menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#13 niechciane odwiedziny
Autor Wiadomość
Arizona Faraday


Mieszka w
fallen cloud


unika randek jak może

a długie godziny spędza w ratuszu

W Berrylane od zawsze

Arizona

Faraday

Wysłany: 2018-09-17, 22:18   #13 niechciane odwiedziny
  
"
I'm trying to feel that it would be alright away from the bad days. but every time he tries to do it - something stands in my way.

  
 26 y.o.

  
 166 cm

  

  

  

  

  

  


Miała wrażenie, że wreszcie wszystko zaczynało się prostować. Powoli, bo wciąż nie do końca wszystkie sprawy były rozwiązane, ale jednak czuła się o niebo lepiej niż od ostatniej rozmowy z Noahem. Przynajmniej głowa już jej tak nie bolała w dzień dzień a i noce były trochę lepsze. Nie zdziwiła się kiedy wróciła do swojego mieszkania, zastała je puste. Spodziewała się, że jej starszy brat długo nie wysiedzi u niej, choć liczyła, że może choć odrobinę rozwagi z jego strony. Choć jego zniknięcie przyjęła z dziwnym spokojem, to tego po sobie się raczej nie spodziewała. Chyba musiała, choć czasem żałowała, że nie miała takiej umiejętności znikania jak właśnie Colter. Poświęcała długie godziny po pracy mamie, siedząc cierpliwie przy jej łóżku. Czasem wymieniała się z Norą, czasem z Noahem czy Connorem. Czasem nuciła jakieś melodie pod nosem, czasem czytała jej najświeższe informacje z polityki ze swojego tabletu, a czasem po prostu siedziała trzymając ją jedynie za rękę. Ale z każdym następnym siedzeniem miała wrażenie, że z nią było co raz gorzej. Nawet z Potrzebowała jeszcze odrobiny czasu aby większość spraw poukładać sobie w głowie, choć nie było to do końca takie łatwe. Nie mogła jednak liczyć na pomoc rodzeństwa, z koszmarami musiała w końcu poradzić sobie sama bo nie widziała zwyczajnie innej opcji. Jedyne co to niepokoiła ją myśl to co będzie dalej, co w tym wszystkim zamierzał Colter, choć może w końcu powinna się pogodzić z myślą.
Wyjątkowo czuła się dzisiaj wykończona po pracy, dodatkowo psycholog wyciągnął z niej wszystkie siły, które jeszcze w sobie miała i marzyła tylko o tym, aby po prostu chciała się położyć. Każdą wolną chwilę praktycznie przeznaczała na sen. Nie miała pojęcia czy ktoś z rodzeństwa przyszedł o tej porze odwiedzić mamę, ostatnio te godziny strasznie im się pomieszały. Za każdym razem było inaczej, ale nawet nie miałaby za złe gdyby ktoś aktualnie tutaj być. I pierwszym niepokojącym sygnałem były otwarte drzwi, które otworzyła bez najmniejszego trudu. Utwierdzając się w przekonaniu, że na pewno ktoś z rodzeństwa po prostu był na miejscu. - Jestem! - krzyknęła na wszelki wypadek, ściągając w przedpokoju buty, pod pachą trzymając torbę ze swoim laptopem z zamiarem wejścia do kuchni. Chciała jeszcze zrobić sobie herbaty, ale stanęła nieruchomo gdy w końcu jej wzrok napotkał nieznajomego mężczyznę siedzącego przy stole. Z pozoru nieznajomego. Chwilę czasu potrzebowała zanim dotarło do niej na kogo właściwie patrzyła. Zamrugała kilka razy, cofając się ledwie o krok, nie próbując nawet ukrywać swojego zaskoczenia. Ba, nawet nie wiedziała jak miała się do niego w tej chwili do niego zwracać - Co...pan tu robi? - wydusiła w końcu z siebie, przyciskając do piersi swojego laptopa, jakby to miało jej w czymkolwiek pomóc. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tyle czasu go nie widziała i nawet nie była pewna czy rozpoznałaby go na ulicy gdyby przypadkiem obok niej przechodził.
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Caesar || Christian || Hector ||
 
Universal Person


Wysłany: 2018-09-19, 10:56   

Siedział w ciszy przy kuchennym stole, skupiając wzrok na krzątającej się po domu pielęgniarce. Ta zerkała na niego z ukosa co jakiś czas, niepewnie wykonując swe codzienne sprawunki. Na górę wejść mu nie pozwoliła, grożąc wezwaniem policji. Cóż za brednie. Niegdyś ten dom należał do niego i właściwie wciąż należy. Gdyby nie to, że chodził na terapię, zapewne nie pozwoliłby tej idiotce tak sobą pomiatać. Czekał na nadejście któregokolwiek ze swoich dzieci, choć jedynie dwójka z nich była dla niego ważna. Colter i Florrie zaszyli się tu z niejasnych mu powodów, a on kurwa miał prawo wiedzieć kiedy oboje zmądrzeją i coś w życiu osiągną.
Kończył właśnie opróżniać kubek po niedobrej kawie, gdy usłyszał głos swojej córki. Mógł ją tak jeszcze nazywać? Powinien? Gdy weszła do pomieszczenia powitał ją gorącym uśmiechem, wstając przy tym od razu i poprawiając swoją elegancką marynarkę. - Arizona, słoneczko, jak dobrze cię widzieć! - rzucił głośno na powitanie, po czym podszedł do dziewczyny i wyściskał na powitanie. Wyglądał jak dobry ojciec. Kochany i troskliwy. Wyglądał jakby wrócił błagać o wybaczenie. - Czy skoro jest już tutaj moja córka, zgodzi się pani dzisiaj wziąć płatny dzień wolny? - zapytał słodko pielęgniarkę, która niepewnie spojrzała na Arizonę. Od niej zależało to, czy zostaną tu sami, czy z kobietą strzegącą ich bezpieczeństwa. Choć nikomu przecież nic nie zagrażało, prawda?
_________________
HASŁO: milkshake
[Profil]
 
