menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Leśna ścieżka jeździecka
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-12-10, 18:35   Leśna ścieżka jeździecka
  
Berrylane


Leśna ścieżka jeździecka
[Profil]
 
 
Tamerlane Cohen
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-26, 14:52   

Nie do końca był przekonany co robi w tym miejscu. Rozterki, które przeżywał miały więcej głębi niż by się z początku wydawało. Po pierwsze co robił w tym zabitym dechami, zapomnianym przez Boga miasteczku? Po drugie co do cholery jasnej robił teraz w lesie? Drugie pytanie na szczęścia dla niego było o wiele prostsze. Zapłacił za możliwość przejechania się na koniu w terenie, a potem pozwolił klaczy ponieść go tam... gdzie chyba lubi spacerować najbardziej. Lub coś w tym rodzaju. Pogrążony we własnych myślach, skupiony głównie na tym by utrzymać odpowiednią pozycje na koniu pozwolił mu na zbyt wiele. Las... wszędzie las. To już ustaliliśmy, ale co dalej? No właśnie. Nie do końca był tego pewien, ale droga przecież gdzieś prowadziła, a koń znał też ścieżki do swego domu. To było pocieszające.
Co sprawiło, że stracił kontakt z rzeczywistością na chwilę? Jego myśli błądziły wokół jego przyjaciela... czy można powiedzieć ukochanego? Nie śmiał nawet wypowiedzieć tego słowa w myślach, a co dopiero na głos. Bał się odrobinę tego. Choć nie. Kłamstwo. Bał się jeszcze bardziej tego, że jego uczucia są całkowicie pozbawione sensu. Nic nie znaczyły. Czymże był w końcu dla swego przyjaciela? Nadal bratem? Kiedyś tak właśnie o nim myślał, ale lata wszystko zmieniły. Ścieżki losu poprowadziły go nie tylko w ten las, ale w rejony uczuć, w które nigdy nie chciałby się znaleźć, a jednak się znalazł. Błądził. Czuł się zagubiony niczym małe dziecko i nie do końca wiedział co ma ze sobą zrobić. Nie powie przecież co czuje...
 
 
Armie Eastwood
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-26, 22:50   

On doskonale wiedział, co miał zrobić – zaaklimatyzować się, wkupić w łaski mieszkańców i żyć w Berrylane tak długo aż zbada wszystko, co było niewyjaśnione. Lubił grzebać i dowiadywać się różnych rzeczy, a opowieści krążące po Berrylane wydawały mu się być niesamowicie ciekawe. Czy w nie wierzył? Nie do końca, chociaż tkwił w przekonaniu, że w każdej z opowieści musi być ziarnko prawdy. Mieszkał tu jednak zbyt krótko, by dowiedzieć się tego wszystkiego, co wiedzą inni mieszkańcy. Chciał jednak poznać jak najwięcej, zanim sam zacznie bawić się w prywatnego detektywa i szukać na własną rękę.
W tym celu skierował się do biblioteki. Zapewne już w pierwszych tygodniach swojego pobytu tutaj, miał wypożyczony i nielegalnie skserowany, niemalże cały zbiór miejscowych legend. Wszystkie historie, opowieści naocznych świadków, a także raporty policyjne czy zapiski z autopsji. Wszystko to leżało u niego w jednym pokoju, który służył mu również za pokój, gdyż wynajmował mieszkanie wraz z innymi ludźmi. Wolał nie szaleć z pieniędzmi, które dała mu redakcja i jeśli mógł to zaoszczędził całkiem sporo na mieszkaniu, przez co nie musiał martwić się jakoś szczególnie o swoje utrzymanie i mógł szaleć. Był oszczędnym człowiekiem, to trzeba było mu przyznać.
Po odpowiednim researchu zdecydował się wyjść w teren, by zapoznać się z nieco dalszą okolicą. Nie chciał wychodzić bardzo daleko, jednak nawet nie zorientował się, kiedy znalazł się w lesie. Od zawsze uwielbiał spacerować i nigdy nie przeszkadzało mu to, by wyjść na kilka godzin . Tak też było dzisiaj i nie miał nic przeciwko, gdyby nie to, że znajdował się w obcej okolicy, której nie znał i gdyby nie ścieżka po której szedł, to zapewne dawno by się zgubił.
Szedł sobie spokojnie, gdy nagle usłyszał tupot końskich kopyt, uderzających w wydeptaną ziemię. Odwrócił się za siebie i uśmiechnął lekko pod nosem, poznając, że koń nie jest jakiś dziki, tylko w rzeczywistości ktoś go ujeżdża.
I jak się galopuje? – zapytał, gdy zwierzę zatrzymało się niedaleko niego.
 
