menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#1 Wiejski chłopak i wiejska dziewczyna, NO TYPOWO
Autor Wiadomość
LAIRE Marlow-Followill


Laire

Marlow-Followil


malarka i bizneswoman na urlopie

przymusowym

Lives in
white log mews

Wysłany: 2018-10-11, 21:30   #1 Wiejski chłopak i wiejska dziewczyna, NO TYPOWO
  

  
  
  
34 yo

  
170 cm

  

  

  

  

  
od 2 tygodni w Berrylane
-

  


#2

Z jednej strony Laire potrzebowała samotności żeby poradzić sobie ze wszystkim, z samą sobą, a z drugiej przyjęła jednak ze sporą ulgą fakt, że zobaczyła na ulicach znajomą twarz. Na pewno nie była to twarz, którą zobaczyć się spodziewała, ale jak widać, kiedy człowiek zajmuje się chemią, wyglądaniem i czuciem się jak gówno zamiast dzwonić i rozmawiać ze znajomymi, to takie są efekty i nie wie co się dzieje. I tak miała w planach mu o sobie przypomnieć, jakoś delikatnie wyjaśnić czemu się nie odzywała (tak, wiedziała że to trochę dziwne ukrywać chorobę przed przyjaciółmi, ale cóż, robiła tak całe życie, inaczej nie umiała), ale nie spodziewała się że przyjdzie jej się z tym zmierzyć aż tak szybko. Założę że to ich drugie spotkanie, że jak na siebie wpadli to jednak poszli pogadać na kolacji za którą ona zapłaciła, skoro ona była świnką która miała inne rzeczy na głowie. Nawet jeśli nie była to żadna wzruszając rozmowa pełna objęć i nie wiadomo czego, co nie było ani w ich stylu ani w sumie potrzebne. Przeżyła, prawda? No prawda. Włosy wciąż były krótkie, wciąż były bardzo delikatne, blizna wciąż była różowa, ale jej oczywiście mu nie pokazywała. A dzisiaj? No zobaczymy!
- Okej, a teraz szczerze, co właściwie tu robisz? Pasujesz do tego miasteczka mniej niż moje buty - uniosła brwi, podając mu drinka i unosząc brwi w górę. One też były o wiele delikatniejsze niż zwykle, czuła się trochę jak duch samej siebie. - Nie mów że masz też swoją chatkę, rąbiesz drzewo na opał i wyciągasz kleszcze z uśmiechem? - zmrużyła tym razem oczęta, czujnym wzrokiem mu się przyglądając. Oczami wyobraźni już widziała go we flanelowej koszuli w kratę, w roboczych spodniach i z gęstą, rudą brodą. I czapką, koniecznie czapką. Zdecydowała że przeleje tę wizję na płótno i sprezentuje mu żeby sam zobaczył jak bardzo do tego miejsca nie pasuje. Tak jak i ona.
_________________
<img src="https://i.imgur.com/2FuzW8r.gif"
[Profil]
  MULTI: scott, finley, callie, gal, nora, perry, joey
 
Lando Calrissian


Lando

Calrissian


szef kuchni, właściciel restauracji

Millennium Falcon

Lives in
white log mews

Wysłany: 2018-10-21, 20:53   
  

  
  
  
36 yo

  
183 cm

  

  

  

  

  
od pół roku w Berrylane
Never tell me the odds.

  


