menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Rozpadający się dom
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-18, 14:07   Rozpadający się dom
  
Berrylane


Rozpadający się dom
Budynek bardzo długo straszył mieszkańców. Mieszkał w nim Tom Henson, razem ze swoimi córkami. Wiadomość o tym że obie molestował zaczęła krążyć po miasteczku kiedy młodsza zaszła z nim w ciążę. Dwa lata później zmarł, spadając ze schodów i skręcając sobie kark. Córki zostały zabrane przez służby socjalne,
a każdy nowy mieszkaniec domu twierdził że w nim straszy. W nocy słychać było jęki, stukot butów na schodach. W końcu zdecydowano się na wyburzenie, ale trzy koparki w trakcie wyburzania się zepsuły. W końcu wszyscy czekają aż dom sam się rozpadnie, zwłaszcza że we wciąż stojącej części znajduje się mroczna piwnica w której Henson zginął, a na piętrze jego sypialnia...
  
[Profil]
 
 
Hayden A. Lyons


Lives in
capitol hill

w Berrylane od już dawno tutaj nie mieszka


szalony naukowiec w wojsku i astrofizyk na uczelni

Finley odbiera go lekko podpitego z uczelni. Od kłótni minęły 3 miesiące

Wysłany: 2018-01-07, 21:19   
  
Hayden

  
Lyons

  

  

  

  

  


  
it's my life and its's now or never

  
29 yo

  
197 cm

  


#po coco

Hayden zaliczał randki jedna za drugą, dosłownie zaliczał... bo co to za randka, która kończy się gdzieś indziej niż u laski w sypialni. Oczywiście, że nie zapraszał ich do siebie... heloł... później, by go nachodziły, a tego nie chciał. Odrobina prywatności była mu potrzebna, no szanujmy się. Lyons wcale nie był typem, który brał co popadnie, przynajmniej tak uważał jeszcze kilka miesięcy temu, przecież wtedy był wiernym narzeczonym swojej kobiety! Szkoda, że ona nie mogła się mu odpłacić tym samym. Gdyby nie to co odwaliła to pewnie teraz byliby szczęśliwym małżeństwem i Hayden był na to gotowy.. wtedy. Teraz, po tym całym bolesnym rozstaniu, już zrozumiał, że laski nie są wierne, nie można im ufać i angażować się w cokolwiek poważniejszego niż chwilowy romans. Dlatego wciąż miał rozterki w sprawie Finley, bo jednak była młoda i nie chciał żeby naiwnie coś do niego poczuła w momencie, gdy on nie miał chęci na jakiekolwiek związki. Nie chciał jej zranić albo zrazić do mężczyzn, nie chciał też wylecieć z pracy i to było chyba najważniejszym argumentem za tym, by nie mieć z tą małolatą nic wspólnego, szkoda że się tego nie słuchał i zdrowy rozsądek spychał gdzieś na dalszy plan.
Dzisiejszego wieczoru poszedł na ustawioną randkę, to było coś nowego, jakiś ziomek umówił go ze swoją koleżanką. Podobno była dobrą dupą więc poszedł z chęcią się z nią spotkać. To było dobre rozwiązanie, zobaczyć się z kimś w swoim wieku, pogadać, poflirtować, napić się... oj wypili naprawdę spoko. Rozmowa się kleiła, alkohol się praktycznie sam polewał. Wszystko było fajne! Trochę mniej fajnie się zrobiło gdy mieli wstać i wyjść z baru, bo świat mu wirował, ale wszystko się nadrobiło gdy kupili sobie w monopolowym więcej alkoholu i szli wesoło obijając się o siebie. Później któreś z nich wpadło na super pomysł, pewnie Daphne, że byłoby zajebiście zobaczyć ten rozwalony dom! No i poszli.
- Bardzo dobre to wino - powiedział popijając sobie kilka łyków z butelki, a później oddalił ją od siebie, żeby zobaczyć etykietkę - "Wino Amore", patrz jak ładnie, idealnie na randkę - uśmiechnął się i podał jej butelkę. - Boisz się już? Bo nie wiem czy mam już zgrywać macho czy za chwilę - zerknął na nią i poruszał przy tym brwiami, bo wiadomo jak to miało być... ona się przestraszy i wpadnie mu w ramiona, a później wpadną do niej.
_________________