 
Tamerlane Cohen
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-27, 08:51   

Szczerze? Nie spodziewał się nikogo na tym szlaku. Dziwne. Prawda? W mieścinie, gdzie część jej mieszkańców miała swe domy właśnie w lesie. No ale co poradzić. Fotograf zbyt wiele czasu spędził w Afryce, a nawet przebywając w bezpiecznej i znanej Anglii nie był przyzwyczajony do tego, że może spotkać kogoś w takowym miejscu. Cóż. Czas do tego przywyknąć, nic innego mu nie pozostało.
Wyrwany z własnych myśli, rozterek i obaw, potrzebował krótkiej chwili by skupić się na samym pytaniu, którego sens dotarła do niego z lekkim opóźnieniem. Ba, nawet nie był pewien czy chce rozmawiać w tym momencie z kimkolwiek. Spokojnie. Tylko spokojnie, nie można wyjść na gbura i chama tylko dlatego, że przybyło się z niejasnych powodów do zabitej dechami mieściny. Spokojnie. Kultura przede wszystkim, albo chociaż jej namiastka!
-Dobrze. Dziękuję. - przechylił się lekko do przodu by pogłaskać konia po grzywie. Spokojnie piękna, tylko chwilę odpoczywamy, za moment znów będziesz mogła prowadzić w tym duecie skoro tak to lubisz. Jeszcze chwilka.
-Odkrywam uroki tutejszych lasów, a pan? Dobrze się spaceruje?Samotna wyprawa czy poszukuje pan towarzysza? - nie był pewien czy chce dłużej rozmawiać, choć w sumie? Czemu by nie? Z jednej strony to była idealna ucieczka od tego wszystkiego czego nie chciał teraz odkrywać i analizować. Każdy inny temat będzie dobrym.
 
 
Armie Eastwood
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-27, 20:59   

Uśmiechnął się lekko, spuszczając głowę w dół, patrząc na ścieżkę. Nie sądził że kogoś tutaj spotka, ale widok żywej duszy nieco poprawił mu humor. Bo skoro ktoś jeździł tutaj konno, to znaczy że droga nie była niebezpieczna i raczej należała do prostych. Armie nie miał bowiem pojęcia, jak udało mu się tutaj trafić i w jaki sposób to zrobił. Miał nadzieję, że idąc po ścieżce wróci tak, gdzie zaczął swoją wędrówkę.
Potem spojrzał na mężczyznę, zadzierając lekko głowę ku górze. Nie znał go i w ogóle raczej nie kojarzył stąd wysnuł wniosek, że na pewno już się nie spotkali ani nawet nie minęli na chodniku. Cóż się jednak dziwić, skoro Armie był w Berrylane od niedawna i nie znał większości mieszkańców? Ogólnie znał tylko swoich współlokatorów, sprzedawców z pobliskich sklepów i ludzi, którzy przychodzili do niego na wizyty i pojawili się już kilka razy. Jednorazowe wizyty nie dawały bowiem gwarancji na to, że Eastwood zapamięta imię i później przypasuje je do właściwej twarzy.
Podobnie, próbuję się zapoznać z okolicą. Wiele o niej słyszałem i chciałem przekonać się, co jest prawdą, a co jedynie reklamą – odpowiedział, odsuwając się lekko od prychającego i wiercącego się konia. Nie przepadał za zwierzętami, które były większe od niego. Nie tak, że ich nie lubił, bo darzył sympatią każdą istotkę, ale nie jeśli mogła go przygnieść i wbić w ziemię. Sam nie był też pewny czy nie lepiej byłoby mu iść samemu, jednak być może nieznajomy miał w zanadrzu jakieś historie, które mogłyby poszerzyć jego wiedzę. – Nie mam nic przeciwko dobremu towarzystwu – odpowiedział, poszerzając nieznacznie swój uśmiech i poprawiając plecak, który miał na plecach.
 