// po wszystkim

Lando był na tyle dobrym przyjacielem, że jej do niczego nie zmuszał. Rzeczywiście minęło sporo czasu od ich ostatniego kontaktu, ale no czasami już tak jest, że dużo się dzieje i człowiek nie ma ani czasu, ani siły i ochoty się tym z innymi dzielić. Musi sam sobie pewne rzeczy przepracować albo poświęcić im całą swoją uwagę i takie tam bzdury. Artyści już tak mają. Laire pewnie doskonale to rozumiała, on też, także nie najgorzej się dobrali w tej kwestii. Oczywiście on też nie spodziewał się kompletnie jej tu spotkać. Nie wiem, jak dużo wiedział o jej problemach rodzinnych i tych wszystkich zagmatwanych sprawach, ale nawet jeśli wspominała mu kiedyś o tym, że Berrylane to jej rodzinne strony, to w życiu nigdy nie zapamiętał nazwy tego miasteczka i nie powiązał jej go z jej osobą. No bo umówmy się, pasowała tu tak samo jak on, czyli w sumie to wcale. Po nich jednak było dość mocno widać, że są przyjezdni. Chociażby ze względu na zamiłowanie do ekstrawaganckich i rzucających się w oczy rzeczy, jak jej buty, czy jego samochody. A i przy bliższym spotkaniu nie tracili swojego wielkomiejskiego szyku. No od razu wiadomo, że ma się do czynienia ze światowymi ludźmi. I to nie tylko dlatego, że Lando zdradzał chociażby jego europejski akcent.
- Uznam to za komplement. Choć nie jestem pewien, czy cokolwiek mniej pasuje tutaj niż Twoje wymyślne i super fancy buty - stwierdził z lekkim uśmiechem, no znał ją nie od wczoraj, to wiedział, że potrafiła w tej kwestii nieźle zaszaleć. Na szczęście nigdy nie byli razem na zakupach, bo to raczej mogłoby przekreślić ich przyjaźń. Lando to ten typ, który zakupy ubraniowe robi online, a później przez tydzień zapomina w ogóle otworzyć te pudełka.
- Brrr, szanujmy się, nigdy w życiu - aż się wzdrygnął lekko na samą myśl o takim życiu w tej małej mieścince. Umarłby tu chyba, serio. - Te ręce są stworzone do czegoś znacznie bardziej finezyjnego niż rąbanie drzewa i wyciąganie kleszczy - o to to! On robił sztukę na talerzach, okej.
- Mam restaurację w Seattle. Które jest zbyt zatłoczone, żeby tam mieszkać - skrzywił się. No ze świecą szukać tam ładnego miejsca na wielki dom z wielkim ogrodem. A nie od dziś wiadomo, że Lando ma swoje potrzeby i wymagania. I bardzo nie lubi wścibskich sąsiadów, którzy zaglądają mu przez okna do garnków. - A stąd jest całkiem blisko i mogę mieć tu dom, który choć trochę odpowiada moim potrzebom - wzruszył lekko ramionami, jakby nie było to nic wielkiego. - Tak więc zupełnie szczerze mogę powiedzieć, że tylko czasami tu sypiam - stwierdził z lekkim uśmiechem.
- A Ty? - uniósł brwi ku górze, upijając łyka drinka i tym razem przejmując pałeczkę osoby pytającej. - Liczę na jakąś barwną historię. Szukasz natchnienia w okolicznych lasach? Będziesz malować te śmieszne jagodowe historie? - no tyle słyszał legend od okolicznych mieszkańców, że chcąc nie chcąc nawet on coś z nich pamiętał. Bardzo lubił je przekręcać i się z nich nabijać, co pewnie czyniło z niego hipokrytę strasznego, skoro sam był fanem Gwiezdnych Wojen. No ale jemu tego nie wytłumaczysz, on wiedział swoje.
_________________

    IN THIS UNIVERSE ABSURDITY TENDS TO A MAXIMUM.
    ESPECIALLLY WHEN I'M AROUND.
[Profil]
  MULTI: Efrem, Franklin, Philemon, Wilfred
 
LAIRE Marlow-Followill


Laire

Marlow-Followil


malarka i bizneswoman na urlopie

przymusowym

Lives in
white log mews

Wysłany: 2018-10-25, 16:55   
  

  
  
  
34 yo

  
170 cm

  

  

  

  

  
od 2 tygodni w Berrylane
-

  


