menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Między budynkami
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-06, 13:29   Między budynkami
  
Berrylane


Między budynkami
Jeśli lubisz swój portfel lepiej nie skręcaj w tą uliczkę. Ciemne zaułki kryją w sobie wiele zła, nigdy nie wiesz co może ci się przytrafić. Jak Jimowi Grower, który został tu dźgnięty przez Michaela Lusta. Michael do dzisiaj twierdzi że siedział na swojej kanapie i nagle ocknął się w ciemnej uliczce. Nikt nie widział jak wychodzi z domu, nikt nie widział jak wchodził do uliczki. Podobnie Greta Bugs, która ocknęła się w tej samej alejce w sukience całej we krwi. Ludzkiej. Nigdy nie ustalono do kogo należała.
  
[Profil]
 
 
Quentin Diaz
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-23, 03:41   

Wąskie uliczki takie jak ta, dla Quentina i osób pokroju Jaszczurek w większości nie były niczym specjalnym. Ta nie wyróżniała się niczym innym na tle innych uliczek. W całym centrum zapewne jest więcej, niż Quentin zdążył do tej pory odwiedzić. Dla dilerów, ćpunów, złodziei i innych oprychów to jak chleb powszedni. Nie zliczyłby wszystkich wieczorów i nocy jakie spędził w takich miejscach. Czy czekając na klientów i zaopatrując najbliższe przecznice w zielony towar, czy stojąc na tyłach jakiegoś klubu, czy sklepu. Sytuacji związanych z ciemnymi zaułkami ma na swoim koncie dużo więcej, niż te kilka historyjek które krążą na ich temat. Tutaj dowiedział się na własnej skórze o prawdziwości powiedzenia "morda nie szklanka", czy o właściwości rzeczy, które nigdy nie giną, a jedynie zmieniają właściciela. Więc, trochę nieskromnie i dumnie, Quentin mógłby stwierdzić, że dla niego miejsca jak te to nic wielkiego. Nie czuł strachu, ani stresu, jedynie delikatnie rosnącą adrenalinę.
Uczelnia pozwoliła mu dostrzec inny, nowy punkt widzenia co do graffiti i malowania ścian. Na uczelni, gdzie miał potrzebne materiały, odpowiednie warunki i ogólne wsparcie, całość tej formy sztuki stawała się jakby bezpłciowa, mniej wyrazista. Uczucie które prawie zawsze towarzyszyło mu przy puszkach z farbą, adrenalina, presja i podniecenie, okazały się być ważną częścią podczas malowania. Na warsztatach miał więcej perspektyw co do samej treści, ale trochę tęsknił za poczuciem, że łamie zasady. Planował od jakiegoś czasu zajęciem się kolejnej wrzuty w centrum, ale okazja przytrafiła się dopiero kiedy poznał Belle, a ona zainteresowała się jego pracami. Jemu naturalnie trochę to zaimponowało i poczuł się doceniony, więc postanowił, że dzisiaj pomaluje w towarzystwie, co nie zdarza mu się dość często. Wystukał do niej krótkiego sms z zaproszeniem i lokalizacją, bo właściwie nie uzgadniał z Isabelle tego wcześniej, ale pomysł narodził się jakoś do godziny czasu temu. Torbę wypełnioną prawie po brzegi puszkami postawił na kubłach, stanął kilka kroków przed ścianą i powoli zaczął sobie planować sobie układ przyszłego malunku.
 
 
Huntsman


Wysłany: 2017-12-27, 17:16   
  
Huntsman


Nie bez powodu miejsca takie jak to zapadają każdemu w pamięci. Nie bez powodu omija je się szerokim łukiem, nawet gdy jest się człowiekiem odważnym, gdy rzekomo stoi się po stronie zła. Ciemne moce Berrylane zawsze skotłowane były w takich miejscach, czekając na swe przyszłe ofiary. Początkowo Quentin mógł jedynie poczuć zimny chłód paraliżujący całe ciało. Zimny powiew wiatru, nieprzyjemna cisza. Pozbawiona jakiegokolwiek dźwięku. A potem ten śmiech, obrzydliwy rechot, który rozbrzmiał tuż obok niego. Nikogo jednak tam nie było - ani tuż obok, ani gdziekolwiek w pobliżu. Śmiech jednak nie cichł, przybierał tylko na sile a potem milkł na kilka długich sekund. Widać nie tylko ty postanowiłeś skryć się dzisiaj w tej alejce.
[Profil]
 
