menu


Poprzedni temat «» Następny temat
The Little Green Grocer
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-06, 20:58   The Little Green Grocer
  
Berrylane


The Little Green Grocer
  
[Profil]
 
 
Isolde Marple


Wysłany: 2018-01-06, 09:05   

/ # 2

LOOK

Jak każdy człowiek musiała jeść, a to wiązało się z tym, że ona również musiała jeździć po zakupy. Nie sprawiało jej to jakiegoś problemu, ani też nie było rzeczą, której starała się za wszelką cenę unikać. A dziś? Dziś nie planowała nawet specjalnie dużych zakupów, co jak miało się okazać zostało szybko zweryfikowane. Zazwyczaj wszystko spisywała na kartce, nie chciała niczego zapominać. Jedynie dziś zabrakło na jej liście kilku rzeczy, efektem czego zamiast spodziewanych małych zakupów wyszło ich trochę więcej niż początkowo zakładała. Nie żeby narzekała, po prostu gdyby wiedziała przyjechałaby autem, a tak musiała wszystko nieść w rękach. Nie należała ani do najwyższych, ani do największych osób. Drobna, średniego wzrostu. Tak zdecydowanie należała do tej grupy przedstawicieli społecznych. I właśnie wychodziła ze sklepu gdy zauważyła, jak jabłka, które znajdowały się na samej górze jej torby niebezpiecznie chybotają się ku jej brzegowi. Zdążyła jedynie zrobić wielkie oczy gdy owoce wytoczyły się z siatki, lecąc przed siebie. Nie pozostawało jej nic innego jak postawić torbę na pobliskiej ławce i rzucić się za uciekinierami, których musiała dogonić. Pech, a może i nie chciał, że zatrzymały się one przed nieznanym jej mężczyzną. Dobiegła tam spoglądając na niego.
- Przepraszam....uciekły mi z torby – powiedziała nieco zdyszana, nieco zawstydzona.
[Profil]
 
 
Steven Queen


Wysłany: 2018-01-06, 15:57   

//#1

Outfit

Nawet on musiał czasem wyjść z domu, odpocząć od własnych demonów i po prostu się dotlenić. Nie wiedział dokąd idzie, nie miało to znaczenia w tej chwili. Nie zwracał uwagi na otoczenie, czując się niemalże wyizolowanym od otoczenia. Zerknął podejrzliwie po chwili na mijane osoby, chyba jakąś parę. W każdym razie śmiali się głośno. Zbyt głośno. Mruknął pod nosem ciche przekleństwo skierowane w stronę tych wesołych ludzi i włożył ręce do kieszeni rozpiętego płaszcza. Na chwilę zakręciło mu się w głowie, miał wrażenie, że jest w zupełnie innym miejscu, gdzieś daleko. Na froncie. Nerwowo zerknął przez ramię, jakby obawiając się, że spomiędzy budynków wyskoczy zbrojny oddział, aby znowu do nich strzelać. Nich? Potrząsnął głową. Nie było ich. Zbrojne oddziały nie atakowały w Berrylane, a jego oddział w większości był martwy. Tak cholernie martwy... Westchnął ciężko, wracając do otaczającego go świata i spojrzał na... jabłka? Dopiero kilka sekund później zwrócił uwagę na kobietę.
- Nic się nie stało. Podobno czasem bywają ruchliwe. - Posłał jej nieco wymuszony uśmiech. Nie umiał normalnie reagować, jeszcze nie wrócił całkiem z misji. Możliwe, że już nigdy nie wróci, biorąc pod uwagę jak ciężko było mu się przestawić. Podniósł jabłka, dając je zaraz właścicielce. Dopiero teraz zerknął na torbę zostawioną na ławce.
- Chyba tego nie nosisz? - Nawet jeśli trudno mu było nawiązać bliższe kontakty, ta torba nadal była wielka. Wątpił aby kobieta mogła z nią daleko dojść. Nie był absolutnie seksistą! Po prostu widział drobną kobietę i dużo zakupów.
_________________
Steven Queen

I'm not like you.
Your faceless lies, your weak dead heart, your black dead eyes.
I'll make it through, but not this time.
Your hope is gone, and so is mine.

