menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica
Autor Wiadomość
Gabrielle Graves


Lives in
auburn pine houses

w Berrylane od trzech lat


próbuję być samodzielna

ale tata mi nie pozwala.

Wysłany: 2019-10-09, 17:44   
  
Gabrielle

  
Graves

  

  

  

  

  


  
Spojrzeliśmy na siebie szukając słów, które nie istniały.

  
19 yo

  
160 cm

  


Ciężko jest przeprosić, kiedy to w głowie nie krąży ani jedna myśl o tym, jakoby dopuściło się czegoś złego. Połączywszy to z widzianą przez Gabrielle dumą, jaka malowała się na obliczu młodego chłopaka, nie było innej możliwości jak dostać w przysłowiowy pysk. Z jednej strony obserwowała całe zajście z przestrachem wymalowanym na własnej twarzy, z drugiej zaś odczuwając satysfakcję, gdy do jej uszu trafił finalnie powód, dla którego z jego prostego nosa zaczęła sączyć się jucha. W końcu kto normalny odpuściłby swojemu kumplowi, gdyby ten obłapiał dziewczynę, z którą łączyło go coś więcej? Nawet jeśli to ona zainicjowała pocałunek, tak istniało chyba milion sygnałów pobocznych, które mogłyby o tym świadczyć i tym samym- pomogły by w ewentualnym polepszeniu sprawy.
- Proszę. - nie wiedzieć dlaczego, finalnie wyszła z ukrycia, machając mu przed nosem zamkniętą paczką chusteczek o jakimś delikatnym kwiatowym zapachu.
- Chyba powinieneś to wziąć. - dodała zaraz, plącząc niepewnie swoje nogi i spoglądając na niego łagodnie. Niebieskie oczy bystro wodziły po obitej twarzy, uśmiech nasilił się i wnet złagodniał, gdy młoda jaszczurka buchnęła dymem prosto na nią. Przez lico ciemnowłosej przebiegł grymas, którego nie była w stanie powstrzymać, a jedna z dłoni uniosła się, by odgonić drażniący i duszący jej płuca fetor z fajki.
- Następnym razem nie kradnij dziewczyn swoim kumplom, tylko zaproś jakąś inną. - dodała żartobliwie, zupełnym przypadkiem przyznając się do tego, że była świadkiem tego jak Faraday rozłożył go na łopatki.
- W Berrylane jest ich sporo. Chyba. - począwszy od ślicznej, głuchej Maddie a zakończywszy na tych wszystkich, które mijała dziś na ulicach miasteczka, nim postanowiły skryć się przed nadchodzącym deszczykiem. Pogoda była dziś wyjątkowo kapryśna, przez co Graves niezwykle trudno było dopasować do niej swój strój. Całkiem nie niska temperatura oraz promyki słońca z rana sprawiły, że wyciągnęła z szafy prostą spódnicę zapinaną w pasie oraz koszulę z okrągłym kołnierzykiem w pomarańczowym, jesiennym kolorze, a to wszystko przypieczętowała prostym, szarym płaszczem i bordową, pasującą do całości chustą, która ciasno owijała jej szyję. W niewielkiej torbie, w której znajdował się ipod oraz telefon brakowało miejsca na parasol, tak więc: nie pozostało jej nic innego, jak pomrukiwać pod nosem na przekorność losu i mieć nadzieję, że rano nie wstanie z nosem jak u żwirka i muchomorka.
[Profil]
 
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

sam już nie wie czy czuje coś do Maze

Wysłany: 2019-10-09, 22:20   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


[#30]