 
Arizona Faraday


Mieszka w
fallen cloud


unika randek jak może

a długie godziny spędza w ratuszu

W Berrylane od zawsze

Arizona

Faraday

Wysłany: 2018-09-19, 20:57   
  
"
I'm trying to feel that it would be alright away from the bad days. but every time he tries to do it - something stands in my way.

  
 26 y.o.

  
 166 cm

  

  

  

  

  

  


W jednej chwili poczuła zimny dreszcz przeszywający jej skórę gdy pojęła na kogo patrzy. Nawet do końca nie skontrolowała swojej pierwszej reakcji, nazywając go panem. Potrzebowała chwilę czasu, zanim zrozumiała, kim był owy mężczyzna. Zawsze zastanawiała się jak ta sytuacja będzie wyglądać. Zawsze na niego czekała, mając nadzieję, że w końcu do nich przyjedzie i z nimi zostanie razem z Colterem, a tego błędu nie będzie się po prostu pamiętało. Rok zamienił się w lata czekania aż wreszcie zdała sobie sprawę, że nie ma już na kogo czekać. Nie uczestniczył praktycznie w żaden sposób w jej czy rodzeństwa życiu a jego postać zamieniła się w widmo. Choć w środku serce ją bolało na każde wspomnienie o nim, na co dzień starała się nawet nie przypominać o jego istnieniu. Dlaczego więc teraz przyjechał, gdy udało jej się pogodzić z myślą, że po prostu ma już inną rodzinę? Wszystko to co udało jej się do tej pory zbudować runęło w jednej chwili i po prostu przez dłuższą chwilę wpatrywała się z ogromnym niedowierzaniem w oczach.
- Daruj sobie - wykrztusiła drżącym głosem odruchowo odsuwając się od niego gwałtownie, lustrując go niezbyt przyjemnym wzorkiem. Nie tak sobie wyobrażała jego powrót czy raczej...przyjazd. Może gdyby zrobił to odrobinę wcześniej, może jeszcze dałaby się wyściskać jak próbował teraz to zrobić, ale nie chciała robić sobie nadziei, wciąż mając słowa Nory w pamięci - Jeśli szukasz Coltera to źle trafiłeś. Nie mieszka tutaj - wycedziła, starając się zachować mimo wszystko jeszcze spokojny ton głosu. Ale nie mieściło jej się w głowie, że jeszcze próbował udawać przed nią, że przez te lata nic się nie zmieniło. - Możesz nas zostawić - zerknęła na pielęgniarkę z randomowym imieniem (bo nie pamiętam xd) i uśmiechnęła się blado, dając jej do zrozumienia, że rzeczywiście lepiej może niech posłucha ojca. Nie chciała aby była światkiem ich awantury, dlatego poczekała aż pielęgniarka opuściła ich dom, w międzyczasie położyła laptopa na parapecie okna w kuchni - Więc...co tu robisz? - zapytała, zerkając na mężczyznę przez ramię, ale chyba się zaczynała domyślać co musiało go skłonić do przyjazdu aż tutaj. - Nagle sobie o nas przypomniałeś?- rzuciła jeszcze, choć bardziej do siebie niż jego, opierając się teraz plecami o parapet, czekając na jakąkolwiek jego reakcje.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Caesar || Christian || Hector ||
 
Universal Person


Wysłany: 2018-09-20, 22:01   

Nie zdziwił go chłód bijący od córki, choć musiał przyznać, że po niej jedynej nie spodziewał się wrogiego nastawienia. Pamiętał, że Arizona zawsze była tą cichą i nieśmiałą dziewczyną, która wolała dostrzec w każdym dobro. A teraz? Najwyraźniej podjudzona przez rodzeństwo, gotowa była wylać mu wiadro pomyj na głowę. Ale nie wyrzuciła go za drzwi, co było dobrym znakiem. Wcale nie była taką twardzielką, za jaką chciała uchodzić. - Daj spokój skarbie, nie przyjechałem wyłącznie przez Coltera - odpowiedział słodkim i uprzejmym tonem, odprowadzając zestresowaną pielęgniarkę wzrokiem. Zaraz potem powędrował znów do kuchni, gdzie nalał sobie i Arizonie porcję ciepłej kawy do kolorowych kubków. Zachowywał się tak, jakby nigdy stąd nie wyjechał - doskonale wiedział co gdzie stoi i nie odczuwał żadnego skrępowania przed swobodnym poruszaniem się po mieszkaniu. - Cóż, Ari, słońce, muszę dopełnić formalności związanych z dziedziczeniem tego domu, spadkiem, pogrzebem. Nawet jeśli chciałem uwolnić się od przeszłości, kilka słów przysięgi mi na to nie pozwala. Lub raczej, prawo mi nie pozwala - odpowiedział szczerze, wciskając w dłonie córki kubek. - Powiedz mi myszko - zaczął słodko, specjalnie nazywając ją tak jak wtedy, gdy uchodził jeszcze za jej ojca. - Co u ciebie? Dlaczego taka ładna i zdolna dziewczyna robi wszystko, co godne stereotypowego lenia i darmozjada? - zapytał poważnym tonem, upijając łyk kawy.
_________________
HASŁO: milkshake
  