[Profil]
 
 
Isolde Marple


Wysłany: 2018-01-06, 16:08   

Wszyscy, po prostu każdy człowiek miał swe własne demony. Po prostu u jednych były one mniejsze, a u innych większe. Jej również sporo czasu zabrało pogodzenie się z własnymi, chociaż wciąż potrafiła reagować strachem na źródło większego ognia i unikała wszelakich ognisk. Cudem przeżyła pożar, a to zmienia psychike człowieka. Ci wszyscy ludzie, którzy mieli z nią do czynienia mówili, że kiedyś zapomni ale ona nigdy nie będzie w stanie zapomnieć o tym co miało miejsce. Zawsze będzie istniało ryzyko, że w nocy obudzi się z krzykiem, zlana potem ponieważ w sennych koszmar będzie od nowa przeżywała swój koszmar.
To jak goniła swoje uciekające jabłka musiało wyglądać nieco komicznie. Oto ona, nie za wysoka kobieta o drobnej budowie ciała biegnie za jabłkami, które oddalają się od niej coraz bardziej. Ale taka już była, drobna, krucha, niektórzy mówili o niej, że jest jak calineczka, jak laleczka z prawdziwej porcelany.
- Te zdecydowanie nie chcą być przeze mnie skonsumowane – odparła uśmiechając się do mężczyzny nieco nieśmiało.
Z wdzięcznością odebrała swoich uciekinierów od niego, a gdy zadał jej pytanie spojrzała na torbę, którą zostawiła na ławce. Zmarszczyła nieco brwi.
- Tak w zasadzie to nosze....a przynajmniej usiłuje zanieść. Nie przewidziałam, że zakupy będą takie duże – dodała jakby na swoje usprawiedliwienie.
Naprawdę gdyby wiedziała, że tyle kupi przyjechałaby tutaj samochodem, a tak ryzykowała całkiem ryzykowną przeprawę do domu z torbą, która była sporych rozmiarów.
[Profil]
 
 
Steven Queen


Wysłany: 2018-01-06, 16:30   

Mało było ludzi wolnych od jakichkolwiek lęków. Nawet dzieci się bały, a podobno były najbardziej nieustraszoną grupą jaka istnieje. Problem leżał w umiejętności zwalczania tych demonów. On sam nie potrafił sobie z nimi poradzić. Mówiono mu także, że kiedyś zapomni. Jak jednak zapomnieć to napięcie, kiedy kolejną godzinę spędza się pod ostrzałem? Jak można zapomnieć widok wybuchającego dziecka, eksplodującego samochodu pułapki czy śmierci swoich przyjaciół? Wiedział, że wielu z nich zawiódł. Jako dowódca był odpowiedzialny za to, aby w jednym kawałku wrócili do domu i nie zrobił nawet tyle. Był winny ich śmierci, ich zniszczeniu. Każda jedna stracona osoba, była dla niego niczym sól na otwarte rany. Było jednak coś gorszego niż świadomość śmierci. Wyjście z samolotu, widok kobiet czekających na swoich mężów, a potem ich łzy, kiedy padało automatyczne, oschłe moje kondolencje, był wspaniałym żołnierzem, oddał życie za ojczyznę. Nie walczyli przecież za ojczyznę, bój trwał na obczyźnie, o coś, co ich bezpośrednio nie dotyczyło.
- To dopiero wredne stworzenia. - Do rzeczywistości przywołał go głos kobiety. Na całe szczęście, miał podzielność uwagi, więc mógł zareagować zamiast pytać co powiedziała. Przydatna umiejętność, zwłaszcza kiedy ataki flashbacków są tak nagłe.
- Wygląda na to, że mam okazję spełnić dobry uczynek i pani pomóc. - Wiedział, że takie drobne rzeczy nie naprawią faktu, że mordował ludzi a także nie obronił swoich, ale to zawsze jeden dobry czyn więcej. Poza tym, dzięki temu nie siedział znowu w barze, wlewając w siebie kolejną szklankę alkoholu.
_________________
Steven Queen

I'm not like you.
Your faceless lies, your weak dead heart, your black dead eyes.
I'll make it through, but not this time.
Your hope is gone, and so is mine.

[Profil]
 
 
Isolde Marple


Wysłany: 2018-01-06, 18:16   

Jej lęki były tymi, które potrafiły paraliżować. Po prostu wiedziała, że gdyby ją zaatakowały mogłaby sobie z nimi nie poradzić. Chociaż od pożaru mijało już 10 lat, ona wciąż pamiętała go. Wciąż pamiętała chwilę gdy obudziła się w szpitalu, gdy powiedziano, że jako jedyna przeżyła pożar rodzinnego domu. Zawsze gdy spoglądała na ramiona i łopatki pokryte bliznami od ognia przypominała sobie to co wtedy miało miejsce. Nigdy nie zapomni i tego była świadoma. Zawsze coś jej będzie o tym przypominało.
Nie wiedziała co zadecydowało, że to ona a nie ktoś inny z rodziny przeżył. Czy to fakt, że była blisko drzwi? A może to, że wtedy przygniotła ją ta belka? Tyle pytań, a żadnej odpowiedzi. I to było właśnie najgorsze. Czas mijał, a ona walczyła o to, aby żyć każdego dnia. Na początku nie chciała tego, chciała odejść. Wtedy dziadkowie walczyli o nią, spędzali czas w szpitalu gdy przechodziła długą i bolesną rekonwalescencję. A jak było teraz? Żyła, funkcjonowała, a jednak wciąż czuła uczucie pustki.
- Są nad wyraz samodzielne – powiedziała nieco rozbawionym tonem głosu spoglądając na mężczyznę już z nieco bardziej odważniejszym uśmiechem.
Starała się zachowywać naturalnie.
- A nie sprawi to Panu trudności? Zresztą nie jestem żadna Pani...Isolde – powiedziała podając mu szczupłą dłoń.
Formy grzecznościowe krępowały ją.
[Profil]
 