A no tak, coś w tym pewnie było, ciągnął swój do swego. I pewnie wiedział tyle ile ona o jego małżeńskich i domowych sprawach, żadne jakieś super wylewne nie było, a jednak ogólne pojęcie o wszystkim mieli i się orientowali. Poza tym że jej matka się tu wychowała, no tym się raczej nie chwaliła, bo uważała to za tak samo mało istotny fakt jak to że jej matka urodziła się we Franci. Było to dawno i nie miało na nią bezpośredniego wpływu, a Laire jednak bardzo się starała nie obarczać matki winą za swoją błędy i życiowe decyzje. Okej, do teraz, bo teraz jednak była na nią bardzo, bardzo wściekła i sytuacja trochę się zmieniła. Nienawidziła kiedy ktoś ją do czegoś zmuszał i wykorzystywał jej chwilę słabości. Ba, nawet gorzej niż chwilę, przecież pokonała raka, przydałoby się wsparcie a nie wysłanie jej do dołu bez dna zwanego Berrylane.
- Jeśli myślisz że zacznę tu nosić kroksy to się mylisz, prędzej spłonę - z rozbawieniem powiedziała, chociaż cóż, swoje najcenniejsze buty będzie jednak musiała schować bezpiecznie na półce, bo zniszczą się na tej ziemi i kamykach dookoła. - A ty nosisz te paskudztwa i flanelową koszulę czy jeszcze walczysz? - zaintrygowana zapytała, mrużąc lekko oczy. Tak, zdecydowanie zrobi mu ten portret Lando-rolnika, ze słomkowym kapeluszem na głowie, koniecznie. I słomą w butach i ogrodniczkach... no była chyba trochę okrutna.
- A jak się bronisz przed tym paskudztwem? Jestem tu kilka dni a już zabiłam jakąś setkę komarów i wyrzuciłam przez okno z dwadzieścia pająków - wzdrygnęła się, oczywiście bardziej na te komary. To mogła zabijać, ONE CHCIAŁY JEJ KRWI OKEJ. Z pająkami mogła się żegnać bardziej przyjacielsko, bo pewnie się ich ani nie bała ani nie brzydziła. Kleszcze, komary, karaluchy i szczury to coś innego.
- I faktycznie tak często tam leje? Karmisz depresję? - zapytała zaciekawiona, Lando jednak wydawał się być bardziej pogodny niż ona w życiu. A jednak deszcz każdego potrafi wprawić w paskudny humor, zwłaszcza jak podsyca wieczne przeziębienie złapane no, właśnie na tym deszczu.
- Barwna historia... - rozbawiona powtórzyła za nim, zerkając na swojego drinka i skupiając na nim spojrzenie - chyba można tak powiedzieć - przyznała cicho przez moment zastanawiając się od którego momentu powinna w ogóle ją zacząć - wolisz krótką wersję czy długą? - zagadnęła więc, nieco tajemnico, dając sobie jeszcze kilka chwil na zastanowienie. Nie lubiła się przyznawać do swojej choroby, nawet jeśli była już za nią.
_________________
<img src="https://i.imgur.com/2FuzW8r.gif"
[Profil]
  MULTI: scott, finley, callie, gal, nora, perry, joey
 
Lando Calrissian


Lando

Calrissian


szef kuchni, właściciel restauracji

Millennium Falcon

Lives in
white log mews

Wysłany: 2018-11-07, 14:19   
  

  
  
  
36 yo

  
183 cm

  

  

  

  

  
od pół roku w Berrylane
Never tell me the odds.

  


Wysyłanie do Berrylane w obecnych czasach to trochę było jak skazywanie na śmierć, bo tu przecież podobno co chwilę ktoś umierał. Co prawda nie oszukujmy się, Lando nie czytał miejscowej pracy i wiedział o tym niewiele, bo specjalnie się nie interesował, ale jednak nawet jemu coś się tam o uszy obiło, że za dobrze się tu nie działo. Oczywiście nadal był zdania, że nie ma co popadać w paranoję, no ale tak czy siak bardzo niemiło ze strony jej mamy. Jeśli Laire chce poszukać jakiejś teorii spiskowej, to on chętnie się przyłączy do tego, nie ma problemu, jak najbardziej. Był całkiem niezły w te klocki, także no poleca się oczywiście!
- To byłby dziwny widok - stwierdził wyraźnie rozbawiony tą wizją. - Ale masz zbyt piękne nogi, żeby robić im taką krzywdę tymi obrzydliwymi gumowymi kapciami - wzdrygnął się prawie tak, jakby ktoś paznokciem po tablicy przejechał czy coś. A tak na prawdę widział tylko kroksy i słyszał ten ich dziwny dźwięk, którego nienawidził szczerze. Bleh. Nie był informatykiem, żeby w tym chodzić, on był artystą i się szanował. I estetykę cenił, zarówno ubioru, jak i wystroju oraz dzieł artystycznych wszelkich, no i na talerzu oczywiście też.
- Szanuj mnie, nie mam ani 15 lat ani aspiracji na to, żeby zostać miejscowym farmerem - skrzywił się po raz kolejny, no bo co on mu tu gada, okej. Niech no spojrzy na niego, pewnie miał eleganszką koszulę typu czarną i spodnie typu bardziej czarne. Taki był stylowy z niego mężczyzna, a nie jakiś wsiur.
- Wiesz jak mówią, szczęśliwy dom, gdzie pająki są, powinnaś się cieszyć - uśmiechnął się nieco wrednie, widząc jej reakcję. - Ale tak zupełnie szczerze to nie wiem, u mnie ich nie ma - zmarszczył brwi. - Może ta… kobieta, która przychodzi mi sprzątać się ich jakoś magicznie pozbywa? Jest miejscowa, musieli wymyślić na to jakieś sposoby - no nie pamiętał, jak miała na imię, widział ją dwa razy w życiu, jak ją zatrudniał i raz, jak wrócił wyjątkowo wcześniej do domu i pucowała mu wannę czy coś, więc co go interesowało w sumie, jak ma na imię. Płacił jej godziwie, to najważniejsze.
- Nie częściej niż w Londynie, jak na moje. I karmię bogatych, jak zawsze - posłał jej swój czarujący, firmowy uśmiech. No tak było, jego restauracja na pewno nie należała do najtańszych, ok. Trzeba się szanować, za sztukę na talerzu się płaci.
- Oczywiście, że długą. Mamy czas - zapewnił ją, no bo przecież mieli, nie? Alkoholu się napił, którego mieli sporo, później im nawet dolał do szklanek, żeby mogli sobie swobodnie gadać no i niech mówi, on posłucha!
_________________

