po chwili westchnął cicho i pokręcił głową. Upił niemały łyk ze swojej szklanki, odstawił ją na blat i przetarł twarz dłonią. - Dobra, ja wiem, to nie jest jakiś bardzo oryginalny pomysł, nie? Prawdopodobnie większość horrorów ma w sobie podobny motyw. Psychopata porywa młodego gościa, a potem morduje go w brutalny sposób… - urwał, próbując podejść do tego wszystkiego we względnie realistyczny sposób. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że dla Steve’a cała ta rozmowa, na czele z reakcją Johna musi być szczytem abstrakcji, bo totalnie była wyrwana z kontekstu. - Po prostu słyszałem ostatnio coś dziwnego… - postanowił w końcu się przyznać. Przecież Steve nie był stąd, nie? Mógł nawet nie słyszeć o Huntsmanie. Na pewno ma do podobnych historii znacznie bardziej obiektywne podejście niż większość mieszkańców tego miasteczka. No i przede wszystkim znacznie bardziej obiektywne podejście od Johna…
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
steve houghton


Wysłany: 2019-04-03, 09:53   

Reset nie zawsze był bezowocnym chlaniem. W przypadku Steve’a zazwyczaj wiązało się to z długim przemyśleniem wielu kwestii, z którymi się borykał, by na koniec o nich zapomnieć, a następnego dnia z łatwością podjąć decyzję. Wielokrotnie spotykał się z przyjaciółmi, których darzył największym zaufaniem, by z ich pomocą dojść do pewnych wniosków, a później zupełnie na czysto, jeszcze raz się nad tym zastanowić. O dziwo, było mu to bardzo przydatne w rozwiązaniu wielu spraw. Bezustanne myślenie o jednym i tym samym mogło doprowadzić go do szaleństwa. Ale nie zamierzał upijać się, kiedy ktoś z jego znajomych potrzebował pomocy. Jeśli John chciał pogadać, zamierzał być godnym towarzyszem w tej rozmowie i pomóc mu rozwikłać wszystkie zagadki, które trapiły umysł Goodwynne.
Nie przykładał większej wagi, to miejskich legend. Prawdopodobnie nawet ich nie słyszał, dlatego nie wiedział właściwie, co ma mu odpowiedzieć, bo nie zagłębiał się w przestępczość Berrylane. Nigdy go to szczególnie nie interesowało, a po za tym zupełnie nie miał na to czasu. Może gdyby ktokolwiek bąknął mu, że takie rzeczy się tutaj dzieją i na tyle, na ile mogą być, mieszkańcy są do tego typu zjawisk przyzwyczajeni. Może podszedłby do tego poważniej, a zamiast tego uznał, że John przedstawia mu fabułę jakiegoś filmu, który daleki był od rzeczywistości. – Jasne, zna się na tymchyba, ale tego już nie powiedział na głos. – No właśnie. Mordowanie wpisuje się w prawie każdy film akcji, człowieku. Skąd ten temat w ogóle? – spytał, bo był pewien, że John naprawdę chce pogadać o czymś ważnym, a skończyło się na omawianiu repertuaru kinowego, a Steve do kin nie chodził, więc w tej materii nie będzie zbyt pomocny. – Co słyszałeś? Kurde, stary, tylko mi nie mów, że gdzieś w okolicy grasuje morderca, który ćwiartuje ciała niewinnych nastolatków i pakuje je do bagażnika – zawołał, bo w to na pewno nie uwierzy. Widział w życiu wiele pojebanych rzeczy, których wolałby zdecydowanie nie oglądać, ale żadna z nich nie sięgnęła nawet w jednej dziesiątej takiego poziomu. A jeśli John jednak upierałby się przy tym, że coś takiego wydarzyło się w okolicach Berrylane, to Steve zdecydowanie musiał się napić, co też po chwili zrobił.
_________________
[Profil]
 
 
john goodwynne


Lives in
white log mews

w Berrylane od powrotu prawie rok temu


Książę ciastek

Król podrywu

Wysłany: 2019-04-03, 18:35   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  

  

  

  

  


  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  
41 yo

  
192 cm

  