 
Tamerlane Cohen
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-28, 12:52   

Po chwili zastanowienia, nawet wątpliwości czy nie robi najgłupszej rzeczy w swoim życiu, po prostu zeskoczył z konia. Chwilę przejdzie się na nogach, przy okazji będzie mógł normalnie porozmawiać z tym mężczyzną. To zawsze coś lepszego niż zadręczanie samego siebie swoją miłością, czy też próbami zrozumienia samego siebie. Lepiej zostawić to, odsunąć na jakiś czas na bok. Dobrze? No niech i będzie i tak. To niezbyt odpowiedzialna i dojrzała postawa, ale co tam. Godzinka i tak niczego nie zmieni, nie poprawi, ani nie zepsuje sytuacji. Niestety.
-Więc możemy to odkrywać póki co razem. - uśmiechnął się do mężczyzny podając mu dłoń. Czas by się przedstawić, skoro już zdecydował się rozmawiać dalej z tym mężczyzną. Czysta kultura osobista tego wymagała. Tak go przecież nauczył ojciec, mimo, że Afryka wymagała od niego czegoś zupełnie innego. No ale zostawmy to teraz.
-Tamerlane Cohen. Niedawno przyjechałem do miasteczka. - jeśli mężczyzna podał mu dłoń to uścisnął ją lekko, przy okazji posłał swemu rozmówcy ciepły uśmiech. Nie chciał wyjść na chama, który nie zna podstawowych zasad kultury osobistej. Potem już na spokojnie, ruszył ścieżką dalej, prowadził konia, któremu ta mała zmiana nawet nie przeszkadzała zbytnio, albo raczej nie miała większego znaczenia.
-Więc wierzy pan w miejscowe legendy? Ja w sumie nie wiem jak mam się do nich ustosunkować... ale nie przeczę. Są ciekawe. Przyciągają turystów, a to korzystne dla miasteczka. - co jak co ale turyści zawsze przyciągali ze sobą pieniądze, które w ten czy inny sposób wydawali, jak nie na jedzenie, to nocleg, a jak były jeszcze pamiątki to szczególnie. Któż nie lubi tandetnych pamiątek? No właśnie, bardzo mało osób wraca bez tego.
 
 
Armie Eastwood
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-28, 17:40   

Nie chciał, żeby obcy mężczyzna zmieniał swoje plany, by dotrzymać mu towarzystwa, ale było to miłe. W miasteczku tym trudno było zaskarbić sobie ufność mieszkańców, którzy owszem byli mili podczas rozmowy, ale raczej nie chcieliby wybrać się z nim do lasu na przechadzkę, zwłaszcza że wiele o tym lesie krążyło opowieści i był on uważany przez niektórych za miejsce, do którego raczej nie powinno się chodzić. On oczywiście mało wierzył w historie, a jeśli nawet to były to historie, czyli coś, co wydarzyło się w przeszłości. Nie sądził że było się czym obawiać teraz. Oczywiście wyznawał niepisaną zasadę, że w każdej opowieści musi być ziarno prawdy, ale żył w miasteczku zbyt krótko, by się bać.
Jeśli masz ochotę, to nie odmówię sobie towarzystwa – powiedział, również się uśmiechając. Ogólnie z natury był dość pogodną osobą i jeśli nie trzeba było to uśmiech nie schodził mu z twarzy. Jedynie w pracy musiał się powstrzymywać i poważnieć. Nikt nie chciał przychodzić do psychologa, który szczerzył się jak głupi bez najmniejszego powodu. – Jestem Armie – przedstawił się, podając mu dłoń. Jakaś tam grzeczność w końcu obowiązywała, a on był dobrze wychowany. Ruszyli naprzód.
Czyli nie jesteś miejscowym – powtórzył, jakby nie wierzył w to co mówił nowo poznany mężczyzna. No cóż, fajniej byłoby spotkać teraz miejscowego, który mógłby mu poopowiadać nieco więcej niż informacje zawarte w jego materiałach. Niemniej jednak nie przeszkadzało mu takie towarzystwo. Wręcz przeciwnie. Cieszył się, że może spędzić trochę czasu z kimś innym. A odkrywanie tajemnic we dwójkę
W każdej historii kryje się ziarno prawdy i chcę to ziarenko znaleźć. Takie hobby – odpowiedział, uprzedzając pytanie, które mogłoby się pojawić. Uśmiechnął się lekko. Nie mógł przecież powiedzieć, że przyjechał tu by pisać o Berrylane do gazety. – Historia o szpitalu psychiatrycznym jest jednak niepokojąca – powiedział w końcu po kilku krokach. Uważał, że ze wszystkich była to jedna z prawdziwszych. – A ty jak się an to zapatrujesz? – zapytał.
 