 
Steven Queen


Wysłany: 2018-01-06, 19:08   

Podczas gdy ona była paraliżowana przez swoje lęki, on czuł się przez nie przygniatany. Zabawne, zupełnie inne przeżycia, inne powody obaw a jednak tyle ich łączyło. Nawet jeśli radzili sobie w inny sposób z tym co ich boli. W końcu, mógł się założyć, że tak krucha i delikatna kobieta nie miała autodestrukcyjnych zapędów w stylu przekroczenia stu dwudziestu kilometrów na godzinę jadąc motocyklem na zakręcie. Ani pewno nie wlewała w siebie tyle alkoholu. Nawet jeśli Steven przestał pić aż tyle, nadal ta ilość była spora. Lekko mówiąc.
Obydwoje mieli blizny, powstałe w innych okolicznościach, ale tak samo bolesne. Nie fizycznie, minęło zbyt wiele czasu aby to bolało. Ich ból miał wymiar psychiczny, a te skazy przypominały tylko, że to nie jest sen z którego można się obudzić. Steven traktował to wręcz jak przekleństwo.
Chciał kiedyś umrzeć, nie było mu jednak wolno. Miał młodszą siostrę o którą musiał zadbać, jako jedyna żywa osoba z ich rodziny, tak bliska dla młodej. Nie mógł też uciec, właśnie to że żył uważał za swoją karę.
- Nie da się zaprzeczyć. Podobno taka natura jabłek. - Musiał jednak przyznać, że rozmowa z kobietą zaczynała mu sprawiać pewną przyjemność. Odrobinę się nawet uspokoił, co było widać po tym jak rozluźnił mięśnie ramion. Nie był też aż tak czujny jak wcześniej.
- Wcale. Akurat i tak nie mam nic do roboty. - Posłał jej mniej sztuczny uśmiech, nawet zagościł w jego oczach, co do niedawna było cudem. Nie wiedział czemu akurat ta kobieta tak na niego działała. Może przez tę akcję z jabłkami? Na pewno brakowało mu czegoś takiego, aby odegnać ciemne chmury znad swojej głowy.
- Steven, może być też Steve. - Złapał jej dłoń, uważając aby nie ścisnąć jej zbyt mocno. Na całe szczęście, nie miał problemów z samokontrolą, zwykle.
_________________
Steven Queen

I'm not like you.
Your faceless lies, your weak dead heart, your black dead eyes.
I'll make it through, but not this time.
Your hope is gone, and so is mine.

[Profil]
 
 
Isolde Marple


Wysłany: 2018-01-06, 19:27   

Mijały lata, a ona wciąż czasami czuła się tak, jak gdyby te przeżycia miały miejsce zaledwie tydzień, dwa temu. Chociaż nie mogła być tego świadoma to, jednak z nieznajomym wiele ją łączyło. Obydwoje przeżyli w życiu coś co na zawsze zmieniło ich psychike, obydwoje byli prześladowani przez swe własne demony. To jak ona sobie radziła, co chciała zrobić było mrocznym okresem w jej życiu. Gdyby nie pomoc dziadków zapewne by to zrealizowała, ale to oni jej pilnowali, pomagali wyjść z depresji w, którą wtedy wpadła. I dzięki ich pomocy odważyła się odwiedzić miejsce gdzie kiedyś stał jej dom, chociaż upłynęło wtedy wiele czasu i kosztowało ją to wiele poświęcenia.
Jej wspomnienia związane z wypadkiem przybierały raz formę mglistych migawek, a raz były tak wyraźne jak gdyby oglądała film. Zawsze, jednak mogła wyczuć zgrubienia skóry, które powstały dzięki bliznom, to one przypominały jej o belce, która ją przygniotła i o ogniu, który zabrał jej wtedy najbliższe osoby.
- Też o tym słyszałam, ale jak dotychczas były nad wyraz spokojne i ułożone – powiedziała z rozbawieniem w głosie.
Ich rozmowa była lekka, niezobowiązująca, a wszystko dzięki wypadkowi jaki miał związek z jabłkami. Życie bywa zaskakujące.
- A więc dobrze, chociaż nalegam na wypicie kawy w ramach podziękowania...i chyba mam jeszcze ciasteczka, bo nie wydaje mi się, abym zjadła wszystkie – dodała.
Uścisnęła delikatnie jego dłoń.
- I jest mi miło poznać Steve, a więc w drogę – rzekła ruszając w kierunku domu.