Najpierw pogadają, a potem mogą się nawalić jak świnie. John wcale nie odsuwał od siebie takiej możliwości. Wszystko powinno mieć swój czas i swoje miejsce. A przynajmniej Johnny wielokrotnie słyszał jak inteligentni ludzie z pełnym przekonaniem wygłaszali tę mądrość życiową. On sam zawsze twierdził, że jeśli się czegoś bardzo mocno chce, to zarówno czas jak i chęci również bez problemu powinny się znaleźć same, ale jakby nie było, on był przypadkiem dość szczególnym. Ukochany pierworodny synek bogatych rodziców, który wszystko miał podawane przed nos na srebrnej tacy. Nigdy nie miał z niczym problemów. Wystarczyło tylko, by wyciągnął po coś dłoń i nie musiał nawet szczególnie wyciągać palców, żeby owo coś dosięgnąć. Proste życie. A jeśli na jego drodze mimo wszystko pojawiały się jakieś komplikacje, kilka portretów prezydentów nadrukowanych na niewielkich prostokątach w zielonym kolorze zazwyczaj załatwiało sprawę. Jedynym problemem, od jakiego spokoju nie mógł sobie kupić, były szaleństwa Wariatki. Je jednak brał na klatę. To była w końcu jego siostra, użeranie się z jej głupotą było mu niejako narzucone.
No i teraz pojawiał się też temat tej tajemniczej podsłuchanej rozmowy. Coś mu mówiło, że z tego nie wyniknie nic dobrego. Najprawdopodobniej wcale nie powinien się w to mieszać. Najlepiej by było, żeby zwyczajnie o tym zapomniał i nie drążył tematu. Tylko że na to było już trochę za późno… Być może był bardziej podobny do Wariatki, niż przypuszczał i tak jak ona musiał tykać coś, co nie powinno być tykane… Brr, przerażająca wizja.
Porzucił upieranie się przy tych filmach. Szybko zdał sobie sprawę, że to ścieżka prowadząca donikąd. Wprawdzie wciąż istniała szansa, że jego pierwotne przypuszczenie było słuszne, a tajemniczy facet mówił tylko i wyłącznie o jakiejś fikcji, ale… - Ty tak na serio? – zapytał ze szczerym zdziwieniem, absolutnie zbity z tropu, słysząc pytanie Steve’a. Przez moment wytrzeszczał na kumpla oczy, nie do końca wiedząc, czy tylko robił sobie z niego żarty czy może pytał tak zupełnie na poważnie. Nie, Steve nie wyglądał, jakby go podpuszczał. - Tak w tej okolicy grasuje morderca, który… No dobra, z tym ćwiartowaniem to nie jest akurat pewne – postanowił dodać, bo to info było nowe. Czy do tej pory pojawiały się jakieś doniesienia o ofiarach Huntsmana, które zostały żywcem pociachane piłą? Johnny nie potrafił sobie przypomnieć. Wariatka by wiedziała. Ale Wariatki wolał nie pytać. - Naprawdę nic nie słyszałeś o tym miasteczku? – to pytanie było już tylko retoryczne. Znał odpowiedź. Nie wiedział tylko, czy Steve chce coś wiedzieć czy może woli żyć dalej w nieświadomości…
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
steve houghton


