menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Korytarz II
Autor Wiadomość
Berrylane


berrylane

administrator

Wysłany: 2017-11-15, 18:31   Korytarz II

Korytarz
[Profil]
 
 
Cayenne Mapples - Morrow


Wysłany: 2018-01-14, 00:11   




Była beznadziejną żoną. Jeśli kiedykolwiek w to wątpiła i żywiła złudną nadzieję, że jest inaczej, to dzisiaj ostatecznie wyzionęła ona ducha! Gdyby była idealną partnerką, to w tym momencie podbijałaby z Eliasem kasyna w Vegas. Zamiast tego utknęła tu, w szpitalu w Seattle i z niecierpliwością czekała, aż zakończy się operacja jej pacjentki, która kilka godzin temu w stanie krytycznym została przewieziona na salę operacyjną. Spójrzmy prawdziwe w oczy - Cayenne nie powinna tutaj być; uzgodniła przecież wspólnie z mężem, iż muszą coś zmienić w swoim życiu, jeśli chcą dalej sobie jakoś razem funkcjonować. Że muszą się zrestestować, odciąć od pracy na kilka dni, spędzić ten czas razem. Stąd ten pomysł, by wyjechać do Vegas na jakiś tydzień czy dwa. I tam właśnie teraz powinna być! Ale nie, wystarczył jeden telefon ze szpitala, by zapomniała o całym bożym świecie, o mężu czekającym na lotnisku, o wspólnych wspaniałych planach! W chwili gdy ona pocieszała roztrzęsioną matkę swojej pacjentki, samolot właśnie startował. Jeszcze żeby chociaż zadzwoniła do Eliasa i wytłumaczyła mu całą sytuację... Nie, nie, jej to nawet przez myśl nie przeszło, bo za bardzo zainteresowana była tym, co działo się wokół niej.
A czas płynął. Jedna godzina. Druga. Trzecia. Czwarta. Dopiero gdy nieco na dworze się ściemniło, do Cayenne dotarło kilka rzeczy. Przede wszystkim, że zrobiło się już późno, a po zerknięciu na zegarek, okazało się, że nawet BARDZO późno. I dokładnie w tamtym momencie dotarło do niej, iż koncertowo spieprzyła sprawę, a gdzieś tam daleko, daleko stąd jej mąż odchodzi zapewne od zmysłów i planuje cichaczem jej morderstwo. Tak, bez zwątpienia zgarnęłaby statuetkę za bycie najgorszą żoną w dziejach! Ale co mogła teraz zrobić? Jasne, niby mogła zarezerwować sobie bilet na najbliższy kolejny lot, aczkolwiek jaką mogła mieć pewność, że Elias nie postanowi wrócić kolejnym i ze znowu się miną? No żadną! Dlatego postanowiła zaczekać na jego telefon. Nie opuściła jednak szpitalnego korytarza - wciąż bowiem martwiła się stanem pacjentki, która nie opuściła jeszcze sali operacyjnej. Kręciła się po nim tam i z powrotem, nie potrafiąc znaleźć sobie jednego miejsca z nerwów. A krążyć zaczęła jeszcze bardziej, gdy jej mąż wreszcie zadzwonił. To nie była przyjemna rozmowa, choć Cayenne bardzo starała się nie podnosić głosu, w końcu była w miejscu publicznym i to na dodatek w miejscu, w którym przebywali chorzy ludzie! Średnio jej to chyba wyszło, bo jak już skończyła rozmawiać przez telefon, to kilka mijających ją pielęgniarek posłało jej krzywe spojrzenia. Jakby tego mało, gdzieś w trakcie jej rozmowy telefonicznej z Eliasem, z sali zdążył wyjść chirurg. I to nie byle jaki, bo dobrze jej znany! Od razu jej się bardzo głupio zrobiło, ale jakoś ten wstyd dzielnie przemogła i do Archiego podeszła, zanim zdążył jej zwiać.
- Co z pacjentką? Czy operacja przebiegła pomyślnie? Czy stan kobiety jest stabilny? - zasypała go na starcie gradem pytań, darując sobie uprzejmości, bo za bardzo na nie była zmartwiona, co zresztą było po niej widoczne. Czoło miała nieznacznie zmarszczone, pod oczami pojawiły się też lekkie cienie, jedynie spojrzenie miała przytomne, wbite prosto w twarz mężczyzny. Była tak znerwicowana, że nawet zapomniała na moment, z kim tak właściwie rozmawia. Dla niej to był w tej chwili po prostu chirurg, a nie Archie Wilson, z którym to kiedyś tyle ją łączyło!
  
[Profil]
 
 
Archibald Wilson


Wysłany: 2018-01-14, 23:20   

1

To był piękny dzień na ratowanie komuś życia. Tak uważał Archie, kiedy wstał skoro świt w Berrylane by dotrzeć na czas do Seattle. Nie miał co prawda w planach rozpisanej dziś żadnej większej, poważniejszej operacji, ale... Intuicja mu podpowiadała, że ten dzień nie będzie wcale przebiegać zgodnie z jego wszystkimi planami. Nie miał jednak nic przeciwko temu. Przyzwyczaił się do tego. O wiele bardziej od swojej żony, ale cóż... Życie.
Większość harmonogramu jednak wydawała się trzymać zgodnie z planem. Wykonał rutynowe wszczepienie bajpasów, wymienił zastawkę. Dla Wilsona, który robił to już wiele razy było to dośc nudne. Nie przyznawał się zbyt głośno do tego, żeby nie siać zgorszenia na szpitalnym oddziale, ale jednak... On chciał czegoś więcej. Nowych wyzwań. Dreszczyku emocji. Adrenaliny, której w takich rutynowych, odpowiednio wcześniej zaplanowanych zabiegach zwyczajnie mu brakowało. Pewnie wiele osób powiedziałoby, że jest lekkomyślne i to niedorzeczne, że zajmue się tak poważną dziedziną chirurgii... No, ale cóż. Taki czasem był Archie, niestety nieustannie od lat dziecięcych. I chyba częściej niż tylko czasem. Miał pójść wypić sobie kawę i przegryźć jakimś dobrym ciastem, ale wtedy został wezwany na izbę przyjęć. Wypadek, potrzebni chirurdzy. Ciężkie uszkodzenia, a do tego okazało się, że pacjentka ma problemy z sercem. Cóż... Chyba intuicja jeszcze mu nie szwankowała. Zadowolony więc pożegnał się z wizją leniwej przerwy, pędem puścil się na dół, a po przeprowadzeniu badania i wywiadu podjął decyzję o zabraniu pacjentki na salę operacyjną. Tam czuł się jak ryba w wodzie. Nie przeszkadzało mu to, że trwało to długie godziny, a praca była naprawdę żmudna w tym przypadku. Nie mógł się spieszyć, nie mógł wykonywać żadnych, gwałtownych ruchów. Jemu to jednak nie przeszkadzalo. Nawet to, że już dawno minął jeego dyżur, a pewnie po operacji i tak będzie musiał zostać w pobliżu, bo przecież nie wiadomo jaki będzie stan pacjentki. Niestety, choć starał się dać z siebie 200% nie miał gwarancji czy wszystko poszło zgodnie z jego myślą. Na domiar złego, wychodząc z sali poczuł pulsujący ból w skroni, a wzmógł on się tylko z krzykami jakiejś wariatki, która darła się na kogoś przez telefon. Kto w ogóle takich ludzi wpuszczał do szpitala? Trochę głupio mu się zrobiło, kiedy ogarnął, że to Cay, ale... Wazne, że nie słyszała jego myśli. Miał zamiar powiedzieć rodzinie jak wygląda sytuacja, ale zanim zdążył to zrobić zaatakowała go właśnie Mapples. Był zszokowany. Nawet więcej niż odrobinę, więc nie ukrywał kpiącego uśmieszku, który wpełzł na jego twarz.
-Przepraszam, ale z tego co mi wiadomo nie jesteś rodziną pacjentki. I powinnaś doskonale wiedzieć, że informacji o stanie pacjentów udziela się rodzinie, więc... Możesz dopytać, słońce - mruknął po czym podszedł do córki pacjentki i zaczął przekazywać informacje. Te o utracie krwi, którą starali się uzupełnić. O odłamkach znalezionych niebezpiecznie blisko serca, ale na szczęście nic nie uszkodziły i o prognozach jak i zaleceniach Wilsona do dalszego leczenia.
[Profil]
 