[Profil]
 
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2018-09-20, 22:24   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


30

Ostatnie dni były bardzo niespokojne. Po rozmowie z Noreen rozważał zwołanie rodzinnego spotkania, podczas którego opowiedziałby swojemu rodzeństwu wszystko, całą tę popieprzoną historię w sposób należyty. Bez oszustw, bez eufemizmów, bez kłamstw. Całą prawdę. Namawiała go do tego Baby, którą wciąż męczyły najwidoczniej jego kłótnie z bliskimi, choć wielokrotnie podkreślała, że w tych sporach stoi po jego stronie. Ich związek miał się ogólnie całkiem nieźle, pomijając to, że chowali go w tajemnicy. Czasem się też sprzeczali o sprawy mniej lub bardziej ważne, ale Cole nie robił już uników i zachowywał się dość dojrzale. Mógł śmiało stwierdzić, że - pomijając chowanie związku przed światem - w końcu odnajduje się w stałej relacji z jakąś kobietą. Martwiło go kilka spraw, takich jak niechęć Audrey do studiowania czy też jej nazbyt wścibski ojciec, ale były to kwestie do obgadania na spokojnie. Reasumując, żyło im się dobrze. I właśnie dlatego Colter postanowił zabrać dziewczynę dzisiaj po raz pierwszy do swego domu, by mogła stać się realną częścią jego wszechświata.
Wiedział, że o tej godzinie straż przy matce sprawuje Ari, co oczywiście go cieszyło. Wiedział, że Arizona zaakceptuje Baby bez problemu i pewnie wstawi się za nimi, gdy któreś z rodzeństwa postanowi ich związek skrytykować. No i przy Audrey nie będzie robić scen, mimo że ostatni raz widzieli się, gdy Cole był umierający i nieprzytomny. Cóż! Uznał, że w razie czego zadzwoni po Noah, który najprzychylniej jednak się wobec niego zachowywał. Maszerowali sobie z Baby spokojnie ulicą, rozmawiali o jakichś głupotkach i planowali jakiś wspólny wyjazd w najbliższym czasie. Gdy byli już blisko jego domu rodzinnego dostrzegł jednak znane mu auto. Stało sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic zaparkowane przy ich miejscu docelowym. Zatrzymał się na moment i mocniej ścisnął dłoń Baby. - Kurwa - szepnął cicho, wyciągając prędko z kieszeni telefon. Któreś z rodzeństwa musiał powiadomić, tylko które? A może od razu powinien na policję zadzwonić?
  
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Baby Hemingway


Mieszka w
auburn pine houses


są ważniejsze rzeczy od randek

zostanie najlepszym lekarzem w nyc

W Berrylane już mieszkać nie będzie

Audrey

Hemingway

Wysłany: 2018-09-21, 19:46   
  
"
-

  
 20 y.o.

  
 165 cm

  

  

  

  

  

  


    [18]

| zdecydowanie po wszystkim

Maszerowała ulicą niepewnie, z wysoką uwagą wymierzając odległość pomiędzy kolejnymi krokami. Nie była pewna, czy jest gotowa na poznanie rodziny Coltera, ale to, że był teraz obok niej, że ściskał jej dłoń i opowiadał z uśmiechem niewinne opowieści ze swojego dzieciństwa sprawiało, że w końcu czuła się szczęśliwa. Miała poznać jego rodzeństwo, odwiedzić jego matkę i w końcu, tak naprawdę, stać się częścią jego życia. O to przecież chodziło jej od samego początku, prawda? Próbowała zagłuszyć w sobie wszelkie wątpliwości i obawy, że jego rodzina jej nie zaakceptuje. Musiała pokazać się z jak najlepszej strony.
W głowie układała sobie odpowiedzi na pytania, jakie jej zdaniem mogła dzisiaj usłyszeć. Podchodziła do całej tej sprawy naprawdę poważnie, bo wiedziała, ile to wszystko znaczy dla mężczyzny. Problemy, jakie przechodził ze swoim rodzeństwem mimowolnie odbijały się na ich związku, choć przecież temat ten jej nie dotyczył. Dzisiaj miało się to zmienić, miała przekonać się na własnej skórze, jak wszystko to wygląda. Skoro sam to zaproponował, skoro tak przejmował się tą sprawą - nie mogła odmówić. Nie teraz, kiedy była coraz bardziej przekonana, że spędzą ze sobą resztę życia.
Kiedy w końcu znaleźli się pod jego rodzinnym domem, a brunet ścisnął jej dłoń, dopadły ją naprawdę spore obawy. - Co się stało? - zapytała, z wyraźnym przejęciem, rozglądając się dookoła, ostatecznie skupiając swoją uwagę na samochodzie, który najwidoczniej stanowił w tym wszystkim poważny problem. Do kogo należał? - Rozmyśliłeś się? Nic nie szkodzi, możemy przełożyć to na inny dzień - dodała po chwili, starając się zabrzmieć spokojnie, jakby nie było to dla niej problemem. Nie wiedziała, czy o to chodzi, wolała się jednak upewnić. Właściwie, nic dziwnego, że odniosła takie wrażenie - doskonale wiedziała o tym, jakie niektóre osoby z jego rodzeństwa potrafią być, więc może akurat teraz, zjawiło się ktoś, kogo Faraday nie chciał dzisiaj widzieć, albo, co gorsze, nie chciał, by osoba ta poznała Audrey.
  