 
Samantha Flanagan



w Berrylane od zawsze

Kiedyś przejmie kasyno

20
yo

168
cm

Nic już nie wie

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-18, 20:55   
  
Samantha

  
Flanagan

  
People may die, but stupidity is forever

  

  

  

  

  

  




Nie przemyślała tego. Albo po prostu nie myślała nad tym szczególnie? W sumie nie wiedziała po co w ogóle wyszła z tą "propozycją" spędzenia dzisiaj razem popołudnia. Szczegół, że jej sms wiele nie zdradzał. Nie mniej, od czasu pamiętnej rozmowy z wyrażaniem uczuć to do tego nie wracały. Sama Flanagan była mistrzem w zmienianiu tematów albo unikaniu rozmów - czy też osób. No, ale jednak nie chciała tego. Zależało jej wszak na Mayfair - choć ciężko było to głośno przyznać - więc nie chciała aby ich drogi się rozeszły albo skończyły jako znajome lub gorzej... nieznajome! I pomyśleć, że jakiś czas temu w ogóle barmanki nie zauważała nawet.
Tak czy siak stało się. Specjalnie wiadomość wiele nie mówiła. Data, godzina, miejsce spotkania. Normalnie jakby szli na jakiś włam. Kto wie czy z domu tego nie wyniosła. Aczkolwiek jakby chciała to na pewno napisałaby więcej. Wolała jednak słowa wtedy ograniczać. Nie miała bowiem pojęcia o czym będą rozmawiać i jak Rocky to potraktuje. Uh... dopiero po drodze do stadniny ogarnęła, że Nox może myśleć różne rzeczy. Czasem widać im mniej informacji tym gorzej. Trudno. Samantha Flanagan da sobie radę ze wszystkim i ze wszystkimi, o. Taką pewność siebie musiała zabrać ze sobą i dzisiaj.
Gdy dotarła na miejsce - przed czasem - nie czekała na Rocky. Ruszyła po dwa konie ze stadniny. Kiedy je osiodłano, zajęła miejsce na grzbiecie jednego, drugiego lejce chwyciła w ręce i ruszyła niespiesznie w stronę spotkania. W zasadzie nie zerkała teraz czy przypadkiem się nie spóźniła czy może na czas była. Była wcześniej! Na miejscu... w okolicy. Miała jak się tłumaczyć. Grunt, że miała dobre wejście na koniu.
- Gotowa? Bo jak boisz się koni to trzeba było o tym napisać - i uważnie się dziewczynie przyjrzała czy nie pała strachem do tych stworzonek. Mimo wszystko nie chciała jej straszyć zwierzętami.
_________________
[Profil]
 
 
Rocky Mayfair



w Berrylane od od ponad 2 lat

Studiuje, polewa drinki i pomaga w magic shop

22
yo

165
cm

Taka jedna blond Jaszczurka

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-05-02, 21:59   
  
Rocky Noxolo

  
Mayfair

  
Normalność to iluzja. To, co jest normalne dla pająka.. jest chaosem dla muchy.

