menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Stoliki
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-10, 16:48   Stoliki
  
Berrylane


Stoliki
[Profil]
 
 
Liam Atwood


Wysłany: 2017-12-22, 06:35   

    #2


Pierwsza lekcja z Tessą nie poszła wcale tak źle, chłopak sądził, że wyjdzie to nawet gorzej. Przeszło to jego najśmielsze oczekiwania, ale no i tak musiał popracować nad pewnymi rzeczami. Najważniejsza w tym wszystkim była komunikacja, musiał pamiętać o tym, że dziewczyna nie ma zielonego pojęcia o mechanice. Musiał to tłumaczyć jak takiej osobie, która dopiero zaczyna, a nie komuś kto się na tym w jakimś stopniu zna. Jeszcze nie dogadali się co do następnych zajęć, ale Atwood też nie chciał jakoś ingerować w jej plany. Jeśli sądziła, że rudy może ją czegoś nauczyć to sama się odezwie i zgadają się na kolejne spotkanie, o. Dzisiejszego wieczoru postanowił trochę poszaleć, jak zawsze w sumie. Po skończonej pracy, małym odpoczynku w mieszkaniu miał wyskoczyć do baru z Chloe. Ostatni raz widzieli się jak Liam dawał koncert po pijaku co nie wyszło mu najlepiej i chętnie by o tym jak najszybciej zapomniał. Nie było to jednak takie proste, a dzisiaj no nie zabrał ze sobą gitary. Bardzo dobrze znał lokal w którym to się zjawił. Od razu przykuł uwagę kilku osób, które się z nim przywitały. Rozejrzał się dookoła, ale nigdzie nie zauważył swojej znajomej więc powoli ruszył w stronę baru. Tam dłuższą chwilę pogadał sobie ze znajomym barmanem na niezbyt ważne tematy. W między czasie zamówił sobie jakieś piwo, ale w końcu i zajął miejsce przy jednym z wolnych stolików. - Już myślałem, że się nie zjawisz - skierował swoje słowa do Chloe widząc, że ta podeszła do stolika. Tak na prawdę to nie wiedział czy dziewczyna się spóźniła. Nie mierzył jej czasu ani nic z tych rzeczy, ale Liam jak zawsze lubił się do czegoś przyczepić, oczywiście przeważnie w formie żartu.
_________________
[Profil]
 
 
ronald haverford


Wysłany: 2018-01-06, 18:39   

    [4]





Nie zamierzał spędzać wieczoru w domu. Po niespełna dwóch tygodniach zaczęła doskwierać mu prawdziwa nuda. Nie miał w miasteczku tylu znajomych co w Seattle, dlatego nic dziwnego, że po kilku wieczorach przed telewizorem Ronald czuł się niemal tak, jakby miał zwariować. I to nie tak, że w miasteczku nie miał zupełnie znajomych — kilku już się nawinęło, ale większość z nim miała już swoje własne plany na wieczór. Nie zamierzał jednak się poddawać. Narzucił kurtkę na ramiona i wyszedł z domu, by przejść się po okolicy i odnaleźć gdzieś w Berryland jakikolwiek sensowny bar. Dziwne aż, że był tutaj aż tyle czasu (prawie dwa tygodnie przecież!) i jeszcze nie odwiedził tego typu miejscówek. Pewnie dlatego, że znaczną część czasu pochłaniało mu załatwianie swoich spraw — w tym poszukiwanie Fern, która ponoć gdzieś za rogiem się ciągle kryła.
Zasiadł przy barze i zamówił sobie drinka. Nie przeszkadzało mu samotne popijanie tak w gruncie rzeczy. Nie zamierzał się opić, a jedynie wlać w siebie trochę alkoholu dla rozluźnienia. Okręcił się nawet na krześle chwilę potem, by móc wzrokiem prześledzić pomieszczenie. Nie spodziewał się zobaczyć nikogo znajomego. A już na pewno nie kogoś, kogo znał jeszcze podczas swojego wcześniejszego życia. Bo było na tyle różne od tego, jak to wyglądało teraz, że aż nie sposób było to połączyć. Zerknął znów na barmana i zamówił drinka, którego zwykle piła Corin. Następnie w jej stronę ruszył.
— No proszę, kto by pomyślał, co nie? — rzucił rozbawiony i zając miejsce naprzeciw niej. Powinien najpierw upewnić się, czy aby przypadkiem z kimś nie jest, ani na kogoś nie czeka, ale nie pomyślał o tym. Zamiast tego podsunął jej tego drinka nieco bliżej i swoją szklankę uniósł. Jakby jej chciał zasugerować, że teraz musi się z nim napić za to spotkanie. — Co tutaj robisz tak w ogóle? — zapytał jeszcze, bo naprawdę go to ciekawiło. Nie spodziewał się, że na nią wpadnie. A jeśli nawet to nie tutaj, nie w Berrylane.
_________________
[Profil]
 