 
Gilbert Scorsone


Wysłany: 2018-02-23, 21:28   

# Z DOMU W ŚWIAT

Kiedy wracał... Nowy Jork nie spał. W każdym razie powrót do Berrylane był przyjeniejszy. Jego powieki natomiast wydawały się co raz cięższe. Potrzebował snu... Ale przedtem potrzebował znaleźć się w szpitalu. Nie było lekarza prowadzącego, ale kiedy zobaczył, że matka jeszcze oddycha, żyje... Wiedział, że nie ma już szans, żeby to zmienić i nadszedł moment, kiedy należy pojechać po Kimberly. Miała prawo się pożegnać, powinni to zrobić razem.
Zastanawiał się czy powinien zadzwonić do Ginevry, ale doszedł do wniosku, że jest późno, a jej nadwrażliwość ostatnio nie była zbyt dobrym odcieniem ich związku, więc... Zajmie się tym potem. Jak zawsze, prawda? Jak zawsze.
Nieco oniemiał, kiedy dostał się do środka i ruszył przed siebie zamaszystym ruchem, aby jak najszybciej znaleźć sypialnię i legnąć w niej spać. Udało mu się to po kilkunastu minutach. Napisał jeszcze smsa do Avery z adresem, żeby odwiedziła go jak tylko mogła.
Nie spodziewał, że wydarzy się to już na drugi dzień po dwunastej. Akurat wstał. Akurat dostał telefon, że ma gościa i to była jego siostra.
Otworzył drzwi i przygarnął ją do siebie ramieniem, i cmoknął w czoło.
- Jesteś głodna? Skoczę po koszulkę. - rzucił luźno, bo świecił klatą, a od drzwi nie chciał poruszać ciężkich tematów.
[Profil]
 
 
Wanda Paxton
[Usunięty]

Wysłany: 2018-03-11, 00:16   

    [1]


Wracała właśnie z TIN ‘N’ LINT, pomykając pomiędzy budynkami na tych swoich cienkich nóżkach, ubrana w czarną sukienkę i czarny płaszcz, który pośpiesznie narzuciła na siebie przy wyjściu. Rozgrzana alkoholową libacją i dzikim densem przy barze, nie przyodziała nawet szalika, tylko trzymała go w dłoni, ciągnąc za sobą po zimnym betonie. Jej dawna koleżanka z uczelni, blond włosa Tracy czy tam Trinny (nie ważne i tak za nią nie przepadła), zniknęła z jakimś facetem przed czterdziestką, namiętnie stawiającym jej drinki przy barze. I może Wanda nie nazwałaby tego zazdrością, ale po prostu poczuła się jakaś... gorsza w tej sytuacji? Może już wariowała od samotności i braku bolca, albo po prostu za dużo wypiła i wszystkie emocje grały w niej ze zdwojoną siłą. Włożyła rękę do kieszeni i ha! Przynajmniej zwinęła tej całej Tracy szminkę w kolorze wina, no a świadomość tego pozwoliła jej chociaż na moment się zrelaksować.
-Łatwa jędza - pomyślała sobie głośno, biorąc głęboki wdech i przyśpieszając kroku, bo w takim tempie to chyba nigdy nie dojdzie do domu. Co prawda wybrała drogę na skróty, ale nie zmieniało to faktu, że poruszała się chyba 1/h, a przecież mogła założyć wygodne buty... Logika kobiet bywała niekiedy zadziwiająca, bo w sumie po co się starać być jak najlepszą wersją siebie przed nielubianą koleżanką? Ano po to, żeby tej francy kopara opadła, co nie? Zupełnie jej wyleciało z głowy, że idąc tymi mniej oświetlonymi drogami, powinna raczej zachować szczególną czujność, zamiast analizować dzisiejszy wieczór. Przystanęła sobie nawet na chwile i wyciągnęła lusterko z torebki, aby się pomalować nabytym niedawno "łupem". Oczywiście w takowym stanie wyjechała grubo poza linię ust i wyglądała bardziej komicznie niż atrakcyjnie, także już antygwałta sobie załatwiła, w dodatku nieświadomie!
 
 
Vivian Heathcliff


Wysłany: 2018-06-19, 03:02   

(2)


