menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Las
Autor Wiadomość
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-10-20, 18:35   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


Kiedy tak chodził po tym lesie i nawoływał Lilianne, do głowy zaczęły mu przychodzić różne, mało przyjemne scenariusze. Zawołał nieco głośniej, odwracając się dookoła w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów kobiety. Nie miała szczęścia w życiu, nie mógł temu zaprzeczyć. Dlatego właśnie jej nieobecność w domu o umówionej porze i odciski w ziemi prowadzące między drzewa tak bardzo go zaniepokoiły. Po tym wszystkim, co się jej stało ostatnimi czasy Jacob miał wrażenie, że gorzej już nie będzie mogło być i teraz pluł sobie w brodę, że nie odpukał tej myśli na ich niepomalowanej sztachecie w płocie. W normalnych przypadkach nie wierzył w to, że ludzkie myśli mogą mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywiste wydarzenia, ale kiedy w grę wchodziła panna Walker, wolał zanadto nie ryzykować. Pomiędzy kolejnymi wykrzyknięciami jej imienia, a próbami żartowania sobie z niej, miał wrażenie, że coś usłyszał. Jakiś szelest u stóp wzniesienia, na którego szczycie obecnie stał. Mogła to być jedynie zwierzyna, a mogła to być blondynka. Wolał sprawdzić. Znalazł jakąś w miarę sensowną drogę zejścia na dół, na której tylko raz się potknął i wypieprzył, brudząc sobie kolana błotem. Zaklął szpetnie, tak że Lilianne by go zbeształa, gdyby stała obok niego i wstał. Po deszczu było wciąż wilgotno i potwornie ślisko. Był już całkiem blisko rowu i wtedy zobaczył leżącą wśród liści i krzaczorów kobietę. Podbiegł do niej natychmiast.
- Walker, co Ty do cholery jasnej robisz? – zapytał, kiedy stanął prosto przed nią. Była to pierwsza rzecz, która przyszła mu do głowy i już żałował zadania tego pytania. Ukucnął przy niej i zaczął odgarniać liście, które na niej osiadły. Kiedy jej dotknął, poczuł jak drży. Jej skóra była zimna jak lód i wyglądała na lekko fioletową. Zastanawiał się jak długo musi tu leżeć. – Co Ci się stało? – kolejne pytanie, wypowiedziane na wydechu. Złapał ją za ramiona i pomógł jej przenieść się do pozycji siedzącej. Ze wszystkich czarnych wersji tego spotkania, zupełnie nie spodziewał się tej, która okazała się być prawdziwą. – Jesteś lodowata – stwierdził bardzo odkrywczo i ściągnął z siebie starą, znoszoną skórzaną kurtkę, która, na szczęście dla niej, była bardzo ciepła i jeszcze dodatkowo wygrzana przez niego. Bez zbędnych ceregieli nałożył ją na ramiona Walker. – Jesteś w stanie wstać? – zapytał, przyglądając się jej twarzy. Dopiero po chwili zobaczył krew zaschniętą pod jej nosem i czerwone ślady na jej dłoni. – Kurwa – przeklął, zupełnie nie myśląc o tym, że przy kobietach takich jak ona się nie przeklina.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-10-20, 21:28   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Strach. Właśnie to wzięło nad nią górę w pierwszej kolejności. Kto by się nie przestraszył, nieoczekiwanie budząc się między drzewami? Serce zabiło jej szybciej, niemalże boleśniej, w pierwszej chwili bała się, że nadal powinna uciekać, bo przecież przypomniała już sobie, że starała się komuś, bądź czemuś zbiec. Pewnie dlatego, w chwili, w której usłyszała, że ktoś się zbliża, zamiast się ucieszyć i powiązać to od razu ze słyszanym przed chwilą głosem Jacoba, drgnęła i skuliła się mocniej, jakby taka pozycja przed czymkolwiek miała ją obronić. Całe szczęście nic złego nie nadeszło, a ona szybko zrozumiała, że to tylko Wardwell, a skoro tu był, to odruchowo poczuła ulgę, a także poczucie bezpieczeństwa. Może zgubne, może nie, nad tym się nie rozwodziła.
— A ty? — to nie była najmądrzejsza odpowiedź na jego pytanie. Była jednak szczerze skołowana, a przy tym uznała, że jeszcze gorzej byłoby mu teraz rzucić "nie wiem". W każdym razie potrzebowała chwili, żeby poukładać sobie w głowie informacji na tyle, by być w stanie z nim jakoś sensownie rozmawiać. Jacob radził sobie znacznie lepiej, bo w tym samym czasie zdążył ściągnąć z niej liście, których ona nawet nie zauważyła i nawet ją posadził. — Nie wiem — a jednak i na tą odpowiedź przyszła kolej. Kręciło jej się w głowie i miała wrażenie, że wszystko co robił i mówił Jacob odbywało się w jakimś przyspieszonym tempie. Czuła, że musi wziąć się w garść. Rzeczywiście było jej zimno, ale zaraz poczuła przyjemny ciężar ciepłej kurtki. No, a za nim kolejne pytanie i znów nie znała odpowiedzi. W dodatku po chwili jej wzrok podążył ku jej dłoni na którą spojrzał też Jacob. Przekleństwo w jego ustach było ostatecznym impulsem, który nakazał jej zacząć kontaktować. Poza tym przypomniała sobie, jak wczoraj uciekała, jak zrobiło jej się słabo, krew poleciała jej z nosa. Zmarszczyła czoło, musiała tutaj zasłabnąć. Cóż za wstyd. Zaraz zakryła sobie dłonią nos i usta, jakby to był teraz największy problem.
— Przepraszam — niewątpliwie nie było to odpowiedzią na żadne z jego pytań, ale było pierwszym, usilnie nasuwającym się słowem. — Przepraszam... — powtórzyła, jakby czerpiąc spokój z postawy, w której wyraźnie podkreślała, że jest jej przykro, że Jacob musiał... co w zasadzie? Właśnie, nie musiał, jak się tu znalazł? I ten ciężar na barkach? Zmarszczyła czoło. — Hej, wyziębisz się — mruknęła odnośnie kurtki. — Jest jesień — dodała, jakby to było teraz najbardziej istotną kwestią. Wiedziała, że nie jest. Wiedziała też, że Jacob chciał się dowiedzieć, jak się tutaj znalazła, ale... było jej głupio, to po pierwsze. Po drugie zaś, przecież obiecała sobie, że już nie będzie nikogo wplątywać w swoje problemy. Tym bardziej Jacoba. — Ja... — zaczęła, zastanawiając się co powiedzieć, jak okroić odpowiedź z informacji, jakie mogłyby mu zaszkodzić, albo z niej zrobić obłąkaną. — Musiałam nieco zabłądzić w nocy. Potknęłam się chyba, chciałam odpocząć i chyba zasnęłam — no brzmiało tragicznie. Opuściła nieco głowę, żeby nie dać po sobie poznać, że kręci. — Przepraszam, że ciebie zaniepokoiłam, ale... to nic, pewnie bym się w końcu obudziła i wróciła do domu. Straszny wstyd, że mnie tak tutaj znalazłeś — mruknęła tym akurat naprawdę się przejmując. Nie chciała mu sprawiać problemów, ani pokazywać się od tak tragicznej strony.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-10-22, 12:54   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