[Profil]
 
 
Arizona Faraday


Mieszka w
fallen cloud


unika randek jak może

a długie godziny spędza w ratuszu

W Berrylane od zawsze

Arizona

Faraday

Wysłany: 2018-09-21, 22:28   
  
"
I'm trying to feel that it would be alright away from the bad days. but every time he tries to do it - something stands in my way.

  
 26 y.o.

  
 166 cm

  

  

  

  

  

  


Wciąż nie mogła się pozbyć z siebie fali szoku. To nagłe pojawienie się ojca musiało mieć jakiś jeden mocny powód inaczej przecież nie fatygowałby się i nie przyjeżdżałby tutaj w odwiedziny czy z jakiejś chęci naprawienia starych błędów. Ale nawet jakby je miał, jakby chociaż przez chwilę je pokazał może nie czułaby teraz tej złości, którą dusiła w sobie przez lata. Nie tak wyobrażała sobie ich spotkanie, choć czy miała czuć się zdziwiona po tym wszystkim co zafundował się starszy brat niemal od samego początku? Chyba nie. Nie mogła uwierzyć, że mężczyzna okaże się tak obcy, że łatwiej było jej zwrócić się do niego grzecznościowym zwrotem niż użyć słowa ojciec. Nie potrafiłaby użyć tego słowa w jego obecności. Podniosła nerwowo dłoń w okolice serca, przykładając w to miejsce, czując jak za mocno zakuło. Nie mogła się znów zdenerwować, tak jak poprzednio. Miała na szczęście w kieszeni spodni telefon, który w każdej chwili mogła wyjąć i wykonać numer do kogoś z rodzeństwa - pierwszą osobą jaka jej przyszła do głowy był Connor, ale zaraz zrezygnowała z tego pomysłu. Miała nadzieję, że wybudzi się z tego potwornego koszmaru i jak tylko otworzy oczy ojca zwyczajnie nie będzie.
- O czym ty do cholery mówisz? Jakim pogrzebem? - wydusiła z siebie, próbując grać na zwłokę. Nie chciała dać mu do zrozumienia, że matką jest rzeczywiście źle. Nie sądziła, że wiedział o bardzo kiepskim stanie swojej byłej żony, że za życia postanowił ją uśmiercić? Wciągnęła głęboko powietrze, powstrzymując się aby nie wylać kawy na jego zapewne iście drogą marynarkę. Czy właśnie zapowiedział batalię sądową między sobą a nim? Niemal miała wrażenie, że wzrok nieco zaczął jej się rozmazywać i szybko przetarła oczy wolną ręką - Jeśli myślisz, że pozwolę ci do niej zajrzeć, to grubo się mylisz - wbiła w niego swoje brązowe oczy, nawet nie próbując ukryć swojego zaskoczenia. Ostrożnie odłożyła kubek z kawą na stolik i przysunęła się bliżej niego by w jednej chwili podnieść rękę i spróbować uderzyć go w twarz - Ten darmozjad nie powinien cię w tej chwili obchodzić, więc się odwal ode mnie i od mojego życia, rozumiesz? Tak jak to zrobiłeś wtedy - z trudem powstrzymywała cisnące się łzy do oczu, bo chyba nie tak miało wyglądać pierwsze spotkanie ojca z córką po tak długiej przerwie, prawda?
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Caesar || Christian || Hector ||
 
Universal Person


Wysłany: 2018-09-22, 19:55   

- Myślisz, że nie wiem o tym, że Colter wydaje niepotrzebnie pieniądze na to, żeby utrzymywać ją przy życiu? Kwiatuszku, myślisz, że jestem potworem, ale kochałem niegdyś twoją matkę. Szczerze. Ale zawsze nadchodzi moment, w którym musimy znaleźć w sobie dość odwagi, by się z kimś pożegnać - powiedział dość ciepłym tonem głosu, nie zważając na jej wzburzenie. Potrafił się kontrolować, a jej rozchwianie emocjonalne go bawiło. - Nie chcę, by twój brat marnował swoje życie na walkę o życie kogoś, kto jest już dawno po drugiej stronie. I dla was lepiej, dzieciaki, będzie jeśli również zaczniecie skupiać się na sobie - westchnął cicho, po czym ułożył dłonie na jej ramionach. - Nie podoba mi się, jak was wychowała. Jakich zrobiła z was ludzi. Pozbawionych ambicji i marzeń. Mogłem was zabrać wtedy ze sobą, zignorować żądania twojego brata i odebrać was tej kobiecie. Nie myśl sobie, że za wami nie tęskniłem - dodał, gładząc ją dłonią po policzku. Zaraz potem się odsunął i usiadł przy stole, luzując przy tym założony krawat.
- Wiesz słoneczko, nie sądzę, że masz prawo mi rozkazywać. To wciąż mój dom, ale o tym zapewne nie wiecie. Michelle nie radziła sobie z utrzymaniem go, więc kilka lat temu poprosiła mnie o pomoc. Wykupiłem go i cóż, nie widzę sensu w tym, żeby wciąż go spłacać - powiedział, rozglądając się po tym potwornym miejscu.