    IN THIS UNIVERSE ABSURDITY TENDS TO A MAXIMUM.
    ESPECIALLLY WHEN I'M AROUND.
[Profil]
  MULTI: Efrem, Franklin, Philemon, Wilfred
 
LAIRE Marlow-Followill


Laire

Marlow-Followil


malarka i bizneswoman na urlopie

przymusowym

Lives in
white log mews

Wysłany: 2018-11-09, 00:47   
  

  
  
  
34 yo

  
170 cm

  

  

  

  

  
od 2 tygodni w Berrylane
-

  


Tak, tak właśnie było. Mogłaby zostać wysłana do Hogwartu albo do Paryża... nawet na Bali czy w puszczy Amazońskiej byłoby jej lepiej. Odnalazłaby się tam, połączyła z naturą... w sumie Tybet też by się nadał, takie trochę mistyczne odżycie, może nawet duchowe? Chociaż jeśli chodzi o duchowość, to musiałoby to być duchowe narodzenie, bo odkąd pamiętała nie wierzyła w nic. Matka jej nie pozwoliła na takie złudzenia i jeśli się jakieś pojawiło, szybko je deptała. Więc Laire pewnie uświadomiła kilku dzieciakom że nie istnieje Wróżka Zębuszka czy Święty Mikołaj.
- Myślę że mogłabym od nich dostać ostrej reakcji alergicznej i wylądować w szpitalu - pokiwała głową z powagą, no nie potrafiłaby ich założyć. Co z tego że ludzie mówili że są super wygodne i w ogóle cudowne, trzeba mieć jakieś zasady. - Ale moje nogi doceniają. Twoje też są niczego sobie, chociaż trochę zarośnięte... - wzruszyła lekko ramionami, unosząc nieco jeden kącik ust, w odrobinę wrednawym półuśmiechu.
- Nie? Ani trochę? Nie kusi cię w stu procentach eko uprawa warzyw nad którą będziesz miał kontrolę od zasadzenia, przez każde podlanie aż do zbiorów? Ani hodowanie mięska, o które zadbasz żeby było soczyste i idealnie kruche? - zapytała cicho, zgrywając się oczywiście. Są ludzie którzy się na tym znają, którzy mogą to zrobić za niego i Laire jest pewna że w swojej kuchni tylko takich produktów Lando używa.
- Nie, nie znam tego powiedzenia. Możesz mi rozwinąć jego pochodzenie i sens? - zapytała, z udawaną niewinnością. No, może nie takie udawane to było... - Trafiłeś na zdolną szamankę? Nieźle. Masz ją na wyłączność czy możesz się podzielić numerem? - zapytała, przechylając lekko głowę. Zapyta o radę, nie wynajmie. Chyba potrzebowała projektu, miała tu spędzić cały rok. Mogła zacząć od remontu, nawet jeśli niewiele o nim wie.
- Do Londynu to bardziej pasuje - upierała się, wzdychając cicho - nakarmisz też czasem mnie? Liczę na honorowy stolik - uśmiechnęła się delikatnie, sięgając po paczkę papierosów, która zapewne leżała sobie na stoliku, razem z zapalniczką. Potrzebowała tego, zwłaszcza że Lando zażyczył sobie nie lada opowieść. Nieśpiesznie odpaliła więc papierosa i zaciągnęła się nim powoli, jeden raz i drugi zanim zaczęła mówić. - Więc zadbaj teraz żeby w mojej szklance nie było ani przez chwile alkoholu mniej niż na cztery palce - rzuciła, opróżniając szklaneczkę i odstawiając ją na stół.
- Jak dużo opowiedziałam ci o swoim pobycie w Bostonie? Pewnie niewiele... - przyznała sama przed sobą, decydując że to jest moment od którego powinna zacząć - wtedy dowiedziałam się po raz pierwszy że moje własne ciało mnie nienawidzi - dodała, z suchym uśmiechem, pozbawionym nawet iskry wesołości. - Nie winię go - dodała zaraz potem, nieco ciszej, nie do końca wiedząc co sama ma na myśli.
_________________
<img src="https://i.imgur.com/2FuzW8r.gif"
[Profil]
  MULTI: scott, finley, callie, gal, nora, perry, joey
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 6