Nadchodzący koniec roku obligował uczniów do poczęcia starań na to by godnie to uczcić. A to, że większość ocen była już wystawiona jedynie zwiększała częstotliwość wszystkich tych domówek organizowanych praktycznie przez wszystkie dzieciaki. A Vivian nie miała zamiaru pozostawać w tyle względem swoich rówieśników. Toteż, zazwyczaj pod pretekstem nocy spędzanych u koleżanek, pojawiała się wszędzie tam gdzie było trzeba. Nie inaczej było tego wieczoru, kiedy to jak zwykle nie mogła odmówić niczego co jej proponowano. Nie pamiętała już od czego zaczęła. Czy to od trawki, czy to od piwa. Wszystko to było już teraz nieważne, bo liczyło się jedynie to jak cudownie cały świat wirował przed jej oczami. Na dodatek wszystko to w rytmach Britney, którą puściła jedna z dziewczyn! Tańczyła na środku jakiegoś stołu, aż niewiadomo w którym momencie zauważyła, że wszystko to ucichło i znalazła się na dworze w towarzystwie już tylko kilkorga roześmianych koleżanek. Z którymi najwyraźniej musiała teraz wracać do domu.
Właśnie zastanawiała się nad tym jak wspiąć się niepostrzeżenie do swojego okna w obecnym stanie, kiedy zauważyła, że otoczenie wokół niej znów uległo zmianie. Całkiem niespodziewanie. Choć mogłaby przysiąść, że dosłownie przed chwilą wszystko działo się jakby w zwolnionym tępie.
Wciąż jeszcze śmiała się ze słów jednej z czirliderek, kiedy to w końcu zdała sobie sprawę, że jest teraz zupełnie sama. I na dodatek nie miała pojęcia gdzie się znajdowała, będąc otoczona jedynie przez zaplecza sklepów. Nie sposób było zlokalizować tą ulicę, choć z pewnością znajdywała się z dala od domu.
Na chwilę oparła się o jeden z budynków, próbując na chwilę skupić myśli, na tyle by piony przestały być poziomami i by mieć choć częściowe rozeznanie w swoim otoczeniu. W końcu nie miała zamiaru skończyć jak jakiś żul, nocując dzisiaj na ławce. A choć brak jakiegokolwiek sensownego oświetlenia nie ułatwiał jej sprawy, to pomimo tego dostrzegła w końcu sylwetkę wyłaniającą się z końca uliczki. Automatycznie ruszyła, o drobinę chwiejnym krokiem w jej stronę, by po paru krokach w końcu się zreflektować. W końcu po Berry krążyli sobie różni psychole. Co jeśli trafiła na jakiegoś Huntsmana albo innego fetyszystę? Prawdę mówiąc nie wiedziałaby wtedy czy powinna płakać czy się cieszyć. No, bo gdyby uszła z czegoś takiego życiem, to co by to była za niesamowita historia do opowiadania. Wnukom i prawnukom. I przy okazji jeszcze ich przyjaciołom czy też listonoszom.
Jednak najpierw trzeba by było z tego ujść z tego w jednym kawałku. Toteż, jakże przezornie, cofnęła się w cień rzucany przez jedną z kamienic. Jakoś nie wpadając na to, że ktokolwiek by tam nie szedł, musiałby być ślepy, by nie zauważyć jej aż do tej pory.
  
[Profil]
 
 
Vincent Heathcliff


Wysłany: 2018-06-19, 22:40   

    #24
Vincent... cóż, Vincent też bywał gdzie mógł. Czasem z własnej, nieprzymuszonej woli, tchnięty jakąś wielką potrzebą zajrzenia do butelki i udawania, że się lubi imprezować, a czasem tylko dla towarzystwa, wiedząc, że to ostatnia okazja żeby spędzić trochę czasu z resztą chłopaków z drużyny, bo chociaż większość ledwo tolerował, to było też kilku takich, których naprawdę zdążył polubić. Czasem przychodził z Iską i we dwójkę podpierali ścianę, a czasem przyciągał Talissę, wiedząc, że dla niej wszelkie imprezowe ekscesy były czystą formalnością. Zdarzało się też, że na tych nieszczęsnych domówkach pojawiał się całkiem sam – z różnych względów, ale w takich sytuacjach przeważnie dawał się wciągać w jakieś towarzystwa wzajemnej adoracji, robiąc dobrą minę do złej gry i świetnie udając, że odpowiada mu ich towarzystwo. W rzeczywistości chodziło wyłącznie o sam akt pojawiania się w takim miejscu i możliwość oderwania myśli od wszystkiego tego, co trapiło go w ostatnim czasie. Vincent zamierzał dołożyć wszelkich starań, aby nie poświęcać swoim troskom wiele czasu – stąd w ogóle pomysł, żeby pozachowywać się jak typowy nastolatek i przetoczyć się przez kilka skromnych domówek.
Ale przyjścia na tą konkretną akurat trochę żałował – nie dość, że zupełnie nie był w nastroju i dał się tu przyprowadzić za namową któregoś z bardziej rozsądnych futbolistów, to jeszcze w pewnym momencie trafiło do niego, że pośród sporego grona znajomych twarzy pojawiła się także siostra. Tak, tak właśnie, siostra, której przecież z całego serca próbował unikać. Chyba nie dopisywało mu za bardzo szczęście. Starał się jakoś jej obecność ignorować, tak jak zwykle, ale wcale mu tego nie ułatwiała tańczeniem na stołach i innymi ciekawymi pomysłami. Trochę go zastanawiało, skąd w ogóle w Vivian się nagle wzięła chęć do błyszczenia w epicentrum imprezy, ale nie planował w jej dzisiejsze szaleństwo ingerować. No, prawie, bo ściana i czerwony kubeczek znudziły go szybciej niż się spodziewał i skończyło się na tym, że kiedy ta zniknęła gdzieś z grupą dziewczyn, z braku lepszego zajęcia po prostu ruszył za nimi. W bezpiecznej odległości i z założeniem, że idzie do domu, ale trochę też się im przyglądając, bo hej, ludzie po pijaku robią śmieszne rzeczy, nie? Coś o tym wiedział.
Sam się niezupełnie zorientował, że w pewnym momencie po grupie nie było ani śladu, po siostrze też niezupełnie. Trudno, mieszkanie, niedokończony obraz i Iska czekały, nic z tym robić nie zamierzał. Z założenia. Bo, oczywiście, gdy tylko idąc sobie w cichości ducha dobrze znajomym skrótem ujrzał nikogo innego, jak gwiazdę wieczoru, to jest taką chwiejącą się Vivian własnie, teatralnie wywrócił oczami, po to by... nadejść jej z pomocą. Pewnie dlatego, że sam zupełnie trzeźwy nie był, bo w normalnych warunkach ani by myślał się do niej zbliżać, prędzej poszedłby dłuższą drogą. Niemniej jednak dogonił ją bez większego trudu, korzystając ze swojej przewagi pod postacią umiejętności zachowania równowagi i rozróżnienia góry od dołu czy prawej strony od lewej. – Mama Cię zamorduje – oznajmił z pełną powagą, niespodziewanie kładąc jej rękę na ramieniu, żeby ją złapać, bo miał wrażenie że prędzej zrobi potrójne salto niż uskuteczni te próby ucieczki od Huntsmana, za jakiego go wzięła. Ani cześć, ani przepraszam, ani robię to bo muszę – tylko ostrzeżenie o morderczych żniwach Pani Heathcliff. Czy było mu jej szkoda? Może troszkę. Chociaż nadal czuł się niesamowicie dziwnie w ogóle do niej mówiąc, a wcześniejszy przypływ odwagi nie zdał się na nic, bo zaczynał mieć coraz większą ochotę jednak się wycofać i zniknąć za zakrętem.
_________________
[Profil]
 