* dałam matce na imię Michelle, bo chyba nigdzie nikt tego nie określił? :lol:
_________________
HASŁO: milkshake
[Profil]
 
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2018-09-23, 21:52   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


-Nic... Nie wiem w sumie - odpowiedział nieco skonsternowany, wgapiając się w znajome mu auto. Zastanawiał się, czy to w ogóle możliwe. Z Nowego Jorku do Berrylane jest kawał drogi i wątpił, że jego ojciec zdecydowałby się pokonać ten dystans właśnie w taki sposób. Nie było to zbyt komfortowe, skoro istniały przecież samoloty czy pociągi, w dodatku kursujące niemalże bez przerwy i za niskie koszta. Przypadkowość samochodu była jednak nazbyt duża, dlatego Cole zatrzymał się na moment i wysłał kilka wiadomości do Noah. Zaraz potem przeniósł wzrok na Audrey i uśmiechnął się lekko, z lekkim zarysem swych obaw. - Nie o to chodzi, daj spokój. Po prostu wydaje mi się, że... Cóż, sądzę, że to jest samochód mojego ojca. Tylko cholera nie wiem, po co miałby tu przyjeżdżać - wyjaśnił jej, spoglądając z zaciekawieniem na dom. Liczył na jakiś znak, cokolwiek, jasne wyjaśnienie tej sprawy. Nic się jednak nie działo, więc odetchnął głęboko i znów zwrócił się do Hemingway. - Wejdę tam sam, okej? Jeśli to nie on, to dam ci znać. A jeśli jednak przyjechał... Wolałbym, żeby nie spotkał się z Ari. Raczej jej jeszcze nie ma, więc jeśli ją zobaczysz, to zabierz ją na spacer, okej? Nie pozwól jej wejść do środka - powiedział, niby prosząc, niby jednak stawiając sprawę jasno. Mówił jej na pewno o tym, jaki jego ojciec jest popieprzony, więc nie powinno jej dziwić to, że nie chce jej póki co zapraszać do środka. - Przepraszam - powiedział jeszcze szybko, posłał jej kolejny uśmiech i pewnie pocałował przelotnie, by nie myślała sobie o nim źle. Potem zostawił ją samą przed domem, na gangu zapewne, z dość silną obawą wchodząc do środka.
Od razu do jego uszu dotarły strzępki rozmowy dochodzącej z kuchni. Bez zastanowienia od razu skierował się w tamtą stronę, przeklinając w duchu boga. Czemu Arizona musiała być w domu? Dlaczego nie mogła przyjść wyjątkowo nieco później, niż zwykle? Gdy był już dostatecznie blisko, usłyszał ostatnie zdanie wypowiedziane przez ojca i skrzywił się lekko, po czym wszedł niepostrzeżenie do pomieszczenia. - Więc go od ciebie odkupimy - powiedział chłodno, pomijając etap witania się z bliskimi. Stanął tuż obok siostry, ruchem ręki wskazując jej, by się cofnęła. Po pierwsze dlatego, że zamierzał ojca stąd wywalić, po drugie dlatego, by zablokowała w razie czego wejście na górę. Miał nadzieję, że Ari zrozumie, co miał na myśli. - Po co przyjechałeś? - zapytał ostro, wbijając w niego wzrok. Najlepiej byłoby od razu go wyrzucić, ale ten nieobliczalny człowiek gotów byłby do wszystkiego. Nawet do nasłania na nich policji i wyrzucenia z domu, choć Cole trochę nie rozumiał w jaki sposób Michelle oddała mu do niego prawa.
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Baby Hemingway


Mieszka w
auburn pine houses


są ważniejsze rzeczy od randek

zostanie najlepszym lekarzem w nyc

W Berrylane już mieszkać nie będzie

Audrey

Hemingway

Wysłany: 2018-10-09, 18:46   
  
"
-

  
 20 y.o.