/zt x 2
[Profil]
 
 
Archibald Wilson
[Usunięty]

Wysłany: 2018-01-15, 00:11   

2

Ostatnim na co po nocnym dyżurze Archie miał ochotę było błądzenie między półkami z ekologiczną żywnością. Miał jednak pecha, bo jego żona zażyczyła sobie kilka produktów właśnie z takiego supermarketu, a Wilson, żeby mieć choć przez chwile spokój i móc się wyspać postanowił być cudownym mężem, chociaż przez pięć minut. Liczył, że wtedy mu odpuści. W końcu zmęczony, ledwo patrzący na oczy zajechał tutaj, bo o dziwo w Seattle nie mieli wszystkiego i poświęcał się dla niej. Ona mogłaby się więc też poświęcić i jeśli dziś wypadał jej płodny dzień to dać mu święty spokój. choć raz. Zresztą... Archibald kompletnie nie pojmował czemu tak bardzo śpieszyło się jej do zostania matką. Ledwo byli dwa lata po ślubie, więc mieli jeszcze na takie rzeczy czas. Może dlatego był tak sceptycznie nastawiony, bo cóż... Miał zupełnie inne podejście do tej sprawy. I na pewno nie chciał bawić się w dziecięce kupki, itp. Także ten... Mieli konflikt i Wilson cholernnie liczył na to, że dziś mu odpuści. Dlatego z pełnym koszykiem zawitał do kasy, a przed sobą w kolecje zauważył znajomą osóbkę. Dawno jej nie widział. W sumie nie wiedział czy powinien ją zaczepiać czy nie, bo możliwe, że nie do końca pamiętał w jakiej atmosferze się rozstali, ale... Nie mógł się powstrzymać, bo miał do niej słabość. Cholerną. Jak do wszystkich blondynek, aż dziwne, że jego żona ma ciemny kolor włosów.
-Hej, Per - mruknął słodko, zniżonym tonem wprost do ucha Shumway zupełnie tak jak robił to zawsze, kiedy byli razem i zachodził ją od tyłu. Dobra wtedy jeszcze ją obejmował, ale teraz musiał trochę spuścić z tonu. Trochę się obawiał, że mógł i tak czy siak przesadzić... No, ale kto nie ryzukuje ten ma nudne życie i te sprawy.,
 
 
Perry Shumway



w Berrylane od zawsze

okulistka

32
yo

170
cm

nie wiem dokąd idę, ale podróż będzie fajna

Lives in:
blue velvet

Wysłany: 2018-01-19, 00:16   
  
`perry shumway

  
`

  
`

  

  

  

  

  

  


#6

Jak to bywa w szarej rzeczywistości samotnych matek, zakupy należały do jej obowiązków. Nikt jej nie wyręczy, nikt nie kupi tamponów, nikt nie zatacha do chaty zgrzewki wody mineralnej, nie będzie pamiętać o kupieniu mleka jeśli ona go nie wpisze na listę. Nie żeby jej przeszkadzało bycie singlem, bo na co dzień nie przeszkadzało (a jej relacji z Gavinem w żadnym razie nie traktowała jako związku czy w ogóle, bycia na wyłączność), po prostu czasem weselej było robić zakupy z kimś, kto nie był kilkulatką zainteresowaną tylko przemyceniem do koszyka jeszcze jednej paczki płatków śniadaniowych w innym smaku, paczki żelków czy czekolady. A ona nie zawsze miała serce odmawiać i potem jej też dupa rosła, jak wcinała te słodkości razem z Willow. A dzisiaj mała była na zajęciach dodatkowych, więc mogła sobie pogadać na zakupach co najwyżej do siebie czy do avocado, które właśnie wybierała sobie. A jak już wybrała, to sięgnęła po marchewkę i z nimi w ręce podjechała w końcu do kasy, bo chyba miała wszystko. Jeszcze upewniała się czy aby na pewno ładne są te marchewki kiedy przy jej uchu nagle się ktoś pojawił więc... dźgnęła go marchewką w czoło - chryste... Archie? - zmarszczyła brwi, zaskoczona że go tu widzi i że ten jeszcze jej do ucha się bierze za szeptanie! - Prawie wybiłam ci oko marchewką, co ty robisz, zawsze kobiety z zaskoczenia od tyłu bierzesz? - z rozbawieniem zapytała, mimo że wciąż to dziwne uczucie miała w ciele, to kiedy ktoś narusza Twoją przestrzeń osobistą bez pozwolenia. Aż ją dreszcz przeszedł lekki. Ale zmierzyła go uważnym wzrokiem, wieki się w końcu nie widzieli, nie sądziła że go w Berry spotka.
_________________
[Profil]
  MULTI: scott, haley, joey, nora, wolf, maia, gal, fin, lea, ada, callie
 