    I know the prices you've gotta pay I'm sacrificing my freedom
    And all just to get somebody to see me nobody said it was easy
[Profil]
  MÓW MI: Pani Cyc
MULTI: GIN I WILLIAM I JOLLY I DAWSEY I LAILA I MARCY
 
Daphne Langford


Wysłany: 2018-01-07, 21:58   

    [3]



Daphne nie chodziła tak naprawdę na randki. Nie spotykała się też z mężczyznami od czasu rozwodu, bo chciała najpierw wszystkie sprawy w głowie poukładać, nim w ogóle zdecyduje się na to, by znowu na jakiegoś mężczyznę spojrzeć inaczej niż z obrzydzeniem. Dość długo miała podobne podejście, bo przecież jej zaufanie zostało nadszarpnięte okrutnie. Odmawiała więc za każdym razem, gdy jakiś dobroduszny znajomy zapewniał ją, że zna kogoś, kto nada się idealnie dla niej. Ostatecznie jednak dała się namówić. Prawda była taka, że niestety młodsza się nie robiła, więc nie było po co zwlekać. Dodatkowo uważała, że mimo trzydziestki na karku jest na tyle atrakcyjna, by samotne życie uznać za zbrodnię przeciw naturze. Nie spodziewała się, ze jej pierwsza próba odniesie jakikolwiek sukces. Właściwie zakładała, że wszystko to okaże się klapą. Nie tyle z winy kandydata co raczej przez wzgląd na jej długo żywioną niechęć do tego typu rzeczy. Ostatecznie jednak nie wyszło tak źle. Hayden okazał się być przyzwoitym gościem, który rzeczywiście był przystojny, okej. Dodatkowo rozmawiało jej się z nim z zadziwiającą łatwością. Dodatkowo potrafił mówić o czymś więcej niż on sam, więc nawet nie orientowała się kiedy przesadziła nieco z ilością drinków. Popijała je sobie w międzyczasie, aż w końcu ledwo podniosła się z barowego krzesła.
Powinna wrócić do domu. Wezwać taksówkę i wrócić do siebie żeby odespać ten wieczór. Zamiast tego dała się namówić na dalsze wyjście. Kupili nawet wino i ruszyli dalej, w świat. Miała wrażenie, że podobne rzeczy — siedzenie w jakimś rozpadającym się domu o popijanie wina wprost z butelki to coś, co robiła w innym życiu. Zupełnie innym życiu. Poczuła się nawet zaskakująco młodo, po raz pierwszy od dłuższego czasu. — No, chyba masz dobry gust — pochwaliła i wzięła od niego butelkę. Następnie sama się napiła i rozejrzała po pomieszczeniu. Wszystko wyglądało tak, jakby lada chwila miało się zawalić, ale to nic. — A mam się czego bać? Może chcesz mnie przestraszyć jakąś historyjką? — odpowiedziała jeszcze. Brew jej do góry powędrowała, gdy to mówiła i uśmiechnęła się do niego lekko. Napiła się trochę i butelkę mu oddała, bo teraz jego kolej, wiadomo.
_________________
[Profil]
 
 
Hayden A. Lyons


Lives in
capitol hill

w Berrylane od już dawno tutaj nie mieszka


szalony naukowiec w wojsku i astrofizyk na uczelni

Finley odbiera go lekko podpitego z uczelni. Od kłótni minęły 3 miesiące

Wysłany: 2018-01-10, 21:33   
  
Hayden

  
Lyons

  

  

  

  

  


  
it's my life and its's now or never

  
29 yo

  
197 cm

  


