menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Alabaster
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-06, 13:03   Alabaster
  
Berrylane


Alabaster
  
[Profil]
 
 
Rocco Ferreira


Wysłany: 2017-12-20, 19:37   

Rocco może nie wyglądał na człowieka, którego można posądzić o czytanie książek, ale od czasu do czasu nawet jemu dobra lektura nie zaszkodzi. Szczególnie że połączenie internetowe na tej wiosce można było rozpatrywać w kategoriach nieśmiesznego żartu, więc Ferreira musiał znaleźć jakąś alternatywę. Tak na poważnie, to łaził po mieście, szukając jakiegoś sklepu, w którym będzie mógł zaspokoić swoje chore hobby i zakupić puzzle. Stoisko z używanymi książkami, mimo że nie specjalizowało się w dziedzinie obrazkowych układanek, to wyglądało jako potencjalny sprzedaży takich wynalazków. Niestety Rocco straszliwie się zawiódł, bo choć rozglądał się przez kilka minut, a nawet zniżył się do takiego poziomu, że w akcie desperacji spytał o puzzle sprzedawcę, to nie znalazł niczego, co mogłoby spełnić jego wymagania. Skoro jednak i tak już tu był, to może rozejrzy się za jakąś lekturą. Sam nie pamiętał, kiedy miał w rękach coś do czytania, co nie było policyjnymi aktami, wiec takiej okazji nie mógł przepuścić, tym bardziej że wszystko było po dwa dolary, czyli tyle, co nic. Grzebał więc między pułkami, w poszukiwaniu czegoś, co go zaciekawi. I tu zaczynała się zabawa, bo nic mu nie pasowało. Przez pierwsze kilka minut przedzierał się przez jakieś babskie romansidła, których brzydził się nawet dotykać. Później przyszła pora na kryminały. Niby ciekawe, ale kryminały to on miał na co dzień. Fantastyka? Nie, bajki dla dzieci też go nie interesowały. Biografie? Zazwyczaj były o ludziach, którzy byli już martwi i ta świadomość jakoś nie napawała go optymizmem. Więc grzebał głębiej i głębiej, a nóż trafi się coś dobrego.
[Profil]
 
 
Gabriel Wallsh


Wysłany: 2017-12-20, 20:17   

Ciężko było nazwać Gabrysia molem książkowym. Z całą pewnością nie zaliczał się do osób które czytały książkę za książką. Lubił czytać, co do tego nie było wątpliwości. Niemniej jednak nie czytał on każdej książki, która wpadła mu w ręce. Nazywał się książkowym koneserem i starannie wybierał powieści, które miały zdobić jego półkę. Miał całkiem porządną mini biblioteczkę w mieszkanku, które wynajmował. Nie można było powiedzieć, że kolekcja była szczególnie duża, ale na pewno było w niej wiele ciekawych pozycji. Czytał jednak kiedy miał na to czas i ochotę. Nic bowiem w życiu nie robił na siłę.
Gdy skierował się do antykwariatu nie miał w zamiarze zakupu książek. Poszedł tam, gdyż chciał sprzedać to, co jedynie zajmowało miejsce w jego domku. Nie potrzebował książek, których i tak nie czytał, a parę groszy zawsze się przyda. Pieniążki mógł bowiem wydać na coś ciekawszego, jak chociażby alkohol, przy którym lubił się relaksować.
Szperał i szukał jakiejś ciekawszej pozycji, gdyż gdy już zajrzał do antykwariatu to mógł nieco pobuszować. Oczywiście gdy już zobaczył, za jaką cenę można było kupić dobrą książkę, to nie mógł wyjść z tego miejsca z pustymi rękoma. Od razu rzuciły mu się w oczy jakieś horrory, których był wielkim fanem. Nie wiedział, na ile mógł sobie pozwolić, ale nie przeszkadzało mu to. Zdążył już zgarnąć Draculę, z czego strasznie się cieszył, chociaż książka nie była w świetnym stanie. Zawsze jednak chciał to przeczytać.
[Profil]
 
 
Rocco Ferreira


Wysłany: 2017-12-28, 22:58   

Rocco przewalał książki już od dłuższego czasu, zrobił na pułkach syf, jakiego ten sklep jeszcze nie widział. Ale to nic, on i tak nie będzie tego sprzątał, więc czym się tu przejmować. W międzyczasie do sklepu wszedł jakiś pedzio. Skąd wiedział, że to pedzio? Otóż nie wiedział, ale gość był jakiś taki dziwny. Trochę za bardzo przylizany, trochę za dobrze ubrany i w ogóle jakiś taki dziwny, więc Ferreira założył, że był to pedzio. Nie to żeby on miał coś do gejów. Może nie był ich fanem, ale też mu jakoś specjalnie przeszkadzali. Uważał jednak, że rzeczy trzeba nazywać wprost i dlatego pedzio był dla niego pedziem, a nie jakimś homoseksualistą, jak to określają ich politycznie poprawne media. Tak czy siak, gość przylazł tu z całą stertą książek, więc musiał znać się na rzeczy. Zdesperowanemu i będącemu na skraju załamania nerwowego policjantowi przeszło przez myśl, żeby zapytać go o jakieś rekomendacje. Owszem mógł zapytać właściciela, ale stary dziad będzie chciał coś na siłę sprzedać. Dobra, raz się żyje stwierdził w myślach. Stanął po drugiej stronie niskiej półki, przy której był mężczyzna.
- Witam. - zaczął. - Wygląda Pan na oczytanego, a na pewno na bardziej oczytanego niż ja. Może Pan coś polecić? Nie nogę się na nic zdecydować.
[Profil]
 