Miał prawdziwe szczęście, że udało mu się ją odnaleźć. Przykrytą warstwą liści, przemarzniętą do kości i przerażoną. Wolał sobie nie wyobrażać, co mogłoby się stać, gdyby Lilianne dłużej była nieprzytomna. Nie miał pojęcia, co robiła w lesie ani w jaki sposób znalazła się na dnie skarpy, ale to chyba nie był czas ani miejsce na takie pytania (ale Jacob i tak je zadał). Priorytetem było teraz zabranie jej stąd i udanie się w jakiejś ciepłe miejsce, gdzie będzie mogła się ogrzać, umyć, przebrać i coś zjeść. A potem dopiero mogli zacząć ogarniać, co takiego robiła w lesie.
- Szukałem Cię – odpowiedział krótko, ale w stu procentach zgodnie z prawdą. Wolał teraz nie wplatać w rozmowę sarkastycznego komentarza w stylu „a szedłem sobie przez las ze smakołykami dla babci”. Nie spodziewał się po niej w tej chwili mocno sensownych odpowiedzi. Zadał te pytania tak machinalnie, próbując się odnaleźć w tej niecodziennej sytuacji. Mógł przewidzieć, że jej słowa będą krążyć wokół zwrotów typu „nie wiem”, „czemu mnie pytasz” albo, w najgorszym przypadku, „kim jesteś”. Rzeczywiście, śpieszyło mu się pomiędzy zadawaniem idiotycznych pytań. Kiedy znajduje się zmarzniętą osobę w lesie nie siada się na pobliskim pieńku, nie nabija, potem zapala się fajki i rozpoczyna się z nią długich filozoficznych dyskusji na temat sensu życia. Trzeba było działać szybko.
- Co? – zapytał, bo to on w tym momencie poczuł się skołowany. Przepraszam było ostatnim słowem, które spodziewał się w tej chwili z jej ust usłyszeć. Zmarszczył brwi, przyglądając się kobiecie. Z drugiej strony… To była cała Walker. Gdyby był to ktokolwiek inny, Jacob pomyślałby, że musiała się mocno uderzyć w głowę gdzieś po drodze na dół. Ale odkąd ją poznał, zdążył zauważyć, że przepraszanie to jej pierwszy odruch w większości sytuacji. Czemu więc nie i w tej. – Za co Ty mnie próbujesz przeprosić? – żachnął się, trochę agresywniej niż zamierzał. Jednak czasami go ta jej postawa doprowadzała do szewskiej pasji. Nieciężko było to zrobić, ale ona miała w tym wyjątkową wprawę. – Tak, bo to ja spędziłem co najmniej kilka godzin leżąc na zimnej ziemi w lesie – powiedział i gdyby był trochę bardziej melodramatyczny to z pewnością przewróciłby w tym momencie oczami. Tak ograniczył się do wymownego spojrzenia. – Masz mnie za debila? – spytał, spoglądając na nią z powątpiewaniem. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Prędzej by chyba uwierzył, że przetransportowało ją tu stado wróżek, żeby jednorożec mógłby wypić trochę jej krwi, dzięki której miał piękną i lśniącą grzywę. – Walker, przestań pierdolić, proszę Cię – powiedział bez ogródek, bo naprawdę jego cierpliwość się skończyła. Normalni ludzie byliby w tym momencie pełni empatii i współczucia, ale nie Wardwell. Miał dość tego, że próbowała mu pokazać, że wszystko jest w porządku. Siedziała, wciąż przykryta częściowo liśćmi na ziemi, a ręce i nos miała ubrudzone krwią. Nic z tego nie wskazywało na „w porządku”. – Wstajemy teraz i idziemy do mnie do domu – zadecydował. Siedzenie dalej w lesie i marznięcie donikąd ich nie zaprowadzi. Co najwyżej by ich jakieś zwierzę zjadło albo ktoś by spróbował ich zamordować. W końcu to Berrylane. Ujął ją za obie dłonie i doprowadził do pozycji pionowej. – Jesteś w stanie sama stać? – zapytał, chociaż wyraźnie widział, że ciężko jej przychodzi stanie nawet jak trzymał ją za ręce. Spodziewał się usłyszeć zaraz „tak, jak najbardziej. Przepraszam”. Chyba by wtedy nie wytrzymał i zaczął krzyczeć.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-10-22, 13:37   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Samo to, że ją szukał zadziwiło ją bardziej, niż pewnie większość normalnych osób. W zasadzie ktoś mógłby uznać, że jego odpowiedź była oczywista, ale nie Lilianne. Po prostu nadal żyła w przeświadczeniu, zgodnie z którym, kiedy już miała się zgubić, to mogła zostać znaleziona tylko przypadkiem. Jak kilka lat temu, podczas wypadku, w którym brała udział. Gdyby sama nie obudziła się przy samochodzie i nie ruszyła przez las, aż na kogoś nie natrafiła, najpewniej nie byłoby jej teraz. Przyzwyczaiła się więc do tego, że w razie takich sytuacji, sama musi zregenerować się na tyle, aby stanąć na nogach i doprowadzić się do porządku. Tym czasem było inaczej i cóż, nie wiedziała, jak ma się zachować. Drgnęła nieco, kiedy Jacob dość nerwowo zareagował na jej przeprosiny. To z kolei sprawiło, pewnie całkowicie odwrotnie z jego założeniami - że jeszcze bardziej chciała go przepraszać. Przecież... miała za co.
— Nie wiem... za kłopot? Fatygę? — zaplątała się nieco. — Za to, że nie było mnie w domu, gdy mnie szukałeś — dodała po chwili, nieco ciszej. Już miała dodać kolejne przeprosiny, ale tym razem ugryzła się w język. Przynajmniej na ten czas. Tu jeszcze reprezentowała jedynie tą bierną postawę, w której chciała pokazać całemu światu, że nie zamierza stwarzać problemu, jednak Jacob miał to do siebie, że potrafił dość szybko wciągać ją w potyczki słowne i mimo dość kiepskiego stanu, czuła, że wzmianki o leżeniu w lesie na ziemi nie może tak po prostu przepuścić. — No to mi już ten chłód bardziej nie zaszkodzi, a tobie jeszcze może. Nie chcę, żebyś przeze mnie się przeziębił — nie kłamała. Nie wybaczyłaby sobie takiej sytuacji, chociaż trudno było kłócić się z tym, że ciepło jego kurtki wydawało się jej teraz być najprzyjemniejszym doznaniem, jakiego doświadczyła od bardzo dawna. Mimo to czuła się dość niesprawiedliwe, czerpiąc z odzienia jego kosztem. Nie powinien się tak dla niej poświęcać. Może nawet dalej by mu to tłumaczyła, gdyby nie jego kolejne pytanie, które po pierwsze zasznurowało jej usta, bo raczej nie uważała, że powinna na nie odpowiadać - to oczywiste, że za debila go nie miała, a po drugie, było dopiero preludium przed tym, co ma nastąpić, a ją aż ciarki przeszły, gdy przeklął i tym razem w ogóle nie wiedziała, jak się zachować. Nie chciała go martwić. Nie miała prawa go w to mieszać. Z resztą bała się, w końcu mężczyzna grożący jej bronią sam wspomniał imię Wardwella. — A ja ciebie proszę, żebyś dla własnego dobra nie drążył — rzuciła bezsilnie, ale z naciskiem, wciąż chowając twarz, która musiała wyglądać tragicznie. Jednak długo to nie trwało, bo Jacob miał inne plany i nim Lilianne zdążyła je przeanalizować, mężczyzna już pomógł jej wstać. Czuła, jak chwieją jej się nogi, ale oczywiście robiła co w jej mocy, aby to ukryć. Poza tym ta zmiana pozycji sprawiła, że na moment straciła ostrość widzianego obrazu.
— Tak, oczywiście... — odpowiedziała zaraz na jego pytanie, ale co miała powiedzieć? Przecież zaprzeczenie nie wchodziło w grę. — Przepraszam, że sprawiam problemy — dodała odruchowo. Na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka, którą spróbowała rozmasować brudnymi palcami. — Naprawdę nie chcę ciebie kłopotać... mogę wrócić do siebie — mruknęła, chociaż na samą myśl o tym, drgnęła. Przypomniała sobie to martwe zwierze, to, że nie czuła się tam bezpiecznie, ale z tym jakoś sobie poradzi. Ważne, żeby Jacoba trzymać z dala od jej chatki. Od niej samej też by się przydało.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-10-30, 00:06   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