 
Vivian Heathcliff


Wysłany: 2018-06-23, 01:13   

Prawdę mówiąc, o ile Vivian na wszelkich domówkach czuła się jak ryba w wodzie, odkrywając ich uroki już na początku liceum. Tak nie zawsze pozwalała sobie by zabawa aż tak wymykała się spoza jej kontroli. W końcu zawsze po wszystkim trafiała do domu. Swojego lub przyjaciółki. Jedynym czynnikiem, który mógłby zaburzyć jej stan rzeczy, była osoba, która najwyraźniej darzyła ją taką pogardą, by ani razu nie zechcieć nawet kurtuazyjnie zapytać ją o to co u nich słychać,. A przynajmniej nie odkąd sama przestała być częścią „ich”. A przecież miał tyle okazji. Kilkadziesiąt nieodebranych telefonów. I cały ten jej czirliding, na który w pewnym sensie zapisała się by mieć najlepszy widok na niego futbolistów podczas ich meczy i treningów.
Co chwilę przypadkiem na siebie wpadali. I za każdym razem działała na niego równie odpychająco. Dotychczas to ignorowała, jednak tego wieczoru coś w niej chyba już pękło i przestała się oszczędzać, właśnie niedługo potem kiedy jej spojrzenie natknęło się na sylwetkę brata. Nie tyle próbując się popisać, co może raczej zasłużyć na opinię rozwydrzonej smarkuli, którą najwyraźniej musiał o niej mieć. A wraz z każdym kolejnym łykiem z platikowego kubeczka, coraz szybciej traciła kontrolę nad sytuacją. Nic dziwnego, że to nie rozum podpowiedział jej, by niewiadomo kiedy odłączyć się od grupy koleżanek. Tak jak i niewiele myślała zapuszczając się w stronę dzielnicy zamieszkiwanej teraz przez Viniego.
I w gruncie rzeczy w jakiś przebłyskach trzeźwości, Vivian zdawała sobie sprawę z tego, że tam na końcu uliczki, to nie mógł być Huntsman. W prawdziwym życiu nic nie było tak proste jak w tutejszych legendach czy też tanich horrorach. Choć kto wie czy dzisiejszego wieczoru obędzie się bez przelewu krwi?
Mimo pozornego poczucia kontroli nad sytuacją, kiedy to miała ukryć się przed napastnikiem, podskoczyła w górę, czując czyjąś rękę na ramieniu, z trudem po tym lądując obiema stopami na ziemi. Niby wiedziała, że ten oskarżycielski ton mógł należeć jedynie do jednej osoby, to potrzebowałaby się chwili na to by mieć co do tego stu procentową pewność. Obraz przez chwilę dwoił się i troił, nim wyłoniła się przed jej oczami twarz Vincenta.
Rozumiem, że nie możesz być Huntsmanem, bo to byłoby za proste. Ale na prawdę w tej chwili wolałabym zobaczyć Freddy’ego Krueger’a albo już nawet Bukę przed sobą – wymamrotała bardziej do siebie niż do niego, pewnie przeklinając i gubiąc po drodze połowę słów, które miała zamiar wypowiedzieć.
I cześć braciszku, mi też miło móc z tobą w końcu porozmawiać – dodała głośniej już do Heathcliffa, mając już zamiar ruszać w dalszą stronę. A tu nagle jego ręka na jej ramieniu przypomniała jej o sobie skutecznie uniemożliwiając jej próbę ucieczki. I zamiast zwycięsko docierać już na koniec tej paskudnej uliczki, jak przecież z całą pewnością by się stało gdyby nie ten jeden jedyny czynnik, jedynie zachwiała się w jego ramionach, w końcu lądując oparta na jego barku. I jakby dzięki temu zderzeniu z jego ciałem, w końcu dotarły do niej jego słowa. Wytrzeszczyła na chwilę oczy na myśl o mamie, która znajdując ją w tym stanie na ulicy, najpewniej lepiej od seryjnego zabójcy zadbałaby o cierpienie córeczki (w imię rodzicielskiego obowiązku, oczywiście). I nagle zapominając o pretensjach żywionych do osoby brata, rzuciła mu najniewinniejsze spojrzenie, jakim dysponowała, by w końcu, pomimo sporego opóźnienia, odpowiedziała na zesłaną w jej stronę groźbę.
Ale mama się o niczym nie dowie – wieńcząc swoją wypowiedź przyłożeniam palca do ust, równie majestatycznie jakby wierzyła w to, że ten gest zapewni jej pełną dyskrecję ze strony Vincenta. Gdyby myślała choć o drobinę pewniej, zamiast tego pewnie by go wyśmiała. W końcu prędzej oszpeciłby gmach ratusza jakimś idiotycznym graffiti, aniżeli miałby dzwonić czy też tym bardziej rozmawiać z kobietą która go w bólach rodziła.
[Profil]
 