 
Gabriel Wallsh


Wysłany: 2017-12-29, 16:46   

Normalnie nie interesowało go, jak nazywany jest przez mieszkańców Berrylane. W końcu z początku, gdy się tu przeprowadził, to nazywany był dilerem, bo miał ten swój sklepik z leczniczą maryśką. Nic dziwnego, bo mieszkańcy stanowili dość zamkniętą i zacofaną społeczność i jedynie młodsze pokolenie cechowało się pewnego rodzaju otwartością na różne rzeszy. Dlatego też przyzwyczaił się do różnych określeń. Jednakże gdyby ktoś nazwał go pedziem otwarcie i prosto w twarz, to zapewne dostałby w swoją. Dlatego też dobrze, że policjant nie odezwał się w taki sposób, bo zapewne wszystkie książki, które Gabryś miał, wylądowałyby na twarzy mężczyzny. On sam nie miał nic do ludzi hetero. Serio nie przeszkadzali mu, chociaż to co robili wydawało mu się całkiem dziwne. Nie określał tego w żaden sposób, nie wypowiadał się i miał to gdzieś.
Spojrzał na mężczyznę, gdy ten do niego zagaił. W pewnej chwili żałował, że nie miał ze sobą słuchawek, bo wtedy udawałby że słucha muzyki i nie musiałby z nikim rozmawiać. Berrylane było dziwne i skoro miało dzieciaka myślącego o byciu umarłym, to mogło mieć też inne indywidua. Mężczyzna nie wyglądał na specjalnie zadbanego, więc po głowie Wallsha przeszła myśl, że może to jakiś bezdomny, ale oni raczej nie zaczepiali by ludzi w środku antykwariatu. No ale cóż, głupio było się nie odezwać, skoro już się na niego gapił.
A ma Pan jakiś wybór, czy w ogóle nic nie wpadło w oko? – zapytał, odkładając na półkę książkę, którą pochwycił dość instynktownie.
[Profil]
 
 
louisa baker


Wysłany: 2018-01-19, 21:17   

siedem

Zmiana unosiła się powietrzu. Baker odczuwała ją z każdym kolejnym oddechem i nie była pewna, co jest jej przyczyną. Spadała razem z deszczem, który na dobre zadomowił się w Berrylane? Przyleciała wraz z chłodniejszym wiatrem? Zjawiła się w towarzystwie jej siostry, a może w akompaniamencie dawnych miłości powracających do miasta? Louisa celowo wrzuciła samą siebie w wir pracy i obowiązków domowych, poza tym czytała w każdej wolnej chwili, jej umysł nieustannie dostawał odpowiednią pożywkę, by nie odpływać zbyt daleko, by nie zastanawiać się nad czyhającą zmianą.
Kolejnego deszczowego dnia Arthur, w drodze na uczelnię, podrzucił Louisę w okolice centrum. Zdążyli jeszcze zamienić kilka zdań przy pracującym silniku, zanim Louisa pocałowała mężczyznę i wysiadła. Stała jeszcze chwilę na chodniku, trzymając rozłożony parasol i obserwowała znikający za zakrętem samochód. Delikatny uśmiech błąkał się po jej twarzy. Miała prawo do odrobiny zadowolenia po ostatnich przykrościach. Naiwnością byłoby twierdzenie, że żyło im się teraz idealnie. Baker chwytała się jednak pewności, że zależy im na sobie w równym stopniu. W końcu zgarnęła grzywkę z twarzy i ruszyła przed siebie, ale marsz nie potrwał długo. Natknęła się na sklepik z używanymi książkami. Nie potrafiła przejść obojętnie obok podobnych miejsc. Stanęła pod markizą i złożyła parasol. Jej spojrzenie niedbale przesunęło się po grzbietach. Najpierw pobieżne oględziny, chwila zawahania i już zdecydowała się na odpowiednią półkę. Wyjmowała tytuły, przeglądała je i zamieniała na inne. Książki przysłaniały Lou otaczającą ją rzeczywistość.
[Profil]
 