 
Bran Marrok

Wysłany: 2018-03-08, 21:04   

Nigdy nie należał do jakoś specjalnie sentymentalnych gości. Raczej unikał jakiegokolwiek celebrowania tych wszystkich pseudo świąt, które istniały tylko po to, aby zdzierać z ludzi pieniądze, a jednak przełamał się, chociaż, rzecz jasna, nie oznaczało to, że nagle miał zmienić swój cały światopogląd. Znał się na kobietach i tym, że te wręcz uwielbiały te wszystkie bzdety, a jako koleś, który właśnie zdobywał serce pewnej damy miał jak najbardziej powody do tego, aby ta poczuła się wyjątkowa. Bo, rzecz jasna, w jego oczach właśnie taka była.
Nie powinno być dla niej zaskoczeniem, że wiedział gdzie ją znaleźć. Wejście w głąb szpitala, poza recepcje też nie było zbyt trudne - choć osobiście pojawił się tutaj pierwszy raz (nie jako pacjent), to wystarczyło wręczyć kwiatka naburmuszonej kobiecie, aby poprawić jej dzień na tyle, że wskazała mu gdzie powinien szukać blondynki. Bez ociągnięcia ruszył więc we wskazanym kierunku, machając na pożegnanie już nieco spłoszonej kobiecie.
Zajęło mu dobre pół godziny odnalezienie Max, ale z pewnością było warto. Nim do niej podszedł przyglądał się kobiecie przez chwilę z bezpiecznej odległości, by móc zobaczyć jak ta zachowuje się w swoim naturalnym środowisku. Nowe, ciekawe doświadczenie.
- Dzień dobry, pani Marrok - pojawił się za jej plecami niczym nieoczekiwana zjawa, spoglądając na jej czubek głowy, a gdy tylko zdecydowała się na odwrócenie do niego, obdarował ją szelmowskim uśmiechem nazbyt pewnego siebie drania. Nie dał jej dojść do słowa, bo gdy tylko zobaczył, jak rozchyla wargi, by zabrać głos pośpiesznie ją ubiegł. - Chciałem sprawdzić jak się miewa moja prześliczna małżonka - wyjaśnił krótko zaraz wyciągając kwiaty w jej stronę. - I oferować prezent z okazji jej święta - dodał z jeszcze szerszym uśmiechem.
- Czy ta zapracowana kobieta znajdzie godzinę i da zaprosić się na obiad? - bo on wciąż pamiętał, że należała mu się randka. Obiecała. A kto jak kto, Marrok potrafił odbierać.. długi.
[Profil]
 
 
Max Marrok

Wysłany: 2018-03-08, 22:03   

Siedzieli we trójkę w niewielkim gabinecie na dole szpitala. Ściany miały kolor stonowanej szarości, a niewielkie drzwi do gabinetu zabiegowego były uchylone i odsłaniały paskudne, żółte ściany jakby szpitalowi zabrakło pieniędzy na dobranie czegoś co w mniejszym stopniu doprowadzi ludzi do szału. Ona, Homer i pielęgniarka Laney, która to jako jedyna musiała spędzać w tamtym pomieszczeniu jak najwięcej czasu.
- Dostanę epilepsji pourazowej. - wywróciła oczami i usiadła na niewielkim krzesełku tuż obok wysokiego mężczyzny, który przeglądał coś w internecie.
- Ej, Maxine. - uniósł kąciki warg w górę gdy monitor odsłonił przed nim to, czego tak intensywnie poszukiwał.
- Jaki jest ulubiony owoc żołnierza?- drobna blondynka przechyliła głowę w bok i spojrzała na przygarbione plecy mężczyzny by wzruszyć ramionami.
- No?- powróciła wzrokiem na swój pulpit i otworzyła jedną z ośmiu zakładek.
- Granat. - przymknęła oczy i poprawiła okulary, czując jak na twarz wpełza jej szeroki uśmiech.
- O, albo to. Co widzi optymista na cmentarzu?-
- O, to znam. - wtrąciła Laney - Same plusy.- parsknęli krótkim, szyderczym śmiechem i umilkli gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich kolejny pacjent.
Kolejny nudny dzień w przychodni. Umawianie ludzi na konsultacje, zlecanie rtg i pobieranie wywiadów od pacjentów, kierowanie ich dalej na inne badania, bądź do innych placówek. Zwykła papierologia przeplatana zdejmowaniem szwów pooperacyjnych i właśnie takimi, pięknymi dowcipami by nie paść na marazm.
Ubrana była w typowy strój lekarza, choć tym razem postawiła na coś innego niż biały kitel i swoje prywatne ubranie. Granatowa koszula na krótki rękaw, zapinana na zamek błyskawiczny, przykrywała białą bluzę o której to informację o założeniu dawały przydługie rękawy, wystające spod spodu. Do piersi po lewej stronie przypięty miała identyfikator wraz z niewielkim czytnikiem do otwierania drzwi i przeplecionymi przez nie czarnymi słuchawkami dousznymi. Kabelek sunął po klatce piersiowej i niknął w kieszeni łącząc się z telefonem komórkowym. Spodnie miała w tym samym kolorze, z niewielką plamą na udzie od soku pomarańczowego, który to piła gdzieś w okolicach trzeciej nad ranem jednocześnie myślami będąc już w okolicach godziny dziewiątej, kiedy to szesnastogodzinny dyżur dobiegnie końca, a na nogach... Cóż. Z jednej strony wstyd, z drugiej wygoda i być może to właśnie dlatego jakiś diabeł szepnął jej do ucha, że crocksy w szkaradnym żółtym, kanarkowym kolorze będą idealne na te długie godziny spędzane w pracy.
Gdy uwinęli się z kolejnym pacjentem ponownie zajęli się swoim znakomitym humorem.
- Ej, coś dla nas. Jak nazywa się lekarz, który leczy pandy?- Laney przesuwała palcem po ekranie swojego dotykowego wyświetlacza w telefonie, wyraźnie podłapując temat.
- Co się stało z pacjentem o nazwisku Curtis?-
- Nie żyje. - odhaczała kolejnych pacjentów z karty, co jakiś czas wracając do ręcznie wpisanych notatek.
- A co z tym policjantem ze strzelaniny?-
- PANDOKTOR.- brunetka przerwała im wywód, na co oboje lekarzy uniosło brwi i uśmiechnęło się szeroko z cichym westchnieniem.
- Ostatni żart i wracamy do pracy?-
- Max zaraz i tak kończy. - wszyscy skinęli głowami, a pielęgniarka zaczęła szybko przesuwać palcem po telefonie.
- Jak nazywa się ulubiony miesiąc pszczół? - Maxine spojrzała na nią z wyraźnym wyczekiwaniem, wiedząc, że kolega zapewne postanowił zrobić podobnie. Chwila ciszy została przerwana przez chichot drobnej dziewczyny.
- Miesiąc miodowy!- o ile takie nieśmieszne żarty faktycznie ją bawiły to ten nieszczególnie, gdy pomyślała o ostatnich zdarzeniach jakie pojawiły się w jej życiu.
- Homer. - chrząknęła i odwróciła się do swojego biurka, które jako jedyne miało widok na wejście. Poczuła na karku lekkie mrowienie, gdy mężczyzna utkwił w niej swój wzrok.
- Policjant. –
- Ah. Kula przebiła tylko jeden płat płuca. Tom składał go trzy godziny. Zrobił klin.- Maxine ujęła w dłoń pióro i przez chwilę je obracała, po czym ułożyła stalówkę na papierze i zaczęła kreślić na nim jakieś bliżej niezidentyfikowane szlaczki, nie przejmując się, że wszystko rozmazywała na swojej skórze. Czyli nie było najgorzej, a życie stopniowo szło do przodu. Ludzie przychodzili, odchodzili, umierali i żyli. Miała możliwość być ich częścią, nawet jeśli wyżywali się na niej z powodu przedłużającego się czasu oczekiwania. Ale hej. To ona robiła tu nadgodziny.
Uniosła głowę i skierowała ją w białą tarczę tykającego zegara. Jeszcze godzina.
- Pójdę do radiologa-
- Po co? Przecież wszystko wysyłane jest mailem.
- Dasz mi żyć, Homer?-
- Oh. Chcesz się opierdalać, panienko Toller? – westchnęła głośno i wzruszyła ramionami, odchylając się tak aby zobaczył jej twarz. To chyba wystarczyło, bo machnął ręką.
- Dobra. Idź sobie, tylko nie wpakuj się w coś gorszego niż siedzenie przy komputerze. Widzimy się w poniedziałek? Masz dyżur w weekend? -
- Nie. W poniedziałek asystuję Chandlerowi.-
- O której zaczynacie? – skrzywiła się na to pytanie.
- Operacja koło siódmej więc..-
- Jasne, do zobaczenia o szóstej.-
- Też asystujesz?- zamknęła klapę laptopa i odłączyła kabel od internetu i podniosła się do góry, spoglądając na niego uważnie.
- Ano. Dobra, Max. Miałaś sobie iść. Przekaż kolejnemu pacjentowi, że może wejść. - Wywróciła oczami.
- Nara.- widziała jak unosi dłoń w górę, jednak pozdrowienia już nie zobaczyła.
Zostawiwszy uchylone drzwi gestem zaprosiła do środka starszą panią, której rzężący oddech słyszała jeszcze oddalając się korytarzem dopóki nie wcisnęła słuchawek do uszu i nie włączyła muzyki.
The Clash zadudnił w uszach i sprawił, że wreszcie mogła odetchnąć i na moment odciąć się od swojej codzienności.
Darling you gotta let me know.
Should I stay or should I go?
If you say that you are mine,
I'll be here till the end of time.
So you got to let me know,
Should I stay or should I go?


