menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#5 i'm not too good at goodbyes
Autor Wiadomość
Crea Lindgren


Wysłany: 2019-02-28, 20:44   #5 i'm not too good at goodbyes

19
Miała tę głupią manię wracania do przeszłości i zastanawiania się, co by było gdyby. Często do głowy przychodziły jej najróżniejsze pytania, czy gdyby decyzje, które kiedyś podjęła zdecydowała się zastąpić innymi, to teraz byłaby szczęśliwsza, bardziej spełniona czy odwrotnie? Czy jej życie byłoby wtedy jeszcze większą porażką? Czy wtedy łatwiej poradziłaby sobie z wieloma sprawami? Czy nie dopuściłaby się zdrady? Czy zostałaby matką? Wiele razy skupiała się na tym czy cieszyłyby ją te zmiany? Czy wręcz przeciwnie? Wierzyła w przeznaczenie, w to, że właśnie tak musiało być. Nie drążyła już kwestii wypadku, który był skutkiem wielu nieprzyjemnych wydarzeń, bo nie mogła cofnąć czasu, a zadręczanie siebie i najbliższych nie miało najmniejszego sensu. Myślała o tym, czy gdyby inaczej zareagowała na słowa Holdena, nadal miałaby przy sobie chociaż przyjaciela, a może wiedząc o jego uczuciach, cała ta farsa nie miałaby miejsca? Bo po dwóch latach od wypadku, od ich rozmowy, nadal bolesne było dla niej to, że już nie mogła być blisko niego. I to nie tak, że wtedy też żywiła do niego jakieś uczucia, które skrzętnie ukrywała. Nie, bo była z kimś, kogo kochała ponad wszystko i wtedy nie była taka, z powodu jednej porażki nie mogła zostawić ukochanej osoby i nawet gdyby wiedziała, co się później wydarzy, również nie podjęłaby tego kroku. Tego mogła być pewna. To, że później stała się taka, czyli podła i na jedną sekundę pozbawiona skrupułów nie miało znaczenia. Ale Holden był dla niej ważny i nigdy nie sądziła, że po tych dwóch lata nadal będzie za nim tęsknić. Nauczyła się, żeby wszystkie negatywne emocje odkładać na bok, w najdalsze zakamarki swojej głowy. A to uczucie było negatywną emocją, bo zazwyczaj, kiedy się za kimś tęskni, po prostu się tę osobę odwiedza, a ona wiedziała, że nie może tego zrobić już nigdy. Nie sądziła, że pewnego dnia zdecyduje się w końcu rozpakować stare pudła, które piętrzyły się gdzieś w rogu jej małego mieszkania. A przynajmniej, nie myślała, że układając książki na półkach, z jednej z nich wypadnie list. Takie momenty uważała zazwyczaj za przeznaczone dla filmów lub bajek. Po przeczytaniu zawartości, przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić. Serce waliło jej z siłą młota pneumatycznego. Wpatrywała się w kartkę, na której odręcznie pismo Eli sugerowało jej, że jej śmierć nie była wynikiem złego stanu psychicznego. Wszystkie głupie wymówki, którymi chciała uraczyć Holdena, kiedy stanie w jego drzwiach (bo kiedyś zamierzała to zrobić), odeszły w niepamięć. Nie musiała ich szukać. Poprosiła Dagny, żeby wpadła do jej śpiącego syna, a sama biegła już do jego mieszkania, dziękując wszystkim bogom, że mieszkał niedaleko. Zapukała do jego drzwi, a kiedy otworzył przez jedną sekundę nie wiedziała, co powiedzieć. – Wiem. Wiem, że miałam dać ci spokój, ale mam coś naprawdę ważnego – wyjaśniła, przynajmniej częściowo, swoje przybycie.
_________________
[Profil]
 
 
Holden Marvel


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od dziecka


najmilszy chirurg w mieście

został ojcem, taka sytuacja

Wysłany: 2019-03-09, 18:53   
  
Holden

  
Marvel

  

  

  

  

  


  
Wyciągnęła do mnie rękę, nie wiedziałem, co mam zrobić, więc połamałem jej palce swoim milczeniem.