Minuty mijały w zwolnionym tempie kiedy zastygł w bezruchu na ławce. Między palcami trzymał papierosa, w którego wpatrywał się beznamiętnym wzrokiem. Po raz pierwszy od dawna nie wiedział właściwie czy słusznie postąpił, przyznając się przed przyjacielem do tamtej rzeczy, ale pewnie nie uniknąłby po prostu tego. Musiał to przeczekać i liczyć na to, że Noah puści w to niepamięć. Naprawdę życzył mu powrotu do Liv, bo chyba wciąż na niej mu zależało skoro sięgał do takich emocji. Zależało mu na kumplu do tego stopnia, że był nawet wstanie przeboleć ten dzisiejszy niespodziewany atak - pewnie zachowałby się na jego miejscu zupełnie tak samo jak on, więc nie powinien się aż tak dziwić, że w końcu się na nim wyładował.
Skrzywił się kiedy wciąż czuł metaliczny posmak w ustach, dlatego wolnym ruchem podniósł rękę by zaciągnąć się po raz kolejny a w drugiej ręce trzymał telefon. Zastanawiał się czy nie napisać do Noaha wiadomości, ale pewnie ten dzisiaj nawet by mu nie odpisał. Z ciężką rezygnacją schował telefon do kieszeni skórzanej kurtki. Nie sądził, że tak mu to spieprzy humor, ale będzie musiał pewnie jeszcze raz z nim pogadać, gdy i jemu emocje opadną - Co? - zapytał nieco zdziwiony kiedy w jego rękach wylądowała nagle paczka chusteczek. Powoli podniósł głowę wbijając oczy w kogoś, kto najwyraźniej musiał również tędy przechodzić, ale nie sądził, że ktokolwiek zwróci na niego uwagę. - Gabrielle - wypowiedział jej imię bardzo wolno, specjalnie używając pełnej wersji jej imienia podnosząc się niespodziewanie z ławki. Nie mógł ukryć przed nią swojego zdziwienia jej pojawieniem się tutaj. Zdążył poznać już trochę styl jej życia i naprawdę czasem naprawdę nie rozumiał jak w taki żałosny sposób można było wychowywać własne dzieci, chociaż zbyt wiele dobrych słów o własnym wychowaniu też nie mógł powiedzieć. - Co tu robisz? Nie powinnaś być w domu? - zapytał, patrząc na nią z góry kiedy skrzyżował ramiona na klacie, wciąż trzymając w jednej ręce swojego wciąż niespalonego papierosa - I w ogóle skąd ten pomysł, że kradnę czyjeś dziewczyny - zmarszczył brwi, nieco zaniepokojony dlaczego poruszyła w pierwszej kolejności taki temat. Czy to możliwe, że mogła być świadkiem jego małej bójki z Noahem? To by w końcu wyjaśniało wszystko. Świetnie, jeszcze widziała to, że nie potrafił porządnie przylać komuś tylko sam oberwał. - Dzięki za chusteczki - podziękował w momencie kiedy buchnął jej dymem prosto w twarz. Nie zrobił tego specjalnie, po prostu stała w jego zasięgu i wyciągnął jedną by przyłożyć sobie do zakrwawionego miejsca i je wytrzeć - Tak, jest dość sporo. Taka jedna na przykład teraz stoi przede mną - spojrzał na nią, nie mogąc się powstrzymać od małego komplementu, który nagle cisnął mu się na usta. Obecnie jednak był przez jakiś czas skupiony na ciemnowłosej koleżance z baru jaszczurowego w którym razem pracowali i dlatego nie był specjalnie zainteresowany innymi. Niektórzy naprawdę myśleli, że zmieniał dziewczyny jak rękawiczki, ale wcale tak nie było. - Więc, co tu robisz? - zapytał znów, bo jeszcze mu nie odpowiedziała na wcześniejsze pytanie.
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector Diana
 
Gabrielle Graves


Lives in
auburn pine houses

w Berrylane od trzech lat


próbuję być samodzielna

ale tata mi nie pozwala.

Wysłany: 2019-10-09, 23:41   
  
Gabrielle

  
Graves

  

  

  

  

  


  
Spojrzeliśmy na siebie szukając słów, które nie istniały.