- Nie chyba tylko na pewno - powiedział udając wielce oburzony - jakbym miał zły to byśmy się teraz tutaj nie bawili tak fajnie - taki dla niej komplement, bo przecież Hayden Lyons nie chodził na randki z byle kim. To była sprawa wiadoma, albo wyglądające ponad swój wiek 16-stki, albo te młode 30-stki. Niezły miał przekrój wiekowy. Człowiek orkiestra przerucha każdą jak potrzeba. na jej kolejne pytanie podrapał sie po głowie, bo ktoś coś kiedyś o tym domku mówił ale nie pamiętał co, bo tak bardzo go to nie interesowało, że wolał w głowie myśleć o łańcuchach całek i wzorach skróconego mnożenia, które przecież były o wiele bardziej ciekawe niż jakieś głupie, miejscowe legendy. No proszę Was? Kto normalny wierzy w duchy? Trzeba wierzyć tylko w naukę i, że wszystko można logicznie wytłumaczyć.
- Laska, która miała mnie edukować co do historii tego miasta i jego dziwnych lokacji niestety zwiała, chyba byłem dla niej zbyt wielkim wyzwaniem i wolała wrócić pakować prezenty ze Świętym Mikołajem - westchnął wzruszając ramionami, bo nie było mu jakoś specjalnie smutno. - Dziwne, że to gówno jeszcze stoi, przecież może komuś spaść na łeb - powiedział przyglądając się starej budowli i przejechał sobie dłonią po włoskach, żeby ładnie ułożyć swoje zbłąkane loczki. - Chodźmy sobie usiąść tam na górze! - Bo przecież po pijaku robi się same fajne rzeczy, a skoro ten dom jeszcze się nie załamał to być może nie rozpadnie się jak będą siedzieć w jakimś rozwalonym pokoju. - Aaaa już wiem o co szło! Podobno ktoś tu kogoś zgwałcił czy zabił... jakoś tak - machnął ręką lekceważąco i wypił jeszcze kilka łyków wina - Chcesz mnie zabić lub zgwałcić? Bo jak tak to zrób to w jakimś innym miejscu, bądźmy oryginalni - zaśmiał się puszczając do niej oczko i oddał jej butelkę, a później z kieszeni wyciągnął paczkę papierosów. - Palisz? - zapytał wyciągając w jej stronę fajeczki, żeby się poczęstowała, sam natomiast wsadził sobie jednego papieroska do ust i wyciągnął zapalniczkę, by sobie fajkę podpalić i zaciągnąć się tym niezdrowym tytoniem. - Musi być tam super widok na gwiazdy, wiesz że je badam? Mogę jedną nazwać Twoim imieniem i tak, mówię to każdej lasce na pierwszej randce, chociaż większość zasługuje jedynie na jakieś słabe asteroidy, ale kto wie, może jak kiedyś będziesz patrzeć w niebo, to będziesz mogła mówić, że patrzysz na Daphne - powiedział z totalną powagą, a później ją złapał za rękę żeby ją poprowadzić w stronę tej ruiny.
_________________

    I know the prices you've gotta pay I'm sacrificing my freedom
    And all just to get somebody to see me nobody said it was easy
[Profil]
  MÓW MI: Pani Cyc
MULTI: GIN I WILLIAM I JOLLY I DAWSEY I LAILA I MARCY
 