  

  

  

  

  

  


Nie była pewna. Nie spotkania, którego chciała, ale samej siebie. Ciągle nie mogła dojść do wewnętrznego porozumienia, co tworzyło konflikt na poziomie astrofizycznym. Wciąż nie jadła najlepiej, zawieszała się na dłużej niż standardową chwilę i wiele sytuacji rodziło w niej skrajnie mieszane uczucia, co wcześniej nawet nie miało miejsca. Tylko raz, gdy doszło do wypadku Margaret, miała podobne doświadczenia, ale to przeminęło szybciej niż wydawało się łatwiejsze do opanowania niż teraz. Pierwszy raz chodziła bardziej skwaszona, nie odczytywała aur tak dobrze jak wcześniej i była totalnie rozchwiana mając wrażenie, że wystarczyło nadepnąć jej na odcisk (co już samo w sobie było paradoksem, bo Mayfair nie miała takiego czułego punktu wyróżniając się wielkim spokojem) a wybuchnie, jak wtedy w sklepiku, podczas rozmowy z Samanthą.
Pogubiła się i przez to nie mogła w pełni cieszyć z faktu, że Flanagan sama do niej napisała z propozycją. Bała się, że po ostatniej rozmowie blondynka nie będzie chciała jej widzieć przez bardzo długi czas, żeby sobie to wszystko poukładać, ale widać poszła w zaparte i postanowiła spróbować czegoś, co było jej nieznane.
Zrobiła to wręcz od razu, nawet nie czekając na Rocky, która ujrzała dziewczynę na jednym z przyprowadzonych koni.
- Ja i strach przed zwierzętami? – prychnęła, bo to coś niemożliwe. – Bardziej boję się ludzi. – fakt, ale nie okazywała tego jakoś specjalnie. – Zastanawiam się tylko, skąd ten pomysł i od kiedy umiesz jeździć na koniu? – bo tej historii jeszcze nie znała i zanim postanowiła wsiąść na wierzchowca, podeszła do niego spokojnie, ułożyła dłoń na jego pysku i pogłaskała na powitanie. – Kto jest pięknym konikiem? – zapytała z uśmiechem dając sobie i zwierzakowi chwilę na oswojenie się do swojej obecności. Tak, była wobec niego bardzo delikatna, jak zresztą do wszystkiego, czego się dotykała. – Papa kiedyś zabierał mnie i Margaret na stadninę, ale tego wiedzieć nie mogłaś. – ani tego, że Rocky umiała jeździć. – Strzelałaś, czy po prostu chciałaś zobaczyć jak z niego spadam? – bo gdyby jeździć nie umiała, to na pewno zleciałaby przy pierwszej próbie. Wtedy nie byłoby mowy o żadnej jeździe (chyba, że do szpitala).
[Profil]
 
 
Samantha Flanagan



w Berrylane od zawsze

Kiedyś przejmie kasyno

20
yo

168
cm

Nic już nie wie

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-07, 15:40   
  
Samantha

  
Flanagan

  
People may die, but stupidity is forever

  

  

  

  

  

  


Od wczoraj zadawała sobie pytanie, dlaczego w ogóle zrobiła krok z propozycją spędzenia dnia razem. Gdyby nie ich ostatnia rozmowa to mogłoby to być coś zwyczajnego. Z drugiej strony może i tak takie zwyczajne by nie było skoro... cóż, raczej nie miała w zwyczaju zapraszać kogoś gdzieś szczerze. Jak już to miała swoje powody i ukryte intencje, które miały przynieść korzyść jej lub Jaszczurom - wcześniej czy później. Dzisiaj nie taki był cel. W zasadzie nie miała celu ustalonego i to było mega dziwne. Tak bardzo do Samanthy nie podobne. A mimo to była tutaj. Nie zrezygnowała, nie wymigała się i wyszła z inicjatywą. Powiedzmy.
- No to jednak się wliczam do grupy strachu - zauważyła cwaniacko, gdy Rocky napomknęła, że bardziej od zwierząt to ludzi się boi. Tym razem jednak nie było dramatyczne. Raczej taki złośliwy żarcik łapiący za słówka. - Wiosna przyszła, a skoro mamy stadninę w miasteczku to przynajmniej raz do roku należy z niej skorzystać. Dobrze wiedzieć, że jednak nie wiesz o mnie wszystkiego. A umiem jeździć od kilku lat. Syn Allenów mnie nauczył. Nie chwalę się za bardzo by w razie pościgu zaskoczyć goniących i na konie wsiąść nagle - w tamtym czasie Miles się w niej durzył, więc zdarzało się z tego korzystać. Dobry chłopaczyna to nim nie pomiatała ani nie naciągała nawet na nic - szok! - acz darmowa nauka jazdy konnej wynagradzała wiele. A z tym pościgiem to serio miała nadzieję, że się spełni.
- Czyli też jeździć potrafisz. Jak mi powiesz zaraz, że zdobywałaś medale też na koniach to pójdziemy na byki - Flanagan pewna swego była, no ale co za frajda z medalistką jeździć jak to nie mają zawody być? Na szczęście jej ton wskazywał na żarty. Ale jak trzeba będzie to zaraz się dowie, gdzie jest najbliższe rodeo. - Strzelałam. Jakbyś nie umiała jeździć to wzięlibyśmy ci kucyka bo łatwiejszy do nauki. A jakbyś się bała... albo odmówiła biednego kucyka to mają też dorożki - więc wybór był i widać Samantha serio nad tym myślała, a nie było to takie hop siup. Dorożki co prawda nie obejmowałyby jazdy konnej, ale zawsze to jakaś przejażdżka. - Wolałabym żebyś nie spadła. Mam iść pod jakieś ochraniacze? Poduchy? Ani mi się waż znowu do szpitala trafić - zmrużyła oczy, podejrzliwie wpatrując się w Mayfair jakby wiedźma tylko planowała znowu do szpitala trafić. Nie z nią te numery! Będzie trzeba to obłoży całego konia poduchami.
_________________
[Profil]
 