 
Corin Blake


Wysłany: 2018-01-06, 19:39   

#2

Corin w Berrylane była nieco krócej i zapewne narzekałaby na brak zajęć, gdyby nie spotkania ze starymi znajomymi. Było całkiem sporo takich osób, które po wstawieniu przez Corę zdjęcia z informacją o powrocie, napisały by spotkać sie przy kawie/drinku/ciachu i powspominać dawne lata. Oczywiście Blake nie wierzyła w ich bezinteresowność z tymi zaproszeniami, bo jakoś nikt z nich do niej nie dzwonił intensywnie przez te lata, które spędziła poza granicami miasteczka, ale z braku innych, ciekawszych opcji nie zamierzała gardzić takimi propozycjami. Grafik więc wyjątkowo zamiast pisaniem miała wypchany spotkaniami.
Dziś umówiła się z kilkoma koleżankami w starym barze, do którego zawsze próbowały się dostać jako małolaty. Nie podejrzewała, że lokal mógł się tak zmienić pod jej nieobecnoość, więc przeżyła niemałe zaskoczenie. Cieszyła się nawet, że przyszła wcześniej, bo mogła przynajmniej ocenić sobie to i owo na spokojnie i odnaleźć się w zmienionych warunkach. Prawdopodobnie by coś sobie zamówiła, ale zanim podeszła do niej jakakolwiek kelnerka czy sama Blake zdązyła podejść do baru wyrósł przed nią zupełnie niespodziewanie... Ronald?! Na ten widok pisnęła, zakrywając sobie usta i samej kobiecie było ciężko ocenić czy to pisk radości, czy może raczej przerażenia. Bo co on tu robil?
-No na pewno, nie ja! Napędziłeś mi stracha - przyznała wyraźnie spięta, ale powoli dochodziła do wniosku, że oczy nie płatały jej żadnego figla. Dotknęła też twarzy mężczyzny, wychylając się w jego stronę i to ją upewniło, że nie jest on żadną zjawą. Nie było dziś też żadnego prima aprilis, więc... No to chyba on, nie? Aż zaśmiała się sama z siebie. bo co to była za reakcja? -Przepraszam, ale... Ja stąd pochodzę. Można więc powiedzieć, że odwiedzam stare śmieci... I walczę o związek = ten drugi powód dała w cudzysłów, bo ona i Log byli tak zabiegani właściwie niczym, że jeszcze się nie spotali, choć byli już w jednym miejscu. Może za bardzo przywykli do widywania się raz na tydzień albo oboje już nie widzieli w ich znajomości większego sensu. -Ale no ty... Zgubiłeś się? - spytała, przyjmując wreszcie drinka, którym stuknęła o szklaneczkę Haverforda i dopiero upiła spory łyk, rozkoszując się smakiem. Choć w Seattle robili lepsze.
[Profil]
   
 
ronald haverford


Wysłany: 2018-01-07, 14:30   

Okazuje się więc, że z małego Berryland pochodziło więcej jego znajomych niż mógłby w ogóle przypuszczać. Jak widać więcej rzeczy szło po jego myśli, niż mu się to na początku wydawało. Nie dość przecież, że mógł zwalić się na głowę siostrze, to jeszcze na Corin się w międzyczasie przypadkiem natknął. I to nie tak, że zapomniał o niej zupełnie, ale przyznać musiał, że była jedną z osób, których się spotkać przypadkiem nie spodziewał. Wybrał się przecież do jakiegoś podrzędnego baru w małym Berry, by wypić drinka i zwinąć się do domu. Jakkolwiek by sobie tego scenariusza w głowie nie układał to nie było w nim możliwości, żeby jeszcze na taką Corin wpaść. A tu jednak!
Zaśmiał się cicho, gdy go dotknęła żeby się upewnić. Nie miał nic przeciwko, nie musiała się więc obawiać, że w którymś momencie Haverford dojdzie do wniosku, że z Blake trochę wariatka jest, a od takich, jak powszechnie wiadomo, najlepiej jest trzymać się z daleka. — Przepraszam, nie wiedziałem, że jesteś taka strachliwa — brew do góry uniósł gdy tak na nią spojrzał jeszcze. Podarował sobie dalsze przytyki, ale halo! Corin była w jednym z dziwnym miasteczek, więc nie powinna podskakiwać jedynie dlatego, że ktoś ją zaskoczył w barze. Następnie rozsiadł się nieco wygodniej na barowym krzesełku i zakołysał lekko drinkiem, który trzymał w dłoni. — Walczysz o związek? — powtórzył. Nie chciał być natrętny, ale kiedyś trzymali się na tyle blisko, że naturalnie natychmiast zainteresował się tym, jak życie Corin w aktualnym momencie wygląda. Poza tym w reakcji na te słowa mógł śmiało w jej stronę dłoń wyciągnąć, żeby sobie piątkę przybić. Bo jeśli precyzować jakkolwiek cel z którym Ronald przybył do miasteczka to była to zdecydowanie walka o związek. Szkoda, że taki, który jeszcze nie zaistniał. Ale to nic! Wierzył, że przyjdzie na to czas i tak. — Nie, skąd. Przyjechałem do siostry i muszę załatwić tez inne sprawy — wyjaśnił, bo jeszcze nie wiedział, czy chce się zagłębiać dziś w tematy związane z porzucaniem narzeczonych przed ołtarzem. Wprawdzie Corin by go zrozumiała jak nikt inny, ale i tak.
_________________
[Profil]
 