 
Vincent Heathcliff


Wysłany: 2018-06-23, 23:47   

Ciężko powiedzieć, czego tak właściwie się spodziewał w nieskończoność ignorując obecność swojej rodziny. Chyba nie tego, że uda mu się dożyć spokojnej starości z daleka od własnych wspomnień, niekiedy zbyt miłych, żeby w ramionach szarej rzeczywistości być w stanie do nich wrócić? To przecież małe miasto. Kiedyś musiało dojść do tego, że dotąd traktowani jak powietrze Heathcliffowie znów zaistnieją w jego życiu, choćby na moment. I znów namieszają, bo przecież to był ich rodzinny sport, tylko to potrafili dobrze robić – sprawiać innym przykrości i kłopoty, najlepiej sobie nawzajem. Tak jak on ucieczką, tak jak ona tym śmiałym manifestem swojej młodości. Czy rzeczywiście musiała wyśpiewać kilka kultowych już hitów na klejącym się stole, żeby przyciągnąć uwagę Vincenta? Nie, zupełnie nie. W rzeczywistości miała więcej jego uwagi niż mogłaby się spodziewać, niż on mógłby się spodziewać. Nawet nie łapał się na zastanawianiu nad losami rodzeństwa, ani intensywnych rozważaniach – czy one też wiedziały, że ojciec był w mieście? Na nic zdawało się ciągłe odsuwanie własnych myśli od tematu rodziny i szukanie usprawiedliwień dla własnej ucieczki, bo i tak podświadomie wiedział, że zrobił źle. Haczyk polegał na tym, że nie chciał i nie zamierzał czegokolwiek z tym robić, wygodnicko osiadając we własnej beznadziei i na to samo pozwalając własnej siostrze. Hej, Vivian, wiedziałaś, że jesteś dokładnie taka sama jak Twój starszy brat? Tylko poczekać, aż Ty też uciekniesz.
- Słodko – skomentował, zastanawiając się, czy te długie dni milczenia rzeczywiście podzieliły ich do tego stopnia, że nawet Buka byłaby lepszym kompanem nocnych eskapad pod wpływem. – Ja też wolałbym, żeby to Hana Montana się tędy toczyła zamiast Ciebie, łączę się w bólu – westchnął, nawet nie walcząc z kąśliwym tonem, jedyną formą obrony, jaką mógł wobec takiej nietrzeźwej Vivian w tym momencie przyjąć. Pod cud śmiało można byłoby podciągnąć fakt, że cokolwiek z jej bełkotu był w stanie zrozumieć, bo nawet sam nadziwić się nie mógł, że udało mu się z mniejszymi lub większymi trudnościami zarejestrować nadawany komunikat. Może to kwestia tych niezwykłych uprzejmości, w końcu to nie lada komplement, znaleźć się w jednym zdaniu pomiędzy Huntsmanem, Buką i Freddy'm. – Mhm, też się cieszę – stwierdził, pozwalając pretensjonalnemu tonowi jej wypowiedzi zderzyć się z chłodem tych czterech słów, jakby z nadzieją, że nieco wyhamuje to jej pijacką szczerość. Bo tak, miał nieodparte wrażenie, że tylko chwila dzieliła ich od przeżycia sięgającego w najgłębsze zakamarki świadomości wyrzutu. A Vincent definitywnie czuł, że w tych uroczych okolicznościach mogliby się jednak obejść – wszelkie zarzuty, pretensje jak i załączone do powyższych wyjaśnione, winni byli odłożyć na kolejne spotkanie. Inna sprawa, że miał głęboką nadzieję, że żadne inne spotkanie nie nastąpi. Zbyt wiele czasu zajęło całkowite uodpornienie się na wywołujący nieziemskie poczucie winy widok sióstr. Szkoda byłoby te miesiące pracy tak po prostu zaprzepaścić. – Racz wybaczyć, Pani Inspektor Gadżet – zaczął, kładąc dłoń na biodrze siostry celem lepszego podtrzymania jej, bo czuł niebezpieczną prędkość, z jaką zbliżała się do spektakularnego upadku na asfalt – ale jak dokładnie zamierzasz wejść do domu po cichu w takim stanie? – zapytał, ze ściągniętymi brwiami i całkiem niewzruszony spojrzeniem niewiniątka. Zaczął się zastanawiać, czy ich matce przez ten czas najzwyczajniej w świecie zmiękło serce, czy może Vivian zdążyła zapomnieć, do czego ta była zdolna i właśnie przez to tak swobodnie podchodziła do tematu swojego powrotu. Czując na sobie jej ciężar, lepiej niż ktokolwiek inny miał świadomość, że próba wtoczenia się do pokoju przez siostrę mogła się okazać odrobinę trudniejsza niż to sobie w tamtej chwili wyobrażała. Z resztą, nie jego cyrk, nie jego małpy, tak? Nie mógł jej tu tak co prawda zostawić, ale zamierzał ją w milczeniu dostarczyć w jednym kawałku pod drzwi rodzinnego domu i zrobić swoje – zniknąć. O resztę będzie musiała martwić się sama.
_________________
[Profil]
 