  
19 yo

  
160 cm

  


Właściwie, to gdyby była jego przyjacielem, tak najprawdopodobniej również nie odebrałaby telefonu. Emocje miały to do siebie, że musiały opaść. Przypominając trochę kurz, który osiadał leniwie na zapomnianych meblach, które ktoś porzucił na strychu. W stanie tak wielkiego wzburzenia, złości i żalu, najprawdopodobniej nie zachowałaby się tak delikatnie, jak Noah, a po prostu – niczym rasowa kobieta – próbowałaby zrobić wszystko, byleby powbijać mu szpile, byleby bolało. I wątpliwe, że skończyłoby się tylko na rozkwaszonym nosie. Na całe szczęście: nie była jego przyjacielem, nie miała dziewczyny, o którą mogłaby być zazdrosna, nie potrafiła się bić i sięgała mu ledwie do pachy, co czyniło z niej przeciwnika wagi piórkowej. Flanagan nie musiał martwić się tym, że jego duma i honor zostanie zmiażdżone przez dziewczynę również z innego powodu; Gabrielle nie należała do grona osób, którymi zazwyczaj się otaczał. Nie była miasteczkowym cwaniakiem, który szukał zaczepki, a kimś wyjątkowo empatycznym i czułym, stroniącym od zwady. Pająki w jej pokoju nigdy nie ginęły pod kapciami, a każda pszczółka czy nawet cholerna, mordercza osa zostawała wyprowadzona na dwór w mniej lub bardziej spektakularny sposób. Litowała się nad każdym i wszystkim. Bijatyki nie były zgodne z jej naturą. Ciosy wymierzane drugiemu człowiekowi zazwyczaj budziły niesmak litość i finalnie chęć pomocy.
- Gabby. – poprawiła go, nim zdążyła ugryźć się w język. Wiedziała, że w jakimś stopniu sprawiało mu to satysfakcję. Lubił widzieć najprawdopodobniej, jak jej drobny i prosty nosek marszczy się, a na błękitne niczym niebo tęczówki, momentalnie wkrada się burzowa chmura. Gdy dolna warga drży, a z gardła wydobywa się lekko uniesiony głos, który dość dobitnie podkreśla to, jak woli by ją nazywał.
- Oh. – mruknęła na jego pytanie.
- Rodziców nie ma. Są w Seattle. – dodała zaraz, chcąc jakoś usprawiedliwić swoją niesubordynację względem tego, co jej tak długo i skrupulatnie zaplanowali. Nauczycielce od muzyki przekazała, że nie czuje się najlepiej, na co ta po prostu postanowiła lekcję odwołać. To wystarczyło, by zyskać kilka godzin, nim finalnie zostanie zmuszona do powrotu i udawania, że wszystko jest w porządku i takie życie bardzo się jej podoba.
- Nie wpadłabym na to sama. Uważaj, bo zaraz skapnie Ci na bluzę. Daj. – wyciągnęła rękę, aby dość bezwstydnie i pewnie przejechać mu palcem po policzku i zebrać szkarłatną kroplę między opuszki swych palców.
- Przypadkiem słyszałam co krzyczał ten chłopak. I wiem skąd masz to. – skinęła głową na jego twarz, momentalnie się krztusząc, gdy buchnął jej w twarz. Ponownie machnęła ręką, dość niebezpiecznie krążąc nią w okolicy obitego nosa towarzysza. Też mi podziękowanie!
- Mógłbyś mnie nie truć, Flanagan? To, że jesteś głupi i chcesz umrzeć na raka nie oznacza, że mam ochotę Ci towarzyszyć! – usta nadęły się wraz z policzkami, upodabniając ją do rozdymki. Gdyby mogła, tak najchętniej wyrwałaby mu tego papierosa z pomiędzy warg i zdeptała butem. Kilkukrotnie, aby mieć pewność, że nic a nic z niego nie zostanie. Wyglądał głupio. Jak nastolatek, który chciał popisać się tym, jaki to nie był dorosły i jak na wiele mógł sobie pozwolić, bo palił szlugi.
- Cieszę się, że kwestię mojej płci mamy rozpracowaną, Caesar. – nie wiedzieć czemu była podirytowana. Być może spowodowane było to tym, że ciemnowłosy wciąż nic nie robił sobie z jej próśb o palenie papierosów, czy może to, że nagle przypomniało mu się to, że miała piersi.
- Jak to co. Doprowadzam cię do porządku. Nie dziękuj. – dodała zaraz, posyłając mu przy okazji lekki uśmiech.
- Pokaż no się. – ciekawiło ją, czy cios ze strony Noah był na tyle celny, aby chrząstka ugięła się i pękła, czy może po prostu jakieś małe naczynko krwionośne nie wytrzymało presji.
[Profil]
 