 
Corin Blake


Wysłany: 2018-01-13, 17:06   

W sumie Haverford bardzo łatwo mógł przeoczyć fakt pochodzenia Corin z jakiegokolwiek innego miasta niż Seattle, bo własciwie to ich realcja narodziła się i rozkwitła właśnie w tamtym mieście, do którego Blake od zawsze miała słabość. Możliwe nawet, że nie przyznała się do pochodzenia z jakiejś wiochy, bo pewnie jako naastolatka uważała to za mega słabe, a później... Nikt już o to nie pytał. Dlatego też może on powinien być bardziej zdziwiony, że ją tu widział? No nieważne. Wazniejsze było dla Cory to, że nudne miasteczko miało kogoś tak ciekawego jak Ronald, więc raczej nie będzie się nudzić. O ile oczywiście ta jego dziewczyna czy tam narzeczona nie zacznie znów robić dziwnych sugestii w ich stronę... Agrh, jak Cora nie przepadała za tą dziewuchą... To tylko ona wiedziała, ale wyglądąło na to, że Ron jest sam, więc Blake nie miała zamiaru zastanawiać się zbyt długo nad tą zołzą.
-Ej, przestań. To... Niecodzienny i prawie cudowny widok, okej? - powiedziała nieco urażona, że się z niej nieco naigrywał, ale w sumie... Cora dawno już nie była w Berrylane, więc pomimo całej jego dziwności zdążyła też przywyknąć do normalności w Seattle. Trochę uważała, że to głupie, że tu przyjechała, ale z drugeij strony... Nic jej nie trzymało na ten moment w wielkim mieście, mogła więc sprawić swojej rodzince radość. I spróbować zawalczyć o ten nieszczęsny związek. W każdym razie teraz była tak zadowolona, że spotkała Ronalda, że nawet przesiadła się na miejsce obok m ężczyzny, żeby móc bezkarnie go przez chwilę pościskać z tej radości. -Tak, ale to bez sensu - mruknęła, wzruszając ramionami, kiedy już się odsunęła od averforda i napiła się swojego drinka. -On tu wrócił... Ja zostałam w Seattle... I teraz jest już chyba za późno. Sama nie wiem po co to robię - skwitowała, znów wzruszając ramionami i dopiła swój alkohol, po czym spojrzała bacznie na Ronalda. -A co u twojej lubej? - bo cóż... Corin nawet nie wiedziała, że miał być ślub, więc to nic dziwnego, że skoro weszli na temat związków to spytała o Ellie. Naturalna kolej rzeczy, prawda?
-Masz tutaj siostrę? - zdziwiła się, bo jakos nigdy o tym Ronald nie wspominał. Albo nigdy tego nie zarejestrowała, chociaż to byłoby dziwne skoro ona stad pochodziła to na pewno wyłapałaby, że jest tutaja siostra Hvaerforda. No nieważne. -Mam nadzieję, że teraz będę ważnym punktem tych ważnych spraw. Tak dawnoo się nie widzieliśmy... Musimy nadrobić stracony czas. Na długo zostajesz? - zapytała i zamówiła im po kolejnym drinku, nawet jeśli Ron swojego nie wypił. Będzie miał najwżej chłop na zapas.
[Profil]
   