Wysłany: 2019-04-04, 20:36   

Steve nie miał w życiu aż tak łatwo, chociaż nie mógł narzekać, bo docelowo jego marzenia się spełniały. Zawsze jakimś cudem, nawet z trudnej sytuacji wychodziło obronną ręką, a na początku jego życie można nawet uznać za całkiem w porządku. Nawet, kiedy pojawiła się w nim Mary i wszystko zniszczyła, całe jego szczęście, całą jego radość życia, to później też nie było najgorzej. Owszem, tęsknił za nią, kochał ją i zrobiłby wszystko, żeby wróciła, ale nigdy nie cofnąłby czasu. Nawet, gdyby od początku wiedział, że czeka ich szybki koniec, że prędzej czy później zostawi go w tak okrutny sposób, nawet wtedy skorzystałby z możliwości bycia z nią tych kilka lat. Zdecydowanie lepiej by to wykorzystał, może rzadziej denerwowałby się na nią albo spędzaliby jeszcze więcej czasu, obojętnie. Wiedział, że nie mógłby nie mieć jej w swoim życiu, mimo tego jak bardzo je ostatecznie zdewastowała. Steve był pewien, że wszystko jest po coś, że każda rzecz dzieje się z jakiegoś powodu i choć z wieloma z nich nie potrafił się pogodzić, to wiedział, że prowadzą one do jakiegoś dobrego końca, bo wierzył, że każdego na końcu spotka coś dobrego. Dlatego każda śmierć w jego życiu, choć najbardziej przez niego nienawidzona, była traktowana jako coś bardzo istotnego. Ta niedawna zaprowadziła go do Lainey, choć nigdy nie sądził, że po tym, co wydarzyło się z Mary, mógłby spojrzeć na inną kobietę w jakiś szczególny sposób. I może nie był do końca pewien, czym to jest i chyba bał się na razie rozwiązywać te zagadki, to cieszył się, że w końcu coś w nim drgnęło. Że obudziła się jakaś obumarła w nim cząstka.
Chyba nie przywiązywałby do tego wagi. Gdyby usłyszał słowa kogokolwiek o zabijaniu kogokolwiek nie wziąłby tego na poważnie i z góry uznał, że ta osoba mówiła o jakimś filmie czy książce. Na pewno nie uznałby, że wydarzyło się to naprawdę bo nie był aż takim szaleńcem. Albo po prostu nie był mieszkańcem Berrylane. Przyjechał tutaj zaledwie kilka tygodnie temu, a i tak nie było go tutaj więcej niż był. Większość dnia spędzał w Seattle, a do Berrylane przyjeżdżał się wyspać, spędzić czas z siostrą czy z Lainey. A żadna z tych kobiet nie opowiadała mu o tajemniczym mordercy grasującym po miasteczku. – Chyba żartujesz – rozejrzał się dookoła. Wydawało mu się, że kiedy jakiś seryjny zabójca pojawia się w danym miejscu, życie jakby się kończy, ludzie boją się wychodzić, chowają się, zabezpieczają z każdej możliwej strony, a Berrylane tętniło życiem na tyle, na ile tętniły życiem małe miasteczka. Bar był pełen bawiących się świetnie ludzi i inne miejsca, w których Steve bywał, również. – Nie. Jeszcze mi powiedz, że mieszkają tutaj wampiry i wilkołaki – rzucił, śmiejąc się pod nosem z własnego głupiego żartu.
_________________
[Profil]
 
 
john goodwynne


Lives in
white log mews

w Berrylane od powrotu prawie rok temu


Książę ciastek

Król podrywu

Wysłany: 2019-04-07, 19:32   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  

  

  

  

  


  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  
41 yo

  
192 cm

  


Jeszcze kilka lat temu był absolutnie przekonany, że opuścił Berrylane na dobre. Nie posiadał żadnych złudzeń odnośnie tego, że kiedykolwiek on i jego młodsza siostra wrócą na dłużej do miasta, w którym oboje się wychowali. To należało do ich przeszłości. Oboje mieli to już za sobą – ze wszystkimi legendami, nienormalnymi opowieściami, wydarzeniami, od których włosy na rękach stawały dęba. Wierzył, że trafił do normalnej rzeczywistości i że już w niej zostaje, a dawne miejsce zamieszkania nie będzie do niego wracać w żadnej innej formie niż ewentualnie miasteczko, w którym wciąż mieszkali jego staruszkowie. Teraz musiał tu wrócić – nie dla siebie, nie z żadnych innych powodów, a przez własną siostrę i jej idiotyczne widzimisię. A co gorsze powoli zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, ze najwidoczniej człowiek może opuścić Berrylane, ale Berrylane w jakimś stopniu już na zawsze zostanie w człowieku.
Bo to faktycznie chyba nie było normalne, że jego myśli od razu powędrowały do teorii spiskowych. Całe swoje życie Johnny twierdził, ze jest daleki od wysuwania tego typu wniosków. Uważał się za racjonalnego gościa, który nie daje się ponosić szaleństwom Berrylane. Tymczasem teraz nawet ten jego racjonalizm nie był już w stu procentach oczywisty. Legendy Berrylane odcisnęły na nim swoje piętno.
Na szczęście rozmowa z kimś takim jak Steve – z kimś, kto nie był stąd i nigdy nie uczestniczył w… w tym wszystkim – przywracała go do pionu i naprowadzała myśli na właściwe tory. Pokręcił głową. Nie żartował. Po chwili wzruszył ramionami i upił znowu ze swojej szklanki. Udało mu się tym samym nawet zamaskować rozbawienie kolejnymi słowami kolegi. - Oczywiście, że żyją. Myślisz, że Twilight to tylko fikcja? – odpowiedział i przewrócił oczami, a potem nawet popukał się palcem wskazującym w czoło. Był z siebie całkiem dumny, że udało mu się przy tym utrzymać jak najbardziej poważny wyraz twarzy, mimo że nagle ta rozmowa przybrała znacznie bardziej absurdalny ton. Chociaż z drugiej strony… Dla Steve’a to musiało być absurdalne już od momentu, w którym John powiedział mu o seryjnym mordercy grasującym w okolicy.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
steve houghton