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

sam już nie wie czy czuje coś do Maze

Wysłany: 2019-10-11, 18:56   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


Nie raz i nie dwa przerabiali większe i mniejsze awantury. Nie raz szarpali się mierząc sobie pięściami między oczy. Byli w końcu dość porywczymi jaszczurkami. Teraz jednak odczuwał niemałą różnicę między tamtymi kłótniami a tą jedną. Jakby ta była jedna z tych ważniejszych, która zadecyduje czy ich przyjaźń miała przetrwać, ale nie sądził, żeby Noah aż tak bardzo go znielubił po tym wszystkim - możliwe, że on pewnie przechodziłby przez to samo gdyby to dotyczyło właśnie jego. Musiał więc teraz mu pokazać, że jego słowa były po prostu prawdą a nie kłamstwem, które miało na chwilę złagodzić ich konflikt. Bo to co mówił to właściwie się tak zdarzyło - nie miał nawet jak obronić się przed tamtym pocałunkiem, który niemal od razu od siebie odsunął. W końcu na Liv nigdy też nie patrzył w ten konkretny sposób, bo właśnie przecież tego nie robi się swoim kumplom. Złamał po części tą zasadę, ale nie czuł w sobie ogromnej winy. Liczył na to, że obydwoje o tym zapomną i to wszystko im się jakoś wyprostuje.
Nie było łatwo zdobyć się na przeprosiny, zwłaszcza, że wiedział, że nie był w tej chwili nastawiony negatywnie do kumpla i przede wszystkim nie szukał na nim zemsty w przeciwieństwie do jego ówczesnej dziewczyny. To raczej z nią powinien sobie poważnie porozmawiać, a nie z nim, w każdym bądź razie będzie powtarzał do upadłego, że nie chciał się w takie sprawy mieszać. Nie znosił dziwnych układów, które prowadziły tylko do ranienia wszystkich. Może to dziwne, że przejmował się takimi sprawami. Był w końcu jaszczurką, która teoretycznie wszystko i wszystkich miała gdzieś. Nie, nie on. On pracował od dłuższego czasu nad swoich charakterem. Chyba chciał wydorośleć z młodzieńczego buntu, który czasami się w nim jeszcze odzywał. Trzeźwo patrzył na różne sprawy, które tego zwyczajnie wymagały, ale przede wszystkim wiedział, że tego pragnęłaby jego matka gdyby żyła. Musiał więc też przynajmniej ograniczyć te bójki, które ostatnio zdarzały mu się co raz częściej niż by tego chciał. Dobrze, że jego nos jeszcze jakoś się trzymał i nie miał jeszcze problemów z oddychaniem. Jeszcze parę takich ciosów i pewnie będzie musiał sobie jakoś go naprawiać.