 
Dominic Winchester


Wysłany: 2018-01-27, 14:38   

#2 Wieczór przed spotkaniem z Warren. | Outfit

Jutro pierwszy raz od dłuższego czasu miał mieć wolne. W teorii, bo właśnie dzisiejszego wieczora zadzwoniła do niego ta prawniczka z ratusza i rozkazała (ROZKAZAŁA!!) mu się ze sobą spotkać jutrzejszego dnia na omówieniu sprawy drobnego złodziejaszka, którego udało się Domowi ostatnio złapać. Spawa była dla niego prosta, typ ukradł pełno rzeczy, do tego był nieuchwytny dla policji przez długi czas, aż w końcu wpadł. Winchester nie rozumiał tego całego zachodu z pomocą prawną, ale skoro ta cała Blossom się uwzięła i w końcu wzięła do jakiej roboty w praktyce to nic, tylko pogratulować. Dom nie mógł tego przełknąć na sucho. Tak czy siak miał wolny dzień nazajutrz, więc pójdzie na to spotkanie choćby na kacu, bo nie zamierzał dziś wieczorem siedzieć w domu. Jeden powód był taki, że był wnerwiony, a drugi to było to, że nie mógł wyrzucić z głowy tej rudowłosej panny, z którą ostatnio prawił na egzystencjonalne tematy na dachu baru. Za każdym razem, gdy widział gdzieś na mieście rudy kłak oglądał się na nim, aż upewnił się, że to nie ona. Nie chciał być nachalnym oblechem, ale chciał się po prostu dowiedzieć czemu mu zwiała z wyrka po tym, jak tak dobrze im się rozmawiało. Przecież nie musieli nic robić, mogli po prostu rozmawiać, albo milczeć. Ta chwila uniesienia, zanim zadzwonił telefon, była też pewnie spowodowana krążącymi z ich żyłach promilami. A po tym, jak Dom odnalazł z nią wspólny język po prostu nie mógł przestać o niej myśleć, zupełnie jakby rzuciła na niego jakiś urok. Dlatego dziś ponownie zawitał do baru, gdzie, być może znów ją spotka, chyba że była jego wyobrażeniem i zapadła się pod ziemię. Zamówił sobie kufel piwa i usiadł przy stoliku patrząc trochę na mecz rozgrywający się na ekranie telewizora, a trochę rozglądając się po sali. Może się pojawi?
[Profil]
 
 
meg rhodes


Wysłany: 2018-02-13, 23:51   



Po raz pierwszy w życiu Meg kompletnie nie umiała skupić się na swoim zadaniu. Przyszła do tego baru w celu wyciągnięcia kilku informacji od wysoko postawionej szychy, ale jak na razie szło jej to marnie. Głównie dlatego, że myślami była zupełnie gdzie indziej. Całe szczęście, że towarzysz Rhodes był zajęty rozprawianiem o sobie, inaczej na pewno zdążyłby zauważyć nieobecny wyraz wymalowany dość wyraźnie na jej twarzy. Jak niby powinna bajerować tego gościa, skoro przed oczami wciąż miała pobitą Inanę? Powtarzała sobie uparcie, że powinna o całej sprawie zapomnieć, że tak będzie lepiej, ale najzwyczajniej nie umiała. Bo tu nie chodziło o byle kogo, a osobę, z którą przebywała na co dzień, którą znała i która z całą pewnością nie zasłużyła sobie na to, co ją spotkało. Wszystkimi możliwymi sposobami próbowała dowiedzieć się, kto mógłby być za to odpowiedzialny, ale i na tym polu odniosła totalną klęskę. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wiedział, a znowu ta bezradność doprowadzała ją do szału. Potrzebowała działania, czegoś na odwrócenie uwagi i właśnie dlatego wylądowała w tym barze. Przydzielone jej zadanie miało ją rozproszyć, ale cóż - nie wyszło. Ba, wyłączyła się do tego stopnia, że zareagowała dopiero, gdy mężczyzna pomachał jej dłonią przed oczami. Cholera, to naprawdę nie był jej dzień. Zmusiła się do delikatnego uśmiechu i ni z tego ni z owego zaproponowała, że przyniesie im drinki; to wystarczyło, żeby jej towarzysz się nieco rozluźnił. Gdy tylko znalazła się przy barze, wypuściła z siebie wstrzymywane powietrze i mimochodem przewróciła oczami. Ale trafił jej się dżentelmen! Zamówiła dwie szklaneczki whisky po czym zerknęła przez ramię, chcąc zobaczyć, czy mężczyzna się nie ulotnił. Nie, wciąż znajdował się przy ich stoliku, aczkolwiek wdał się z rozmowę z jakimś innym kolesiem. Cudownie. W międzyczasie barman zdążył postawić przed nią zamówiony trunek, więc zgarnęła dwie szklaneczki i wyruszyła w drogę powrotną. Przedarcie się przez tłum ludzi stanowiło niemały wyczyn, Meg musiała rozpychać się łokciami, co w gruncie rzeczy okazało się być naprawdę głupim pomysłem, bo nagle jakaś panna na nią wleciała, powodując, że szklaneczki wyleciały jej z rąk i roztrzaskały się na podłodze, a ona praktycznie wylądowała na jakimś mężczyźnie siedzącym w pobliżu. Dosłownie. Czy zamierzała przeprosić? Nie, takie rzeczy to nie w stylu Rhodes, ona planowała z resztkami godności się podnieść i jak najszybciej zniknąć w tłumie. Ale zanim zdążyła to zrobić, mimowolnie uniosła głowę i spojrzała na nieszczęśnika, z którego to sobie zrobiła legowisko, chcąc zobaczyć, czy planuje zaraz wrzasnąć, czy brutalnie ją z siebie zrzucić. W momencie, w którym ich spojrzenia się skrzyżowały, Meg odniosła wrażenie, jakby wszystko zamarło. No, ona na pewno aż skamieniała z zaskoczenia!
- Ja... - zaczęła i urwała od razu, nie bardzo wiedząc, co powinna powiedzieć. Co było zresztą nowością, bo ona zawsze coś do powiedzenia miała. Z tego wszystkiego zapomniała nawet, że wciąż praktycznie siedziała mu na kolanach.
  