Wysłany: 2019-04-28, 10:31   

Mieli podobne podejście, z tymże, Steve nie znał tego małego miasteczka, wiedział, że jego siostra tutaj mieszkała, pewnie odwiedził ją może raz, ale nie wyobrażał sobie tutaj swojego życia. Nie chciał sobie wyobrażać, bo jego życie, jeszcze wtedy opierało się jedynie na podróżach, żył na walizkach, byle gdzie, byle w ogromnym mieście, byle hotel miał wygodne łóżko i dostęp do alkoholu. Nie kierował się żadnymi zasadami, nie zastanawiało go życie w jednym miejscu, nie był tego absolutnie ciekaw, a gdyby ktokolwiek powiedział mu, że kiedyś właśnie tak będzie mu najwygodniej egzystować, chyba parsknąłby śmiechem. Gdyby ktokolwiek mu powiedział, że jego docelowym miejscem, nie będzie, choćby Portland, z którym, po wyjeździe z Kanady wiązał swoje plany, tylko miasteczko gdzieś w zaginionej części świata z niekoniecznie sprecyzowanym miejscem na mapie, uznałby to za żart. Patrzył na miasteczko tylko pod względem wielkości i popularności, nikt nigdy mu nie wspominał, że istnieje Berrylane, w którym od lat dzieją się historie mrożące krew w żyłach. John był pierwszą osobą, ale musiał wziąć poprawkę na to, że Steve mieszkał tutaj od kilku tygodni, nie widział niczego na własne oczy, więc automatycznie nie miał zamiaru w to wierzyć. Nawet, jeśli Goodwynne coś usłyszał, to dla Houghtona była to tylko recenzja jakiegoś marnego, jednego z wielu filmów akcji.
Parsknął śmiechem, napił się piwa i w końcu zachował powagę, bo pieprzenie o wampirach powinni zarezerwować dla trzynastoletnich dziewczynek, które kłócą się, w której są drużynie – Jacoba albo Edwarda. – Okej, co z tym mordercą? Naprawdę tutaj jest ktoś taki, czy większości mieszkańcom popieprzyło się w głowie? – spytał. Był ciekaw, czy rzeczywiście tak rozsądny facet jak John w to wierzył i czy dałby sobie za to odciąć rękę, bo nawet, jeśli było w tym ziarenko prawdy, a legendy mają jakiś, choćby najmniejszy sens, to Steve nie dałby się za to pokroić. Wolał utrzymywać dystans, nie wsiąkać w to zbyt mocno, bo przecież i tak kiedyś zamierzał stąd wyjechać.
_________________
[Profil]
 
 
john goodwynne


Lives in
white log mews

w Berrylane od powrotu prawie rok temu


Książę ciastek

Król podrywu

Wysłany: 2019-04-28, 14:35   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  

  

  

  

  


  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  
41 yo

  
192 cm

  