Daphne Langford


Wysłany: 2018-01-10, 23:59   

Uśmiechnęła się do niego ładnie w reakcji na komplement. Nic więcej jednak nie dodała w tym miejscu, bo pewnie trochę odzwyczajona była nie tylko od samego chodzenia na randki, ale także od przyjmowania komplementów. Wydawało jej się trochę, że ostatnio ktoś o nią zabiegał jakieś dwadzieścia lat temu. Pewnie i tak czuła się trochę staro z tą trzydziestką na karku, a jakby dowiedziała się, że Hayden tak skacze od szesnastki do niej to chyba poczułaby się jak jedna z tych ładnych mamusiek, które podrywasz w ramach sportu. Dlatego właśnie nie chodziła na randki, bo nawet jak było okej to potem nie było. Spojrzała na niego i zamrugała nawet dwa razy z tego wszystkiego.
— Szczerze mówiąc to nie jestem pewna, czy załapałam żart — odpowiedziała ostrożnie, bo trochę nie wiedział o co w tym wszystkim mu chodzi. Ręką jednak machnęła zaraz potem, bo przecież nie ma się co rozwodzić nad jakąś panną, skoro we dwoje tutaj są. — To jak już ma spadać to byłabym wdzięczna, gdyby nie na nas — odparła zerkając niepewnie do góry. Teraz trochę stracha jej napędził i nie orientowała się czy aby na pewno powinni tutaj krążyć. Może lepiej, jakby się ewakuowali gdzieś? — Okej! — no jasne. To nic, ze Daphne pięć sekund wcześniej zastanawiała się, czy aby przypadkiem nie powinni stąd zwiać. Teraz stwierdziła, że łażenie po jakiejś niepewnej budowli to świetny pomysł, dlatego dwa razy jej nie musiał Hayden powtarzać jak widać. — Nie miałam takich planów, ale jak o tym pomyślę to rzeczywiście wyciągnę cię w jakieś inne miejsce — obiecała mu jeszcze i nawet powagę starała się przy tym zachować. Wyciągnęła dłoń po jednego papierosa i do ust go sobie wcisnęła. Nie paliła. Przestała chyba jakoś na studiach, ale to nic. Teraz była znów wolne, prawie młoda i mogła robić dokładnie to, na co miała ochotę, tak? — Oczywiście, że chcę mieć swoją gwiazdę. A jak mi wytłumaczysz jak ją rozpoznać to potem nawet nie będziesz mi potrzebny i będę wiedziała, że ta gwiazda nazywa się Daphne — odparła z przekonaniem i pozwoliła mu poprowadzić się dalej. Pewnie potknęła się po drodze, bo przecież musiał tam być syf okropny, ale ostatecznie nie zaliczyła upadku.
_________________
[Profil]
 
 
Huntsman


Wysłany: 2018-01-11, 14:15   
  
Huntsman

  
mistrz gry


Upływający czas bezlitośnie wpływa na domy takie jak ten. Mimo że echo przeszłości wciąż w nim rozbrzmiewa, nieustannie kruszy się i niknie w oczach. Nie sprzyja randkom, nie dodaje uroku potajemnym spotkaniom. Pleśń zdobiąca każdy zakamarek to nic w porównaniu z paskudnym zapachem jaki zostawiają po sobie bezdomni i nazbyt pijani ludzie. Od dawna jednak niewiele osób postanawia się tu skryć, bo dom jest już w takim stanie, że nie warto ryzykować życiem.
W pewnym momencie podłoga pod stopami Daphne zatrzeszczała w przedziwny sposób i po kolejnym kroku zapadła się, uginając się pod jej ciężarem. Na szczęście tylko lewa noga ugrzęzła w dziurze powstałej w podłodze, więc nie ma tego złego! To znaczy nie byłoby gdyby nie to, że ktoś, znajdujący się piętro niżej, zaczął dziewczynę gwałtownie ciągnąć w dół.
[Profil]
 
 
Hayden A. Lyons


Lives in
capitol hill

w Berrylane od już dawno tutaj nie mieszka


szalony naukowiec w wojsku i astrofizyk na uczelni

Finley odbiera go lekko podpitego z uczelni. Od kłótni minęły 3 miesiące

Wysłany: 2018-01-20, 23:43   
  
Hayden

  
Lyons

  

  

  

  

  


  
it's my life and its's now or never

  
29 yo

  
197 cm

  