Oczywistym było, że jej szukał. Już wcześniej ustalili, że mu na niej zależy, więc kiedy nie było jej w domu o godzinie, na którą wyznaczyli spotkanie to zaczął się martwić. Za każdą bliską mu osobą wszedłby w las, podążając śladami butów odbitych w wilgotnym podłożu. Lilianne nie była pod tym względem wyjątkowa. Za to pod prawie każdym innym była unikatowa. Innych znalazłby pewnie goniących za psem, który się zerwał ze smyczy albo zbierających grzyby. Przepraszała go za coś, co nie było jej winą. Irytowało go to niemiłosiernie, podobnie jak cała masa innych jej cech. W tym momencie ta wysuwała się jednak na prowadzenie.
- Następnym razem może zacznij od przeprosin za to, że istniejesz – mruknął, nie zdając sobie sprawy, że przekroczył granicę sarkazmu i był w tej chwili już nieco okrutny. Ale może to i lepiej jeśli Walker się trochę oburzy, przynajmniej krew jej zacznie szybciej krążyć i się trochę rozgrzeje. Nawet okrucieństwo potrafiło mieć swoje zalety. Chciał jej po prostu pokazać jak bardzo bezsensowne jest to ciągłe przepraszanie. Przy nim nie musiała się tak starać. Wszystko by jej i tak wybaczył. – Nie przesadzaj, Walker. Wypiję herbatę z whisky i będzie dobrze – machnął na jej obawy ręką. Trochę zimna mu nigdy jeszcze nie zaszkodziło, miał trochę mięśni i tłuszczu, które go chroniły. Ona nie za bardzo. Z resztą, widział po jej minie, że kurtka już zaczęła spełniać swoją funkcję. Martwił się, że dostanie anginy albo zachoruje na grypę. A on nawet by nie umiał jej rosołku ugotować. – Jeszcze o tym porozmawiamy - stwierdził tylko w końcu, tymczasowo dając spokój temu tematowi. Nie oznaczało to jednak wcale, że się poddał. Wręcz przeciwnie, jak już znajdą się wewnątrz czterech ścian to miał zamiar z nią poważnie na ten temat porozmawiać.
- Nogi Ci się trzęsą i trzymasz moje ramię tak mocno, że będę miał siniaki – zauważył, spoglądając na nią wzrokiem zmęczonego człowieka. Nie miał siły już na jej udawanie, że wszystko jest w porządku w tej sytuacji. Było czas i miejsce na zgrywanie silnej, twardej i niezależnej. To definitywnie nie był ten czas. Zacisnął szczękę, słysząc kolejne ‘przepraszam’ i z najwyższym trudem się w tym momencie opanował przed kolejnym sarkastyczno-okrutnym komentarzem. – Mogę poczekać aż znowu się przewrócisz po drodze, żebym nie musiał Cię szukać za 2godziny – tym razem nie dał rady już się pohamować. Nie istniała nawet najmniejsza szansa, że puści ją teraz gdziekolwiek samą. A już w szczególności do jej domu. – Wskakuj mi na plecy i idziemy do mnie – poinformował ją. Nie pytał o zdanie, nie prosił o komentarz. Mówił jak będzie.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-10-30, 02:08   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Jacobowi pewnie byłoby na rękę, gdyby jego słowa wywołały w niej złość, ale w obecnym stanie raczej ją zmieszały, a także dały do myślenia. Gdyby powiedział to ktoś inny, pewnie głównie zamknęłaby się w sobie, ale, że powiedział to Wardwell, nieoczekiwanie dotarło do niej, że naprawdę musiał być na nią zły. Nie, żeby jej się taki stan rzeczy podobał, bo trochę nie bardzo wiedziała, jak z tym sobie poradzić. Ludzie rzadko byli na nią źli. Owszem, wielu opryskliwych i chamskich poznała, ale tymi się nie przejmowała szczególnie, pogodziła z taką koleją rzeczy i próbowała ignorować. Jacoba natomiast nie mogła. To znaczy mogła, ale nie chciała go wrzucać do jednego wora z mieszkańcami Berrylane, z którymi na dobrą sprawę nie miała zbyt wiele wspólnego.
— Jeśli tego chcesz — wiedziała oczywiście, że jest inaczej, ale co mu miała powiedzieć? Kolejne przeprosiny teraz byłyby skrajną głupotą, zrobienie awantury nie było w jej stylu, a zignorowanie tego... oznaczałoby, że dotarło do niej przesłanie, że nie ma przepraszać. Czuła się jednak winna, więc przepraszać zamierzała i cóż... tymi słowami mogła mu przynajmniej dopiec. W końcu teraz wyszło tak, jakby wzięła jego okrutny tekst na poważnie. — Z miodem — poprawiła go, marszcząc nos. — Herbata z miodem będzie lepsza — doprecyzowała jeszcze, przecierając po raz kolejny twarz. Na ten moment jednak nie ciągnęła tego tematu, bo jeśli coś miało ją zdenerwować, to na pewno ta jego nieustępliwość. Jak na swój obecny stan naprawdę mocno ściągnęła brwi. — Nie ma o czym rozmawiać — mruknęła, ale cichutko, pod nosem, bardziej do siebie, niż do niego. Naprawdę żałowała, że to ona w tej dwójce nie jest rosłym mężczyzną, bo próby ochraniania go z pozycji wątłego kobiecego ciała nie były najważniejsze, szczególnie, że Jacob za punkt honoru obrał sobie sprzeciwianie się współpracy w tym temacie.
— To po co pytasz, skoro wiesz lepiej? — wymsknęło jej się, bo była naprawdę tym wszystkim zażenowana. Widział ją w opłakanym stanie, nie wiedziała, jak się w tym odnaleźć, jeszcze go denerwowała. Teraz nawet zadbała o to, by jej uścisk był słabszy, jakby rzeczywiście miał mieć siniaki. — Szukałeś mnie aż dwie godziny? — zrobiła wielkie oczy, w ogóle nie wyłapując z jego słów tego przekazu, na którym pewnie mu zależało. Poczucie winy w niej wzrastało, a myśl, że gdyby była w niebezpieczeństwie, to on po prostu przez nią też by się w nie wpakował nie dawała jej spokoju. W tym wszystkim nawet nie zauważyła, kiedy zmienił pozycję, a gdy usłyszała o co mu chodzi, zamarła. — Co? — zapytała głupio, marszcząc czoło. — Nie możesz mnie nieść. Jestem ciężka... i brudna... — i masz problemy z nogą. Tego już nie dopowiedziała, uderzanie w jego dumę nigdy nie leżało w kręgu jej zainteresowań. Jakby nie patrzeć znała go też na tyle, by wiedzieć, że otwarte przejawianie opiekuńczości nie przynosi efektów. — A jak ktoś nas zobaczy, to będą na ciebie krzywo patrzyli...
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-10-30, 21:02   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