Idąc przed siebie zorientowała się, że za oknem niebo spochmurniało i wylewało swoje łzy wprost na chodniki i ulice, pozostawiając po sobie olbrzymie kałuże.
Westchnęła i zrobiła głośniej, tylko po to by jeden z lekarzy zaraz wytrącił ją z równowagi.

It's always tease tease tease.
You're happy when I'm on my knees.
One day is fine and next is black,
So if you want me off your back,
Well come on and let me know.
Should I stay or should I go?


W chwili gdy poczuła jak ciepła męska dłoń zaciska się na jej ramieniu, szybko odwróciła się, jednocześnie wyrywając sobie jedną słuchawkę z ucha. Trochę niemrawo spoglądała na bladą twarz mężczyzny.
- Max. – powtórzył, unosząc brwi i pokazując jej małą podkładkę z kartką.
- Co?-
- Pytałem się czy podpiszesz. – dopiero teraz, poprawiając okulary przejęła przedmiot. Przeskakiwała ze słowa na słowo, jednocześnie drugą ręką wyciągając wieczne pióro ze swojej kieszeni.
- Co to?-
- Zgoda na nowy identyfik…- nie czekając na dalsze dyskusje zamaszyście się podpisała. Coś kiedyś słyszała o tym, że czeka ich wymiana plakietek, a jej stopniowo wołała o pomstę do nieba. Zwłaszcza po którymś z kolei praniu.
- Wiesz coś odnośnie Verony? -
- Kogo?- zmarszczyła nos, a jej wzrok powędrował nad głowę lekarza gdy próbowała sobie coś przypomnieć.
- Patricia Verona? Lat trzydzieści pięć, rak przełyku, operowana pół roku temu. Huczny powrót na siódemkę.- skinęła głową, teraz kojarząc. Dziewczyna od drenów.
- Z tego co wiem to wylądowała na onkologii. - wbiła dłonie w kieszenie spodni i szurnęła nogą, wydając charakterystyczny dźwięk gdy guma tarła o szorstką okleinę w kolorze podgniłej limonki zmieszanej z brudem jaki naniósł się przez licznych ludzi w zwykłym obuwiu.
- Ma przerzuty na węzły chłonne, nie wiadomo co z mózgiem. Konsylium w przyszły czwartek, więc nie wiem kiedy operujemy.-
- Nie wiesz kto ją przejmie?- pokręciła w odpowiedzi głową.
- Tom nic nie mówił. – widziała jak lekarz się krzywi. Patricia była pacjentem specjalnej troski, bardzo trudnym i odmawiającym jakiekolwiek współpracy. Nie tylko pielęgniarki miały z nią problem. Niemniej po cichu liczyła, że ją ten temat ominie.
- Dobra, lecę. Widziałaś gdzieś Johna?-
- Nope.- machnął jej ręką na odchodne, na co ta tylko westchnęła i ruszyła dalej, ściszając muzykę do minimum w razie gdyby ktoś ponownie postanowił ją zaskoczyć..
Szpital był jej drugim domem, miejscem gdzie spędzała najwięcej swojego czasu i właściwie czuła się najswobodniej. Była pewna swoich umiejętności oraz wiedzy jaką zdobywała latami, kształcąc się w tym a nie innym kierunku. I choć pacjenci byli często wrzodami na dupie, darli się, wyzywali i potrafili nawet unieść rękę, to dla Maxine i tak lubiła swoją robotę. Choć czasem przydałby się jej dzień, czy dwa wolnego. Grono pracowników z którymi potrafiła sobie pożartować było niewielkie, głównie te stare z którymi startowała lub tacy, którzy swoją otwartością szybko zaskarbili sobie miejsce w jej świadomości. Jednak można było policzyć ich na palcach jednej ręki Dla reszty była jak zwykle uprzejma i zdystansowana.
Odział VII mieścił się na drugim piętrze i był typowym spacerniakiem. Olbrzymi korytarz wypełniali ludzie, którzy ubrani w piżamy i szlafroki dźwigali niewielkie torby z butlami pełnymi krwistej mazi jaka wydobywała się po operacji z ich opłucnej. Często stali przy ścianie, podpierali barierki, bądź powoli chodzili. Było też kilka osób z maseczkami na twarzy i wózkiem w którym znajdował się sprzęt do kontroli serca. Przeszczepowcy. Pierwsze kroki ze swobodnym oddechem. Drugim życiem. Takich lubiła najbardziej.
Słysząc te konkretne nazwisko przystanęła i obróciła się na pięcie, marszcząc gniewnie wzrok. Miała wrażenie jakby ktoś nagle postanowił sobie z niej zażartować. Widząc jednak Brana we własnej osobie na jej twarz wskoczyło nagłe zaskoczenie. Mógł zobaczyć jak otwiera oczy ze zdziwienia i chwilę się w niego wgapia, dopóki nie orientuje się, że na nosie ma te paskudne okulary. Ponowny szybki zwrot by jej nie widział.
- Bran.- mruknęła, zdejmując je i zaciskając palce na czarnych, dużych oprawkach. Czuła jak twarz oblewa się czerwienią i nie jest w stanie nic na to zdziałać, bo ani nie chronił jej makijaż, ani powiew chłodu. Miała wrażenie, że zrobiło się nagle nieprzyjemnie gorąco.
Lewą rękę wbiła w kieszeń wraz z okularami, a drugą przeczesała nerwowo włosy. Jego wizyta tutaj wprawiła ją w szczere osłupienie- nie pamiętała by kiedykolwiek postanowił przekroczyć rozsuwane drzwi Northwest Hospital & Medical Center. Nie wiedziała od czego zacząć. Czy go opieprzyć za używanie jego nazwiska w miejscu publicznym, czy może zapytać się co tutaj robił? Rzuciła pospieszne spojrzenie dookoła i będąc pewną, że nikt z pracowników nie zwracał na nich uwagi przysunęła się bliżej, jakby bojąc się, że ktoś ją usłyszy.
- Co ty tu…- przerwał jej. Uniosła brwi i wydęła usta z wyraźnym niezadowoleniem, w międzyczasie pozwalając sobie zlustrować go od stóp do głów. Gdzie się podziała jego ulubiona, różowa bluza, albo ten charakterystyczny czarny podkoszulek i pachnąca skórą kurtka? W momencie gdy wysunął w jej stronę prezent z jej ust wydobył się dziwny dźwięk, przypominający niepewne hollyshit mówione na jednym, szybkim wdechu.
- Bran?- zmrużyła oczy i odwróciła się, próbując dostrzec jego koleżków. To jakiś kolejny zakład? Nie była pewna czy to na pewno był on. Wyglądał wręcz nienaturalnie i gdyby nie uśmiech i błyszczące oczy mogłaby przysiąc, że ktoś go podmienił. Bardzo niepewnie i powoli wyciągnęła dłoń po bukiecik kwiatów, swoją drogą ślicznych i spuściła wzrok by mieć pewność, że nie dostrzeże tego jak się uśmiecha. Odkaszlnęła, przykładając dłoń do ust. Mieli umowę. A właściwie to ona miała sama ze sobą. Miał dać jej spokój, miała go unikać i nie pozwalać na dalsze zbliżanie się do siebie. Tymczasem on bez pardonu wchodził sobie do jej miejsca pracy, uśmiechał się tym swoim uśmiechem, wręczał kwiaty i nazywał swoją żoną.
- Obawiam się, że nie jestem stosownie ubrana, panie Marrok.- wolną ręką przejechała po swoim mundurku, mając nadzieję, że nie zwróci zbytniej uwagi na plamę na spodniach.
- W przeciwieństwie do ciebie.- chrząknęła, mrużąc na moment oczy i posyłając mu krótki, niepewny uśmiech. Chciała, aby wiedział, że zauważyła ten dziwny, ale bardzo przyjemny dla kobiecej wyobraźni gest z jego strony. To, że się postarał i założył coś, co pewnie musiał pożyczyć, bowiem wątpiła aby miał to u siebie w szafie na wyposażeniu.