  
31 yo

  
180 cm

  


Kłamstwem byłoby przyznanie, że Holdenowi zdarzało się myśleć o Creason Lindgren w ostatnim czasie. Należała w końcu do tej grupy kobiet, o których istnieniu wolał zapomnieć przez wzgląd na własną głupotę. I to nie tak, że jednego dnia była dla niego ważna, a kolejnego już nie - dojście do siebie po tym, jak w tak niefortunny i infantylny sposób ulokował swoje uczucia, zajęło mu sporo czasu. Przyznać jednak należało, że Lindgren zawsze przywoływać na jego twarzy będzie niewielki uśmiech; w końcu to ona była przy nim, gdy został sam na świecie, tuż przed własnym ślubem. To ona pomogła mu odwołać kapelę, powiadomić dalekich krewnych i wykłócać się o zwrot zaliczki za salę, na której, zapewne gdyby w przypadku jego ślubu się spotkali, nie zdecydowaliby się nawet na jeden krótki taniec. Przed śmiercią Elisabeth kobieta ta była dla niego nikim, a kilka dni później już elementem jego codzienności. Była kimś, w kim zakochiwał się wbrew własnej woli i przekonań. Była kimś, kogo łatwo było także porzucić, by móc dalej wierzyć w to, że się nie jest potworem. W taki bowiem sposób Marvel na siebie spoglądał. I czy mógł go ktoś winić? W końcu jaki normalny facet, kilka tygodni po stracie miłości życia przyłapuje się na tym, że już pokochał kogoś innego? Holden był jednak przekonany, że nie w Creason się zakochał, a w jej trosce i dobroci. Nie musiał iść nawet do psychologa, by to zrozumieć - po prostu pokochał to, jak się przy niej czuje. O prawdziwej, szczerej miłości nie było mowy. Dlatego właśnie zdecydował się po jej wypadku o wszystkim jej powiedzieć, a potem po prostu zniknąć z jej życia. Dla obojga takie wyjście okazać się miało zdrowe i bezpieczne, bo i Crea w tamtym czasie przecież była poza jego zasięgiem.
Zdziwił się dość mocno dostrzegając ją przed swoim mieszkaniem, ale otworzył szerzej drzwi, by mogła wejść do środka. - Minęło sporo czasu - ośmielił się stwierdzić, wpatrując się w nią uważnie. Mimowolnie też się uśmiechnął, bo choć doskonale wiedział o co prosił ją, gdy się dawno temu już rozstawali, naprawdę miło było ją widzieć. Niespecjalnie jednak cieszył się z tego, że Crea będzie znów jego problemem, szczególnie teraz, gdy jego myśli wciąż zaprzątała Deborah. - Co się stało? - zapytał zaciekawiony, obstawiając, że ktoś jej bliski zachorował i potrzebna jest jego pomoc. Miał jednak mimo wszystko nadzieję, że Lindgren nie zamierza prosić o jakąś większą przysługę, bo chyba zmuszony byłby jej w takim przypadku odmówić.
[Profil]
  MÓW MI: Maju
MULTI: Colter | Darcy | Elio | Fred | Julian | Penny | Philly | Theo
 