Powiedzmy, że ominę to pierdolenie i po prostu przejdę do sedna okej? Okej. No więc weszli sobie do tej rudery, oczywiście wesoło sobie gawędząc, bo fajnie się rozmowa kleiła szczególnie przy takiej masie alkoholu, który w siebie wlali. Cud, że w ogóle byli w stanie jeszcze chodzić. Hayden już lekko się zataczał ale starał się jakoś wyglądać, bo jednak wstyd tak zaliczyć zgona na randce, chociaż jego partnerka pewnie leżałaby gdzieś razem z nim, bo oboje byli nieźle wcięci.
- No to Ci nie wytłumaczę, bo co ja z tego będę mieć? - niby pijany ale jeszcze jakaś trzeźwość umysłu w nim siedziała. Tliła się iskierka nadziei, że nie zrobi czegoś głupiego, skoro jakieś przebłyski świadomości jeszcze miał. W końcu życie go nauczyło, że nie ma nic za darmo. Musiał mieć z tego jakieś korzyści, wystarczyłoby gdyby pokazała pierś prawą lub lewą w zależności od tego jak jej będzie wygodnie, to już byłoby coś jak na pierwszą randkę. Taki mało wymagający Lyons był.
Nie spodziewał się jednak, że za chwilę stanie się coś złego. Szedł sobie obok niej, pewnie mówił coś o tych swoich popapranych gwiazdach gdy nagle laska mu zniknęła z oczu, za to usłyszał jakieś piski, krzyki i przekleństwa. Odwrócił się więc i nagle ogarnęła go wizja zostania superbohaterem więc ruszył w kierunku Daphne łapiąc ją w pasie i ciągnąć żeby ten ktoś z dołu ją wypuścił. - Ściągnij buta, airmaxy są warte mniej niż noga - powiedział cały czas obejmując dziewczynę żeby nie spadła temu żulowi na ryj. Pytanie o kogo martwił się bardziej, o nią czy o żula. Chwilę sie posiłowali ale w końcu przemiły pan z dołu dał za wygraną przez co, cały czas ciągnący Daphne w pasie, Hayden upadł na podłogę, a ona na niego. Od razu wytrzeźwiał od takiej sytuacji! - Nic Ci nie jest? - zapytał przyglądając się jej z lekkim przerażeniem, bo nigdy nie wiadomo co nie?
_________________

    I know the prices you've gotta pay I'm sacrificing my freedom
    And all just to get somebody to see me nobody said it was easy
[Profil]
  MÓW MI: Pani Cyc
MULTI: GIN I WILLIAM I JOLLY I DAWSEY I LAILA I MARCY
 
Aria Gallagher


Lives in
blue velvet

w Berrylane od zawsze


wegetuje

damn you, appleby.

Wysłany: 2019-10-14, 21:41   
  
Aria

  
Gallagher

  

  

  

  

  


  
Taste of your lips is still fresh. And the smell of your scent, how could I forget?

  
21 yo

  
168 cm

  


[7]


Randka w rozpadającym się domu. Tak, randka w rozpadającym się domu, w którym rzekomo straszy. Dla większości wydałoby się to bardzo złym pomysłem, ale Aria w swej naiwności przyszła w umówione miejsce, do tego przed czasem! Stanęła w bezpiecznej odległości od domu, rozglądając się za Chandlerem, ale nie mogła go namierzyć. Nie bała się, była raczej podekscytowana. Nie wiedziała czy bardziej tym, że ktoś ją gdzieś zaprosił, czy tym co mogą tam zobaczyć. Po chwili namysłu stwierdziła, że zdecydowanie to drugie jarało ją bardziej, mimo że na ostatniej randce to była prawdopodobnie trzy lata wcześniej. Z Milesem. Z takim nastawieniem, to Ty nigdy sobie chłopaka nie znajdziesz.
Nikomu nie pochwaliła się tym spotkaniem, pewnie tylko Baby wiedziała, skoro sama to w jakiś sposób zaaranżowała. Spodziewała się niepochlebnych opinii na temat miejsca, w którym się aktualnie znajdowała. Ojcu też nie powiedziała gdzie idzie i powoli zaczynała tego żałować, więc chwilę później wysłała mu smsa.
Zaczęła stąpać z nogi na nogę, nerwowo spoglądając na zegarek. Nie spóźniał się, tylko ona przyszła za wcześnie i robiło się naprawdę ciemno. Na pewno bezpieczniej czuła się na środku drogi, niż gdyby sama miała wejść do tej rudery. Podobno nocowali tam czasem jacyś żule, więc wolała nie kusić losu. Lepiej mieć kogoś do ewentualnej obrony.
Doskonale znała historię tego domu, miała nawet w planach się tu kiedyś wybrać, ale zawsze w ostatniej chwili panikowała. Teraz będzie jej głupio się wycofać. Dasz sobie radę, uwolnij swojego wewnętrznego detektywa. Próbowała dodać sobie otuchy, ale póki nadal sama tam sterczała, niewiele to zdziałało.
_________________