Should I stay or should I go now?
If I go there will be trouble,
And if I stay it will be double.
So come on and let me know.
  
[Profil]
 
 
Bran Marrok

Wysłany: 2018-03-26, 17:52   

Panika, która chwyciła za serce Max i zacisnęła na nim swoje długie, chłodne palce uniosła również koniuszki warg Marroka w rozbawionym uśmiechu, kiedy to zdołał dostrzec początkowe zmieszanie na jej twarzy, gdy tylko zorientowała się kogo takiego miała za plecami. W przeciwieństwie do niej ani na moment nie stracił pewności siebie, a obserwował poczynania swojej świeżo upieczonej żony, na której twarzy wylał się intrygujący rumieniec. Zabarwił jej poważne, lekarskie oblicze odrobiną infantylności i sprawił, że mężczyzna jeszcze bardziej ucieszył się z tego, że postanowił złożyć jej niezapowiedzianą wizytę. Gdy w roztargnieniu czym prędzej pozbyła się okularów z nosa i w końcu ponownie się do niego odwróciła, ba, nawet się przybliżyła, dostrzegła jak męska dłoń unosi się do jej tworzy, aby złapać kilka niesfornych kosmyków, które wkradły się na jej młodą buźkę, gdy tak pośpiesznie je poprawiała. Zgarnął je i ułożył za jej uchem niewiele sobie robiąc z tego, że ktoś może ich nakryć.
Byli małżeństwem. W dupie miał to, że ktoś go nakryje z jego własną, osobistą żoną. Jeśli ktoś miał z tym problem, winien jest powiedzieć o tym Marrokowi w twarz. Ciekawe, czy się odważy.
- Maxine, Maxine, Maxine, Marcia, Marcia, Marcia - parodiował Jan układając palec na wargach Marrok, aby już bez większych ceregieli ją uciszyć. - Nie obchodzi mnie twój strój, Marrok. Idziemy cię nakarmić - ostatecznie dał jej do zrozumienia, że wszelkie próby wykrętu spełzną zupełnie na niczym. - Prowadź - dodał zsuwając palec i pogłębiając uśmiech błądzący na męskich wargach.
Ruszył, kiedy i kobieta zdecydowała się w końcu ustąpić. Znała go dostatecznie długo by wiedzieć, że nie ustąpi w tej kwestii, skoro sama siebie skazała na taki los godząc się na randkę. Nie obiecał przecież, że ta zostanie przez niego zapowiedziana. Budząc się tego ranka miał ochotę zjeść z kimś, kogo lubił. Mógł w tym celu zapukać do drzwi którejś z jaszczurek i tym samym oszczędziłby sobie tej całej przejażdżki, jednak ten, kto znał Marroka wiedział również, że gdy coś postanowi, to zrobi to niezależnie od ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić.
Szedł o krok za Max pozwalając jej się prowadzić i ignorując wszelkie spojrzenia po drodze. Dłonią, ilekroć ta przystanęła, muskał jej bok, czasem pośladek, co komentował krótkim uśmiechem, jeśli decydowała się spojrzeć na niego. Co dotknął, to jego, ponadto nie powinna się oszukiwać - już raz zdążył ją dogłębnie zbadać. Nie powinna być aż tak wstydliwa. Nie po tym, co sama robiła.
- Jakieś ciekawe przypadki? - zapytał, kiedy to skręcili w kolejny korytarz. Czy tylko mu się wydawało, czy Max naprawdę prowadziła go jakimiś tajnymi korytarzami, jakby się.. wstydząc? Ta dzika myśl wywołała w jego głowie szczery, rozbawiony śmiech, chociaż mimika zdawała się ani drgnąć.
[Profil]
 