Zdziwiła go ta miałka odpowiedź na jego komentarz. Zrobiło mu się głupio i zakiełkowało w nim poczucie winy. Zagalopował się i przekroczył granicę, faktycznie sprawiając Lilianne przykrość. To nie był jego cel. Chciał ją trochę rozruszać, usłyszeć od nią jedną z odzywek, którymi normalnie tak chętnie go raczyła. A tu taka zgoda, bezwolna zupełnie. Pluł sobie w brodę, bo nie dość, że był chamem to jeszcze znęcał się nad zmarzniętą, osłabioną kobietą, która spadła ze skarpy. Teraz to on miał ochotę ją przeprosić, ale te słowa nie przychodziły mu tak łatwo ani naturalnie jak jej.
- Lilianne… – zaczął, ale nie miał pojęcia jak kontynuować. Spoglądał gdzieś w bok, bo był tchórzem. Nie chciał jej zranić ani skrzywdzić. Wystarczająco dużo osób już to zrobiło, on nigdy nie miał zamiaru do tego grona dołączać. Próbował jakoś to wszystko ubrać w słowa, co było trudne, kiedy nie miał zamiaru mówić o swoich uczuciach. Nie tu, nie teraz. – Nie miałem tego na myśli, poniosło mnie – wydukał w końcu. Marne przeprosiny, które sprawiły, że poczuł się jak jeszcze większy idiota niż przedtem, choć nie sądził by było to możliwe. A jednak, wciąż potrafił siebie zaskakiwać. – Wiesz o tym, prawda? Ja… Przepraszam – udało mu się powiedzieć to, co chciał i nawet nie bolało. Spojrzał też na nią wreszcie, niepewnie. Jego gniew chwilowo ostygł jakby ktoś zrzucił na niego miskę zimnego budyniu. Jednak teraz mieli ważniejsze problemy na głowie niż to, że Jacob sprawił jej przykrość. Co mu z jej wybaczenia jak Walker tu zamarznie. – Tak, tak, z whisky – powiedział tak jakby się z nią zgadzał, zamieniając to jedno słowo. Dla niego naprawdę kluczowe. Ba, nawet gdyby chciał rzeczywiście napić się herbaty z miodem to nawet miodu nie miał w domu, więc cała ta dyskusja była bezcelowa. Cóż, to jemu przypadła rola rosłego mężczyzny, więc miał zamiar się zachowywać zgodnie z wytycznymi. Czyli nie okazywać słabości i opiekować się Lilianne w sytuacjach takich jak ta. Poza nimi też, ale wówczas miała prawo się z nim nie zgadzać i kłócić. Teraz nie.
- Testowałem teorię – mruknął z przekąsem. Zauważył, że poluzowała swój chwyt, co oznaczało, że będzie musiał na nią bardziej uważać, bo jest szansa, że się przewróci, a on będzie musiał ją łapać. W sumie mógł się spodziewać, że tak zareaguje na jego wypowiedź, ale miał nadzieję, że tym razem zdrowy rozsądek wygra. Rozczarował się. – Nie? Jakieś czterdzieści minut – zmarszczył brwi, ale postanowił tego dalej nie drążyć. – Ważysz mniej niż plecak, już i tak się upieprzyłem po drodze i… – odparował jej argumenty, bo był już przygotowany na jej sprzeciw. Dziwił się, że jeszcze nie usiadła na ziemi i nie powiedziała, że sama sobie poradzi. – A jak ktoś nas zobaczy to mam to w dupie – dokończył bardzo zgrabnie, kolejny raz przy niej przeklinając. Taki miał humor, co poradzić. – Druga opcja jest taka, że przerzucę Cię sobie przez ramię – zaprezentował jej alternatywę, spoglądając na nią wyczekująco. Wątpił by jej się to spodobało, ale jeśli nie wlezie mu na plecy jak panda to bez zastanowienia stanie się Shrekiem dla jej Fiony.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-10-31, 01:23   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Zauważyła, że jej reakcja nie przeszła bez echa. Widziała dokładnie, że pewność siebie, jaką emanował wcześniej teraz zaczynała się kruszyć w posadach i mimo, że naprawdę nie było z nią teraz dobrze, to miała wrażenie, że ten obraz Jacoba zostanie w jej pamięci. Skrzywiła nieco czoło, bo mimo jej słów wiedziała... wiedziała jakoś tak podskórnie, że nie o to mu chodziło, że to tylko pewnego rodzaju prowokacja. Zadziałała jednak w znany sobie sposób, jak zawsze gdy ktoś sugerował, że podobne jego słowom rzeczy - zgadzała się z nimi. Nie dawała satysfakcji próbując pokazać, że jest coś warta. Dawno ten odruch w niej umarł, a została pokora w tym jednym aspekcie życia. Śmiesznie więc, że teraz, widząc co się z nim dzieje, pożałowała, że jednak nie zareagowała inaczej.
— Wiem — powiedziała cicho, niepewnie. Wciąż była w szoku, bo jego przeprosiny naprawdę ją zaskoczyły. — Odpowiedziałam instynktownie. Często ludzie insynuują podobne rzeczy — wyjaśniła, ale jej kąciki ust uniosły się nieco. Nie umiała patrzeć na niego w takim stanie, dlatego zdobyła się na to, co było dla nich pewnego rodzaju normą. — Ale ty nie jesteś taki... po prostu, jak coś ci nie pasuje, to działasz pochopnie. Musiałam dać ci nauczkę — tak to sobie obróciła na własną korzyść, ale w dobrej wierze, bo sądziła, że po prostu w ten sposób będzie im lepiej. Nie mogła przy tym zapomnieć w jakiej sytuacji się znajdowali, miała też świadomość, że sama go podenerwowała i z tego dumna nie była. — Jak taki będziesz, to oddam kurtkę — oznajmiła nieco pewniej, bo batalię z czym należy pić herbatę zamierzała wygrać. Nawet słaniając się na nogach, będąc brudną z ziemi, krwi i lasu ogólnie. Przewróciła jeszcze oczami, ale nie skomentowała tego jego testowania teorii. Przynajmniej ulżyło jej, że nie zmarnował przez nią tyle czasu. — Jak widzę moją wagę też znasz lepiej ode mnie — mruknęła pod nosem, marszcząc go na dźwięk słowa "upieprzyłem". Skarciłaby go w innych okolicznościach, w tych jednak spojrzała na jego ubrania z przejęciem. — Upiorę to dla ciebie — oznajmiła, nie pytała, zaraz odwracając głowę do boku. — To nie miej! Po pierwsze nie chcę, żeby ludzie źle o tobie mówili, po drugie — tu zmrużyła nieco oczy, słysząc jego "ostrzeżenie". — Nie ośmieliłbyś się — dokończyła niby to z przekonaniem, ale jego postawa skutecznie tą jej pewność siebie podkopywała. Nawet jej się wydało, że już miał ją złapać, więc odruchowo chcąc go powstrzymać wykonała jakiś bliżej nieokreślony ruch i gdyby nie jego ręce, już leżałaby na ziemi. — Dobrze, ale tylko na próbę! — ugięła się, czując, że sama w to nie wierzy. Spojrzała na jego plecy, przełykając ślinę. — Tylko kawałek, zaraz poczuję się lepiej — zapewniła, przeciągając tę chwilę, a potem niepewnie położyła dłonie na jego ramionach. — Mam się wdrapać, podać ci nogę? — zgięła jedną w kolanie, ale już jej zażenowanie zaczynało się przelewać i ponownie spanikowała. — To jest durny pomysł, ja nie umiem być noszona — nawet nie miała pojęcia, jak głupio te słowa brzmią, ale wierzyła, że mówi prawdę.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-11-06, 12:29   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