[Profil]
 
 
Dominic Winchester


Wysłany: 2018-02-14, 01:17   

Dom zdążył wypić już jeden kufel piwa i alkohol już zdążył zacząć krążyć mu w żyłach. Potem zamówił sobie kolejne i wrócił z powrotem do swojego stolika, siadając przy nim ciężko. Nie działo się dzisiaj nic ciekawego, choć bar był pełny, pewnie dlatego nie wypatrzył nigdzie rudowłosej. Było tutaj tyle ludzi, że po kilku minutach takiego wyglądania jej trochę już stracił nadzieję, że się w ogóle pojawi. Może celowo unikała tego baru i możliwości spotkania go. A on pierwszy raz od dawna czuł się w ten sposób. Chciał ją zobaczyć chociaż jeszcze raz, jeszcze raz zamienić z nią choć słowo. Właściwie to chodziło mu najbardziej o to, żeby się upewnić, że sobie jej nie wymyślił, że to wszystko się stało, a nie było wytworem jego wyobraźni.
A więc pił sobie to piwo i właściwie już był w jego połowie, udawał że ogląda ten mecz, co tam leciał na telewizorach w barze, trochę udawał, że po ciężkim dniu pije to piwo na pocieszenie się, ale jednak w głowie nadal siedziała mu ta ruda. Aż tu się nagle jakieś zamieszanie zrobiło, ktoś kogoś popchnął, słychać było brzdęk zbitego szkła, a na jego kolanach wylądowało coś ciężkiego, chociaż nie może jakoś szczególnie ciężkiego, ale jednak coś mu nie pasowało. Jak już tak wylądowała, to ją nawet przytrzymał, żeby się nie uszkodziła. Spojrzał na swoje kolana i zobaczył... Ją. Właśnie ją, jakby przyciągnął ją tutaj samymi myślami.
- Tak, ty. To właśnie ty - Powiedział, nie wierząc zupełnie w to, że ona sobie tak tutaj po prostu usiadła. Może nie z własnej woli, ale jednak. Minę miał zupełnie głupią, oniemiałą, jakby nie rozumiał co ona tutaj robi. Nie wiedział co powiedzieć, więc tylko wypalił - Więc ty jesteś prawdziwa.
[Profil]
 
 
meg rhodes


Wysłany: 2018-02-19, 23:32   

Nie chciała go nigdy więcej spotkać. Rzadko kiedy się uzewnętrzniała, a przed nim właśnie to zrobiła. Odsłoniła duszę, prawdziwe myśli, właściwie zwierzyła się mu, kierując się przeświadczeniem, że ten wieczór i tak odpłynie w zapomnienie przy spożytej przez nich ilości alkoholu. Jednak pamiętała; pamiętała doskonale każde jego słowo, każdy najmniejszy ruch, każde spojrzenie oczu o niespotykanym kolorze. Przez ostatni czas z daleka trzymała się od tego baru, bo rzeczywiście unikała możliwości spotkania go ponownie. Co miałaby mu zresztą powiedzieć? Może wyznała mu kilka ważnych rzeczy, ale przede wszystkim część też zataiła. Nie przyznała się do bycia Jaszczurką, ba, zrobiła z siebie starszą niż tak naprawdę była. Och, nie żeby kłamstwa były jej obce, każdego dnia posługiwała się półprawdami! Przecież należała do gangu, a często aby osiągnąć postawiony cel, to był jedyny skuteczny środek. Szkopuł w tym, że przed mężczyzną, z którym to tak miło spędziła tamten wieczór, odsłoniła coś więcej niż ciało - pozwoliła zajrzeć mu wgłąb siebie, a to nigdy nie był dobre.
Stąd właśnie ta panika na jej twarz. Dotarło do niej, że najzwyczajniej w świecie wpadła niczym śliwka w kompot. Prawdopodobnie gdyby nie ten szok, który jeszcze jej nie opuścił, już dawno spróbowałaby nawiać. Zamrugała kilkakrotnie, przetwarzając jego słowa. - Jestem - odparła wolno, zmuszając się do oderwania spojrzenia od twarzy mężczyzny. Nie będąc pod ostrzałem przenikliwego wzroku, łatwiej wychodziło jej łączenie wątków. - Ja... hm... muszę iść - rzuciła z zakłopotaniem, marszcząc się przy tym nieznacznie, ewidentnie jeszcze nie była sobą. I pomimo tych swoich słów, nie zrobiła najmniejszego ruchu w kierunku podniesienia się z jego kolan.
_________________

    when the sun sets we're both the same - half in the
    shadows, half burned in flames. take what you need,
    say your goodbyes, I gave you everything and it's a
    beautiful crime.
[Profil]
 