  
 165 cm

  

  

  

  

  

  


Sytuacja ta zdecydowanie ją zaniepokoiła, czego nie chciała dać po sobie poznać. Powinna go przecież przekonywać, że wszystko będzie dobrze, a nie dokładać kolejnych obaw. Wiedziała doskonale, z czym wiąże się powrót jego ojca, choć Colter nigdy nie chciał zbyt wiele o nim opowiadać. Nie trudno było się jednak domyślić, że nie zwiastuje to niczego dobrego. Jego prośba, będąca bardziej poleceniem, dodatkowo ją zestresowała, bo cholera, nie wiedziała nawet, jak Arizona wygląda. Tak samo było też na odwrót, więc trochę ją cała ta sytuacja zestresowała. Gdyby była na jej miejscu, a pod jej domem stałaby jakaś nastolatka, którą pierwszy raz widzi na oczy, mówiąca, by pod żadnym pozorem nie wchodziła do środka, to trochę by się jednak przeraziła i nie wiedziała, czy to żart, czy może jakiś atak terrorystyczny. - Jasne, oczywiście. Nie ma sprawy, zajmę się tym - powiedziała, na cztery sposoby potwierdzając, choć wystarczyłby przecież tylko jeden. Co miała poradzić, skoro tak była tą sytuacją zestresowana? Odwzajemniła też jego uśmiech, patrząc, jak znika za progiem domu. Złączyła ręce na klatce piersiowej rozglądając się dookoła, wzrokiem szukając jakiejkolwiek dziewczyny, która mogłaby być jego siostrą. Okolica ta świeciła jednak pustkami, a jej jedynym towarzyszem był pies, który wylegiwał się na trawniku sąsiadów. Zdecydowanie nie tak ten dzień miał wyglądać. Niezwykle głupio czuła się tak stojąc pod domem Faraday'ów, tym bardziej, kiedy kilka minut przeciągało się w kilkanaście. Miała wrażenie, że minęła już wieczność, więc postanowiła złamać daną mu obietnicę i wejść do środka, by upewnić się, czy wszystko dobrze. Gdyby miała spędzić tu jeszcze sekundę dłużej, oszalałaby. Niepewnie weszła więc do środka, krzycząc imię mężczyzny, zapewne niedostatecznie głośno, by je usłyszał i po dostrzeżeniu, że ktoś znajduje się w kuchni, właśnie w tamtą stronę się skierowała.
[Profil]
 
 
Arizona Faraday


Mieszka w
fallen cloud


unika randek jak może

a długie godziny spędza w ratuszu

W Berrylane od zawsze

Arizona

Faraday

Wysłany: 2018-10-11, 09:54   
  
"
I'm trying to feel that it would be alright away from the bad days. but every time he tries to do it - something stands in my way.

  
 26 y.o.

  
 166 cm

  

  

  

  

  

  


- Jak możesz w ogóle tak mówić? Wiesz, że właśnie sobie zaprzeczasz? - warknęła, próbując powstrzymać się od napadu złości, którą prawdopodobnie chciał w niej wywołać ojciec. Nie rozumiała tylko, dlaczego jeszcze mówił jej tak okropne rzeczy, o kobiecie, którą przecież kiedyś kochał - Gdyby nie jego pomoc, jej by już tu nie było - zacisnęła pięści powstrzymując się aby przypadkiem się na niego nie rzucić, ale jedyne na co było ją stać to wgapianie się w niego z szeroko otwartymi oczami, bo jego słowa boleśnie odbijały się w jej umyśle. To co mówił, było zdecydowanie za dużo. Miała wrażenie, że właśnie dowiedziała się o wszystkim, czego chyba nie powinna, ale teraz wreszcie zaczynało jej się powoli układać wszystko w głowie. I to dziwne zachowanie Coltera, jakby właśnie z tym było powiązane - I niby jak to sobie wyobrażałeś? Że od tak wyjedziemy z tobą i stworzymy sobie, nową, szczęśliwą i kochającą się rodzinkę? - odsunęła się gwałtownie pod wpływem jego gestu, kiedy zdecydowanie był za blisko niej. - Przez tyle lat milczałeś, więc tak naprawdę do czego byśmy byli ci potrzebni? - może gdyby ojciec ich nie zostawił na tak długo, byłaby mu jeszcze wstanie wybaczyć. Ale dzisiaj, właśnie teraz gdy stał przed nią, zobaczyła jaki jest naprawdę. Po raz pierwszy od dawna żałowała, że nie przyszła później z pracy, może byłaby wtedy nikła szansa na jego uniknięcie. Radziła sobie całkiem nieźle z tęsknotą, o której z czasem nawet udało jej się zapomnieć. A teraz, to wszystko co zdążyła do tej pory zbudować, tą ochronną warstwę, po prostu się zburzyło.
Chciała coś powiedzieć, kiedy w kuchni pojawił się znienacka Colter. Nie spodziewała się go tu teraz, zupełnie jak ojca. Miała wrażenie, że to jakiś koszmar, z którego chciała się jak najszybciej obudzić. Przez moment pomyślała, że wybrali sobie idealne miejsce na rodzinną rozmowę i już chciała na niego nakrzyczeć, kiedy dotarło do niej, co powiedział na zaczepkę ojca - Nie chcę w tym uczestniczyć - warknęła, bo wciąż była zła na brata, ale teraz ważniejsze było to, że stanął po ich stronie. Nie, tak jak wtedy gdy wyjeżdżał z ojcem. Zrobiła krok do tyłu i wykorzystując zapewne lekkie rozkojarzenie ze strony ojca i wyszła z kuchni niemal od razu kierując się na schody. Na pewno będzie chciał zajrzeć do matki, a ona zrobi wszystko by go od tego powstrzymać. Była tak rozkojarzona, że nie zauważyła nawet pojawienia się jakiejś dziewczyny, która również weszła do ich domu. Pozwoliła sobie przykucnąć i oprzeć się plecami o ścianę, jednocześnie ukrywając twarz w dłoniach i jedynie nasłuchiwała, próbując cokolwiek zrozumieć z rozmowy Coltera z ojcem.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Caesar || Christian || Hector ||
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2018-12-27, 23:01   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