Rozumiał. To, co działo się w Berrylane (i to już od wielu lat), wcale nie było normalne. Był absolutnie przekonany, że gdyby to on był na miejscu Steve’a i miał wysłuchiwać podobnych rewelacji na temat miasteczka, które sprawiało wrażenie spokojnego i zupełnie przeciętnego pod każdym względem, też nie byłby przekonany, czy w to wierzyć. Podejrzewałby albo że osoba próbująca mu te historie sprzedać zwyczajnie się z niego nabija albo że jest niespełna rozumu. Johnny musiał wziąć na to poprawkę. Niestety pomyślał o tym dopiero teraz, kiedy już postanowił zapoznać Steve’a ze wszystkimi sensacyjnymi opowieściami a nawet zacząć wprowadzać go w to, co niepokoiło go od kilku dni. Czasami zapominał, że nie wszyscy wiedzą. Nie wszyscy byli z Berrylane. Musiał liczyć się z tym, że wychodził na totalnego wariata.
No właśnie… Może to był tylko przejaw jakiegoś zbiorowego szaleństwa? Pytanie Steve’a dało mu do myślenia i sprawiło, że zmarszczył brwi. Czy ktokolwiek kiedykolwiek widział na własne oczy Huntsmana? Czy istniał tylko jeden? Może te wszystkie rzeczy dało się wytłumaczyć w jakiś inny sposób… Przez moment siedział w milczeniu, wlepiając skupione spojrzenie w swój kufel, zanim podniósł go do góry i upił kilka sporych łyków. - Przepraszam, musiałem się nad tym zastanowić – wytłumaczył się, po czym przetarł twarz dłonią. - Nie wiem, może to faktycznie jest zbiorowa histeria. Może ludzie zwyczajnie stąd wyjeżdżają, bo nie chcą zgnić w tej dziurze, a społeczność dorabia sobie do tego ideologię, bo rodzice nie chcą się pogodzić z myślą, że ich dzieciaki mogły dobrowolnie wypisać się z rodziny – postanowił wypowiedzieć swoje myśli na głos, trochę, żeby lepiej Steve’owi wszystko przedstawić a trochę, żeby samemu sobie ułatwić spojrzenie na to z odpowiednim dystansem. Dystans ułatwiał wyciąganie mądrych wniosków. - Ale to, że były ofiary, jest faktem. Oprócz zniknięć zdarzają się morderstwa. Legend jest cholernie dużo. Moja własna młodsza siostra przyjechała tutaj, żeby na to polować, a ja w większości zawsze uważałem, że to bzdury. – Przewrócił oczami i pokręcił głową. - Tylko że ostatnio słyszałem jak jakiś… Gówniarz opowiadał swojemu kumplowi w barze… No, już ci mówiłem – nie chciał tego po raz kolejny powtarzać, bo myśl, że to mogło się zdarzyć naprawdę, mimo że irracjonalna wywoływała u niego nieprzyjemny dreszcz.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
steve houghton