 
Dominic Winchester


Wysłany: 2018-02-25, 20:39   

A on wprost przeciwnie, chciał ją zobaczyć i widzieć i z nią rozmawiać, tylko już ostatnio to miał wrażenie, że ona była tylko jego snem, albo wyobrażeniem o idealnej osobie. Myślał, że on sobie ten dach i cały wieczór wymyślił, ale jednak nie. Bo trzymał teraz żywy dowód w swoich rękach. Była taka oniemiała na jego widok i on w sumie też, bo nie wiedział, co powinien teraz zrobić, powiedzieć. Nic nie przychodziło mu go głowy, bo wypełniało ją miliony różnych, odbijających się od siebie myśli, zupełnie nieposkładanych. Nie puścił jej, nie przygarnął do siebie jakoś szczególnie, w sumie to zamarł wpatrując się w te oczy. Wspominał ich rozmowę, wspominał to, że po pierwszy od dłuższego czasu był z kimś naprawdę szczery, potrafił wylać wszystkie swoje troski, żale, otrzymał wsparcie, pogadali o życiu i to tym, jak to ono potrafi się czasem naprawdę kiepsko ułożyć, zupełnie nie po naszej myśli.
"Muszę iść" powiedziała, ale zupełnie się nie ruszyła z miejsca. Dla Doma czas się zupełnie zatrzymał, złapał ją szybko za rękę.
- Nie musisz - Powiedział, próbując ją przekonać błagającym tonem. Nie wiedział, co ma zrobić. Nie chciał, by uznała go za psychola czy coś.
- A jak musisz to idź ze mną - Dodał po chwili pierwsze, co mu przyszło na myśl, nie panował nad sobą, nad tą gonitwą myśli w swoim umyśle.
[Profil]
 
 
meg rhodes


Wysłany: 2018-03-02, 23:29   

Gdyby była kimś innym, prawdopodobnie nie dręczyłyby ją tego typu rozterki. Tamtej nocy mogłaby śmiało powiedzieć mu wszystko bez tej obawy, że będzie ją potępiał za jej wybory życiowe. Nie musiałaby uciekać. Ba, pewnie by tego nie zrobiła! Po raz pierwszy może dopuściłaby do siebie kogoś na dłużej. W tym właśnie cała rzecz - ta prawdziwa, siedząca aktualnie na jego kolanach Meg nie angażowała się. Na każdym kroku podkreślała, jaka to jest niezależna, jak bardzo gardzi związkami z prawdziwego zdarzenia. Była cynikiem, nie wierzyła w miłość, uznawała ją za totalną abstrakcję. I nagle jednego wieczoru poznała mężczyznę, z którym połączyło ją coś więcej. To nie było żadne wielkie uczucie, ale zdecydowanie różniło się od tego, co zwykle łączyło ją z facetemi. Tu pojawiło się... szczere zrozumienie. Dlatego właśnie była tym taka przerażona. Może i nie znała się zupełnie na poważnych relacjach, ale wiedziała jedno - jeśli słuchasz kogoś z zapartym tchem, jeśli akceptujesz jego wyznanie, choćby i dotyczyło jakiejś potwornej sprawy, to wiedz, że masz przechlapane. Cholera, na poczekaniu była w stanie wymienić milion argumentów, dlaczego to wróżyło kłopoty!
Cóż, jeśli tak właśnie czuła, jeśli tak strasznie się bała, to dlaczego uparcie (niemal masochistycznie) myślami wciąż do niego wracała? Dlaczego, gdy złapał ją za rękę, od razu jej nie wyrwała, a jedynie pokręciła przecząco głową. Idź ze mną. Mogłaby. Mogłaby tak po prostu na moment zapomnieć i raz jeszcze podjąć grę. Po prostu zakończy ją, zanim zacznie robić się niebezpiecznie. - Po co? - spytała, opuszkami palców śledząc zarys jego szczęki. Nie powinna go dotykać. Tylu rzeczy nie powinna. - To był błąd - powiedziała ni z tego ni z owego. Dziwnie to musiało z boku wyglądać, gdy jej słowa i gesty stanowiły swoje kompletne zaprzeczenie. Bo wciąż trzymała dłoń na jego policzku, wciąż też nie odrywała od niego spojrzenia. Jak gdyby i ona chciała sprawdzić, czy jej się to nie śni.
_________________

    when the sun sets we're both the same - half in the
    shadows, half burned in flames. take what you need,
    say your goodbyes, I gave you everything and it's a
    beautiful crime.
  