Kirk J. Nolan


Wysłany: 2018-06-16, 23:29   

#3

Kirk spotykał się z intrygującymi kobietami. W galerii osobowości, z którymi łączyło go "coś więcej" ponad dwie lampki wina przy przygaszonym świetle, nie było nazbyt zatrważającej liczby dziewcząt, aczkolwiek wachlarz ich temperamentów pozostawał szeroki i, z całą pewnością, okazałby się świetnym materiałem na thriller erotyczny. Ewentualnie komedię omyłek.
Gdyby fotograf postanowił zrobić sobie "rachunek sumienia" zacząłby od Carli. Ta pierwsza. Ani w sensie fizycznym ani emocjonalnym, a jednak zdołała dotknąć owego koronującego formalnego pierwszeństwa. Pierwsza prawdziwa partnerka. Absolutnie nie taka, z którą chodziło się po kątach - przy dziennym świetle udając zobojętnienie jej wdziękami. Ani taka, którą z uśmiechem przedstawisz rodzicom. Z Carlą, Nolly chadzał po wielu dziwnych miejscach; pił wiele dziwnych alkoholi; przerabiał wiele dziwnych pozycji oraz poznał wiele dziwnych przekleństw - istnienie owych słów było mu obce dopóki wraz z dymem papierosowym nie posłała ich w przestrzeń długonoga brunetka. Nigdy nie zapytał czy kruczoczarny odcień jest naturalnym kolorem jej włosów. Nigdy nie zapytał czy tymi samymi ustami wypowiadającymi wspomniane obrzydliwości całuje później matkę. Właściwie, nie zadawał zbyt wielu pytań; a ona odwdzięczała się identyczną zdawkowością. Być może olbrzymie luki w komunikacji bezustannie sprowadzały ich do punktu wyjścia. Możliwe, że gdyby choć raz przysiedli; pogadali jak dorośli, poznali się - do Berrylane, półtora roku wstecz Kirky wróciłby z nieco przesadnie bezpośrednią (lecz wciąż niezaprzeczalnie czarującą) panią Nolan?
A może panią Nolan nie byłaby Carla, lecz eteryczna blondynka o złotym sercu - jawiąca się niby absurdalnie kontrastowe przeciwieństwo ciemnowłosej? Co gdyby mężczyzna nie dopuścił się legendarnej, brawurowej ucieczki przed ołtarzem? Gdyby trwał przy ukochanej i finalnie na szczupły palec założył złoty krążek przypieczętowujący "wieczność" ich przysięgi?
Gdyby, gdyby, gdyby... Do tych wszystkich gdyby umysł błękitnookiego zaczął powracać machinalnie, a trwało to parę ulotnych sekund - gdy w dziale chemicznym lokalnego sklepu; gdzieś pomiędzy papierem toaletowym a proszkiem do prania z niedowierzaniem wbijał ślepia w nadchodzącą z naprzeciwka Max.
Niedowierzanie przyjmowało zadziwiająco intensywną formę, gdyż raptem parę dni wstecz chłopak wpadł na Hatfield. Fakt, iż podczas niespełna tygodnia napatoczył się nie na jedną, ale DWIE eks-partnerki, których nie widział od lat potrafi doprowadził do całkowitego osłupienia. I właśnie w tym otępieniu, KJ stał wrośnięty w ziemię; póki w jego głowie nie pojawił się znajomy, odruchowy impuls - pragnienie ucieczki. Niestety, przytulony do jego piersi drobny, biały (w sumie nie wiadomo czy albinos czy do reszty posiwiały) chihuahua pokrzyżował plany tymczasowego opiekuna i cichutko, aczkolwiek bardzo skrzekliwie szczeknął (brzmiało to trochę jak kichnięcie zgarbionego, zasmarkanego goblina - gdyby gobliny istniały... cóż, Sernik jest jednym z TYCH PSÓW - wyglądających przeuroczo i strzelających mało urocze, zabójcze pierdy jednocześnie).
"Strategiczny odwrót" przestał wchodzić w grę, kiedy spojrzenie Kirka skrzyżowało się ze spojrzeniem Maxinne.
Uśmiechnął się. Ale tylko połową ust vel niepewnie podciągnął prawy kącik ku górze wyłączne po to, aby po chwili zastanowić się dlaczego się uśmiecha? Przecież nie rozeszli się z Flanagan, w atmosferze tęczy i brokatu... Po prawdzie, zerwanie z nią było niczym plaskacz. Czy właśnie tak czuła się Lainey, widząc go w barze? I dlaczego, właściwie, na widok Maxie doświadczył specyficznego rozgoryczenia? Minęło tyle czasu... Jako dorosły, dojrzały człowiek KJ powinien puścić wszelkie niesnaski w niepamięć, no nie?
_________________