- Ah tak, zapomniałem, Gabby - powiedział jednocześnie posyłając dziewczynie nieco złośliwy uśmiech gdy tym razem użył odpowiedniej formy jej imienia jaką preferowała. Nie dziwił się, że nie znosiła pełnej wersji. Było aż zanadto wyniosłe, jakby miała należeć do jakiejś rodziny królewskiej. Zdążył już dawno zauważyć, że jego ojciec, Roscoe nie przepadał za Gravesami. Kiedy tylko wykonywał z nim telefon zawsze kończyło się to awanturą i nie raz był tego świadkiem jak wściekły Flanagan senior rzuca słuchawką gdzieś w kąt biura. - W Seattle? I niby zostawili cię tu samą? - uniósł brew do góry, bo coś mu w tej całej układance nie pasowało, ale może tym razem Gabby mówiła na serio? Czasem nie nadążał za nią kiedy musiała kryć się przed starymi a kiedy nie. Chyba jednak zawsze musiała tak się zachowywać.
- I tak mam już ją pobrudzoną - wzruszył ramionami po czym podniósł rękę aby mogła ujrzeć zakrwawiony rękaw bluzy, który niezbyt dobrze się już prezentował w momencie kiedy zrównała się i niespodziewanie poczuł jak przejeżdża swoim drobnym opuszkiem palca po jego skórze. Niezbyt przyjemnie odepchnął jednak jej rękę - Smarku, przeżyję. Byłem w gorszych stanach - wywrócił nieco oczami, chociaż nie miał na razie zamiaru opowiadać jak to rok temu wylądował w śpiączce na długie miesiąc (nie pamiętam czy ustalałyśmy, że ona o tym wie xd) - Także, przeżyję. A to mam...bo poniekąd mi się należało - te słowa ledwo co przebiły mu się przez gardło, ale nie będzie w końcu jej oszukiwał i mówił co innego, skoro słyszała wszystko. - Oh, nawet nie wiesz jak bardzo mi przypominasz teraz moją ciotkę - burknął kiedy wspomniała o tym, żeby nie palił w jej towarzystwie. I dobrze zrobiła, że mu nie wyrwała tego papierosa bo by się jeszcze zdenerwował i kolejnego musiał spalić! A tak poprzestanie grzecznie na jednym. W końcu nie był nałogowym palaczem i wcale nie robił tego by wyglądać cool. Miał gdzieś opinię innych. Palił, żeby się odstresować i zazwyczaj starał się nie przekraczać maksymalnie dwóch fajek na dzień. Czy to była aż taka zbrodnia? Pochylił się nad nią i niedbale odgarnął ciemne kosmyki jej włosów za ucho - Ah tak? A więc teraz jednak nie powinienem chyba patrzeć na ciebie jak na..um..kobietę? - uniósł nieco brwi, udając zawstydzenie niby tym tematem. Faktycznie do tej pory była właściwie dla niego aseksualnym smarkiem, od którego trzeba było trzymać się raczej z daleka. A teraz? Była całkiem ładna!
- Przeżyję - znów zaznaczył aby pamiętała, że był jaszczurką. Silną jaszczurką, która nie potrzebowała niczyjej pomocy, ale nie miał jakoś teraz oporu aby się nim jednak nie zajęła. Krew wciąż się tliła w dziurce, więc pewnie Noah musiał naruszyć mu naczyńko, z którego pewnie zaraz przestanie i tak kapać.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector Diana
 