 
Sawyer Rosenthal


Wysłany: 2018-01-20, 10:41   

    #3
Nic nie mogło się zmienić. Do Sawyera dotarło to, kiedy wreszcie opadły emocje po spotkaniu z Lou. Długo bił się z myślami czy nie skorzystać z okazji, którą podsuwał mu los, ale później przypominał sobie o tym, dlaczego zrobił to, co zrobił te kilka lat temu. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Owszem, miał pieniądze i lepszą pozycję niż w przeszłości, ale to stawiało go w jeszcze gorszym położeniu. A łącznie z nim również jego bliskich, których wolał trzymać od swoich spraw jak najdalej tylko mógł, dlatego postanowił zrezygnować z prób odzyskania kontaktu z Lou. Brakowało mu jej i to cholernie, z czego zdał sobie sprawę kiedy ostatnim razem wpadli na siebie, ale dla jej dobra musiał dalej grać tego złego i trzymać się na dystans. A może po prostu szukał wymówki? Może Lou wtedy, jak i teraz, budziła w nim jakiś irracjonalny lęk? Jeśli tak, teraz był to strach zdecydowanie innego rodzaju niż kiedyś, ale równie, jeśli nawet nie bardziej, silny.
Zwykłe wyjście na miasto. Tak miało to wyglądać. Zamierzał załatwić kilka spraw i wrócić prosto do hotelu, w którym przynajmniej nie groziło mu przemoknięcie. Sawyer należy do tych osób, które od samego deszczu nie znoszą bardziej tylko taszczenia ze sobą parasola, więc zostawała mu wyłącznie kurtka i naciągnięcie na głowę kaptura, co zresztą dziś zrobił. Odcięty od świata przez kawałek materiału, który ograniczał jego widoczność wyłącznie do obrazów na wprost, musiał mieć akurat tego pecha, że miał przed sobą samochód z dwójką osób w środku. Niby nic takiego, normalnie nie zwróciłby na niego szczególnej uwagi, ale od razu rozpoznał jedną z osób, siedzących w środku. Tylko jedno pytanie pojawiło się wtedy w jego głowie - naprawdę? Musiał mieć akurat takiego pecha, żeby ciągle wpadać właśnie na nią? Berrylane chyba nie jest aż tak małe, żeby nie dało się uniknąć częstych spotkań z osobami, które chciałoby się unikać, więc dlaczego jemu się to nie udawało. Ok, trudno. Pójdzie po prostu dalej. Miał to zrobić, naprawdę. Ale w chwili, gdy zobaczył tę drobną wymianę czułości, coś go zablokowało. Nie mógł zrobić kroku, nie mógł nawet oderwać wzroku. Poczuł bolesne ukłucie zazdrości, choć przecież domyślał się, że Lou przez te wszystkie lata nie wiodła życia zakonnicy. Ale myślenie o tym, a zobaczenie to co innego. Najwyraźniej nadal tkwiło w nim to chore przeświadczenie, że Lou jest jego i ta jedna głupia scena zdołała przekonać go do zmiany zdania odnośnie tego, żeby trzymać się od niej z daleka.
W ogóle nie przemyślał tego, co zamierzał zrobić. Nie czuł się też źle z tym, że łamał swoje postanowienie. Po prostu podszedł do Baker, z zamiarem odegrania idiotycznej scenki, że niby wpadają na siebie przypadkiem. Bez słowa wyciągnął zza jej ramienia rękę, żeby sięgnąć książkę z tej samej półki, której przyglądała się kobieta. Wtedy też rzucił okiem na jej twarz. - O... Cześć - rzucił niby zaskoczony. - Musimy przestać tak na siebie wpadać - kiedy zyskał jej uwagę, uśmiechnął się zaczepnie i mrugnął do niej.
[Profil]
 
 
louisa baker


Wysłany: 2018-01-20, 19:33   

Jednostajny szum deszczu i litery układające się w zgrabną całość. Dwie rzeczy uspokajające Baker. I kiedy przeczytała pierwszy podtytuł (tylko dla obłąkanych) i pierwsze zdanie pod nim (dzień minął, jak mijają dni), jej usta mimowolnie wykrzywiły się w uśmiechu. Zadowolenie nie trwało długo, bo nim dotarła do końca strony, ktoś oderwał ją od lektury, sięgając do półki tuż przed nią. Chciała cofnąć się bez słowa, ale postać zabrała głos i wcale nie był to nieznajomy. Ręce opadły jej wzdłuż ciała, pociągając ze sobą książkę. Dlaczego tak wytrącał ją z równowagi? Marzyła, aby spłynęła na nią jakaś magiczna siła, która ofiarowałaby jej zdolność do okazania mu obojętności. Zamrugała, odpędzając od siebie wyraźny obraz sceny sprzed kilku lat. Sawyer, Louisa i inna kobieta na zbyt małej przestrzeni. Jakby oczy nie przyjęły tamtego dnia wystarczająco dużo, uszy również dostały swoją porcję. Połykając łzy za budynkiem, w którym doznała tylu chwil szczęścia, zażyczyła sobie jednego. Niech zniknie i nigdy nie wraca. Tajemne siły posłuchały, bo jakiś czas później Sawyer wyjechał. Zniknął z jej życia i z Berry i, pomimo trawiącego ją bólu, krok po kroku wracała do ładu. Wyrobiła w sobie nawyk do omijania miejsc związanych z Rosenthalem, znalazła pracę w Seattle i w końcu zaczęła wychodzić do ludzi. Najbardziej upodobała sobie uniwersytecki światek, w który wprowadził Louisę jeden z dziennikarzy przy okazji ukazania się jakiejś ważnej publikacji. Towarzyska wizyta przemieniła się w fascynację. Wysoko uniesione głowy, bystre spojrzenia i nieustająca walka o zabranie głosu. Wsiąknęła całkowicie i z każdym kolejnym pojawieniem się w tym aroganckim towarzystwie, stawała się coraz bardziej obojętna na jakiekolwiek porywy serca. W takim stanie odnalazł ją i upodobał sobie Arthur.
Rzuciła okiem na tytuł książki, którą trzymał. Podróż w świat. Sama Louisa ominęła tę pozycję, mimo że sympatyzowała z Panią Dalloway. Uniosła brwi i wlepiła spojrzenie w mężczyznę. Trwała tak przez krótką, nerwową chwilę, aż w końcu odezwała się pełnym sceptycyzmu tonem. - Nie sądziłam, że interesuje cię angielski modernizm. - Woolf, naprawdę? Louisa zapragnęła łyknąć tak ładnie zakamuflowaną bajeczkę o przypadkowym spotkaniu. Przyjąć, że miała po prostu pecha i trudno. Jednak bystry rozum robił swoje i nie pozwalał uznać tej prawdy. Po raz kolejny Baker zderzała się z czymś, czego nie mogła wyjaśnić. Jeśli przeczucie było słuszne, jeśli książka została użyta jako pretekst, pytanie brzmiało: dlaczego? Dlaczego znalazł się tuż obok i zagajał, jakby nigdy nie wyrosła między nimi tak niewyobrażalna przepaść? Chciał ją dobić? To, co zrobił te kilka lat temu, spodobało mu się tak bardzo, że zamierzał powtarzać wszystko w nieskończoność? Znowu ta wściekłość. Odwróciła wzrok i trochę zbyt zamaszyście odłożyła trzymaną książkę. Wtedy należała do niego, więc mógł ją skrzywdzić. Teraz było inaczej. - Może zaprosisz mnie na kawę? Pożartujemy trochę, powspominamy. - Uśmiech bez cienia radości, największe osiągnięcie Louisy Baker.
[Profil]
 