 
Spirits


Wysłany: 2018-06-27, 16:49   
  
Spirits


Heathcliffowie wybrali sobie naprawdę zastanawiające miejsce do odbywania rodzinnych pogawędek w środku nocy. Może to tylko psikus losu zagnał ich tu właśnie dzisiaj, szukając kolejnej ofiary... albo kolejnych ofiar, a może ich nie do końca trzeźwe głowy pokierowały ich krokami w przeciwnym od domu kierunku? Mroczna i ponura uliczka nie stanowiła idealnego tła na radosne spotkania, zwłaszcza że hulający w zaułku wiatr co chwila przynosił niepokojące świsty i niósł echa podejrzanych odgłosów z odległych miejsc.
Minęła dłuższa chwila rozdzielona bratersko-siostrzaną wymianą uprzejmości, zanim Vivian uświadomiła sobie, że dłoń, którą wcześniej opierała na jednym z budynków, jest niepokojąco wilgotna i śliska; ciecz nie miała absolutnie konsystencji wody, ale nie przypominała też paskudnego śluzu zgniłej pleśni, która często porastała opuszczone lub zaniedbane mury budynków. W uliczce ciężko było o porządne źródło światła, a w panującym półmroku dłoń wyglądała zupełnie tak, jakby zanurzono ją w czerwonej farbie. Lecz nawet lekko szumiące od alkoholu myśli podpowiadały jej, że nie jest to wcale farba.
[Profil]
 
 
Ridley Lyons


Wysłany: 2019-03-15, 21:29   
  


    | po Karze i Jamesie + ciuch

Nigdy nie bał się przechodzenia tędy, chociaż pamiętał, że za dzieciaka rodzeństwo ostrzegało go, żeby nigdy nie chodził tu po zmroku. Wtedy jeszcze był pełen strachu i myślał, że faktycznie ma dużo do stracenia, dlatego też uliczkę omijał szerokim łukiem. Odkąd jednak pracował w okolicy i żył w przekonaniu, że niewiele można mu już zabrać, to wracał tędy każdego wieczoru. Do dzisiaj jeszcze nie spotkało go tu nic traumatycznego, więc nawet nie myślał o reputacji tego małego skrawka centrum.
Jak zwykle wracał do domu pod osłoną nocy ze słuchawkami w uszach i poniszczoną torbą na ramieniu. Poruszał głową w rytm Africa zespołu Toto i kroczył pewnym siebie krokiem. Z początku nawet nie zwrócił uwagi, że ktoś idzie na przeciwko. Dopiero kiedy dzieliły ich dwa/trzy kroki, twarz chłopaka wyrwała go z zamyślenia. Natychmiastowo zmarszczył mocno brwi i niewiele myśląc, splunął pod jego stopy. Jak nietrudno się domyśleć, Ridley nieszczególnie za nim przepadał. Był młody, pływał w bogactwie i myślał, że wszystko mu się należy, a do tego podrywał jego brata. To wszystko tworzyło bardzo niebezpieczną mieszankę, która działała na Lyonsa jak czerwień na byka. Kiedy byli już wystarczająco blisko siebie, blondyn celowo pociągnął mu z bara, niski wzrost nadrabiając włożoną w to siłą.
_________________
[Profil]
 
 
Dante Goldner



w Berrylane od zawsze

uczeń liceum

19
yo

181
cm

kocha tylko siebie

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-03-16, 15:59   
  
Dante Fortune

  
Goldner

  
Don't push me...