 
Rocky Mayfair



w Berrylane od od ponad 2 lat

Studiuje, polewa drinki i pomaga w magic shop

22
yo

165
cm

Taka jedna blond Jaszczurka

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-05-10, 12:56   
  
Rocky Noxolo

  
Mayfair

  
Normalność to iluzja. To, co jest normalne dla pająka.. jest chaosem dla muchy.

  

  

  

  

  

  


Z niedowierzaniem słuchała słów Samanthy, która szczerze ją rozbawiła wizją wykorzystywania koni, jako transportu do ucieczki. Takie sytuacje były możliwe, ale tylko jeśli miało się ów zwierzaki pod ręką. W innym przypadku samo dotarcie na stadninę było bardzo problematyczne, zaś sama wizja bardzo mało prawdopodobna. Możliwa, ale niekoniecznie w tym życiu, nawet biorąc poprawię na wydarzenia, które działy się w Berrylane. Ucieczka na koniu była jak jedna na milion podobnie, jak to, że ów informacja dotrze do źródła zagrożenia (oprawcy). Allen wiedział, to czemu ona nie mogła? Czyżby Flanagan nie ufała jej aż tak bardzo? Można by tak pomyśleć i przez chwilę Mayfair wzięła to pod uwagę, ale starała się nie przejmować czymś, co w teorii było wyssane z palca. Że niby nie ufać Rocky? Błagam, Noxolo to istota zaufania. Lepszej gwarancji na powierzenie tajemnic nie znalazłoby się u nikogo.
- Nie żartuj sobie. – zaśmiała się szczerze. Szermierka była jej małym wyjątkiem, ale poza tym nie wyróżniała się za bardzo od tego, co blondynka już poznała; czyli od wiedźmy, którą przede wszystkim była. Kiedyś wypierała się tej siebie, a potem musiała uważać, ale jak widać z ostatniej sytuacji wyszła prawie obronną ręką, więc najwyraźniej mogła działać cuda (czarować i już nie bać się, że nie wróci). – I żadnych byków. – uprzedziła. – To podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami. – zabrzmiało poważnie, ale widać było po niej, że nie robiła z tego wielkiej afery i nie uderzy Samanthy wielkim napisem ‘prawa zwierząt’, bo Rocky żadną aktywistką nie była. Nie udzielała się społecznie, ale wystarczyło, że sama żyła zgodnie z własnymi przekonaniami, dlatego nie mistrzem jeździectwa nie była. Robiła to, bo pan Mayfair zabierał swe córki na stadninę, ale sama nigdy nie zdecydowałaby się na coś podobnego. Robiła to z grzeczności, jak teraz, bo choć pomykanie na koniach po polach miało swój urok, to ich przeciążenie po paru godzinach jazdy, już niekoniecznie. - I żadnych dorożek. – jedna osoba na koniu jeszcze ujdzie, ale biedne zwierzaki ciągnące sanie, to już zbyt wiele dla biednego serducha Mayfair, która żałowałaby ich tak bardzo, że pewnie w końcu zeszłaby z dorożki, odczepiła konie i kazała im uciekać. Lepiej więc nie ryzykować, bo kto potem zapłaci za to właścicielowi czworonogów?
- Poradzę sobie. – zapewniła z ręką na sercu i po kolejnym uśmiechu wsiadła na konia, który zrobił jeden kroczek do tyłu, jakby zmienił zdanie, bo jednak nie chciał nigdzie iść (tym bardziej z tą panią na plecach). Dziwne. – Cieszę się, że mnie zaprosiłaś. – stwierdziła tuż po tym, gdy ruszyły w wyznaczonym przez Flanagan kierunku. – Trochę się bałam, że nie będziesz chciała mnie widzieć. – przyznała nieco ciszej, ale przynajmniej szczerze, bo skąd mogła wiedzieć co siedziało w głowie blondynki? Niby czuła, niby widziała jej zdrowszą aurę oraz to, że się czymś przejmowała, ale nie miała zielonego pojęcia czym dokładnie. Potrafił wejrzeć w czyjś organizm, ale nie w umysł, który teraz stanowił jedną wielką zagadkę, jaką chciałaby rozwikłać. Bo czy warto było się starać? Czy miała jakieś szanse trafić do serca Samanthy czy jednak nie i może lepiej rozważyć wyjazd, choćby do Afryki, do której ostatnimi czasy ją ciągnie. Zbyt wiele niewiadomych i zbyt ładny uśmiech na jasnej buzi, który chciałaby zobaczyć.
[Profil]
 