 
Max Marrok

Wysłany: 2018-03-26, 20:29   

Jeśli przyjemność sprawiały mu rumieńce na twarzy, które w niej wzbudzał to była żoną idealną- bo przy nim rumieniła się ciągle i nie była w stanie tego w żaden sposób powstrzymać.
Max nie była osobą, która potrafiła skrywać swoje emocje zbyt długo. Właściwie to wcale. Wystarczył jeden drobny, nawet najmniejszy niczym ziarno na piaszczystej plaży, punkt zapalny by fala wyrzuciła na brzeg skrywane na dnie skarby.
Jako lekarz była profesjonalna, a przynajmniej starała się taka być. Robiła wszystko w taki sposób, jak sama by chciała zostać obsłużona. Nie skupiała się na sobie, na tym co czuła ona ale przede wszystkim na dobru pacjenta, oraz na tym co mówili. To oni byli tutaj najważniejsi. Skrupulatnie omijała swój temat, zmieniała zdania, wykręcała słowa w przeciwną stronę ze sprawnością lingwisty i czarodzieja przez co nie wpuszczała ani odrobiny siebie. Nawet wśród pozostałego grona lekarskiego. Nie potrafili nacisnąć, nie znali czułych punktów, które mogliby naruszyć, podrażnić by uzyskać godny zadowolenia efekt.
Aż do dzisiaj.
Wgapiała się w niego z wyraźnym niezrozumieniem, jakby sporą trudność nagle sprawiło jej połączenie pewnych faktów. Wciąż próbowała się w jego czynach doszukiwać podstępu, każdy krok czy ruch był bardzo szczegółowo analizowany, a brak jakichkolwiek sensownych wniosków zdawał się wyprowadzać ją z równowagi.
Bran mógł zauważyć jak mały lekko zadarty nosek marszczy w wyrazie bezkresnego zdumienia, gdy zaczął do niej mówić. Absolutnie nie miała pojęcia o co w tej chwili mu chodziło. Gadał od rzeczy.
- Co?- mruknęła tracąc kompletnie rezon nim ten przytknął jej palce do ust. Pacnęła go w rękę by szybko zasłonić na moment twarz niewielkim bukietem kwiatków, które od niego dostała. A potem lekko się uśmiechnęła. Osuwając prezent w dół, jedną z dłoni ułożyła na plakietkę i popukała ją swoimi palcami niby niespecjalnie- myśląc-, aczkolwiek znacząco. Tak, aby wiedział, że usłyszała jak ją nazwał i jednocześnie zdawał sobie sprawę, że przystaje na tę zabawę, bo identyfikator znał prawdę.
- Dobra.- blondynka uniosła dłoń i przetarła nią swoje czoło, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, by znów powrócić do jego twarzy i się na niej skupić. Lubiła w nią patrzeć, choć początkowo robiła to ze strachem.
Wiedziała, że każda próba zmiany jego decyzji może skończyć się fiaskiem i dodatkowymi problemami z jego strony. Był dorosłym mężczyzną, choć miał czasami dziecięce zagrywki. Na swój sposób urocze. Zabieganie o nią w ten sposób mile łechtało jej ego. Choć z drugiej strony wzbudzało uczucie niepokoju.
Skinęła głową, kierując go w stronę drzwi blokowanych pinem.
Prowadziła go przez rzędy opustoszałych korytarzu, skupiając się na tym aby mieć pewność, że nikt ich nie zauważy.
Otwierała przed nim coraz to nowe drzwi, z cichym, charakterystycznym brzęczeniem blokady, gdy przykładała plakietkę do czytnika. Szła żwawo, rozglądając się na boki i ściskając w swoich dłoniach łodyżki najpiękniejszego bukietu, jaki kiedykolwiek został jej podarowany.
Marrok miał rację. Czasem wystarczył jeden drobny gest by wywołać uśmiech na cudzej twarzy. Czasem wystarczyło wydać kilka głupich dolarów by przekonać się, że pieniądz w tych czasach może być ważny.
Nic nie znaczący podarunek sprawił, że jej serce zadrżało i skurczyło się z przestrachem, czując jak coraz to mocniej angażuje się w całą sprawę, podczas gdy on po prostu świetnie grał i się bawił.
Zabawa w dom szła mu fantastycznie. Był mężczyzną o którym marzyła większość kobiet. Był czuły, zabawny i w jakiś sposób ujmujący. Potrafił słuchać i wyciągać myśli z jej głowy jak z szuflady. Przewidywał jej reakcje, posuwał się do podstępów i nie pozwalał wywinąć się z sideł, które skrupulatnie zastawiał. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc w miesiąc.
Przywykła do tego, że był i choć w dalszym ciągu przerażało ją jego postępowanie, to odczułaby smutek, gdyby w pewnym momencie już do niej nie wrócił.
Przestały działać na nią jej myśli, jakoby było to zwykłym, nic nie wartym przedstawieniem. W pewnym momencie człowiek zaczyna po prostu wierzyć w to, co odgrywa, a teatr staje się realny. Ignorowała zaciekawione spojrzenia przechodniów, które ledwie muskały jej sylwetkę, bardziej skupiając się na mężczyźnie, by dopiero gdy ich miną odwrócić się i ukazać swoje zdziwienie. Niektórzy jej nie znali, ot. Była dla nich zwykłym lekarzem z oddziału VII wraz ze znajomym z którym dokądś zmierzała. Ale było kilka osób, których znała i oni ją. Marrok na pewno wiedział w którym momencie to następowało, bo pierw zwalniała a potem gwałtownie przyspieszała, odwracając głowę. Nie wstydziła się go. Chciała oszczędzić sobie niepotrzebnych tłumaczeń. Plotek i bólu.
- To nie doktor House, Bran. Tu nie ma ciekawych przypadków. Większość moich pacjentów to ludzie z rakiem płuc, którzy umierają w przeciągu ośmiu lat. Połowa przypadków wraca. Czasem mamy do poskładania kogoś po wypadku. Czasem trafi się ktoś po postrzale.- mruknęła, przystając przy kolejnej blokadzie w postaci przeszklonych drzwi, a gdy ponownie poczuła jego dotyk westchnęła i przymknęła oczy, nie mogąc go zignorować. Niepewnie ujęła jego dłoń i oplotła wokół niej swoje palce, by już po chwili ją puścić. Ale to wystarczyło.
- Przepraszam. Jestem okropną żoną.- uśmiechnęła się lekko i pchnęła biodrem drzwi, ruszając dalej.
- Ale jestem zmęczona. Brudna, śmierdzę, niewyspana i znudzona dowcipami w przychodni. No więc. Najpierw miałam dyżur nocny i walkę z chorą kobietą, która dostała tyle proszków, że mogliby nas zamknąć. Wyrywała sobie wenflony, naruszała dreny i cewnik. Okropieństwo. Musieliśmy ją unieruchomić.- uniosła palce i rozpostarła je w geście irytacji wywracając oczami i spoglądając w jego stronę, a potem zacisnęła dłoń na nadgarstku, sygnalizując nic innego jak pasy, którym kojarzą się tylko z psychiatrykiem. Nienawidziła takich osób, które zamiast cieszyć się z otrzymanego daru potrafiły jeszcze napluć ci na buty. Nie dodała, że spędziła tu szesnaście godzin.