Gabrielle Graves


Lives in
auburn pine houses

w Berrylane od trzech lat


próbuję być samodzielna

ale tata mi nie pozwala.

Wysłany: 2019-10-13, 22:33   
  
Gabrielle

  
Graves

  

  

  

  

  


  
Spojrzeliśmy na siebie szukając słów, które nie istniały.

  
19 yo

  
160 cm

  


Gabrielle nie doświadczyła tego, czego przez całe życie mógł sięgać Flanagan. Nie miała nikogo, kogo mogłaby nazwać prawdziwym przyjacielem. Kimś, z kim spędziłaby mnóstwo czasu na wspólnym pisaniu, na awanturach i na ewentualnej walce o ukochanego; choć przecież przez jej świat przewijali się ludzie, tak nikt nigdy nie chciał zostać w nim na zawsze.
Nikt nie rozumiał tego, dlaczego Graves żyła w ten sposób. Dlaczego poddawała się woli swoich rodziców oraz dlaczego zachowywali się jak stara jak świat, jakaś dystyngowana rodzina. W końcu w Berrylane każdy wiedział, że jej bliscy byli dziwni. Mieli określone zasady i czynności, bez których wydawałoby się, że zniżą się do poziomu pierwszego lepszego Kowalsky’ego.
- Lepiej. - lekko klepnęła go w bok, akceptując swoje zdrobnienie. Mógł nazywać ją jak tylko chciał: począwszy od skrótów imienia, poprzez jakieś wymyślne pseudonimy a zakończywszy nawet na głupiej smarkuli. Nic ją nie ruszało, tak jak kwestia jej długiego i wyjątkowo snobistycznego imienia. Nie znosiła go, ani tego jak matka je akcentowała, nadając trochę francuskiego zmiękczenia. To było straszne. Nigdy nie zwrócili się do niej w pieszczotliwy sposób: od dziecka, od maleńkości była Gabrielle i to do takiego stopnia, że potrafili poprawiać przybyłych gości, aby zwracali się do niej należycie.
Czasami lepiej było nikogo nie spraszać. Przynosili jej tylko wstyd.
- Mają jakąś ważną sprawę. - wzruszyła sucho ramionami, nieco obojętniejąc na to pytanie. W Seattle ostatnio toczył się proces człowieka, który został oskarżony o potrójne morderstwo swojej rodziny.
- Ale nie martw się. Dom nie jest pusty. Jest tam jeszcze Susan, Amy i Gregory. - nie sprostowała kim byli. W końcu Caesar nie był głupi i zapewne raz czy dwa bywał u niej w domu wraz z ojcem: służba. Cienie w domu, które wychowywały ją oraz pilnowały wiecznego porządku. Wyjście było więc dość ryzykowne, niemniej... pierwszy raz poczuła, że jeśli czegoś z tym nie zrobi, tak się udusi.
- Smarku? To nie ja zachowuję się jak smark. - wypaliła, dźgając go paluchem prosto w splot słoneczny i wyraźnie się indycząc. Poczuła się dotknięta.
- To nie ja całuje panny, które są dziewczynami moich przyjaciół, ani nie ja mam rozwalony nos i odmawiam pomocy. - burknęła, próbując na nowo się zbliżyć i trochę mu pomóc. Najwyraźniej reprymenda nieco ostudziła chłopięcy testosteron, albowiem ciemnowłosy wnet nadstawił się do oporządzenia.
- Co znaczy: w gorszych stanach? - zapytała po krótkiej chwili milczenia, podczas której chusteczką błądziła po jego twarzy.
- Zdarłeś sobie kolano? - lekko się uśmiechnęła. Niepewnie, jakby chcąc by sam rozchmurzył się na ten żart, choć nie do końca wiedziała czy może. W końcu gorszym stanem mógł być nawet jakiś okropny wypadek.
- Miło, Caesar. Miło. Nie dość, że wreszcie zobaczyłeś we mnie kobietę, to na dodatek Twoją ciotkę? I co jeszcze? Pewnie ma wąsy. - zaśmiała się miękko ze swojego żartu, palcem zmuszając go do tego aby opuścił nieco brodę, by mogła wreszcie upewnić się, że nos nie był złamany.
- Masz więcej szczęścia niż rozumu. Wszystko z nim dobrze. - zawyrokowała, gdy powoli błądziła po lekko zgarbionym nosie, dotykała chrząstki i zyskała pewność, że nic a nic się nie stało.
[Profil]
 