Wysłany: 2019-05-03, 23:05   

Cicha woda brzegi rwie. Wydawać by się mogło, że w wielkich miastach nie da się odnaleźć spokoju, a jednak bywały takie miejsca, gdzie dało się odpocząć. A małe miasteczka jak Berrylane kusiły ciszą, ale okazywało się zupełnie odwrotnie, że są szalone, a wydarzenia, które się tutaj dzieją przyprawiają o gęsią skórkę i mrożą krew w żyłach. Co prawda, Steve słyszał o takich tylko w filmach i czytał książki na ten temat, ale to nie zmieniało faktu, że mogło w tym wszystkim być ziarenko prawy. Nawet, jeśli były to tylko idiotyczne legendy, w które ciężko było uwierzyć, to na świecie byli tak bardzo różni ludzie. Świat nie składał się tylko z dobra, składał się również ze zła, które czaiło się gdzieś w zakamarkach. Wbrew pozorom, taka zalana deszczem, pochmurna mieścina idealnie nadawała się do rozgrywania wydarzeń z książek najlepszych pisarzy kryminalnych.
Tylu ludzi nie mogło powtarzać tych samych bredni i być ich pewni. Chyba, że byli pod wpływem środków odurzających, które wywoływały halucynacje, ale nawet to nie było dobrym wytłumaczeniem. Mimo wszystko, Steve chciał usłyszeć te legendy z ust mieszkańca, który urodził się tutaj, słyszał różne wersje, mógł się do nich zdystansować, ale również wsiąknąć w nie. – Są na to jakieś dowody? To znaczy, komuś udało się jednak wrócić i potwierdzić, że takie wydarzenia miały miejsce? – spytał, bo to jednak było ważne. Uwielbiał takie historie, ale nawet on nie byłby w stanie w nie uwierzyć, jeśli nie miałby odpowiedniego uzasadnienia i potwierdzenia. Ale skoro nawet John w to nie wierzył, to Steve również nie miał zamiaru. Bo chyba mógł tak uznać, skoro Goodwynne wygłosił swoją teorię. – To się naprawdę nie mieści mi w głowie. To znaczy, okej, wiem, że ludzie są zabijani. Pewnie nawet w tej chwili jakiś człowiek umiera, ale to jednak miejsce, w którym mieszkam i, w którym mieszka sporo innych ludzi, którzy teoretycznie są tutaj szczęśliwi. To dziwne, że się tego nie boją – westchnął. Ale on również się tego nie bał. Bo trzymał się z daleka. Pewnie zmieniłby zdanie, gdyby takie morderstwo dotyczyło jego, gdyby zginął ktoś z jego bliskich. – To film, John. Na sto procent – odpowiedział. Nie chciał się nad tym dosadniej zastanawiać.
_________________
[Profil]
 
 
john goodwynne


Lives in
white log mews

w Berrylane od powrotu prawie rok temu


Książę ciastek

Król podrywu

Wysłany: 2019-05-06, 19:31   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  

  

  

  

  


  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  
41 yo

  
192 cm

  


Wbrew pozorom zbiorowa paranoja wcale nie jest czymś niemożliwym albo rzadko spotykanym. Plotki rozchodzą się bardzo szybko, szczególnie w takich małych społecznościach. Jeśli dodać do tego niewielki poziom edukacji dużej części ludności i fakt, że różne legendy oraz zabobony były w tym miejscu przekazywane z pokolenia na pokolenie i stały się niejako nieodłącznym elementem miejscowej kultury – wcale nie było dziwnym, że tutejsi wierzyli w bzdury, które wpadały im w ucho. Nawet jeśli dla innych, znacznie bardziej racjonalnie myślących osób, nie mających wcześniej styczności z tym zakątkiem kraju, mogły się wydawać totalnie wyssane z palca. Zresztą, umówmy się, są tacy, którzy wierzą w głupsze rzeczy. Powszechna wiara w psychopatycznego mordercę-porywacza czy innych seryjnych świrusów jest w końcu znacznie bardziej racjonalna niż wiara w płaską Ziemię. Umówmy się, w to nie uwierzyłaby nawet siostra Johna – a ona była zdrowo pieprznięta.
Tak czy siak przez to, że John dorastał w Berrylane i miał styczność z tutejszymi opowieściami grozy, podobne rzeczy nie wydawały mu się aż tak dziwne jak mogły się wydawać Steve’owi… A co za tym idzie mógł być również owładnięty zbiorową paranoją tego miejsca, mimo że mocno nie chciałby w to uwierzyć. - Gdyby te wszystkie rzeczy można było tak po prostu potwierdzić, pewnie nie obrastałyby w aż taką legendę… - rzucił być może wymijająco. Tak naprawdę nie do końca wiedział, co działo się tutaj ostatnio, kiedy on i Wariatka rozwijali swój cukierniczy biznes w innych częściach kraju. Natomiast to, co słyszał kiedyś… Nie do końca mógł potwierdzić tego wiarygodność. Podobnie jak już sam przestawał wierzyć w to, co usłyszał podczas swojego ostatniego wypadu na piwo z kumplami. To ostatnie akurat było pozytywnym zjawiskiem. Steve i jego sceptycyzm niejako go uspokoiły. - Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Jak wszędzie – podsumował, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że w kontekście morderczych wariatów na wolności mogło to zabrzmieć nieco dziwnie i aż nazbyt beztrosko. To nie recesja albo upadek największej fabryki w okolicy. No i był powód, dla którego Johnny nie chciał tutaj wracać. Powód, który wypowiedziany na głos, zdawałby się jakby bardziej realny. Dlatego nie zamierzał o tym więcej mówić ani nawet myśleć. - To tylko film – powtórzył i kiwnął głową, po czym wyzerował swoje piwo.
To musiał być tylko film…

zt x2.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, kayleigh, memory, rhys, stevie
 