- O siódmej mieliśmy operować chłopca.- urwała na moment i umilkła, chcąc dobrać odpowiednio słowa, by nie wyjść na zbyt bezduszną i znieczuloną osobą, na ludzkie cierpienie. Chociaż nigdy nie była. Każdą porażkę, nawet taką nie z jej winy, brała za bardzo do siebie.
- Po...zajrzeniu do środka okazało się, że nowotwór dał przerzuty na pozostałe płaty płuc i zaczął naciekać na inne organy. - przygryzła dolną wargę i odwróciła głowę w bok, tak aby nie musiał na nią spoglądać. Każdy taki przypadek przypominał jej o bracie i bezradności lekarzy.
- Więc trzeba było iść do jego rodziców i powiedzieć najdelikatniej jak potrafisz, że nie jesteś w stanie mu pomóc, że ich dziecko umiera. Podać opcjonalną ilość czasu, jaka im została, zaproponować leczenie paliatywne, psychologa, jakieś stowarzyszenie i te wszystkie inne bzdury, które przecież i tak im nie pomogą, ale musisz. Wysłuchać wyzwisk, zastraszeń sądem, jednocześnie prosząc w duchu by nie oberwać w twarz gdy zdruzgotanemu ojcu puszczają nerwy. W najgorszym wypadku wzywasz ochronę, w najlepszym pozwalasz się przytulić załamanej matce i czekasz aż pierwsza fala żalu do ciebie i świata opadnie. Najgorzej jest wtedy, gdy ci dziękują, chociaż tak naprawdę nie zrobiłeś nic, bo przecież takie jest prawo i po prostu nie możesz, albo gdy masz ochotę na nich nawrzeszczeć, bo przyszli za późno, ignorując sygnały jakie dawał organizm ich dziecka, ale znowu nie możesz, bo masz być profesjonalistą. Zresztą, to i tak nic by nie dało. Płacą najdrożej za swoje błędy.- w jej pracy najgorsza była bezradność nad tym, że tracili kolejne życia oraz to, że ludzie dopiero w takich chwilach orientowali się dokąd potrafiło ich doprowadzić bagatelizowanie objawów. Życie było niesprawiedliwe. Złodzieje, gwałciciele, alkoholicy żyli pełną piersią, podczas gdy niewinne istnienia dusiły się w szpitalnych salach i umierały w twoim towarzystwie. Często nie dzwoniła po najbliższych gdy nadchodził ten czas. Mogli jej zarzucać wszystko, jednak nie była po prostu w stanie pozwolić matce patrzeć na to jak umiera jej dziecko. Bo sposób odchodzenia na raka płuc był paskudny. Powróciła do niego wzrokiem i uśmiechnęła się delikatnie, łagodnie. Wyrzucenie z siebie tego, co męczyło ją nie tyle od rana, co od kilku lat przyniosło niespodziewaną ulgę.
- Od godziny siódmej trzydzieści siedziałam w przychodni, wypełniałam papiery i przyjmowałam pacjentów na kontrolę. A Ty? Odbierałeś długi?-
Nie chciała go polubić, tylko po prostu tak jakoś wyszło. I być może dlatego towarzyszyło jej to okropne uczucie strachu. Angażowanie się w sprawę, która nie powinna mieć miejsca bo była jednostronna.
Gdy wreszcie znaleźli się na dole, na jej twarzy błysnął uśmiech triumfu i bezkresnego zadowolenia, przynajmniej dopóki nie usłyszała swojego imienia. A potem znowu i znowu.
Stołówka znajdowała się tuż obok miejsca z którego niedawno przyszła: z przychodni. Nic więc dziwnego, że musieli tędy przejść by się tam znaleźć i również było to bezsprzecznym faktem, że szczęście bywało ulotne.
Na horyzoncie najpierw pojawiła się Laney. Rozglądając się na boki wodziła po zmęczonych twarzach pacjentów oczekujących na swoją kolej. Początkowo Toller miała wrażenie, że pominie ją i tak rzeczywiście się stało. A potem czekoladowe tęczówki wbiły się w nią i przeszły gładko na twarz jej męża. I tak kilka razy. Wyregulowane brwi powędrowały w górę i trwały tam chwilę ukazując niezmierzone zdumienie gdy zorientowała się, że wokół lekarki kręcił się prawdziwy mężczyzna.
Ułamki sekund zajęło jej podjęcie działania. Pielęgniarka podniosła opaloną dłoń w górę i pomachała w ich stronę.
- Maxine! Max! – nie musiała jej wołać. Wiedziała, że właśnie wpadła po uszy. Połączenie jej, Homera i Brandena było najbardziej wybuchową mieszanką. Detonacja trójki groziła olbrzymim problemem.
- Mam ją, Homer, mam! Max, chodź, potrzebujemy twojej pomocy! – Toller miała wrażenie, że w jej słowach dało się wyczuć drugie dno. Jakby Laney faktycznie przyłapała ją na czymś czego powinna się wstydzić. Blondynka odwróciła głowę i spojrzała na towarzysza z zawahaniem. To wystarczyło by Laney w żwawy sposób znalazła się tuż przy nich. Zamiast jednak skupić się na pani torakochirurg ta wgapiała się w mężczyznę z wyraźną satysfakcją i zadowoleniem.
- Radiolog, huh?- puściła mu oczko, na co Toller wydała z siebie dźwięk przepełniony bolączką i żałością. Nie wiedziała przecież, że ich spotkanie było niespodzianką co wystarczyło by sobie dopowiedzieć to i owo.
- Chodziłabym do pana. Chociaż zawód kardiologa lepiej by do pana pasował.- cmoknęła, by po chwili pokazać rząd wybielonych zębów i wyciągnęła dłoń, aby się przedstawić. Max wbiła spojrzenie w podłogę.
- Laney Phillis, pielęgniarka. A to jest Homer…-
- Simpson.- tylko ktoś, kto dobrze ją znał mógł zorientować się, że straciła cały humor.
- Bardzo śmieszne. Williams. Torakochirurg tak jak Max. A pan to…?- blondynka miała wrażenie, że krztusi się powietrzem widząc jak Laney przejmuje inicjatywę i bezpośrednio zwraca się do Brana, podczas gdy Homer po uprzednim uściśnięciu dłoni z Marrokiem podtyka jej pod nos kilka kartek papieru.
- To twoje bazgroły? Mogłabyś zacząć pisać drukiem? Albo na komputerze? Jesteś gorsza niż enigma. – wyrwała mu je z ręki, jednak nawet nie spojrzała w ich stronę, mając nadzieję, że ich żart nie ujrzy światła dziennego w miejscu tak publicznym jakim była jej praca w szpitalu.
  