    I would do it all again
    Lose my way and fall again
    Just so I could call again
    On the mercy in you
  
[Profil]
 
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

nie ma czasu na pierdoły

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2018-06-20, 23:39   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Maxinne znajdowała się aktualnie w dosyć trudnym momencie swojego życia. Nic w sumie nie układało się tak jak powinno; jej najstarszy brat był posądzany o bycie Huntsmanem, członków gangu wywalono z ich własnych domów a na dodatek blondynka nieustannie wracała myślami do Joycelyn Baker; kobiety, która jako jedyna mogła pochwalić się tym, iż złamała serce nieustraszonej Flanagan. W dodatku prawda dotycząca jej zawodu i samego sposobu ich poznania spokojnie nadałaby się do jakiegoś filmu romantycznego z jakimś kryminałem w tle. Albo odwrotnie. I choć przyłapywanie się na wspominaniu swojej byłej partnerki wprowadzało ją w stan złości, nie mogła przestać. Przewijała się przez jej głowę tak często jakby już planowała zostać tam na stałe. A dla kogoś takiego jak Maxinne, sytuacja nad którą nie mogła do końca planować wprowadzać mogła w uczucie frustracji.
Nie przepadała za robieniem zakupów innych niż te w dziale alkoholowym. Spokojnie mogłaby zapomnieć o kupnie szamponu do włosów, czy butelki mleka, ale nigdy o dobrej butelce tequili. Drażniło ją stanie między alejkami, wybieranie lepszego produktu lub zastanawianie się nad tym czy aktualna promocja w istocie nią jest, czy to tylko próba zrobienia z niej idiotki. Jednak nawet Maxinne Flanagan musiała posilić się czasem czymś innym niż dobry, wysokoprocentowy trunek. No i tak się jakoś złożyło, że te zakupy wypadły dzisiaj, mniej więcej w tych samych godzinach w których robił je Kirk. To było bardzo dziwne, zobaczyć go w zwyczajnym sklepie w Berrylane. Niewiele się zmienił od czasu, gdy z nią zrywał. A raczej, gdy ona zmotywowała go do tego, by to zrobił. Flanagan nie miała w zwyczaju uciekać przed tego typu konfrontacjami. Żadna siła jednak nie pchnęła jej do przodu, gdy nawiązali kontakt wzrokowy. Przez dłuższą chwilę tak po prostu sobie stała, odwzajemniając ten połowiczny uśmiech. Mogło to wyglądać tak, jakby właśnie zastanawiała się czy podejście do niego to dobry pomysł, czy to jedna z tych sytuacji, gdy po krótkiej wymianie spojrzeń po prostu odchodzisz jak gdyby nigdy nic. Iście filmowo. Blondynka jednak, jak na dobrego prawnika przystało, konfrontacji się nie bała. - W której alejce takiego dostanę? - zapytała z rozbawieniem malującym się na twarzy, gdy odległość między nimi znacznie się zmniejszyła za jej pomocą. On chyba nie kwapił się do tego by podejść; może nie wiedział czy to dobry pomysł, ale w tym jak widać ona z chęcią pomogła i zadecydowała za nich oboje. Żadnego "hej, przepraszam za to jak paskudnie zachowałam się ostatnim razem, ale przerażało mnie to jak poważnie o mnie myślisz, więc zrobiłam to co robię najlepiej czyli to zjebałam" czy innego pocałuj mnie w dupę. Z kolei on chyba spokojnie mógłby jej kazać pocałować się w cztery litery. Pewnie nie miał o niej ciepłych wspomnień. Choć może? Przecież nie zawsze Flanagan była taką paskudą.
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
Kirk J. Nolan