  

  

  

  

  

  


Dante bywał w różnych miejscach o różnych porach, ale starał się unikać miejsc, które miały z reguły negatywną reputację. Właściwie to on preferował miejsca, które miały co najmniej 4 gwiazdki na mapach Google albo na Fejsie. Wiecie, takie fancy miejsca dla hipsterów jak Dante, bo przyznajmy... Dante był po prostu hipsterem, choć nigdy siebie nie widział jako hipstera. To, że dzielił światopogląd, przyzwyczajenia i gust z nimi nie oznaczało od razu, że jest jednym z nich. W każdym razie nie pchał się w miejsca takie jak to. Chyba, że musiał to wtedy starał się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi i po prostu przemykał szybkim krokiem byle tylko się znaleźć po jasnej stronie ulicy.
Szedł właśnie z imprezy. Co prawda nie powinien ze względu na wiek, ale wypiło mu się trochę alkoholu. Nie szedł może zygzakiem, bo u niego to zwykle było tak, że jak się napije to idzie bardziej prosto niż na trzeźwo. Tak jakoś miał i tym razem nie było inaczej. Szedł trzeźwym krokiem, dość pewnym siebie, ale szybkim. Już myślał, że przemknie niezauważenie i bezproblemowo... ale się pomylił i to mocno pomylił.
Uniósł brwi, gdy chłopak splunął prosto na jego buty. Chwilowo nie ogarniał co za koleś śmie w ogóle w jego stronę pluć, ale jak poczuł uderzenie w bark to od razu rozpoznał w tym kurduplu brata Haydena. Był o 12 centymetrów niższy od Dantego, ale zdecydowanie silniejszy, ale co się dziwić skoro Goldner był chudzielcem. Praktycznie każdy był od niego silniejszy. Z wrażenia wyrwało mu się krótkie. - O chuj... - Uderzenie było dość bolesne, do tego wytrącił go lekko z równowagi, ale jakoś się pozbierał. Spojrzał za chłopakiem. - Pogięło cię? - Mruknął. Nie miał zamiaru wdawać się w dyskusję z tym świrusem. Z jakiegoś powodu niecierpiał Dantego a ten nie miał zielonego pojęcia dlaczego. Przecież był zajebisty! Nawet nie wiedział, że temu chodzi o to, że Dante podrywa Haydena. Dla żartów, ale najwyraźniej ten tego nie ogarnął. Najwyraźniej nie tylko to mu nie wyrosło. Coś tylko kojarzył, że Ridley nie lubi Finn, z którą kumplował się natomiast Goldner. Whatever.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Dante
MULTI: David & Rupert & Ian
 
Ridley Lyons


Wysłany: 2019-03-17, 14:55   
  


- Co, poskarżysz się tatusiowi? - warknął, kiedy ten śmiał się oburzyć. Ridley z reguły nie interesował się cudzym życiem, ale pracował w takich miejscach, gdzie nawet nie trzeba było mieć gumowego ucha, aby usłyszeć pewne rzeczy. Poza tym, jak się żyje w jednym społeczeństwie od tylu lat, to po pewnym czasie po prostu wie się na temat niektórych więcej, niż samemu by się przypuszczało. Stanął przodem do niego, w ogóle nie czując, że mógłby z nim przegrać w ewentualnej bójce. Dante zdawał się być bardzo niedoświadczony w tego typu sprawach, ale ciężko się dziwić. Był przecież na to zbyt bogaty. - Chyba Ciebie - popchnął go lekko, świdrując go swoim intensywnym i trochę creepy spojrzeniem.
To co teraz robił nie miało byt wiele sensu. Atakował go w zasadzie za nic, ale to idealnie podsumowało jakim człowiekiem był Lyons. Zbyt wiele rzeczy mu się w Goldnerze nie podobało i taka nawarstwiona frustracja czasami wybuchała znienacka. Potem pewnie będzie tego żałował i wstydził, ale obecnie chciał się jakoś wyżyć i nadarzyła się na to idealna okazja.
Zacisnął mocno zęby i wypuścił powoli powietrze, czekając na jego ruch.
_________________
[Profil]
 
 
Dante Goldner



w Berrylane od zawsze

uczeń liceum

19
yo

181
cm

kocha tylko siebie

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-03-17, 23:02   
  
Dante Fortune

  
Goldner

  
Don't push me...