[Profil]
 
 
Lycoris Burreau


Wysłany: 2018-04-02, 23:16   

Lycoris od zawsze wiedziała, że praca jako patolog sądowy była zawodem idealnym, wprost stworzony dla kogoś takiego, jak ona. Pozwalało jej to zarówno trzymać się dalej od ludzi, przynajmniej tych żywych, jak również zapewniało odpowiednią dawkę ciszy, której potrzebował jej umysł, by w pełni wykorzystać swój potencjał. Wszak martwi się nie awanturują, a tym samym nie mogli powiedzieć czegoś, co kobieta mogłaby skomentować w sposób, który uraziłby drugą stronę. Nie to, by miała się tym kiedykolwiek przejąć. Dodatkowo sekcje zwłok, które przeprowadzała codziennie w ilości znacznie przekraczającej ilość normalną, dostarczały jej potrzebnej dawki zagadek i problemów do rozwiązania. Przynajmniej tutaj miała pewność, że jej szare komórki nie zredukują swojej liczby, czego nie mogła być pewna przebywając z niektórymi osobami.
Niestety, ciągłe siedzenie w prosektorium sprawiało, że mimo wszystko jej mózg potrzebował kontaktu z żywymi. Paradoks, bo czy nie chciała od nich uciekać?
Najlepszym miejscem na spełnienie zachcianki, jak również znalezienie kogoś, z kim mogłaby przeprowadzić luźną, acz nie głupią konwersację, był bar. Jeden z tych, do których chodziła dość często, mogąc nazywać się stałym bywalcem. Mimo wszystko lubiła te klimaty. Lubiła po ciężkim dniu wchłonąć pewną dawkę hałasu, aby kolejnego dnia móc odreagować i nie zwariować. Taki miała sposób na każde kolejne dni pracy.
Już na wstępie, kiedy zaledwie przekroczyła próg, uderzyło w nią ciepło znacznie intensywniejsze, niż to panujące na zewnątrz. Pierwsze kroki skierowała w stronę baru, dostrzegając za ladą znajomego barmana. Tego samego, który kiedyś zrobił jej drinka, dzięki któremu go zapamiętała. I wracała, niczym wierna fanka.
Po złożeniu zatrzymaniu i dość szybkim jego realizacji, ze szklanką w dłoni udała się do jednego z wolnych stolików. Kilka kroków i jej wzrok padł na postać, która wyróżniała się na tle innych. Nie tyle z daleka, ile z bliska, dzięki dwubarwnym tęczówką. Heterochronia. Ciekawe zjawisko, mutacja genetyczna. Tak, to dzięki Calebowi Lycoris zainteresowała się tym zjawiskiem. Miała okazję oglądać je dość często, kiedy jeszcze mogła nazywać się dzieckiem.
Szybka zmiana planów, pusty stolik odszedł zapomnienie, a ona znalazła się przy mężczyźnie, który właśnie ze względu na oczy, swego czasu wzbudził jej zainteresowanie.
- Nie przypuszczałam, że spotkam cię kiedykolwiek samego w barze, Caleb – rzuciła, siadając naprzeciwko niego. Wiedziała, że na nikogo nie czekał. Skąd? Zwykłe przeczucie, które pozwoliło jej uniknąć pytania o pozwolenie i stania niczym kołek, czekając na odpowiedź.
[Profil]
   
 
Caleb H. Duncan


Wysłany: 2018-04-07, 22:40   

Caleb odkąd został zmuszony by wychodzić z domu do ludzi i z powrotem stać się częścią społeczeństwa przez matkę, znajdował się w tym barze przynajmniej kilka razy w tygodniu. Byle by tylko unikać powrotu do domu który zakupił dla siebie i Zoe. Serce nadla mu się krajało i cierpiał niezmiernie kiedy jego myśli były zalewane wspomnieniami o niej. Nikogo wcześniej nie kochał tak jak niej, był niezwykle szczęśliwy i czekał do czasu gdy zostaną mężem i żoną...nikt, szczególnie on nie oczekiwał takiego okrutnego rozdarcia ich jakie nastąpiło. Nie jest w stanie zbliżyć się w okolice gdzie znajdowała się jej pracownia bez bycia kompletnie urąbanym alkocholem. Pomimo faktu iż minął rok od tragedii, wszystko w jego umyśle było nadal bardzo świeże i tylko to się liczyło. Popijał już swoje 3 piwo siedząc zupełnie sam przy stoliku. Nie miał zamiaru z nikim się umawiać ani spotykać, nie to by żadna wolna panna w Berry czy okolicach nie próbowała go poderwać kiedy się dowiadywała wszystkiego. Caleb nie był jednak zainteresowany żadną z nich, dla niego było to wszystko za wsześnie. Nawet teraz nie miał na to najmniejszej ochoty. Trwał jak zaklęty w swoich myślach jedynie co jakiś czas mechanicznie popijając piwo, do chwili gdy usłyszał głos który wydał mu się znajomy. Gdy owa osoba usiadła na przeciwko niego spojrzał na nią i na jego twarzy pojawił się uśmiech, tylko na chwilę, ale jednak.
- LYCORIS! Kiedy przyjechałaś do Berry? I na jak długo? I w ogóle jak śmiałaś mi w ogóle o tym nie powiedzieć! - wyrzucił z siebie nie wierząc kogo widzi przed sobą. Jego przyjaciółkę z młodzieńczych lat. Znał ją i jej siostrę Hermione która z tego co się orientował nadal była w Berry i miała narzeczonego. Życzył jej wszystkiego najlepszego, nie chciał by kogokolwiek spotkało to co jego. Z czego nadal nie umiał się podnieść i odnaleźć w świecie.
- Dużo się zmieniło L. Bardzo dużo. - odpowiedział ponownie popijając swoje piwo. W jego głosie dało się wyczuć ból który był na tyle głęboki by komukolwiek zrobiło sie go szkoda. Nie chciał niczyjej opieki, miał prawie 30 lat na karku. Chciał Zoe i bycia z nią, co było niemożliwe. Wiedział że musi sobie z tym jakoś poradzić, jednak na chwilę obecną nie potrafił znaleźć sposobu.
- Co u Ciebie? Jak Nowy York? - zapytał chcąc skoncentrować się teraz na niej, spędzał tyle czasu we własnej głowie że skupienie sie na kimś innym było by dla niego miłą odmianą.
[Profil]
 