[Profil]
 
 
Opal Mayfield


opal

mayfield


chcę zostać chirurgiem

co ten garreth

Lives in
auburn pine houses

Wysłany: 2018-11-05, 22:07   
  

  
  
  
29 yo

  
168 cm

  

  

  

  

  
od urodzenia w Berrylane
kobieta patrzy na mężczyznę, rozmawia z drugim a myśli o trzecim

  


W życiu każdej dorosłej osoby w końcu przychodzi taki moment, w którym przeanalizuje wszystko co wydarzyło się przez tyle czasu; a szczególnie to, czy stało się tak jak sobie zaplanowała. Otóż u Opal było już tyle niespodziewanych zawirowań, że sama kobieta nie do końca wiedziała, jak mogło to wszystko się tak wydarzyć. Od zawsze była osobą perfekcyjną, lubiła mięć nad wszystkim kontrolę - a mimo to, los i tak lubił płatać jej figle - nie oszukujmy się, w końcu była praktycznie dwukrotną rozwódką nie kończąc nawet trzydziestki. Lecz to wcale nie oznaczało, że się poddała - bo choć nie zamierzała już z nikim wiązać się na stałe; to i tak ostatecznie ogarnęła się na tyle, że jej problemy nie stanowiły już tak wielkiego prawa bytu. Wybrała szczęście; i udało jej się ono uzyskać u boku Garreth'a; ale nie chodziło tu tylko o bycie w związku - lecz także poczucie kochania innej osoby, o wiele mniejszej - czyli dziecka. Niestety, swojego nie było jej dane mięć, ale pokochała cudze i wcale nie czuła, że to jest złe. Rzecz jasna, jej życie było skomplikowane, ale czyje nie jest? Każdy musi z czymś się zmierzyć i Opal już się tego nauczyła.
Raz na jakiś czas zdarzy się taki przypadek, że pomimo wypracowanych tych trzynastu godzin dziennie, nie można tego zignorować i pójść domu; Ci którzy decydują się zostać lekarzami doskonale o tym wiedzą i właśnie dziś to się wydarzyło. Opal spędziła praktycznie dwadzieścia cztery godziny w szpitalu; była już na tyle wykończona, że zasypiała przy własnym biurku; dlatego gdy pozwolono jej już wyjść jak najszybciej złapała za płaszcz i skierowała się do drzwi frontowych. Spojrzała na godzinę, była prawie siódma rano - w jej głowie była tylko myśl o szybkim prysznicu i łóżku, oraz o tym że Garreth wpadnie na to, aby samemu zawieźć dziś Suzie do żłobka, bo choć Mayfield miała wolny dzień nie miała siły na to, aby opiekować się córeczką. Lecz gdy prawie była przy wyjściu jej wzrok powędrował w stronę rudej osóbki - od razu się wyprostowała i z zaniepokojonym wyrazem twarzy podeszła do dziewczyny. - Georgie? - Zawsze zwracała się do niej zdrobnionym imieniem, choć to nie tak, że pełne jej się nie podobało - miała tak w zwyczaju. - Co Ty tu robisz? O tak wczesnej porze? Coś się stało? Jesteś ranna? - Spanikowana od razu zaczęła ją przeglądać, zaczynając od rąk.
_________________
  
[Profil]
  MULTI: branwen | mallory | reynard
 
Georgette Stafford


Georgette

Stafford


pomaga przy promocji wydawnictwa

i kocha swojego pieska

Lives in
auburn pine houses


Wysłany: 2018-11-08, 14:13   
  

  
  
  
18 yo

  
158 cm

  

  

  

  

  
od zawsze w Berrylane
talk dirty to me

  


    8
Na początek należy ustalić dwie rzeczy. Georgette była bardzo szczęśliwym człowiekiem, jednak jak to w życiu bywa, zachowana musi zostać równowaga, a to oznaczało, że posiadała pecha. Naprawdę sporego pecha, którego nawet nie koniecznie lubiła tak określać, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły jej, że właśnie tak to wyglądało. I tego dnia było tak samo. Poranny spacer z Padme nijak nie różnił się od tych wszystkich, które odbywały między godziną piątą a szóstą rano. Jak zwykle chodziły, bawiły się patykiem, trochę biegały. Nic nowego i nadzwyczajnego. Przynajmniej do momentu, w którym to Padme postanowiła gwałtownie skręcić i rzucić się w dół olbrzymiej górki. Georgette oczywiście rzuciła się zaraz za nią, a koniec był jaki był. Ona sturlała się z niej i obtłukła, w momencie, gdy psu nie stało się dosłownie nic i szczęśliwa przybiegła do nastolatki, kiedy ta wręcz gryzła ziemię, do której przytulała się twarzą.
Po wyczłapaniu się na górę i dotarciu do domu, ojciec oczywiście od razu do niej dopadł. I nim zarządził podróż do szpitala, Gigi zdążyła jeszcze wziąć prysznic i przebrać się w czyste rzeczy.
I chociaż tata obiecał, że jak przyjadą to zajmie się od razu nią, to pilne wezwanie na salę operacyjną sprawiło, że nastolatka siedziała na poczekalni i… Czekała. Chciała iść do gabinetu, jednak nie była pewna czy ją wpuszczą, a dodatkowo bolała ją noga i wolała nie spacerować nadmiernie, jeśli miało okazać się, że zamknięcie się w jego pokoju nie wchodzi w grę. Rozważała poważnie czy usiąść na krześle czy może na fotelu, kiedy usłyszała znany głos, a chwilę później zauważyła idącą w jej kierunku ciocię, do której uśmiechnęła się szeroko. – Hej hej. Tata mnie przywiózł bo spadłam z górki i boli mnie noga, ale wezwali go na pilną operację, więc… Czekam. – leciutko wzruszyła ramionami, uważając, że to przecież nic takiego, nic strasznego. A już po chwili uśmiechnęła się do Opal szeroko. – Dopiero kończysz pracę? Wyglądasz na zmęczoną, mam nadzieję, że wrócisz i pójdziesz spać. – i mówiła to całkiem poważnie, nawet poważnym głosem, licząc na to, że ciotka jej posłucha i grzecznie uda się do łóżka gdy już wróci do domu.
_________________
[Profil]
  MULTI: Carol, Maisie, Scott
 
Opal Mayfield


opal

mayfield


chcę zostać chirurgiem

co ten garreth

Lives in
auburn pine houses

Wysłany: 2018-11-10, 20:40   
  

  
  
  
29 yo

  
168 cm

  

  

  

  

  
od urodzenia w Berrylane
kobieta patrzy na mężczyznę, rozmawia z drugim a myśli o trzecim

  


Także, jeżeli Gigi miała, aż tak wielkiego pecha - nic w tym zadziwiającego, że Opal zareagowała właśnie w taki sposób. Po śmierci jej matki, poczuła zobowiązanie, że to ona musi pomóc stać się jej dorosłą kobietą - rzecz jasna miała ojca, ale znała swojego brata i wiedziała doskonale, że pomimo tego iż jest lekarzem, rady bardziej kobiece, zdecydowanie nie były jego dobrą stroną. Lecz tu nie chodziło tylko o zobowiązanie, bardzo zależało jej na rudowłosej i nie chciała, aby aż tak bardzo odczuwała stratę swojej mamy, choć w żadnym wypadku nie chciała zająć jej miejsca, zamierzała być przy niej tylko wtedy gdy Stafford by tego potrzebowała i według blondynki na pewno było tak w tym momencie - w końcu jaka normalna nastolatka znajduję się w szpitalu o tak wczesnej godzinie? To zrozumiałe, że Mayfield zapaliła się z tyłu głowy czerwona lampka i od razu pomyślała, że musiało się jej coś stać. - Och. - Mruknęła zmartwionym tonem zaraz jednak posyłając jej ciepły uśmiech. - Niestety, ale taka jest rola lekarza, zawsze gdy są jakieś poważne wypadki, niezależnie od tego czy tego chcesz czy nie, musisz iść w końcu Easton, jak i ja na takie życie się zdecydowaliśmy. - No cóż, próbowała jej wytłumaczyć to co za pewne jej bratanica doskonale wiedziała, ale Opal po prostu chciała w ten sposób podnieść ją na duchu. - A w jakim miejscu Cię boli? - Zapytała a jej wzrok powędrował w stronę nóg. - Która to? I w sumie najlepiej będzie jak usiądziesz, żebyś jej nie przemęczała. - Stwierdziła pewnie biorąc dziewczynę pod ramię i doprowadzając ją do krzesła, kiedy obie usiadły spojrzała na nią cały czas starając się mięć uśmiech na twarzy. - Tak, dopiero kończę, ale to nie jest teraz istotne.. właściwie gdybyś nie była córką mojego brata, poprosiłabym kogoś aby Cię wcisnął wcześniej, ale znasz swojego ojca, on woli się sam Tobą zająć, co jest na pewno irytujące. - Wywróciła oczami chcąc grać fajną ciotkę - choć nie była do końca pewna czy jej to wychodziło. - Dlatego poczekam z Tobą, lepsze to niż siedzenie tu samej i dobijanie się innymi przypadkami. - Odrzekła marszcząc brwi. - Ale najpierw pójdę po kawę, a Ty napijesz się czegoś? - Podniosła się z miejsca czekając na odpowiedź towarzyszki.
_________________
  