 
Hezekiah Caulfield


Wysłany: 2018-05-20, 18:14   

    #6

W ostatnim czasie jego życie było jak dzika przejażdżka rollercoasterem, ale na szczęście zakończyła się, kiedy Hezekiah usłyszał, iż przywódca gangu został pojmany przez policję, a także oskarżony o całe zło, które miało miejsce w Berrylane. Gdy Caulfield o tym usłyszał, nareszcie odetchnął i po kolejnym dniu spędzonym w domu, wrócił do pracy. Zresztą, nie miał innego wyboru, jako że Jim postanowił mimo wszystko wyjechać z miasteczka i pozostawić mu piekarnię, przykazując przy tym, aby opiekował się nią pod jego nieobecność, jak własnym dzieckiem. Rozstanie z szefem wcale nie było dla niego łatwe, bo szczerze mówiąc, zdążył się do niego przywiązać, tak samo jak do jego córeczki, ale rozumiał, że Conelly chciał być teraz z rodziną, dlatego po prostu pogodził się z tym faktem. Poza tym to nie było tak, że ich kontakt miał się na zawsze urwać, gdyż Jim obiecał, że będzie pod telefonem w razie czego. W końcu Hezekiah nigdy wcześniej nie prowadził swojego własnego biznesu, a przecież tak to właśnie wyglądało na papierze, jako że jego szef zostawił mu przed wyjazdem akt własności piekarni, która została przepisana właśnie na niego. Nie krył się ze swoim wzruszeniem i chociaż bał się tego nowego wyzwania, to jednak jednocześnie go ono ekscytowało. Lubił nowe doświadczenia.
Jednakże trzeba było pamiętać, że Hezekiah był nie tylko piekarzem. Przecież prawie każdego dnia pracował nad swoją książką i ogólnie rzecz biorąc, książki i ich czytanie również go interesowało. W związku z tym pewnego dnia po pracy wybrał się do księgarni, mając nadzieję, że znajdzie tam coś, co przykuje jego uwagę. Przy tym przyniósł trzy swoje, które ostatnio znalazł w swoim mieszkaniu zupełnie przypadkiem, a wiedział, że nie będzie już do nich wracał. Miał więc nadzieję, że ktoś inny zabierze je ze sobą do domu i będzie się z nimi obchodził należycie. W każdym razie kiedy już oddał swoje książki, zaczął się rozglądać za czymś, co on sam mógłby przeczytać. Egzaminował skrupulatnie wszystkie półki, jako że miał wolne popołudnie i nie miał nic przeciwko spędzenia tu całego swojego wolnego czasu, aż do zamknięcia. I chociaż to właśnie książki stanowiły dla niego teraz główny punkt zainteresowania, to jednak gdy dziwnie znajoma twarz mignęła mu w kącie oka, nie mógł powstrzymać się przed zerknięciem w tamtą stronę. Z tym, że to przecież nie było możliwe, żeby Hodge zmaterializował się tutaj nagle, w Berrylane. Jednakże im dłużej się przyglądał, tym dłużej utwierdzał się w przekonaniu, że to rzeczywiście był on, więc nic dziwnego, że serce mu stanęło i nawet nie myślał teraz o tym, że nieładnie jest tak się na kogoś gapić. W końcu to był Hodge.
[Profil]
 