Nie miał zbytniego problemu ze sprawianiem innym przykrości i krzywdzeniem ich. Ba, za to mu przez kilka lat płacono. Nie miewał wówczas wyrzutów sumienia, tak samo jak wtedy, gdy mówił ludziom, żeby się od niego odpierdolili albo raczył ich jakimś mało przyjemnym komentarzem. Jednak w tym przypadku było inaczej. Za nic w świecie nie chciał nigdy skrzywdzić Lilianne, a nawet sprawić jej przykrości. Nie liczył tego razu jak się z nią kłócił, bo tu szło o co innego. Tyle złego ją spotkało w życiu, tak wiele jej odebrano i tak wiele straciła. Widział niejednokrotnie ludzi, którzy się na nią krzywo patrzyli, którzy szeptali za jej plecami. Znał to doskonale, bo niejednokrotnie sam tego doświadczał. Więc wiedział, że wcale nie jest łatwo żyć w takich okolicznościach. Nie czuł wobec niej jednak litości. Raczej miał wrażenie, że ona jest w stanie go zrozumieć jak nikt inny. I dlatego właśnie nie chciał być powodem, dla którego było jej źle, kolejną osobą, która utrudnia jej życie i sprawia przykrość. Ale wyszło jak zwykle.
- Bo ludzie to idioci – prychnął, ale wliczał w tę kategorię też siebie. Zaraz się jednak uśmiechnął słabo na wieść, że robiła to by dać mu nauczkę. Poważnie w to wątpił, ale postanowił nie podważać jej słów. Mieli teraz o wiele ważniejsze rzeczy na głowie. – Możesz spróbować – mruknął z przekąsem, on też nie miał zamiaru się poddawać. Nie raczył jej poinformować, że i tak przegrała, bo miodu w domu nie miał. Przynajmniej było w niej teraz trochę życia i zacięcia. A może ta mała batalia sprawi, że ciśnienie jej skoczy, krew zacznie szybciej krążyć i trochę się rozgrzeje. – Zdecydowanie – stwierdził żartobliwie, nie zwracając uwagi na jej minę. Spojrzał w dół na swoje ubranie. – Umiem prać – powiedział i zmarszczył brwi. Aż tak w niego nie wierzyła? Przecież do pracy przychodził zawsze w czystych ubraniach, więc chyba mogła założyć, że potrafi używać pralki. – Za późno już, od kilku lat mam ich głęboko… gdzieś – tym razem się pohamował i postanowił nie przekląć. Mały progres, ale zawsze coś. Męczyło go już to sprzeczanie się. Nie mogła choć raz go posłuchać i zrobić tego, co w jej interesie najlepsze? Jeszcze wymyślała przy tym tak niedorzeczne argumenty. Kto miałby ich w tym lesie zobaczyć? Chyba Huntsman najprędzej, ale wolał tego na głos nie mówić, bo nie potrzebował spędzać tu kolejnych minut, słuchając o tym, że ma nie wywoływać Huntsmana z lasu. – Chcesz przetestować? – zapytał, unosząc brwi. Zdążyła już chyba go na tyle poznać, żeby wiedzieć, że był do czegoś takiego zdolny. Szczególnie, że im dłużej tym stali, tym jej było zimniej i gorzej.
- Lilianne – żachnął się, gotowy na kolejny wykład, ale zaraz złagodniał. – Po prostu owiń ręce na moich ramionach, a jak Cię podniosę to zegnij nogi tak, żebym mógł je złapać – wyjaśnił jej całkiem spokojnie. Dyskusje na temat tego, że nikt jej nie nosił za bardzo też odłożył na później. Teraz najważniejsze było ruszenie stąd i dostanie się do jego domu.
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-11-06, 22:35   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Skrzywiła się delikatnie, ale nie zaprzeczyła jego słowom. Nawet jeśli faktycznie często była krzywdzona przez innych, wolała unikać nazywania ich idiotami. Nie walczyła o to, by postrzegano ją lepiej, nie potrafiła, trochę się bała i w ostatecznym rozrachunku nie czuła takiej potrzeby, bo co by to zmieniło? Pewnie niewiele... pogodziła się więc ze stanem rzeczy, w jakim przyszło jej żyć. Poza tym trochę się bała, że jeśli raz skorzysta z pomocy, pozwoli sobie na to, aby polegać na kimś w pełni, to później będzie jej trudniej się otrząsnąć, kiedy takiego Jacoba już przy niej nie będzie. Miał przecież swoje życie, swoje zajęcia, a ona po prostu miała to szczęście, że akurat dziś przyjechał do jej domu.
— Wiem, że potrafisz prać — o ile wcześniejsze odzywki mężczyzny mogła zignorować, to na tą nieco się skrzywiła. W końcu nie podważała jego umiejętności. — Po prostu... — tylko w taki sposób mogłaby mu się odwdzięczyć. To brzmiało jednak tragicznie, dlatego wzruszyła ramionami delikatnie i ucięła ten temat, uznając, że może lepiej było się nie odzywać. Tak bardzo nie chciała mu stwarzać jakichkolwiek problemów, a mimo to stale je generowała. Naprawdę dziwiła mu się, że jeszcze nie machnął na nią ręką i nie zostawił samej sobie. Nie tylko tutaj w lesie, a tak ogólnie. — To niedobrze. Poza tym ja też jestem człowiekiem, więc zgodnie z twoją teorią, powinieneś teraz mnie tu po prostu zostawić, nie przejmując się moim losem — nie omieszkała mu tego wypomnieć, chociaż nie miała za wiele siły na takie słowne przepychanki. Mimo to chciała tym samym podkreślić, że jednak tą opinią ludzi należy się przejmować. On powinien. Miał szansę na to, żeby w społeczności Berrylane znaleźć swoje miejsce, a przynajmniej Walker w to wierzyła, jednocześnie czując, że sama jest powodem dla którego te jego szanse mogłyby zmaleć. Nieprzyjemna myśl, ale nie umiała wyplewić jej ze swojej głowy. Dobrze więc, że aktualnie musiała zająć się czyś innym. Nieco się skuliła, kiedy wypowiedział jej imię, ale słysząc instrukcję, pokiwała powoli głową. Nie, żeby się nie stresowała. W zasadzie to krew dudniła jej w uszach, ale robienie scen też wydawało się być tragiczną opcją. Dlatego właśnie przesunęła dłonie dalej, aby owinąć nimi jego ramiona, tak, jak mówił. Nieco ją zmroczyło w chwili, w której zajęła dobrą pozycję i w zasadzie mimo swoich obaw nim się zorientowała, siedziała mu już na plecach.
— Nie duszę ciebie? — zapytała zaraz kontrolnie, poruszając znów nieco dłońmi, ale jednak w obecnym stanie miała na tyle mało siły, że jednak musiała pewniej go nimi objąć. Mimo to bała się, że będzie to dla niego niekomfortowe, więc odgięła się nieco w tył... licząc, że tak będzie lepiej, bo nie będzie go osaczać swoją obecnością. Tylko, że w rezultacie zachwiała się tak mocno, że pisnęła pod nosem i natychmiast przywarła do jego pleców. — Przepraszam! — skwitowała szybko, zanim jej się oberwało. — I za to przepraszam też przepraszam... um, wiesz o co chodzi. Ostatnio przeze mnie masz pełne ręce roboty, więc przepraszanie przychodzi mi najłatwiej. — wyjaśniła, a po chwili ciszy zdobyła się na jeszcze jedno pytanie. — Jesteś na mnie zły?
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-11-11, 19:17   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