 
Lycoris Burreau


Wysłany: 2018-04-10, 21:32   

Nigdy nie miała niczego przeciwko towarzystwu Caleba. Prawdę powiedziawszy już za czasów liceum ją fascynował, nie tylko ze względu na dwukolorowe tęczówki. Miał w sobie coś przyciągającego, o czym nigdy nie raczył go poinformować, bo ostatnią rzeczą, do której Lycoris się zabierała, było mówienie innym, co o nich sądziła. Oczywiście, jeśli chodziło tak osobiste komplementy, bo nie trudno było powiedzieć „Jesteś beznadziejny”, czy tym podobne. Nie była fanką miłych słówek, na dźwięk których dobrze robiło się przeciwnej stronie. Zupełnie nie pasowało to do jej charakteru i już dawno zostawiła coś podobnego swojej młodszej siostrze, która po śmierci rodziców zachowywała się zupełnie inaczej, niż sama Lyc. Bardziej otwarta, bardziej radosna. Ale ognistowłosa wiedziała, że cierpiała równie mocno, co ona. Cierpiały obie, a w tym cierpieniu mogły pomóc jedynie sobie wzajemnie. Szkoda, że starsza Burreau była zmuszona zostawić siostrzyczkę pod opieką dzidka, z którym sama się nie dogadywała. Jakie to teraz miało jednak znaczenie, skoro staruszek nie żył?
Zastanawiała się, czy Caleb o tym wiedział. Nie widzieli się tak dawno, że braki w informacjach, jakie posiadali na swój temat, były zupełnie normalne. Czy właśnie teraz przyszła chwila, w której mogli niektóre nadrobić? Jeśli tak, Lycoris miała zamiar ją wykorzystać, sama z nieprzymuszonej woli podchodząc do dawnego kolegi.
- Jakiś czas temu. Sama nie wiem, kilka tygodni, a może to już miesiące? Od zawsze uważałam, że czas w tym miasteczku zlewa się w jedno – powiedziała, upijając ze swojej szklanki, lustrując przy tym twarz mężczyzny. Niemal się nie zmienił. Owszem, zmężniał, ale wyraz twarzy został ten sam. Lekko zamyślony, może arogancki. Chociaż, czy nie widziała, że spojrzenie trochę przygasło? Kiedyś paliły się w nim ogniki, których teraz zabrakło. Na próżno ich szukała, uparcie się w niego wpatrując. – Nie wiem, może na rok, może krócej. Nie planowałam tutaj wracać. Sprawa wyższa i oto jestem – uśmiechnęła się. Nie była wstanie niczego obiecać. Z dnia na dzień mogła się spakować i wyjechać. Taka była. Nie przywiązywała się za długo do jednego miejsca i niewiele potrzebowała, aby je zmienić. – Nie było kiedy. Pogrzeb, testament. Kochany dziadunio daje się we znaki nawet po śmierci. Ale teraz już wiesz, więc tamto możemy puścić w niepamięć – dodała, pełna podziwu, że Hermiona się niczym nie wygadała. Lubiła rozmawiać, więc właśnie tego by się po niej spodziewała.
- Jak dużo, Caleb? – zainteresowała się, bo to, co powiedział, faktycznie nie brzmiało jak stary on. Chciała wiedzieć, ile przegapiła i jak teraz wyglądało jego życie.
- Och, wspaniale. Z pewnością bardziej żywo, niż tutaj. Chociaż nie jestem pewna, czy w ujęciu mojego zawodu powinnam się posługiwać takimi określeniami. Miałam swoje przygody, pewnie jak każdy. Ale nie wszystkie były tymi, które bym chciała – powiedziała, myślami na chwilę odpływając do Darrena, który musiał radzić sobie z chorobą bez niej. Miała nadzieję, że skutecznie.
[Profil]
   
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 8