Rufus Melbourne


Lives in
auburn pine houses

w Berrylane od zawsze, z przerwami


jestem taki sam jak palec albo coś tam

problemów rośnie stos, samotność ciężki los

Wysłany: 2019-06-02, 20:05   
  
Rufus

  
Melbourne

  

  

  

  

  


  
One day I will find the right words, and they will be simple.

  
30 yo

  
193 cm

  


Rufus nie był zwolennikiem krzyków. Kiedyś może i rzeczywiście trochę bardziej narwany był i lubił dużo tupać nogami żeby dostać co tylko zechciał, ale w dorosłym życiu to nie sprawdzało się zbyt dobrze. Na nikim to nie robiło wrażenia i patrzyli na ciebie bardziej jak na wariata. Ale nawet Rufus czasem tracił całe swoje to opanowanie i spokój, który w sobie wypracował na przestrzeni tych lat. Czasem po prostu trzeba było się na kogoś wydrzeć żeby człowiekowi zrobiło się lepiej. Nawet jeśli tylko na chwilkę.
Nic jednak nie zapowiadało, że akurat dzisiaj będzie topić swoje smutki i żale w obcym barze. Znaczy nie tak do końca obcym, na pewno był tu mile widziany, bo zostawiał dobre napiwki. Poza tym nie był typem rozrabiaki, który rzuca krzesłem w barmana tylko dlatego, że dał mu dwie kostki lodu zamiast jednej. Ale też nie spodziewał się, że kiedykolwiek w swojej karierze właściciela własnego przybytku, podniesie głos na swojego pracownika. Bo tym właśnie była jego menadżerka. Jego pracownikiem, a zachowywała się jakby własnymi rękami wybudowała ten bar. Wiedział, że kobiecie zależało na sukcesie tak samo jak jemu, ale niekiedy okazywała to w sposób, który zachęcał chociaż do skromnego kopnięcia jej w kostkę. Ale nie. Rufus nie bił kobiet. Nawet kwiatkiem. Tym razem jednak dał upust swojej złości, krzycząc na kobietę jak jeszcze nigdy na nikogo i wychodząc trzasnął też drzwiami. Taki był! I musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, a skoro we własnym barze nie mógł w spokoju spędzić czasu nad browarkiem to musiał udać się do konkurencji. Co z resztą zrobił, wydając tam masę kasy. A po paru głębszych każdy zamieniał się trochę w kogoś innego, więc i Rufus się temu poddał. W ten sposób właśnie zmierzał w kierunku tego konkretnego stolika. Postawił kufel na stole i usiadł na wolnym krześle, nie patrząc na towarzystwo kobiety, która była trochę odpowiedzialna za jego dzisiejszy stan. - Widzisz? - podniósł głos, niemrawo nawiązując z nią kontakt wzrokowy. - Tak właśnie się dzieje, gdy człowiek słucha twoich rad. Nie może w spokoju napić się we własnym barze i musi zapełniać kasę konkurencji. - i z tej frustracji podniósł kufel i wziął potężny łyk. A potem wytarł brodę wierzchem dłoni. I zmienił nagle taktykę, łapiąc kobietę za rękę. - Błagam cię, zabierz ją. Ja z nią nie daję rady. Nikt by nie dał. - pokręcił głową, a kilka sekund później głowę pochylił do dołu nieco. Cała ta sytuacja, która miała miejsce, musiała być naprawdę komiczna dla zwykłego obserwatora. Dla Nicole może niekoniecznie.
_________________

    « I WAS TERRIFIED OF LOSING HER BEFORE
    SHE WAS EVEN MINE TO LOSE »
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 7