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

sam już nie wie czy czuje coś do Maze

Wysłany: Wczoraj 13:15   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


Byli z tak odmiennych światów, że Flanagan czasami zastanawiał się, że to jest jakiś cud, że dziewczyna nie bała się jego towarzystwa. A może się bała, ale nie chciała przyznać się przed samą sobą? Bo w końcu kto normalny chciałby zadawać się z kimś, kto należy do gangu i właściwie nie wiadomo do czego był zdolny? Jednakże on sam pozwalał jej wkraczać do swojego świata, nawet jeśli wiedział podświadomie, że nie powinien tego robić. Była zbyt delikatna i krucha, nie chciałby, żeby ten jego świat ją zniszczył. Wcale nie nadawał się na materiał na dobrego i romantycznego chłopaka. Był wręcz jego przeciwieństwem. Mógł jedynie pokazywać jej, że bycie w gangu wcale nie było aż takie cool jakby mogło się wydawać, tylko wiązało się z pewnymi ograniczeniami. On nie miał wyboru, rodząc się jako syn samego lidera. Nie mógł się sprzeciwić, ale nigdy tak naprawdę nie widział dla siebie innej ścieżki życiowej niż właśnie ta. To, że robił coś dla siebie, że kontynuował studia miało tylko zmydlić oczy, że nawet w takich warunkach można się spełniać.
- Nie rozumiem dlaczego nie lubisz tej pełnej wersji - zmarszczył brwi, chociaż tak naprawdę tylko udawał dlaczego tego nie rozumiał. Nie zdążył zablokować jej odruchu, ale za to sam złapał ją za ramię i przyciągnął bliżej siebie zgrabnym ruchem, że przywarła do jego ramienia - Pchełko, jakbym chciał to mógłbym pyknąć cię tym palcem, wiesz? - spojrzał na nią z niemałym politowaniem malującym się w oczach kiedy przytulił ją do swojego ramienia. Też wolał tą krótszą wersję, która była znacznie łagodniejsza niż ta oficjalna, wymuszona przez jej snobistycznych starych. Właściwie to gdy tylko przypominał się jej ojciec zwykle wykrzywiał się w niesmaku. Miał taki kij w dupie, że żadne żarciki czy najgorsze suchary jakie znał nie przeszłyby mu przez gardło przy jego obecności, chociaż wcale nie bał się mu pyskować przy jego obecności gdy już to się zdarzało. W każdym bądź razie pan Garaves nie mógł od tak się na nim wyżywać, bo miał zaplecze w postaci swojego ojca. - [b]Przypomnieć ci, że to ja tu jestem tym starszym i silniejszym?[/b] - oh jak on uwielbiał jej to wypominać! Nawet jeśli nic nie mogła z tym zrobić, to po prostu lubił od czasu do czasu jej to przypominać, że jednak on tu był jaszczurką i trochę więcej rządził niż by tego chciała.
- Nie moja wina, że połowa tego miasteczka po prostu na mnie leci i wszyscy chcą mnie całować - mrugnął okiem, wyszczerzając się w szerszym uśmiechu, ale hej, wcale nie był aż tak pyszny i narcystyczny! Teraz po prostu się przy niej wygłupiał i powoli nawet rozkręcał w odzywkach, chociaż powinien się zachowywać grzecznie przy pannie z dobrego domu, prawda?
- Chciałbym, żeby tylko tyle było - przyznał po chwili w zamyśleniu i gdy nie patrzyła zacisnął nieznacznie pięści gdzie w skórę wbił sobie mocno paznokcie. Nie było mu przyjemnie wspominać tamtą bójkę z nieznanymi typami, przez których trafił do szpitala na długo. I ledwo uszedł z życiem. Od tamtej pory próbuje poprawić swoją kondycję i przede wszystkim poprawia swój warsztat ćwicząc z dobrymi wujaszkami jaszczurzymi różne chwyty, ale to tak naprawdę takie sytuacje pokazują dopiero ile potrafisz. - Myślałem, że uznasz to za komplement - zdziwił się i nieco uniósł brwi do góry. Ale fakt, mogła nie znać jego cioci Maxinne, która była twardą sztuką i która nie daje sobie w kaszę dmuchać. W końcu była siostrą dwóch potężnych twardzieli, Roscoe i Bookera. - Moja ciotka to najtwardsza babka jaką znam, specjalni pomijając kwestie istnienia matki. No do tego grona zalicza się jeszcze Kara, menagerka naszego kasyna - wyjaśnił krótko, o co mu chodziło, że porównał ją do swojej ciotki, ale teraz zwątpił czy nawet to ją ucieszy, bo może zaczęła wyobrażać sobie jakąś kobietę typowo, która wygląda jak ta co ostro pakuje na siłowni? Nie. Pogrzebał chwilę w kurtce i wyjął czarny portfel po czym wyciągnął z niego kilka zdjęć. Na jednym była jego siostra, Sam z ojcem, na drugim wujaszek Booker właśnie z Maxinne - To moja ciotka - pokazał jej palcem jasnowłosą kobietę, żeby nie miała żadnych wątów do niego.
- Jaszczurki zawsze spadają na cztery łapy - pozwolił sobie zamienić zwierzątko na to, które symbolizowało ich gang - Wiszę ci w takim razie shake, zainteresowana? - zapytał, zerkając na nią i sprawdzając jej reakcję. Mógłby postawić jej piwo, ale o tej porze pewnie nie chciała pić nic mocniejszego.
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector Diana
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 5