On nie miewał oporów przed nazywaniem ludzi idiotami czy też określaniem ich znacznie gorszymi epitetami. Naprawdę nie zależało mu na tym, żeby go w miasteczku lubiano, gdzieś miał to jak mieszkańcy go oceniali i co o nim sądzili. Nie potrzebował ich aprobaty, żeby mu się dobrze żyło. Najlepiej by było jakby dali mu święty spokój i przestali wpychać nosy w jego sprawy, dali pracować w spokoju, nie pytali o jego blizny, o wojnę, o utratę brata lub to, że był sam ani o nic innego. Istniało bardzo małe grono osób, na których opinii mu zależało. Lilianne do niego należała, nawet jeśli Jacobowi niespecjalnie wychodziło okazywanie tego. Nie mógł znieść myśli, że coś mogłoby się jej stać. A odkąd się znali przydarzyło się jej niemało. Ledwo był w stanie uwierzyć w to, że udało mu się ją odnaleźć nim stało się coś naprawdę złego.
- Lilianne – mruknął tylko, bo ta próba złapania go za słówka nie była nawet urocza. Przecież było jasne, że nie wrzucał jej do tego samego wora, co tych ludzi. Z resztą, nieważne kogo by znalazł w lesie, pomógłby mu. Więc teraz ten jej komentarz był chyba tylko kolejną próbą udowodnienia mu, że nie ma do końca racji. A teraz nie mieli na to czasu, ona sił, a on ochoty. – Może tak, opinią większości się nie przejmuję, Twoją trochę – wyjaśnił jej jednak, żeby nie było żadnych nieścisłości. Był trochę poirytowany, więc wyszło to z niego o wiele łatwiej niż zazwyczaj. Wsadzenie jej na plecy zabrało mu dużo więcej czasu niż zakładał. Całą winę zrzucił na jej niemożliwy upór i niechęć. Ale grunt, że w końcu się udało i mógł ruszyć. Czuł jej wagę, choć na razie mu wcale to nie przeszkadzało. Wiedział, że może to się negatywnie odbić na jego nodze, ale to dopiero za kilka godzin tak naprawdę poczuje, a wtedy, jeśli szczęście dopisze, a Lilianne wykaże się odrobiną rozsądku, będą już u niego w domu.
- Nie – odpowiedział jej krótko, krocząc przez las ze swoistą pandą na plecach. Jej wiercenie zaczęło mu trochę przeszkadzać, bo nie ułatwiało niesienia jej, ale zanim zdążył coś powiedzieć, ona się odchyliła, przez co zmienił się środek ciężkości i mało co, a leżeliby oboje na ziemi. Ledwo udało mu się utrzymać równowagę, a ona chyba oprzytomniała i wtuliła się w niego mocno. W innych okolicznościach byłoby to całkiem przyjemne, bo nikt od dawna tak mocno się do niego nie przytulał. – Nie ruszaj się – skwitował jej przeprosiny nieco ostrzej niż zamierzał. Nic dziwnego, że zaczęła dalej przepraszać, co oczywiście jeszcze bardziej go zdenerwowało. Miał naprawdę ogromną ochotę dać jej wykład teraz jak nie miała dokąd uciec, ale ona kontynuowała. – To przestań w końcu przepraszać i zaakceptuj to – powiedział łagodniej niż wcześniej, choć musiał się mocno powstrzymywać. Nie chciał prowadzić kolejnej dyskusji na temat tego, że nie powinien o nią dbać tylko zająć się kimś, kto bardziej na to zasługuje. – Ja? Na Ciebie? Tylko za to, że nie przestajesz mnie przepraszać – odparł, poprawiając chwyt na jej nogach. Nie był to pierwszy raz jak niósł kogoś na plecach, ale tym razem było jakoś inaczej. W końcu jego relacja z panną Walker nie należała do najbardziej typowych. – Doprowadzasz mnie tym do szału, wiesz? – dopowiedział, jednak nie mógł się przed tym powstrzymać. Zawadził nogą o wystający korzeń i prawie się wywrócił, więc przeklął cicho i zaczął bardziej uważać jak chodzi. Jeszcze tylko tego im teraz brakowało, żeby wylądowali na błotnistej, zamarzającej ziemi. – Cieplej Ci? – zapytał z troską w głosie, bo mogli się kłócić, ale jej samopoczucie było ważniejsze.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-11-11, 20:22   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Zaskoczył ją. Nie dało się tego ukryć i pewnie dlatego też nie potrafiła w żaden sposób jego słów skomentować. Było to miłe, ale przy tym czuła, że nie powinna tak tego odbierać, bo może i te słowa Wardwella brały się jedynie z kurtuazji. Z drugiej strony, czy Jacob był kimś, kto mówił coś tylko dlatego, że tak wypada? Nie, raczej nie... właśnie kiedy ta myśl do niej dotarła, zrozumiała, że kąciki jej ust mimowolnie uniosły się do góry. Nie mógł tego widzieć, ale jej wystarczyło to, że sama była tego świadoma. Myśl, że ktoś miałby przejmować się opinią kogoś takiego, jak ona była przyjemna, po prostu. Nieco bardziej przyjemna od większości rzeczy, jakie ją zwykle spotykały. Raczej przyzwyczaiła się do tego, że jej osoba niewiele zmienia, a to czy jest, czy miałoby jej zabraknąć nieszczególnie odbije się na samopoczuciu kogokolwiek. Nadal oczywiście nie była tak głupia, by wierzyć, że jej istnienie jest jakieś istotne, ale i tak... poczuła się nieco bardziej wartościowa. Może to przez zmęczenie. Szkoda tylko, że jej radość zbyt długo nie trwała, bo dość lakoniczne odpowiedzi Jacoba ją stresowały w ten dziwny sposób, jaki można porównać do tego, co odczuwa dziecko wezwane na dywanik do dyrektora. Uważała siebie za dojrzałą kobietę i nie przypominała sobie, kiedy ostatnio czuła się w ten sposób.
— Dobrze — mruknęła pod nosem, naprawdę skupiając się na tym, aby już się nie ruszać. W końcu nie wybaczyłaby sobie, gdyby jeszcze się przez nią wywrócił. Schowała więc wstyd w kieszeń i trwała taka uczepiona jego pleców. Powtarzała sobie w głowie, by traktować tą sytuację z dystansem, ale i to nie było wcale łatwe. Była wyziębiona, słaba, jej ciało dość entuzjastycznie reagowało teraz na bliskość tego należącego do Wardwella. Cały jej organizm zdawał się ją błagać o to, by oparła polik na jego ramieniu i zamknęła oczy, ale z tym jeszcze walczyła. Dobrze, że Jacob zaczął mówić, bo to ją nieco otrzeźwiło. — Czyli jednak jesteś zły — no skoro tylko za to, że przepraszała... to w dalszym ciągu i tak oznaczało to złość. Wcale nie było jej z tym dobrze. Miała już coś odpowiedzieć, ale zamiast tego pisnęła, kiedy Jacob stracił równowagę i wczepiła się w niego jeszcze mocniej. — Przep... nic nie mówię! — poprawiła się natychmiast. To było jak odruch. Sama wzniosła oczy do nieba, nie chciała go denerwować. W tym wszystkim odruchowo uderzyła delikatnie czołem o jego ramię, no i jakoś... już tak została przez chwilę, pozwalając mięśniom chociaż na moment się rozluźnić. — Tak, dziękuję — odpowiedziała nieco zaskoczona jego pytaniem. To dodało jej nieco pewności. — Wiesz, to taka moja strategia, doprowadzić ciebie do szału, żeby rozgrzać ci krew i czerpać z ciebie, jak z grzejnika — mruknęła niby uszczypliwie, ale oczywiście w formie żartu. Chociaż po chwili westchnęła cicho i faktycznie poddając się zmęczeniu na moment przymknęła oczy. — W każdym razie zaczynam sądzić, że doprowadzanie ciebie do szału, to mój naturalny talent — dodała ciszej, ale nie na tyle, żeby nie usłyszał. Głównie przez zmęczenie mówiła to, co myślała.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-11-16, 20:54   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