Dam podsumowanie tego co miało się tu stać, bo bez sensu jest taką starą grę kontynuować. Jeśli mimo to któraś będzie chciała coś od siebie dodać, komentarz czy cokolwiek, to śmiało <3

Ojciec w istocie matkę kochał - kiedyś, dawno temu, gdy oboje byli młodzi jeszcze i niewinni. Wszystko uległo zmianie w momencie, gdy prawdziwe życie zaczęło coraz mocniej pchać ich w dół, gdy czas odbierał im piękno a to, co nazywane było rodziną, odzierało ich z oszczędności. Łatwo jest zdecydować się na ślub i dziecko, ciężko jednak dbać o to w czasie późniejszym. Nie jestem pewna, czy nadałam temu kiepskiemu ojcu imię jakieś kiedykolwiek, a nie mam teraz nawet warunków do poszukania tego, więc załóżmy, że zwie się Jacob. Pasuje to nawet do człowieka bezwzględnego i brutalnego, który za młodu szkolił się zapewne przez chwilę w szkole aktorskiej. Skądś musiał w końcu wiedzieć, jak uśmiechem swoim ranić mocniej niż nożem. - Niczego się jeszcze o życiu nie nauczyłaś, prawda? Nie widzę obrączki na twojej dłoni, więc zakładam, że żaden mężczyzna nie zagościł na dłużej w twoim życiu. Może to i dobrze, może dzięki temu unikniesz tych komplikacji, które zaczęły się przez Michelle. I które, o zgrozo, trwają nadal - dla niego było to proste, pozbawione konieczności wnikliwej analizy. Źródłem jego trosk i problemów była jego pierwsza żona, kobieta naiwna i głupia. Rasowa idiotka, której jedynym atutem przez jakiś czas było dostatecznie piękne ciało i fortuna, jaka mogła zostać przepisana jej w testamencie. Ojciec jej jednak zdążył przed śmiercią cały swój majątek roztrwonić, a resztka tego, co mogło Jacobowi dać cokolwiek, przeznaczona została na spłatę długów. Właśnie wtedy, gdy Jacob tłumaczył swym pociechom, że dziadek nie żyje, dojrzał beznadzieję w swoim życiu. Wówczas też postanowił, że musi tę kobietę zostawić. A dzieci? Chciał zabrać je ze sobą, nie ze względu miłości, a zwykłej chęci bycia złośliwym. To, jak potoczyło się to dalej, nie miało większego znaczenia. Odebranie Michelle jednego dziecka było wystarczającą karą, nie musiał się przecież upierać przy tym, by być młodym i zabieganym ojcem z wielką gromadą dzieciaków. Ostatecznie uważał nawet, że dobrze się stało, że ich zostawił. Prawdopodobnie z tak wielkim balastem by sobie nie poradził, a już na pewno nie zainteresowałby sobą młodej i bogatej dość wdowy. Ale nie o tym teraz.
- Colterowi nie zależy przecież ani na niej, ani na was. Twój brat zawsze miał jakąś destrukcyjną wadę, to coś, co ciągnęło go w dół. Zakładam, że wasza matka i was tym zainfekowała, ale nawet trzymanie go z dala od tego miejsca i od niej samej nie sprawiło, że zmądrzał. On po prostu uważa, że musi to robić. Żadnej troski i miłości w tym nie ma. To poczucie obowiązku, więc nie myśl sobie, że Colter tu zostanie, gdy Michelle umrze. Może on sam nawet na to czeka, tego chce, bo gdy jej męki w śpiączce się zakończą, on znów poszuka sobie nowego celu. Nie będzie musiał wydawać moich pieniędzy na jej leczenie, na wasze długi. I musisz mi przyznać rację, tak byłoby nie tylko dla niego, a dla nas wszystkich lepiej. A podtrzymywanie przy życiu kogoś przez tak długi czas jest, moja droga Ari, szczytem okrucieństwa. Michi na pewno nie chciałaby żyć w ten sposób, no przyznaj, kwiatuszku, co to za życie? I nie, wybacz, biedroneczko, ale nie po to przyjechałem. Prawnie już do mnie nie należycie i cóż, to przykre, wiem, ale to wszystko - tu gestem ręki wskazał cały dom, mając jednak na myśli całą rodzinę - mnie już nie interesuje. Chcę swoje pieniądze, potem dam wam spokój - odpowiedział z uśmiechem, odpowiadając też tym samym na pytanie swojego syna, który się w idealnym momencie pojawił. On i jakaś młoda dziewczyna, którą jednak w tej chwili postanowił zignorować. Zapyta o nią później, gdy już razem z Colem wracać będą do Nowego Jorku i jedynego słusznego życia. - Zabierz Flo, bo wiem że się gdzieś tu ukryła i przyprowadź ją do domu. Jej matka się martwi - powiedział tylko, wzdychając przy tym i odprowadził swoją “córkę” wzrokiem. - Nie stać cię Colter na to, żeby wykupić ten dom. Wisisz mi i tak sporo pieniędzy, które chciałbym odzyskać - spokojne słowa, kolejne spojrzenie na nieznajomą. I ciekawość, która nakazała mu utkwić wzrok na niej na nieco więcej sekund, choć czasu przecież nie miał zbyt wiele. - Nie mów mi, że to twoja nowa przyjaciółka, Cole. Stać cię przecież na więcej. To dla niej zostawiłeś w San Francisco swoją narzeczoną? - parsknął, po czym wyjął z teczki jakieś dokumenty i postawił je na stole. - Dom zostanie sprzedany w przyszłym tygodniu, do tego czasu w nim zamieszkam. Macie więc kilka dni na to, by zabrać z niego wszystkie swoje rzeczy i znaleźć Michelle miejsce na cmentarzu. Zanim jednak pójdę, chciałbym ją zobaczyć - oznajmił, po czym ruszył w kierunku piętra, na którym znajdowała się jego była żona. Nie chciał jej nic zrobić, nie był potworem; musiał zobaczyć co zostało z kobiety, którą niegdyś przez moment kochał. I co stało się potem?