 
Hodge Haggstrom


Wysłany: 2018-06-01, 21:34   

    #1
Niewielki mosiężny dzwoneczek zamieszony wysoko ponad drzwiami sklepu zagrał właśnie taką samą wesołą nutę jaką rozgrywał już od dobrych kilku lat. Dźwięk jedynie o sekundę wyprzedzał każdego klienta, który odważył się przekroczyć próg tego osobliwego sklepu. Tym razem do środka wszedł nie kto inny, jak Hodge - dziennikarz na przymusowym urlopie, który starał się odnaleźć swoje miejsce w Berrylane. Zesłany tutaj przez własną redakcję, od dobrych kilku tygodni próbował zrozumieć fenomen spokojnego życia i zastosować go we własnym przypadku. Przynajmniej do czasu, kiedy przed nim nie pojawiły się tajemnicze legendy związane z tym miasteczkiem.
Przez sklep przeszedł pełnym energii krokiem, skupiając swój wzrok wyłącznie na ladzie umieszczonej po drugiej stronie. Już od progu jego twarz ozdabiał niezwykle czarujący uśmiech i utrzymywał się aż do samego końca podróży. Jak to miał w zwyczaju, przywitał się ze sprzedawczynią i pozwolił sobie na krótką pogawędkę, zanim przeszedł do konkretów. - Charlotte, czy udało ci się zdobyć to, o co prosiłem? - spytał jak zwykle uprzejmie. Kobieta nie odpowiedziała jednak od razu. Przez dobrą minutę utrzymywała między nimi ciszę, połączoną z wyrazem zdezorientowania na twarzy. I w chwili kiedy Hodge miał się ponownie odezwał, skinęła szybko głową i natychmiast skierowała swoje kroki wgłąb sklepu.
Oparł się o ladę, pierwszy raz tego dnia mając okazję uważniej rozejrzeć się po lokalu. Jego wzrok głównie przemykał po nierówno ustawionych tomach książek, a przynajmniej do momentu kiedy nie napotkał spojrzenia drugiej osoby. Posłał w kierunku mężczyzny szeroki uśmiech i uniósł dłoń w geście powitania. W tym czasie nie miał jeszcze pojęcia z kim tak naprawdę miał do czynienia. Wszystko w niego uderzyło dopiero po chwili. Ręka powoli i dość niepewnie opadała w dół, a sam Hodge podjął próbę eleganckiego wyprostowania się. Nadaremnie. Zanim jego ciało ułożyło się w linii prostej, ruszył z miejsca, szybko i bez wcześniejszego ostrzeżenia. Dystans między nimi malał w zastraszającym tempie. - Hez - tylko tyle zdążył powiedzieć, zanim zamknął go w silnym uścisku własnych ramion. Wystarczyło zaledwie kilka sekund i już trzymał go na dystans wyciągniętych ramion. - Ile to już lat minęło? Albo wiesz co, nie odpowiadaj. Lepiej mi powiedz co tutaj robisz. Byłem pewien, że po wyjeździe z Nowego Jorku zaczniesz pobijać świat.
[Profil]
 
 
Hezekiah Caulfield


Wysłany: 2018-06-10, 10:15   

Nie miał pojęcia, co powiedzieć, a przecież coś wypadało, tym bardziej, że wcale nie zamierzał uciekać. Chciał z nim porozmawiać, w końcu miał tak wiele pytań, ale nie oznaczało to, że nie odczuwał przed tą rozmową jakiegokolwiek strachu. Ich rozstanie było nagłe i niespodziewane, nie miał więc okazji do tego, by powiedzieć mu, jak się wtedy z tym wszystkim czuł, a poza tym minęło tak wiele czasu… Nie wiedział, jakie słowa będą właściwie albo jak wyrazić to, co podpowiadały mu uczucia, tym bardziej, że nie był pewien czy w ogóle byłoby to mile widziane, pożądane i na miejscu. Nikt mu nigdy nie powiedział, jak zachować się w takiej sytuacji i nie popełnić jakiegoś błędu. Nie był na to przygotowany, bo przecież był pewien, że Hodge mieszka teraz w swoim rodzinnym kraju, tam pracuje i pewnie dawno temu założył rodzinę, w czasie kiedy Hezekiah wciąż poszukiwał swojego miejsca na ziemi. Gdy skierował swoje kroki w stronę Berrylane, nie podejrzewał w ogóle, że spotka go właśnie tutaj, więc nic dziwnego, że właściwie nie do końca w to wierzył. W przeszłości często bywało tak, że miał wrażenie, że widzi go na ulicy czy w jakimkolwiek innym miejscu, ale oczywiście później okazywało się, że to pomyłka. Teraz też tak mogło być, choć teraz Hodge zdawał się być zbyt prawdziwy, aby okazać się kolejnym złudzeniem. Wskazywało na to również serce Caulfielda, które biło w tym momencie o wiele, wiele szybciej niż powinno.
Hodge — powiedział, chociaż jego głos nie wybrzmiał tak pewnie, jak sobie tego życzył. Drżał od emocji, a sam Hezekiah miał małe problemy z oddychaniem, szczególnie, kiedy mężczyzna podszedł bliżej niego. Boże, przecież jak tak dalej pójdzie, to zrobi z siebie tylko idiotę, a przecież nie chciał pozostawić po sobie złego wrażenia po pierwszym spotkaniu po tylu latach. Nie chciał, by mężczyzna pomyślał, że zmienił się na gorsze czy coś takiego, choć pewnie tak by się właśnie stało, gdyby dowiedział się, że wraz z kolegą podpalił komisariat. — Ha, też tak myślałem, ale wyszło trochę inaczej. Wiesz, bywałem trochę w Bostonie, ale tam też nie znalazłem tego, czego szukałem i dlatego zdecydowałem się na powrót tutaj — wyjaśnił, posyłając mężczyźnie delikatny, trochę nieśmiały uśmiech. Było widać, że jest zestresowany, ale chyba niczego innego nie można się było po nim spodziewać w takiej sytuacji. — Lepiej mi powiedz, co ty tu robisz! Ostatnim miejscem, w którym spodziewałem się cię spotkać było Berrylane — o tym, że spodziewał się tego w chłodniejszych krajach niż Stany Zjednoczone już nie wspomniał. Wolał póki co nie przywoływać smutnych wspomnień.
[Profil]
 