Crea Lindgren


Wysłany: 2019-03-24, 12:28   

Egoistycznie nie chciała, żeby o niej zapominał, ale przecież nie mogła żądać od niego zbyt wiele. Skoro nie potrafił czy w jakiś sposób nie chciał przebywać w jej towarzystwie, to nie mogła wywierać na nim presji. Zaakceptowała wszystkie jego słowa i przez cały ten czas próbowała się z nimi pogodzić. Nie miała innego wyjścia, bo nie mogła jak co dzień czy po prostu w czasach, kiedy spędzali wspólnie czas, wparować do jego mieszkania i zacząć mu gotować, oczekując, że oboje przymkną na oko na ich rozmowę w szpitalu. Bez względu na to czy zakochał się w niej, czy w tym jaka była, starając się mu pomóc, to ciągle była jakaś jej część. Nie mogła tego uszanować i żyć z tą wiadomością, bo to było nie w porządku. Wobec Holdena, wobec niej. Pewnie nawet miała mu to za złe. Oczywiście, że w jakiś sposób była na niego zła, że całą tę pomoc wziął za coś wyjątkowego. Bo dla niej to nie było tak proste, to nie mogło być tylko pokochanie tego jak się przy niej czuł, bo to niczego by nie zmieniło. Przecież ona też kochała spędzać z nim czas i to jak się przy nim czuła. Czuła się dobrze, zawsze na miejscu, ale nie traktowała tego jako romantycznych uczuć. Dla niej, w ciągu krótkiego czasu, ta relacja nabrała tak przyjacielskiego charakteru, że nazywanie tego w ten sposób i czucie się wspaniale w jego towarzystwie było symbiozą. I nie doszukiwała się w tym innego sensu. Może dlatego przez cały ten czas chciała go zobaczyć, bo gdzieś w głowie, w podświadomości, uznawała to wszystko za jakąś pomyłkę, za głupi żart. Może trochę poczuła się porzucona, skoro przez cały ten czas chciała mu pomagać, być przy nim i wspierać go, a z dnia na dzień, kiedy już stanął na nogi, przestała być mu potrzebna. Może to tylko w jej głowie wyglądało jak przyjaźń? Doszła do tego po czasie, kiedy już nie mieli kontaktu, a do rozwiania tych wątpliwości potrzebowała przecież Holdena. Więc w pewnej chwili przestała do tego wracać. Aż do dzisiaj.
Weszła do środka, rozglądając się po wnętrzu mieszkania, jakby chciała sprawdzić czy coś się zmieniło podczas jej nieobecności. – Wiem. Minęłoby jeszcze więcej, ale to naprawdę ważne – powtórzyła, bo nie oczekiwała żadnych wstępów, rozmów, nie zamierzała pytać, co słychać ani odpowiadać na to pytanie. Nie ciekawiło ich to przez tyle czasu, więc dlaczego nagle miałoby teraz? Z grzeczności? Bez sensu. – W starych rzeczach znalazłam list Elisabeth. Myślę, że powinieneś go przeczytać – wyjaśniła częściowo. Chciała, żeby sam dowiedział się o co chodzi, bo Crea była zbyt roztrzęsiona, żeby opowiadać mu całą treść. – Po prostu to przeczytaj. – Wcisnęła mu w dłonie pomiętą kartkę.
_________________
[Profil]
 
 
Holden Marvel


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od dziecka


najmilszy chirurg w mieście

został ojcem, taka sytuacja

Wysłany: 2019-04-16, 17:50   
  
Holden

  
Marvel

  

  

  

  

  


  
Wyciągnęła do mnie rękę, nie wiedziałem, co mam zrobić, więc połamałem jej palce swoim milczeniem.

  
31 yo

  
180 cm

  


Holden miał już po prostu dość poparzeń, miał dość odtrąceń i wszelkich dramatycznych rozstań. Mądrze postąpił więc dawno temu, gdy zmuszeni byli zobaczyć się po raz ostatni. Uratował nie tylko siebie, lecz także i ją przed niepotrzebnymi sytuacjami i gestami, które mogłyby przecież zniszczyć jej życie. W tamtym czasie Crea miała je przecież dość konkretnie rozplanowane i Marvel naprawdę nie zamierzał na siłę pchać się pomiędzy coś, co określane było mianem udanego związku. Nie był takim facetem. Dlatego też, gdy przypadkiem dowiadywał się co u niej słychać, nie sięgał po telefon i nie dzwonił, nie pisał, nie wypytywał. Nie próbował ich znajomości ożywić. Nie miało to wciąż sensu, mimo że tak wiele spraw w ich życiu uległo zmianie. Zakodował po prostu sobie, że Creason Lindgren nie jest dla niego odpowiednią kobietą, a i on sam nie jest dla niej odpowiednim facetem.
Nie prosił się o tamte uczucia. Nie chciał ich i naprawdę przez długi czas próbował z nimi walczyć, ale bitwa ta była przegrana już na starcie. Holden cierpiał, zagubił się w świecie i oczywistym było, że jego emocje będą przez jakiś czas intensywniejsze niż zwykle. Crea była wówczas jedyną osobą, która naprawdę poświęcała mu swój wolny czas i okazywała pełne wsparcie, więc nic dziwnego, że w końcu zaczął marzyć o czymś innym. Poważniejszym. Myśli te jednak przerażały go do tego stopnia, że musiał ich znajomość zakończyć. Nie wyobrażał sobie bowiem świata, w którym ich ścieżki naprawdę mogłyby się skrzyżować. W końcu gdy Eli jeszcze żyła, Creason była dla niego całkowicie nieinteresującą osobą.
- Jasne - mruknął cicho, niezbyt mimo wszystko szczęśliwy z jej wizyty. Stanął sobie gdzieś w progu, w bezpiecznej odległości i założył dłonie na piersi. Podejrzewał, że chodzi jej o jakieś medyczne sprawy, tak więc gdy wymówiła imię jego martwej narzeczonej, na moment zastygł w tej swojej dość wymownej pozycji. - Co? - zapytał w końcu w najprostszy, możliwy sposób, a potem przeniósł wzrok na kartkę, która nagle znalazła się w jego dłoni. Dostrzegając pismo Elisabeth ponownie zamarł, jedynie po to, by poczuć jak nagle zaczynając się skręcać wszystkie jego wnętrzności. Zerkał to na kartkę, to na Creę, nie potrafiąc wymówić ani słowa. - Ja nie... Nie, nie zamierzam tego czytać - odparł, po czym oddał jej ten nieszczęsny list i zmarszczył gniewnie czoło. - Po co to robisz? Dlaczego tu przyszłaś i to w tak głupiej sprawie? - zapytał oschle, nie kryjąc wcale swojej niechęci względem nie tylko niej, ale też całej tej sytuacji. Temat Elisabeth był dla niego zamknięty i naprawdę nie zamierzał jej spraw rozgrzebywać na nowo.
  