Wysłany: 2018-06-23, 21:47   

Wydawało mu się jakby czas się zatrzymał. W gruncie rzeczy, reakcja Kirka sprawiała wrażenie brutalnie jednoznacznej - gdzieś głęboko w szatynie istniała zbłąkana cząstka zastygła w czasoprzestrzeni. Nadal niezdolna wybaczyć blondynce przeszłej zniewagi. Chociaż, czy chodziło wyłącznie o męską dumę? Nie, nie do końca. Podczas niekończącej się, studenckiej "wiosny" swego życia fotograf myślał o Flanagan na poważnie. Nie robił żadnych planów, aczkolwiek z tyłu głowy potrafił ujrzeć wizję dzielenia rzeczywistości z ówczesną partnerką. Sposób w jaki Max zakończył ich związek absolutnie nie pozostawiał Nolana w błogiej neutralności względem jej skromnej osoby. Ale przecież minęły lata, więc po co chować urazy o których istnieniu nie miało się zielonego pojęcia?
- Na dziale ze słodyczami. - mruknąwszy, w zautomatyzowanym odruchu kiwnął łepetyną w odpowiednim kierunku. Dopiero po chwili dotarło do niego, że Maxinne raczej nie jest w stanie dostrzec w jego wypowiedzi mistrzowskiego, ciętego dowcipu dlatego po zrobieniu zabawnej miny wyrażającej zakłopotanie dodał prędkie: - Ma na imię Sernik. - tłumaczenie własnych dowcipów zawsze okazuje się kosmicznie żenującym doznaniem. Aż po karku przeszedł mu niemiły dreszcz. Poczciwa, stara psina jak gdyby w pragnieniu potwierdzenia słów właściciela powtórzyła krótki, charpliwy koncert. A kiedy tylko nieznajoma pojawiła się nieco bliżej - stary pieseł, z pasją rozpoczął desperackie próby wygięcia się tak, by móc obwąchać potencjalną przyjaciółkę.
- Polubił Cię. - kącik ust momentalnie drgnął mu ku górze. Co tu dużo mówić - w sercu chłopaka istniał olbrzymi soft spot dla tego paskudnego starego psa. Wystarczyło jedno zerknięcie na posiwiałe futerko na szczycie kruchego łebka, a KJ serducho momentalnie wybuchało z miłości. - Albo pachniesz chrupkami serowymi. - lekkim wzruszeniem ramion zakończył ulotną przyjemność. Ponieważ, przez ułamki sekund - zaledwie uderzenie serca - wchodzenie z Maxie w interakcje nie wydawało się aż tak druzgocące. Później wrócił "zdrowy rozsądek" (a raczej zupełnie zaprzeczenie dojrzałego "rozsądku"). - Więc...ymmm... miło Cię widzieć. - kłamstwo? Prawda? Chyba coś po środku.
_________________

    I would do it all again
    Lose my way and fall again
    Just so I could call again
    On the mercy in you
[Profil]
 
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

nie ma czasu na pierdoły

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2018-06-26, 21:18   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Rzeczywiście, gdyby spojrzeć wstecz na ich związek, wszystko w sumie układało się tak jak powinno. Wszystko w odmierzonym odpowiednio czasie. Przechodzili po kolei te wszystkie etapy, rozpoczynając od kilkudniowego nocowania z rzędu, do momentu w którym Nolan odstąpił jej nawet szufladę i zrobił miejsce w szafie i dodatkowej szczoteczce do zębów w łazience. Przestawała być tylko gościem w jego mieszkaniu, czując się nawet całkiem przyjemnie z tym, że nie budzi się w łóżku sama. Być może był to dla niej jeden z tych momentów w których myślała sobie, że mogłaby wieść względnie normalne życie z kimś kto nie doprowadza jej do szału i kogo.. kocha? Tak, z pewnością w grę musiały wchodzić jakieś głębsze uczucia niż tylko fizyczne przyciąganie. Coś jednak po drodze się poplątało, najprawdopodobniej w głowie Max. Spłoszyła się i zachowała po prostu jak suka bez serca. Wiele osób zapewne by to potwierdziło. Z nią samą na czele. Przynajmniej nie oszukiwała samej siebie, że jest dobrym człowiekiem. Wiedziała, że tak nie jest. No, przynajmniej pod wieloma względami.
Uniosła brew do góry, gdy wspomniał o alejce ze słodyczami. Za nimi średnio przepadała, choć mogła zrozumieć przyrównanie zwierzaka do takiej słodkości. Wobec psów miała zapewne więcej ludzkich odruchów niż do ludzi. Ale tak chyba miało wiele osób, nic nadzwyczajnego. Kiedy więc Kirk wyjaśnił skąd to przyrównanie, na jej twarzy pojawiło się rozbawienie. Zaraz potem parsknęła też śmiechem, a widząc jak pies próbuje ją obwąchać, pozwoliła sobie pogłaskać go po łbie. Nie czekając na pozwolenie mężczyzny. Najwyżej Sernik odgryzie jej paluchy, nie? Na szczęście do żadnych krwawych akcji nie doszło, a zwierzę rzeczywiście wydawało się być zadowolone z owych pieszczot i drapania za uchem. - Dlaczego Sernik? Nie pamiętam byś darzył go jakąś wyjątkową sympatią. - uniosła wzrok do góry, wprost na Kirka. Wcześniej była za bardzo skupiona na psie, co chyba powinno być zrozumiałe przez sympatyka zwierząt jakim był Nolan. - O tak, to nowość na rynku. Perfumy o smaku serowych cheetosów. - dodała, przewracając prędko oczami, by po chwili z całych sił powstrzymać się przed tym, by nie wybuchnąć mu śmiechem w twarz, gdy usłyszała jakie słowa wydusił z siebie Kirk. - Nieźle, prawie ci uwierzyłam. - zmarszczyła brwi, choć usta same wygięły się w takim łobuzerskim uśmiechu. Przestała już w ogóle miziać psa i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. - Choć trochę mnie jednak zaskoczyłeś. Obstawiałam, że spróbujesz się wycofać i niezgrabnie wpadniesz na tę górę konserw. - wskazała ruchem głowy na dorodną piramidkę, którą najprawdopodobniej wybudował jeden z pracowników owego sklepu.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
Kirk J. Nolan