 
CALLIE LANGDON


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


jest policjantką na okolicznym posterunku

goni duchy z przeszłości

Wysłany: 2018-07-02, 18:25   
  
Calliope

  
Langdon

  

  

  

  

  


  
`

  
27 yo

  
169 cm

  


#15

Jakoś w tym wszystkim Callie trochę umknął fakt, że już przyszły wakacje, a z nimi niestety również upały. Utrudniało to chowanie się w czarnych ubraniach, więc musiała przywdziać krótkie spodenki na tyłek, w które o dziwo nawet się zmieściła. A skoro już były wakacje, to był też najwyższy czas trochę ogarnąć te kartony wzbogacające przestrzeń jej domku. A kiedy zaczynała je rozpakowywać, oczywiście znalazła kolejne rzeczy należące do Matthew, co tylko ją rozpraszało i przyprawiało o ból głowy. Dlatego musiała się przejść, musiała odpocząć od natłoku myśli i od tej budzącej się w niej powoli potrzeby żeby poznać prawdziwy powód, przez który został zabity tamtej nocy. A żeby to zrobić potrzebowała więcej informacji na temat tutejszych legend i wszystkiego. Część książek miała, ale potrzebowała więcej, dlatego nie mogła iść do zwykłej księgarni czy byle empiku. Potrzebowała książek, które będą mówiły o wydarzeniach miasteczka, napisanych przez ludzi stąd i właśnie tak trafiła na to stoisko, przekopując się przez masę materiałów. Niektóre rzeczy oczywiście brzmiały jak jakiś bełkot szaleńca, więc odkładała je na bok z kpiącym uśmieszkiem, zostawiając sobie na kupce te najbardziej ciekawe i interesujące. W końcu uzbierała się niezła kolekcja i uznała że wystarczy, bo jeszcze trochę i będzie musiała zapłacić za książki z połowy sklepiku i nie będzie miała za co jeść do końca miesiąca. Zapłaciła miłemu panu i z książkami w ręce, obejmując je jak porządna bibliotekarka, przytulając do swojej piersi wyszła ze sklepiku, uważając żeby nie wpaść na jakąś wielką kobietę w drzwiach i zaraz potem mrużąc oczy, bo słońce było naprawdę oślepiające. Spojrzała w bok, na grupkę ludzi tłoczących się przy kartonie z małymi pieskami i... no aż jej dwie książki z samej góry spadły na ziemię, bo patrzyła właśnie na Efrema, trzymającego za rękę małą dziewczynkę - cholera - rzuciła cicho, kucając i od razu podnosząc książki z ziemi, bo nieładnie tak po ziemi nimi rzucać i kiedy podniosła wzrok, jej wzrok napotkał wzrok mężczyzny. Powoli się wyprostowała i uniosła brwi, właściwie... nie wiedząc co ma powiedzieć na widok jego i dziecka...
_________________
[Profil]
  MULTI: scott, elf, wolfie, joey, fin, nora, gal, lea, maia, perry, ada
 