Instynkt podpowiadał Colterowi, że powinien od razu zareagować. Wyprowadzić ojca, wezwać policję lub wsparcie - Connor sprawdziłby się lepiej niż Noah, ale i młody poradziłby sobie w tej sytuacji. Może nawet Nora okazałaby się lepsza niż on czy Arizona, których ta niezapowiedziana wizyta przerosła. Początkowo milczał, jak zwykle zresztą, gdy sytuacja go przerastała. Milczał i chłonął słowa ojca, którego ignorowanie już nie mogło być jedynym rozwiązaniem. Musiał zareagować, po raz pierwszy od czasu, gdy zdecydował się z nim wyjechać. Teraz jednak miał większą motywację ku temu, a jakaś niejasna siła dodawała mu odwagi. - Flo jest dorosła, sama o sobie decyduje. Ja też się nigdzie nie wybieram. A pieniądze to nie problem, więc się kurwa łaskawie nie baw w jakieś szantaże. To końca tygodnia dostaniesz kasę za dom, potem oddam resztę. A teraz wyjdź łaskawie, zanim zrobi się tu nieprzyjemnie - powiedział spokojnie, starając się nie zareagować na puste zaczepki ojca. Dość miał tego, że ten odczuwał nad nimi wszystkimi przewagę. Było to jednak jego winą, bo w końcu nigdy się mu nie postawił, nigdy nie zamanifestował swojej wściekłości względem jego zachowania. Nic więc dziwnego, że kolejne wydarzenia zadziały się prędko i gwałtownie, że zabrakło w nich rozsądku i chwili na zastanowienie. Gdy Jacob ruszył ku górze, Colter naturalnie spróbował go zatrzymać - ten jednak odepchnął go i dzięki swojej zręczności, znalazł się na schodach. Właśnie wtedy zaczęło się piekło - Arizona zatarasowała mu drogę, a on chcąc osiągnąć swój cel odepchnął i ją. Tyle, że włożył w to zbyt wiele siły i choć nie chciał tego, zrzucił swoją córkę na dół. Coś go tknęło w tym momencie, coś nakazało się mu zatrzymać i przejąć losem dziecka, którego dotąd się wypierał. Spojrzał na nią z przerażeniem, nie wiedząc co dalej. Czy za coś takiego grożą więzieniem? Był to przecież wypadek, a nie próba morderstwa, przecież takie rzeczy się zdarzają! Nim jednak się poruszył lub powiedział cokolwiek, sam również został powalony na ziemię. Szok sprawił, że nie zarejestrował nawet chwili, gdy jego syn wytargał go z domu i powalił na trawę, okładając przy tym jego twarz pięściami. Ból pojawił się dopiero po kilku sekundach, które zdały się mu wiecznością. Próbował się bronić, ale jego ciało przestało się go słuchać. A Colter? Te wszystkie lata sprawiły, że bez reszty utracił teraz nad sobą kontrolę. Gdyby nie to, że Audrey odciągnęła go w końcu od na wpół nieprzytomnego już Jacoba, zapewne doszłoby do sporej tragedii. Mógł go zabić, nie zauważyłby przecież nawet tego, że ten już nie reaguje w żaden sposób na jego ciosy. Cieszył się więc, że Baby tam była, że uratowała mu życie, że powstrzymała przed popełnieniem prawdopodobnie największego błędu. Nie wezwali potem pogotowia, ze względu oczywiście przez możliwe konsekwencje tego zdarzenia. Audrey opatrzyła Jacoba i gdy ten doszedł już do siebie (no i też Arizona, bo i nią się Audrey zajęła) zaproponowali mu układ - może w domu zostać do czasu otrzymania pieniędzy za dom, a na ten czas przeniosą Michelle do szpitala. Co do wzywania policji, ustalili umowę milczenia - w końcu obie strony mogłyby się wzajemnie obwiniać i sądować, po jednej stronie stawiając ranną Arizonę, a po drugiej Jacoba. Jedno jednak było pewne - Coltera i ojca w tym momencie łączyła już tylko wzajemna nienawiść. I tak jednak by w końcu doszło do podobnego zdarzenia, prawda?

/ zt :faint:
  
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 1,27 sekundy. Zapytań do SQL: 5