Wysłany: 2018-06-27, 10:36   

Uśmiechnął się. Lekko, szczerze. Naturalniej niż zamierzał. Nie wiedzieć czemu, ta drobna informacja, iż Maxinne nadal kojarzy jego małą awersję do łakoci przypadła mu do gustu i rozlała w klatce piersiowej gorącą plamę sympatii. - Nie mam pojęcia. Nie jest mój. Opiekuję się nim pod nieobecność właścicielki. - trochę mu mordę wykrzywiło na myśl, że za dwa miesiące będzie zmuszony oddać starego, posiwiałego pieska. - Gdyby był mój nazywałby się znacznie fajniej. Freddie, jak Freddie Mercury. Prince na cześć Prince'a. Albo Rambo, jak... no, Rambo. - pod koniec krótkiego wywodu broda wpadła mu w chwilowe, acz niekontrolowane drżenie. - Dobra, wykreślmy tego Rambo. Nie wiem dlaczego o nim wspomniałem. - nawet nie przepadał za filmem, także pewnie z nerwów. Bo niestety, ale mrowiło go w okolicy karku, serce biło odrobinę szybciej - a to przecież bezsprzeczne świadectwa wewnętrznego niezharmonizowania. Na szczęście istniało prawdopodobieństwo, że dziewczyna nie słuchała - zbyt skupiona na podstarzałym, lecz nadal przeuroczym, sernikowym pyszczku. - Oh, żarty na bok. Takie perfumy świetnie sprawdzałyby się na specjalne okazje. W końcu cheetosy to najsilniejszy afrodyzjak na świecie. Albo przynajmniej w Ameryce. - przymarszczywszy nos, wydał z siebie ciche parsknięcie na wysokich tonach.
Potem mina mu zrzedła. Do dobrego przyzwoitego oszusta Kirky'mu, rzeczywiście, bardzo daleko. - Wycofać? Ja? Pffff... - przez moment teatralnie kręcił głową, zerkając na rozmówczynię spod przymarszczonych brwi, by wreszcie kiwnąć nią. Raz. - Zgadza się, próbowałem dopuścić się strategicznego odwrotu, ale ten mały drań odmówił współpracy. Jak widać, uratował mnie tym samym od wielkiego upokorzenia i paru siniaków, więc należy mu się coś dobrego. - po tych słowach ucałował kościsty czubek łepka chihuahuy. - Swoją drogą, nie nawiązujesz chyba do... - błękitne oczy zajarzyły się mieszanką zażenowania oraz łagodnego rozbawienia. - Raz mi się zdarzyło, ok? Obiecałaś nigdy więcej do tego nie wracać. - w umyśle automatycznie odnalazł odpowiednie wspomnienie, kiedy ten jeden, jedyny raz; niczym w najgorszej komedii romantycznej - zapatrzony w ówczesną partnerkę, dumnym i pewnym krokiem szedł tyłem ostatecznie wpadając na ułożoną z kartonów wieżyczkę. Na szczęście pamiętnego dnia, Nolan wylądował w oceanie płatków śniadaniowych - nie metalowych konserw. - Mogłaś mnie wtedy ostrzec, wiesz? - powtórzył, prawdopodobnie po raz tysięczny. Zadziorne pytanie (z nutką autentycznego żalu) pojawiało za każdym razem, gdy nadchodził temat tej małej katastrofy.
_________________

    I would do it all again
    Lose my way and fall again
    Just so I could call again
    On the mercy in you
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5