Kurtuazyjny na pewno nie było określeniem, którego można było w odniesieniu do jego osoby użyć. Powinna to po tak długim czasie zauważyć. Jacob nigdy nie mówił ludziom tego, co chcieli usłyszeć. Wymagało to jakiegoś poczucia empatii albo chociaż uprzejmości. A on żadnej z tych cech nie posiadał. Mógł udawać, ale koniec końców wychodził z niego chamski gbur, który nie lubi przebywać w towarzystwie większości ludzi. Lilianne i pod tym względem była wyjątkowa, bo jej towarzystwo go tak szybko nie męczyło. Nawet jak się kłócili to nie miał jej dość. Jasne, niezmiernie go denerwowała, ale wciąż chciał z nią spędzać czas. Na myśl, że ma spędzić z nią całe popołudnie pakując pozostałe po budowie płotu materiały nie sprawiała, że miał ochotę przełożyć to na inny, nieokreślony bliżej dzień.
Cóż, Jacob był mistrzem monosylab, które kryły w sobie znacznie więcej niż ich długość wskazywała. Choć w tym przypadku akurat tylko tyle miał na myśli. Musiał się dość mocno skupiać na chodzeniu, bo droga przez las tuż przed zmierzchem nie należała do łatwych bez dodatkowego obciążenia na plecach, które się do tego okazjonalnie wierzgało jak spuszczony z uprzęży źrebak.
- Trochę – przyznał niechętnie, bo nie chciał psuć atmosfery. Już i bez jego komentarzy nie mogło jej być łatwo w obecnej sytuacji. Była zmęczona, przemarznięta, osłabiona i jeszcze do tego przerażona. A jednak nie potrafił się powstrzymać. Może wciąż chciał ją rozgrzewać emocjami od środka, żeby mu nie zamarzła. Skrzywił się nieznacznie, gdy mocniej do niego przywarła, ale po chwili uznał, że w sumie nie jest to takie złe uczucie. Przynajmniej dzięki temu jemu nie było zimno. – Bardzo dobrze – skwitował jej reakcję, uśmiechając się lekko. Dobrze, że jego słowa i gniew w końcu przyniosły jakiś skutek, nawet współgrający z zamierzonym. Nic tylko się cieszyć. - Jak przestaniesz tak wszystkich przepraszać to ludzie zaczną Cię inaczej traktować – zauważył, przestępując nad wystającym korzeniem. – Bo zauważą, że już się tym tak mocno nie przejmujesz czy sprawiłaś im przykrość. Chociaż przykrością w Twoim słowniku jest prawie każde słowo do kogoś innego – kontynuował, prychając cicho na koniec. To że tak jego przepraszała było potwornie denerwujące, ale jak widział i słyszał, że przeprasza kogoś za coś, co nie było nawet jej winą to już krew się w nim gotowała. Przez to ludzie tak nią pomiatali jakby nic nie znaczyła. A może wystarczyłoby kilka lekcji pod tytułem „Jak mieć wszystkich w dupie” od Jacoba Wardwella i sytuacja by się zmieniła. Teraz Lilianne nie miała innego wyboru niż go słuchać, więc mógł bez przeszkód dzielić się z nią swoimi mądrościami. Drgnął lekko, gdy poczuł jej zimny policzek na swoim ramieniu. To już bez wątpienia było przyjemne, choć wmawiał sobie, że wcale nie. – W takim razie świetnie Ci ta strategia wychodzi – odpowiedział mrukliwie, ale się przy tym uśmiechnął. – Też tak uważam – zaśmiał się cicho, aż mu ramiona zadrżały, w stu procentach się z nią zgadzał. Nikomu wyprowadzenie go z równowagi nie przychodziło tak łatwo jak jej. Przyda mu się chyba zapas jakiejś herbaty ziołowej w domu na uspokojenie. –Ale to chyba działa w dwie strony – zamyślił się na chwilę. Poczuł jak blondynka się rozluźnia, więc poprawił chwyt na nogach. – Ej, ej, nie zasypiaj mi tu, Walker – poprosił tak ładnie jak tylko potrafił, czyli nie za ładnie. Ale starał się facet, serio. – Jak odpłyniesz to mi spadniesz – wyjaśnił, choć była to tylko część prawdy. Ważniejsza niż druga, ale tej drugiej bardziej się obawiał. Nie wiedział jak długo leżała na ziemi ani co takiego się tak naprawdę stało, więc obawiał się, że to ogarniające ją zmęczenie to nie ochota na sen, a jakieś zasłabnięcie czy omdlenie. Przyspieszył kroku, krzywiąc się mocno, gdy jego kolano zaprotestowało.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Lilianne Walker


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


Gdy Bóg patrzy gram w kościele, gdy nie patrzy przynoszę alkohol...

i jeśli ktoś strzela, to na pewno nie Kupidyn.

Wysłany: 2019-11-17, 00:55   
  
Lilianne

  
Walker

  

  

  

  

  


  
It's okay... I wouldn't choose me either.

  
25 yo

  
170 cm

  


Może to, że się przyznał w normalnych okolicznościach zepsułoby atmosferę, ale w aktualnej sytuacji wywołało na ustach Walker delikatny uśmiech, o którym Jacob nigdy nie miał się dowiedzieć. Nie, żeby cieszyło ją to, że Wardwell mógł być na nią zły... chodziło o szczerość. Ceniła ją, bardzo. Często łapała się na myśli, że coraz mniej jest jej w relacjach międzyludzkich. Miała czas wyłapywać te niuanse, w końcu zwykle stała z boku, przyglądając się tylko innym, a niekoniecznie uczestnicząc w interakcjach ze społecznością Berrylane. Od dawna trwała tak w cieniu, przywykła do tego, że to jej miejsce, znacznie trudniej było się odnaleźć w tych chwilach, kiedy nie miała gdzie się schować, tak jak teraz, bo chociaż świadomość, że Jacob jej nie widzi powinna pomagać, to jednak okoliczności w których się to odbywało niekoniecznie sprzyjały zachowaniu spokoju. Nie, żeby wmawiała sobie nie wiadomo co... była świadoma tego, co doprowadziło ich do podobnego położenia. Głupota. Jej własna. Tylko przez nią Jacob niósł ją teraz na baranach i nie zamierzała doszukiwać się w tym czegokolwiek poza technicznym sposobem doprowadzenia jej z punktu A do punktu B. Przynajmniej tak to sobie racjonalnie tłumaczyła, bo koniec końców była też kobietą, która niekoniecznie przywykła do bliskości z drugim człowiekiem. Owszem, te ponad trzy lata temu zjawił się ktoś, kto w jej życiu znaczył więcej, ale był też pierwszą taką osobą i nim dokładnie nauczyła się, jak to jest być w związku, przyszło jej już opłakiwać ukochanego. No, a wcześniej... abstrahując od normalnych bliskości z obcymi, nawet ze strony rodziny nie miała co liczyć na zwykłe uściski, nie mówiąc o noszeniu. Była zatem... wypaczona, mocne słowo, ale ze wszystkich przymiotników to uznawała za najbardziej trafne. Dlatego tak dosadnie doceniała to, co Jacob dla niej robił i dlatego też... była tak na siebie zła, że musiał tracić czas na pomoc komuś takiemu, jak ona.
— Mówisz? — podchwyciła jego wywód, ale jednak kompletnie się z nim nie zgadzała. — Myślę, że głównym problemem jest to, że to oni nie przejmują się tym, czy sprawią mi przykrość — normalnie pewnie nie zdecydowałaby się na tak sugestywną wypowiedź, ale na potrzeby nie zgodzenia się z nim, pozwoliła sobie na takie zachowanie. — No i chyba wolę już być tak traktowana, niż przejąć ich strategię działania — odruchowo wzruszyła lekko ramionami. Może była naiwna, może wierzyła, że świat to lepsze miejsce, niż był w nim rzeczywistości, ale wolała w ten sposób. Była samotna, zdana głównie sama na siebie, ale doznała już tyle przykrości ze strony innych, że po pierwsze, gdzieś tam na którymś etapie zaczęła wierzyć, że naprawdę na nie zasługuje, a po drugie... znając ból, jaki potrafi sprawić człowiekowi drugi człowiek, nie umiałaby pogodzić się z myślą, że sama potraktowała kogoś w ten sposób. Po prostu, wtedy sama byłaby podła, a co za tym idzie, zapracowałaby sobie na piętno okrutnika. Koniec końców tkwiła zatem w sytuacji bez wyjścia, ale o tym nie musiała mu już mówić. Nie chciała zalewać nikogo swoimi żalami, wiedziała, że nikt w życiu nie ma kolorowo, a cierpienia nie należy porównywać. Nigdy. — Przesadzasz — to jeszcze dodała w tej kwestii, tak samo jak on, prychając pod nosem. Czasem przecież nie przepraszała, zwyczajnie... bała się usłyszeć pretensje z drugiej strony. Kiedy więc czuła, że rozmowa może potoczyć się w tym kierunku, albo ktoś ma do nich prawo, odruchowo przyjmowała pokorną postawę. No, a jak tu takiej nie czuć, kiedy ktoś musi ciebie nieść? W dodatku czuła jeszcze dodatkowe wyrzuty sumienia, te do których nie chciała się przyznawać przed samą sobą. Bo powinna myśleć tylko o tym, kiedy odciąży Jacoba, a tym czasem... łapała się na myśli, że jest to przyjemne. Ciepło drugiej osoby. — Powinieneś zaprzeczyć — mruknęła niby markotnie, ale było to teatralnym zagraniem. — No, ale skoro nie zaprzeczyłeś, to i ja tego nie zrobię — dodała w chwili, w której mężczyzna uznał, że działa to w dwie strony. — Ale uważaj... jak kiedyś faktycznie doprowadzisz mnie do szału, takiego prawdziwego, to świat może się zatrzymać... nie wiem, czy chcesz brać za to odpowiedzialność — dodała już co by nie powiedzieć nieco sennym głosem. Po prostu była zmęczona, osłabiona, on był ciepły. Tak to sobie tłumaczyła. — Wcale nie zasypiam — wydukała mijając się z prawdą. — Spokojnie... nie byłabym w stanie tak tutaj zasnąć — dodała niby wierząc w szczerość tych słów, ale jednak powieki miała takie ciężkie. — Po prostu... jak nie mówisz... to troszeczkę się wyłączam — wyjaśniła i tą kwestię, ale trudno było stwierdzić, czy jest to faktyczną przyczyną. W końcu rozmawiali, a ona naprawdę wierzyła, że to tylko taka chwilowa senność, która za sekundę, bądź dwie minie. Nie chciała robić sobie przed nim wstydu.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Lilka
MULTI: Jasmine, Lavender, Camellia, Francis & Maxwell
 