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-07-02, 19:40   

// po wszystkim + styl

Efrem był chyba jednak bardziej wytrwały albo odporny na upały, bo mimo ciepła wcale czerni nie porzucił. W krótkich spodniach też nie chodził, może dlatego, że nie miał takich ładnych nóg jak Callie, albo coś. Kończyło się na odkrytych kostkach i na szczęście na razie jakoś dawał radę handlować z pogodą, choć pewnie nie na długo, bo robiło się coraz cieplej i cieplej, i pewnie w końcu nawet on będzie musiał przyodziać jakieś bardziej letnie ciuchy. No ale o to będzie martwił się później, pewnie już dawno zafarbował przypadkiem większość swoich ubrań na czarno, jak dopiero rozgryzał, jak działa nowa pralka, czy coś. Dobrze, że India miała kolorowe ubranka, sukienki jakieś wesołe i tak dalej, bo by tworzyli pewnie dość mroczny obrazek. A tak to wyglądali całkiem normalnie. Szczególnie, że nawet mieli wesołe miny całkiem, bo mieli dziś dzień wolny. India była na szczepieniu jakimś pewnie i szła teraz dumna z naklejką dla dzielnego pacjenta na sukience, kończąc swoją porcję lodów, które dostała w nagrodę za to, że nie uciekała przed igłą i nawet nie płakała. No jak na trzylatkę to to było spore osiągnięcie, więc wiadomo, że nagroda była potrzebna. Poszli sobie więc też na spacer, aby trochę skorzystać z pogody. Po drodze mała skończyła swój deser i jak Efrem wyrzucał jakiś tam papierek, w którym trzymała wafelek do kosza, to wystarczyła chwila nieuwagi, aby India wypatrzyła wymarzonego pieska w kartonie na ulicy. Było ich kilka nawet i oczywiście chciała najlepiej wszystkie, uparcie ciągnąc go za rękę w tym kierunku, no bo przecież trzeba zobaczyć. Nawet z nią tam podszedł, negocjacje prowadzili właśnie jakieś, oczywiście na tyle, na ile można negocjować z trzylatką, odnośnie tego, że to jednak nie najlepszy moment na pieska. I poczuł wtedy na sobie czyjś wzrok, to zawsze takie dziwne uczucie było, że ktoś Ci się przygląda, więc się rozejrzał dookoła i jego spojrzenie padło na Callie zbierającą książki. Lekko się uśmiechnął na jej widok, ale poczuł się też dość dziwnie, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że przecież nie miała zielonego pojęcia o tym, że ma dziecko. Trochę nie wiedział początkowo, co ma zrobić, ale no przecież nie zachowa się jak skończony frajer i dupek, który ucieknie albo będzie udawał, że jej nie zna czy nie widzi, co nie? Bezsensu by to było totalnie, dlatego powiedział do Indii, że muszą iść się z kimś przywitać, co nie do końca przekonało ją do odejścia od piesków, ale wyjścia nie miała i razem w stronę Callie podeszli.
- Cześć - przywitał się z nią, gdy już znaleźli się bliżej zdecydowanie. - Nie miałyście okazji się poznać, to moja córka India, India to moja przyjaciółka Callie - przedstawił je sobie ładnie, choć India oczywiście też zrobiła to sama, mówić piękną regułkę, że nazywa się India i ma 3 lata, bo przecież wiek jest bardzo ważny, wiadomo. No trochę dziwnie mu było, przyglądał się uważnie jej reakcji na to, że jest tatą takiego małego rozrabiaki, który zaraz po tym, jak powiedziała dzień dobry, chciała wracać do piesków, bo są takie małe i słodkie.
- Pomóc Ci z tym? - zapytał wskazując na książki, które trzymała, bo trochę ich miała, co nie, a on chętnie udzieli jej pomocy, wiadomo. I no trochę nie wiedział do końca co jej powiedzieć ma jeszcze, no bo w sumie z jednej strony nie miał jej się z czego tłumaczyć, a z drugiej jednak strony trochę czuł, że miał.
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

  
[Profil]
 
 
CALLIE LANGDON


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


jest policjantką na okolicznym posterunku

goni duchy z przeszłości

Wysłany: 2018-07-02, 20:43   
  
Calliope

  
Langdon

  

  

  

  

  


  
`

  
27 yo

  
169 cm

  


W sumie miał gorzej, bo był taki super stylowy, że na pewno nie skuszą go jakieś podkoszulki czy inne, krótkie spodenki, które wcale podobno stylowe nie były. W ogóle faceci mieli gorzej, chociażby przez fakt że nóg nie golili i od razy trochę cieplej im przez te futerko było, że nie mówiąc już o tym jakie hodowali na klacie i innych częściach ciała. Idę trochę w słabą stronę z tą rozkminą, no ale, faceci mają gorzej, może na tym lepiej zakończyć. W każdym razie, miał fajny styl i możliwe że był jedną z lepiej ubranych osób jakie Callie znała, na pewno był bardziej stylowy niż ona. Nie ma co sobie wmawiać, że zanim wpadła w depresję i żałobę ubierała się jakoś super fancy, nigdy nie zwracała jakiejś mega dużej uwagi na to czy jej spódnica jest w najmodniejszym kroju tej jesieni, a sukienkę A rozpoznawała na logikę. Nie potrzebowała takiej wiedzy do szczęścia, tak samo jak miliona par obcasów, na które ładnie się patrzyło i od których stopy bolały po założeniu. Nawet jeśli chodzenie na takich piętnastu centymetrach było godne podziwu. No ale, wracając do tu i teraz, gdzie miała zwykłe spodenki i spraną bluzkę, a włosy jakoś tam luźno związane z tyłu głowy żeby jej nie przeszkadzały, nie powinna się teoretycznie w ogóle przejmować tym czy wygląda przy Efremie dobrze czy źle, skoro się przyjaźnili, a przyjaciele mogą się oglądać w worku na ziemniaki i nie powinno to być żadnym problemem. Ale szybko ta myśl uciekła, kiedy zobaczyła outfit dziecka trzymającego go za rękę, no naprawdę się tego nie spodziewała, aż jej było głupio że siedząc w jego samochodzie nie zauważyła czegoś co mogłoby sugerować że jakieś dziecko tym autem sobie jeździ... słaby chyba był z niej policjant! - Cześć - odpowiedziała trochę zmieszana na jego przywitanie, wzrokiem od niego do dziecka przeskakując, no podobna była jednak mała do niego, nawet nie próbowała sobie wmawiać że to na pewno nie jego dziecko. A on zaraz potem też to zresztą potwierdził - łał, córka... - powtórzyła za nim, w szoku mocnym wciąż. I zaraz potem uznała że to chyba trochę dziwne że tak się na niego gapi, z brwiami wyyysooooko w górze - no tak, podobna bardzo do Ciebie - pokiwała głową i zaraz uśmiech posłała jego córce, nie bardzo wiedząc jak z nią teraz ma rozmawiać... dawno nie miała do czynienia z dziećmi, a to na dodatek było dziecko faceta który.... wzbudzał w niej różne emocje - cześć - niepewnie trochę, tym razem do Indii rzuciła, przyciągając nieco bliżej do siebie te książki, trochę jak taki pancerz ochronny je teraz traktując.
- Właściwie... - zaczęła, zerkając to na małą, to na niego - nie no, właściwie to dam radę, a z dziećmi to jednak trzeba mieć oczy dookoła głowy, więc chyba musisz być do ewentualnej interwencji być gotowym, bez obciążenia - rzuciła, z cichym śmiechem, ze zdenerwowania trochę. Sama nie wiedziała czemu tak reaguje - przyszliście kupić pieska? - zapytała za to, starając się na jakieś normalne tory rozmowę sprowadzić, bo speszona się jednak dość mocno czuła.
_________________
[Profil]
  MULTI: scott, elf, wolfie, joey, fin, nora, gal, lea, maia, perry, ada
 