[Profil]
  MÓW MI: Maju
MULTI: Colter | Darcy | Elio | Fred | Julian | Penny | Philly | Theo
 
Crea Lindgren


Wysłany: 2019-04-23, 09:36   

Mogłaby nazwać tę decyzję skrupulatnie przemyślaną, przeanalizowaną, ale na pewno nie mądrą. Owszem, Elisabeth postawiła go przed faktem dokonanym, zostawiła go w najgorszy z możliwych sposobów i choć każde z nich wiedziało, że powodem mogła być nieumiejętność radzenia sobie ze światem, to pewnie większość jej bliskich egoistycznie myślało, że po prostu ich zostawiła. Każdy, chociaż raz miał w głowie myśl, że zostali przez nią opuszczeni. Ale rozstanie z Creą zgotował sobie sam. Bo ona dalej nie rozumiała, dlaczego to wszystko zabrnęło tak daleko. Może gdyby postawiła się w jego sytuacji, poczułaby to co on, bez względu na to czy była to miłość, durne zauroczenie czy fantastyczne, mylne uczucie, które odczuwali we własnym towarzystwie. Może gdyby stanęła na jego miejscu, łatwiej byłoby jej zrozumieć jego postawę, ale Creason nigdy tego nie zrobiła, bo zdecydowanie prościej było czuć do kogoś żal, aniżeli spróbować pojąć zachowanie tej osoby. Pewnie powinna czuć wdzięczność, że w tym wszystkim pomyślał o niej, o jej żałosnym związku, że nie ładował się w jej życie z butami, że niczego nie chciał i nie zniszczył. Może powinna być zła na siebie, że pozwoliła mu tak po prostu zerwać tę znajomość, zamiast nadal pomagać mu się z tym uporać. Wtedy absolutnie nie myślała o jakichkolwiek uczuciach względem niego, kiedy kilka godzin wcześniej zmarła jej przyjaciółka. Wtedy przytłaczało ją poczucie winy, a strata kolejnej, bliskiej jej osoby wydawała się najbardziej odpowiednią karą. Ale z dnia na dzień, kiedy bliscy uświadamiali ją, że śmierć Leny nie była jej winą, tym bardziej, Crea wiedziała, że nie zasłużyła na to wszystko. Że skoro ona była przy nim po śmierci Eli, to on powinien być przy niej po śmierci Leny. Nie mogła na niego liczyć, dlatego wtedy rezygnacja wydawała jej się najrozsądniejszym wyjściem.
Nie chciała mu niczego tłumaczyć, ba, żałowała, że postanowiła rozgrzebać stare rany, ale nie miała prawa niczego przed nim ukrywać. Teoretycznie mogła zapomnieć o tym liście i udawać, że wcale go nie przeczytała, skoro nic nie zwróci jej przyjaciółce życia, ale gdzie jakiś szacunek, pamięć o niej? Nie mogła tego rzucić w kąt, nie potrafiła tego zrobić. – Musisz to przeczytać – powiedziała zrezygnowana. Nie chciała mu niczego narzucać, dlatego zmięła list w dłoni. – Myślisz, że przyszłabym tutaj z jakimś żałosnym listem pożegnalnym? Tu nie chodzi o nasze uczucia, tylko o sprawiedliwość dla niej – odpowiedziała. Bo skoro ta śmierć nie była przypadkowa, nie była jednym z wielu samobójstw, to Elisabeth zasłużyła na to, żeby o nią walczyć.
_________________
[Profil]
 