    somebody calls you, you answer quite slowly.
    a girl with kaleidoscope eyes.
[Profil]
    MÓW MI: Adeł
MULTI: Bex / Dean
 
Chandler Dawson


Lives in
white log mews

w Berrylane od zawsze


człowiek renesansu

troszkę chyba się zadurzył w Fallon?

Wysłany: 2019-10-14, 22:32   
  
Chandler

  
Dawson

  

  

  

  

  


  
I was told when I get older all my fears would shrink But now I'm insecure and I care what people think

  
19 yo

  
180 cm

  


Chandler trochę pluł sobie w brodę z powodu zaproponowanego przez niego samego miejsca. W takie dziwne lokacje mógł sobie chodzić z Fallon, która była do tego już przyzwyczajona poniekąd i szanowała wybory życiowe Chandlera. Ale zapraszać dziewczynę, którą być może tylko słabo kojarzył, na randkę do takiego strasznego miejsca? Skoro nawet Samantha (a Sam to badass) stwierdziła, że to trochę strzał w kolano, to co dopiero pomyślała sobie Aria? Tyle, że Aria się zgodziła. A na podobne rozważania było już ciut za późno, więc Chandler jakby nie miał co dłużej tego roztrząsać. Zwłaszcza, że już z oddali spostrzegł jej postać – jako, że była jedyną osobą w jego polu widzenia, założył po prostu, że to musi być właśnie ona.
Momentalnie się uśmiechnął. Początkowo zaprosił ją pod wpływem chwili, pod wpływem ekscytacji z racji potencjalnej randki i możliwości zapomnieniu o Fallon i o tym feralnym pocałunku. Ale potem – Chandler stwierdził, że przecież tu nie chodzi tylko o Fallon, a raczej o samą chęć poznania tej całej Arii, skoro Baby powiedziała mu, że to całkiem fajna dziewczyna. Na pewno już miała plus za sam fakt, iż lubiła równie pokręcone ideologie i miejsca, co on.
Wtedy uzmysłowił sobie, że przecież mógł jej kupić kwiatka, tak w sam raz na pierwszą randkę, ale – znów – było już za późno i z drugiej strony łażenie po jakimś rozpadającym się domu z kwiatkiem w dłoni nie jest chyba zbyt romantyczne, prawda? Postanowił za to nadrobić urokiem. Przyśpieszył nieco i już z daleka się do niej odezwał, żeby jej nie przestraszyć przypadkiem i nie zaskoczyć. – Cześć! – I w geście szybkiego przełamania lodów, gdy już do niej podszedł, pocałował ją szybko w policzek. W sumie to zaledwie musnął jej skórę wargami, ot, zwykły buziak na przywitania. – Miło cię poznać, tak oficjalnie, Aria – oznajmił pogodnie i obdarzył ją promiennym uśmiechem.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Liv | Caleb | Connor | Celka | Hugo | Cookie
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,16 sekundy. Zapytań do SQL: 7