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-07-02, 22:22   

Oj tam, wszystko może być stylowe, jeśli wie, jak się to ubrać przecież! Efrem jakby nie patrzeć najczęściej nosił zwykle t-shirty, a jednak rzeczywiście, był dość dobrze ubranym facetem. Choć nie był też żadną strojnisią jakąś, nie skupiał się na tym jakoś bardzo nigdy, tak już po prostu miał, ubierał się w taki, a nie w inny sposób, bo w tym czuł się najlepiej. A od śmierci Sary czerń zamieszkała w jego szafie na dobre i w sumie to nie bardzo chciał się jej pozbywać, bo w niej jednak czuł się po prostu najlepiej. Tak samo jak nie bardzo chciał golić swoje nogi, no jednak uważał, że u mężczyzn depilacja akurat tej części ciała wcale nie była konieczna.
A Callie niby była ubrana całkiem zwyczajnie, a jednak była i tak bardzo piękna. No i miała super spodenki z Gwiezdnymi Wojnami, na to Efrem na pewno od razu zwrócił uwagę, bo jednak bez dwóch zdań należał do grona zaangażowanych i zagorzałych fanów tej serii. Pewnie by od razu je jakoś skomentował miło, ale no atmosfera była jednak nie do końca sprzyjająca, bo trochę się dziwnie między nimi zrobiło. I trochę mu głupio było, że wcześniej nic jej o Indii nie wspomniał. Po prostu chyba nie było okazji, naprawdę. Dziwnie tak było w ich rozmowę wpleść jeszcze informację, że właściwie to mam dziecko, wychowuje je sam, idzie mi chyba nie najgorzej, co nie? Tak naprawdę do tej pory rozmawiali głównie o bardzo niezobowiązujących rzeczach i trochę głupotach. Dopiero ostatnio trochę się sobie pozwierzali z ważnych rzeczy, ale wtedy też tyle tych informacji i emocji było, że nie było miejsca na to, aby jeszcze dokładać kolejnych wrażeń. Chyba, tak sobie przynajmniej to tłumaczył trochę, chyba usprawiedliwiając się sam przed sobą.
- Nie jestem pewien, czy to dobrze, czy nie, ale dzięki - uśmiechnął się lekko, na jej stwierdzenie, że India do niego podobna była. No ostatnio mu mówiła, że ma taką twarz, że ludzie chcieliby mu się spowiadać z grzechów swoich, także kto wie, jak powinien to stwierdzenie teraz interpretować. - Przepraszam, że wcześniej Ci nic nie powiedziałem - zmarszczył lekko brwi, no takie coś wydawało mu się na miejscu, chyba należało się jej jakieś wyjaśnienie i przepraszam właśnie. - Po prostu jakoś nie było okazji żeby poruszyć tę kwestię - dodał jeszcze, trochę szyfrem mówiąc, żeby India nie zrozumiała wszystkiego i nie zaczęła zadawać dziwnych pytań, jak to dzieci miały w zwyczaju.
- Nie przesadzaj, kilka książek aż tak mnie przecież nie obciąży, żebym sobie nie poradził - zapewnił ją, no bo przecież silny był to uniesie wszystko. A jako samotny tata na etacie miał bardzo podzielną uwagę, bo jednak często był zmuszony robić wiele rzeczy na raz.
- Właściwie to nie, choć India upiera się, że trzeba im wszystkim dać domek i miłość - westchnął z lekkim rozbawieniem, widząc w oczach dziewczynki, że chyba ma nadzieję, że zaraz jej się tatę przekonać uda na chociaż jednego szczeniaczka, a najlepiej pewnie trzy. - Ale u nas chyba na razie na to jeszcze nie pora - dodał dość zdecydowanie, no bo jednak tak było. On miał pracę i miał córkę, którą musiał się zająć i cały dom na głowie, a India była jednak jeszcze stanowczo za mała, żeby się pieskiem sama zajmować. I chyba widziała, że raczej z tatą się w tej kwestii nie dogada, dlatego front nieco zmieniła i pieska Callie zaproponowała, bo na pewno też by go kochała.
Aż Efrem pouczył ją trochę, że przecież nie można nikogo zmuszać do zabierania szczeniaków, a Callie posłał przepraszający uśmiech trochę, no bo jednak przecież presji wcale nie chciał na niej żadnej wywierać. I tak wystarczająco dziwnie się zrobiło.
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 7