 
Holden Marvel


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od dziecka


najmilszy chirurg w mieście

został ojcem, taka sytuacja

Wysłany: 2019-05-03, 16:37   
  
Holden

  
Marvel

  

  

  

  

  


  
Wyciągnęła do mnie rękę, nie wiedziałem, co mam zrobić, więc połamałem jej palce swoim milczeniem.

  
31 yo

  
180 cm

  


Myślenie w ten sposób przychodziło ludziom łatwiej, niż przypuszczanie, że za tą historią kryje się znacznie więcej. Nikt nie lubił, gdy jego codzienność wywracana była do góry nogami, tym bardziej jeśli wymagało to poświęcenia chwili czasu dla kogoś innego - kogoś poza samym sobą. Wszystko zaczęło się od zgodnego stwierdzenia "boże, Eli odeszła, ale mi przykro", by zaraz potem dodać "byłem dla niej beznadziejnym wsparciem". Kilka dni płaczu, lamentu i tyle. Drobna refleksja, że ludzie dookoła nas cierpią, ale tak skutecznie maskują to swoim serdecznym śmiechem, że nigdy nie bylibyśmy im w stanie pomóc. W tamtym czasie Holden jako jedyny twierdził, że nie o to w tej opowieści chodzi. Jasne, nadal wszystko wskazywało na to, że był beznadziejnym partnerem, ale nie zamierzał budować tej opowieści wokół własnej osoby. Z tą myślą szedł potem dalej, z tą myślą postanowił porzucić Creason i zająć się w całości czymś, co nadałoby jego życiu sens. Wiedział, że Crea go nie rozumie, że nigdy nie pojmie tego, jak czuł się w tamtym czasie. Dlatego zerwanie tej znajomości wydało się mu jedynym słusznym wyjściem. To i zaakceptowanie, po tak długim czasie, że Eli faktycznie po prostu z życia zrezygnowała.
- Wiesz przecież, jak ta sprawa namieszała mi w głowie - powiedział z wyraźnym wyrzutem, nie biorąc odpowiedzialności za to, jak zachowywał się w tamtym czasie. To nie on, lecz świat i następstwa śmierci jego narzeczonej odpowiadały za to, jak fatalnym człowiekiem się stał. Jak rozpaczliwie szukał w kimś wsparcia i bezpieczeństwa, oraz jak egoistycznie postanowił uznać, że chodziło mu jednak o znacznie więcej. - Jaką sprawiedliwość, Crea? Już przez to przechodziłem, praktycznie mogłem wtedy nocować na komisariacie i nic, zero zainteresowania, zero zaangażowania. Skoro wtedy nie uznali, że to coś więcej, to dlaczego mieliby to zrobić? I dlaczego ja miałbym znów przypuszczać, że Eli się po prostu nie zabiła? To tylko list - powiedział, nieco wyprzedzając zapewne jej kolejne słowa, ale wiedział już przecież w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. - Dlaczego ty go miałaś? - dodał z lekkim wyrzutem, bo nawet jeśli faktycznie treść tego listu jakoś rozwiązywała zagadkę śmierci Lizzy, to czy on nie powinien go mieć? Wciąż było widać, że wzbrania się przed kontynuowaniem tej rozmowy, ale przynajmniej zmienił ton na bardziej przyjazny. I już nie wyglądał tak, jakby zaraz chciał Creason wyrzucić za drzwi.

/ zt
  
[Profil]
  MÓW MI: Maju
MULTI: Colter | Darcy | Elio | Fred | Julian | Penny | Philly | Theo
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5