  

  

  

  

  

  


Zacisnął zęby, ale nic nie powiedział na zaczepkę Ridleya. Ni cholery nie wiedział o co mu chodzi. Znaczy się... miał pewną teorię, ale była dość mocno naciągana, choć prawdopodobieństwo jej wystąpienia nie było takie znikome.
Znowu uniósł brwi reagując w ten sposób na typową zaczepkę do bójki. Nie, on się nie bił. Uważał, że przemoc to najdebilniejszy sposób rozwiązywania własnych problemów. Może i sam nie był specjalnie wylewny w wyrażaniu swoich uczuć, ale na pewno nie należał do tych, którzy agresją reagują na własne... niepowodzenia? Bo jak inaczej wyjaśnić zachowanie Ridleya? - O co ci chodzi gościu, co? - Mruknął odsuwając się na tyle, by stworzyć między nimi dystans. Wolał nie oberwać za chwilę z prawego sierpowego czy którą rękę miał Ridley mocniejszą. - Masz jakiś kurna problem? - Zapytał na tyle spokojnym głosem na ile był w stanie, bo doskonale wiedział, że jeśli ten ruszy ze swoimi pięściami to Dante nie miał najmniejszych szans. Najmniejszych. Jedyne przepychanki, które praktykował to w łóżku ze swoimi... ekhem... kolegami. Z koleżankami z reguły się nie przepychał, bo były delikatniejsze i wrażliwsze, ale koledzy woleli mocniejsze wrażenia, więc to by było na tyle w kwestii ostrzejszych działań Goldnera. Nawet jeśli poszedłby na siłownię to i tak nic by to nie zmieniło. Był wysoki i chudy, nawet nie miał predyspozycji do zwiększenia swojej siły. Zwiększenie masy mięśniowej co najwyżej pozwoliłoby mu szybciej spierdalać przed zagrożeniem. W tej sytuacji... nawet próba szybkiej ucieczki na niewiele by się zdała, bo odnosił wrażenie, że ten kurdupel zapierdziela za ofiarą jak Messi po boisku za piłką.
W każdym razie obserwował go uważnie gotów na jakiś szybki unik, gdyby ewentualnie Ridley postanowił go w najlepszym wypadku popchnąć a w najgorszym uderzyć. Jedna rzecz była jednak pewna. Złośliwość i arogancja Dantego trochę nazbyt przewyższyła jego wewnętrzne tchórzostwo i właśnie pakował się w niezłe tarapaty. Dobrze, że ich rodzinny prawnik nie z takimi atrakcjami miał do czynienia...
Dante spojrzał na strój, który miał na sobie Ridley. Ledwie się powstrzymał od wybuchnięcia śmiechem, bo zaiste Goofy na swetrze dodawał takiej powagi Lyonsowi, że nic tylko srać pod siebie ze strachu. - Co? Zamiast kogoś bzyknąć wolisz dać w mordę? - Wiedział doskonale, że właśnie postawił na siebie krzyżyk, ale nie zdążył się ugryźć w język. Za bardzo kipiło od niego arogancją teraz, żeby tak po prostu uciec przed kolesiem, który z nie wiadomo jakiego powodu postanowił sobie wyżywać się na biednym Dantem. Co on mu zrobił takiego? Zazdrosny o Haydena? To w takim razie mógł się drzeć na Fin, bo to ona go bzykała a nie Dante. Choć nawiasem mówiąc Dante chętnie zająłby miejsce Fin, gdyby była okazja, ale z zasady nie tykał zajętych osóbek. Polizane, zaklepane to nie dotykał. Chyba, że okoliczności przyrody się zmieniło i z zaklepanego nagle zrobi się wolny to wtedy to już inna sytuacja. Woda, ziemia... coś takiego... Halucynacja, hemoglobina, dwutlenek węgla... taka sytuacja, nie?
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Dante
MULTI: David & Rupert & Ian
 
Ridley Lyons


Wysłany: 2019-03-17, 23:49   
  


- Yeah, nie lubię Cię - powiedział to takim tonem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Mało tego, jakby fakt, że nie darzył go sympatią wystarczył do fizycznej agresji. Jego moralność nadal była w przedszkolu, ale to też czyniło go ciekawszą jednostką. - Jesteś aroganckim dupkiem i nie dość, że kolegujesz się z Finn, to jeszcze podrywasz mojego brata - wycedził mu wszystkie jego zarzuty, czerwieniąc się ze złości. Przy jego jasnych włosach i oczach wyglądało to dość dziwnie. Niemalże brzydko, jakby albinos przeistaczał się w wampira albo anioł tracił swoją niewinność.
Denerwowało go, że nawet teraz Dante wydawał się być jakiś spokojny i rozbawiony.
Pokręcił głową z dezaprobatą na jego słowa. - Jesteś obleśny - mocne słowa i w sumie ciężko co go tak poruszyło. Wizja seksu, którego jeszcze nigdy nie doświadczył czy też upodobania i wolność słowa Dantego. - Jeszcze nie dostałeś w mordę, ale widzę, że bardzo byś chciał - dodał, robiąc krok w jego stronę i napinając swoje ciało, jakby chciał go ostrzec. Wyglądało to dość zabawnie przez ten przeklęty wzrost, ale Ridley już nie zwracał uwagi na to, że był niziutki. Jeśli czuł przewagę, to nic nie było w stanie ostudzić jego temperamentu.
_________________
  
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5