jacob wardwell


Lives in
white log mews

w Berrylane od kilku miesięcy


barman, mechanik

nie powinien, ale chce

Wysłany: 2019-11-22, 13:39   
  
jacob

  
wardwell

  

  

  

  

  


  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  
32 yo

  
185 cm

  


W dzieciństwie nie brakował mu bliskości, mama i tata nie szczędzili Matthew i jemu uścisków, trzymania za rękę, podrzucania go w powietrze czy innych form okazywania uczuć. Od połowy liceum nie narzekał też na brak bliskości z płcią przeciwną, podobnie jak w późniejszych okresach. Mogłoby się zatem zdawać, że nie miał z nią obecnie żadnych problemów. Jednak wojna i w tym przypadku odbiła swoje piętno na nim, wypaczając jakąś część jego poczucia bezpieczeństwa w pobliżu innych. Nie było tak, że bezustannie obawiał się ataku ze strony otoczenia, choć czasami łapał się na tym, że podświadomie skanuje pomieszczenie, do którego wchodzi i spina się, gdy tylko ktoś do niego podchodzi. Doświadczenia wojenne pozostawiły mu nieufność wobec ludzi, której w gruncie rzeczy nie uważał za coś złego, i coś jeszcze, co już zdecydowanie mniej mu odpowiadało. Po tym jak wybudził się z koszmaru z rękoma zaciśniętymi na szyi swojej kochanki, uświadomił sobie, że może stanowić zagrożenie dla kobiet, do których się zbliża. Przez to stał się bardziej ostrożny w kontaktach z nimi. Wciąż nie próżnował i nie stronił od nich zupełnie, bo chwilowa intymność dawała mu pewne poczucie normalności, a także pozwalała zapomnieć. Nauczył się jednak, że nie może zostać na noc ani zasnąć przy nich. Koszmary, które wracały do niego każdej nocy i które w tej chwili witał już niczym starych znajomych, były jego sprawą. Nie mógł nimi obarczać kogokolwiek innego, a już na pewno nie mógł pozwolić sobie na powtórzenie tamtej sytuacji. Więc bliskość i intymność znacząco zmieniły swoje znaczenie w jego życiu. Tak więc, także dla niego, ta sytuacja nie powinna należeć do komfortowych. A jednak, nie czuł się źle z tym, że Lilianne była tak blisko niego, w sposób, który nie miał się skończyć w łóżku. Bardziej martwiło go obecnie to, w jaki sposób znalazła się u stóp skarpy oraz tym czy nic jej się nie stało.
- Po części się z tym zgadzam, jednak jeśli zauważą, że ich słowa Cię nie ruszają to nie będzie im się chciało tracić energii na sprawianie Ci przykrości – podzielił się z nią swoim punktem widzenia, który był mocno osadzony w jego sposobie postrzegania świata i tym jak ludzie się do niego odnoszą. Empatia nie była jego mocną stroną, więc ciężko było mu wczuć się w to jak blondynka widziała swoje otoczenie i jak się w nim poruszała. – Naprawdę? Nie macie takiego powiedzenia w kościele „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”? To chyba całkiem by uzasadniało takie podejście – jego wiedza o kościele była bliska zeru, jeśli nie ujemna. Jego rodzina nigdy nie była religijna, mama chodziła do kościoła tylko dlatego, że tak wypadało, a ojciec miał to zupełnie gdzieś. W związku z tym Jacob bywał w kościele jedynie jako dziecko, podczas pogrzebów albo ślubów. Potem miał już to wszystko głęboko gdzieś. Podobnie jak ludzi, ich opinię i to jak mogą się poczuć przez jego słowa. – Przeprosiłaś mnie za to, że Cię znalazłem – zauważył jedynie z przekąsem. Dla niego przepraszanie było prawie tak trudne jak nawlekanie nitki na igłę po pijaku. Jej przychodziło równie łatwo jak oddychanie i robiła to, jego zdaniem, z podobną częstotliwością. Obie postawy nie były za dobre i oboje powinni dążyć do czegoś po środku, ale chyba byli na to zbyt uparci. – Tak uważasz? Że świat się zatrzyma jak się naprawdę wkurzysz? – zapytał żartobliwie, spoglądając pod nogi. Wiedział gdzie się znajdują i jak daleko mają jeszcze do jego domu. Zaczął już czuć nadchodzący ból kolana, które cicho protestowało co jakiś czas. – Wcaleee – mruknął przeciągle, starając się nie pokazać, że się czegokolwiek boi. Jeszcze ta jego wewnętrzna panika by na nią przeszła, a tego nie chciał. Potrzebował znaleźć jakikolwiek temat, dzięki któremu Lilianne z nim zostanie, przytomna. – To może skorzystamy z tego, że przed nami jeszcze kilkanaście minut marszu i opowiesz mi jak to się stało, że Cię znalazłem w lesie? – zapytał, kiedy dopadło go olśnienie. Tak usilnie wymigiwała się od odpowiedzi wcześniej, że musiało to być coś, o czym nie chciała mówić. To powinno ją ożywić, chociaż na chwilę. Lepszego pomysłu nie miał. Nagle poczuł jak kolano się pod nim ugina. Syknął cicho z bólu i natychmiast to skorygował, ale kolejny raz znaleźli się niebezpiecznie blisko spadnięcia prosto na wilgotną ziemię. Miał nadzieję, że Walker tego nie zauważyła.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: rowan | safiya | leopold | poppy | irving | jalena
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 5