[Profil]
  MULTI: branwen | mallory | reynard
 
Georgette Stafford


Georgette

Stafford


pomaga przy promocji wydawnictwa

i kocha swojego pieska

Lives in
auburn pine houses


Wysłany: 2018-11-11, 12:56   
  

  
  
  
18 yo

  
158 cm

  

  

  

  

  
od zawsze w Berrylane
talk dirty to me

  


Zgodnie z poleceniem cioci Georgette usiadła na jednym z krzeseł, wiedząc, że w sumie miała rację i nie powinna jej nadwyrężać. Prawdopodobnie nic z nią nie było i jedyne co zrobiła, to trochę ją nadwyrężyła, jednak znała swojego tatę dobrze i była pewna, że przez najbliższych kilka dni będzie leżała plackiem w łóżku, choćby w wydawnictwie się waliło i paliło i dziadek potrzebował jej na już. Była pewna, że jeśli sytuacja jak ta się przytrafi, Easton zrobi dziadkowi awanturę stulecia i cóż… Była pewna, że prędzej czy później do tego dojdzie. Teraz jednak Georgie uśmiechnęła się do Opal, po czym wyprostowała bolącą nogę, unosząc ją tym samym do góry. – W kostce. To pewnie nic takiego, ale znasz tatę… Jak wrócił i dowiedział co się stało, to nakrzyczał na Padme tak, jak jeszcze chyba nigdy na nikogo, myślę, że następnym razem zastanowi się sto razy nim postanowi uciec i narazić mnie na jakieś niebezpieczeństwo. – przyznała rozbawiona, chociaż w chwili, gdy Easton wygłaszał swoją tyradę w kierunku szczeniaka wcale jej do śmiechu nie było. Wiedziała jednak, że ona nie miała żadnego autorytetu w oczach psiaka i miała nadzieję, że dzięki tej sytuacji chociaż do taty nabierze respektu i chociaż jednej osoby w ich domu będzie słuchała. Przydałoby się, patrząc na to, że była coraz bardziej rozwydrzona, a wszelkie próby Gigi nauczenia jej czegokolwiek kończyły się katastrofą.
– Nie pogardzę kawą, powinnam teraz pić drugą, w pracy, a nie wypiłam jeszcze dzisiaj ani jednej. – jęknęła, chociaż wiedziała, że ona to tutaj miała najmniej powodów do żalenia się. Jej praca w porównaniu do tej, którą wykonywała ciocia jak i tata była niczym, dodatkowo była niczym na zapełnienie czasu. Niczym, wykonywanym w rodzinnej firmie. To pokazywało jak istotna była, jak bardzo zapychała dziurę w grafiku Gigi ze względu na jej roczną przerwę przed studiami. Ale nie było tego złego, w końcu gdyby nie robota w wydawnictwie, nie poznałaby Monty’ego, a to byłaby wielka strata.
Cierpliwie czekała więc na ciocię, a gdy ta się pojawiła z ich napojami, od razu zaczęła siorbać łyka swojej, czując przyjemne ciepło rozchodzące się po brzuszku. – Wiesz, tata mi pewnie zabroni chodzić teraz do pracy… A ja bardzo polubiłam chodzenie tam… – zaczęła niepewnie, mając nadzieję, że Opal podchwyci temat, zapyta dlaczego. Bo tak wprost nie chciała zaczynać tematu swojego nowego, ulubionego kolegi.
_________________
[Profil]
  MULTI: Carol, Maisie, Scott
 
Opal Mayfield


opal

mayfield


chcę zostać chirurgiem

co ten garreth

Lives in
auburn pine houses

Wysłany: Wczoraj 13:36   
  

  
  
  
29 yo

  
168 cm

  

  

  

  

  
od urodzenia w Berrylane
kobieta patrzy na mężczyznę, rozmawia z drugim a myśli o trzecim

  


Opal w pewnym sensie była trochę podobna do swojego starszego brata, choć nie zamierzała tego przed nikim przyznać - również dbała o swoich bliskich i była w tym niezwykle irytująco nadopiekuńcza. A jak wiadomo - Georgette należała do jej rodziny, czyli była dla niej jedną z najważniejszych osób w życiu i choć nie chciała w tym momencie zabrzmieć jak Easton, to nie zdziwiłaby się wcale gdyby naprawdę tak było. W końcu oboje byli lekarzami, mimo że Mayfiled zostało jeszcze trzy lata, aby stać się pełnoetatowym chirurgiem, więc jeżeli zdecydowali się na taki zawód - jedno było pewne, życia innych były dla nich ważniejsze od własnych. - Typowy Easton. - Odpowiedziała z lekkim uśmiechem na ustach, doskonale zdawała sobie sprawę, jak jej brat potrafi być nerwowy gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo jego córki, zwłaszcza iż Gigi była dla niego najważniejsza, pamiętała w jakim był stanie gdy dowiedział się, że nie może pomóc swojej żonie, dlatego w przypadku rudowłosej zachowywał się tak jakby miał ją również stracić. - Ale też musisz go trochę zrozumieć, strasznie się o Ciebie martwi i choć ja wierze, że jesteś bardzo inteligentną dziewczyną, sama wiesz jakie w Twoim wieku potrafią być nastolatki. - Wzruszyła ramionami, bo praktycznie dekadę temu sama była w wieku swojej bratanicy, lecz jej zachowanie było o wiele gorsze, należała do grupki typowych mean girls i była w stanie zrobić wiele głupstw, a Stafford choć był od niej nieco starszy, na pewno pamiętał jak była zbuntowana, dlatego Opal wcale się nie dziwiła, że swoją córkę chciał wychować zdecydowanie inaczej i zapobiec jej niektórym złym decyzjom. - Słucham? Masz dopiero osiemnaście lat, a już wlewasz w siebie tyle kofeiny? Wiesz, ze to wypukuję magnez? Nie powinnaś tak dużo tego świństwa pić. - Stwierdziła pewnie patrząc na rudowłosą, aby zaraz pokręcić przecząco głową, miała albowiem nadzieje, że gdy Suzie będzie miała tyle lat co ona kawa nie będzie, aż tak popularnym trunkiem, choć w sumie co powinna się dziwić? Kiedyś nie było tyle kawiarni, al'a Starbucks, ale również nastolatkowie nie dostawali, aż tak dużo kieszonkowego, aby przepłacać na przeróżne produkty, by kupić sobie coś dobrego, musieli wiele czasu oszczędzać. - Kupię Ci, ale słabą. - Odpowiedziała dalej starając się uśmiechać, następnie zniknęła na kilka minut, by powrócić z dwoma kubkami, a jeden wręczyć Georgie. Ponownie usiadła obok niej. - Poważnie? Ja w Twoim wieku ostatnie o czym myślałam to jakieś zobowiązania, a co dopiero praca. Chyba, że... jest jakiś inny powód Twojego zapału do pracy? - Uniosła wymownie jedną brew ku górze uśmiechając się zachęcająco. W końcu jeszcze nie tak dawno sama była młoda, a gdy miała tyle samo lat co Georgie, zdecydowała uciec ze swoim wybrankiem i wyjść za mąż!
_________________
[Profil]
  MULTI: branwen | mallory | reynard
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 5