 
Samantha Flanagan



w Berrylane od zawsze

Kiedyś przejmie kasyno

20
yo

168
cm

Nic już nie wie

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-15, 19:17   
  
Samantha

  
Flanagan

  
People may die, but stupidity is forever

  

  

  

  

  

  


W tych żarcikach akurat nie myślała o wykorzystywaniu koni. Lubiła zwierzęta - na pewno bardziej od ludzi - ale teraz po prostu sobie żartowała. Chciała pokazać, że może "normalnie" się zachowywać mimo ich ostatniej rozmowy. Poza tym nie miała żadnych biczów aby jeszcze dobijać biedne konie - i wierzyła, że stadnina też tego nie preferuje. Wszak rodzina Allen była jedną z tych normalniejszych i raczej milszych w mieście. Szczegół, że mieli swój układ z Flanaganami. To ich nie przekreślało. Tak czy inaczej Allen ją nauczał jazdy konnej to wiedział czy chciała czy nie. Nie żeby to szczególnie ukrywała. Po prostu inne rzeczy w głowie były, a w zimie to i tak nie widziały jej się przejażdżki konne. Ale tak poza tym to lubiła nie dzielić się wszystkim od razu z innymi - nawet przed najbliższymi miała swoje tajemnice. Wątpiła bowiem aby taki Caesar - a może nawet Oscar - wiedzieli o dosyć morderczych zapędach młodszej siostrzyczki.
- Raczej sądziłam, że pójdziesz drogą, iż byki są niebezpieczne, a nie że ludzie gorsi. Chociaż w tym akurat bym się zgodziła - wzruszyła lekko ramionami. Sama była przykładem niezbyt dobrego człowieka, no ale przynajmniej pokazywała się z tej przemiłej strony. I to w sumie pokazywało nawet jak bardzo zwierzęta są lepsze - one nie ukrywają swej natury. Dobrze, że Samantha akurat swoim zachowaniem i podejściem do życie niespecjalnie nigdy się przejmowała. Wychowanie swoje zrobiło, a ona była kim była i się tego nie wstydziła. Co innego, że ukrywała gorsze cechy - robiła to dla korzyści, a nie ze wstydu. - Okeeej... Czyli nie uważałabyś dorożki za romantyczną przejażdżkę. Zanotowane - ciężko powiedzieć czy mówiła serio, przypadkiem o romantyzmie wspomniała czy się droczyła. No, ale takie informacje zawsze w cenie.
- Dobrze, że przyjęłaś zaproszenie. Równie dobrze mogłaś uciec - przemilczała fakt, że ona nie pytała o spędzanie czasu razem, a po prostu zaznaczyła, gdzie i kiedy. Odmowa pewnie równałaby się wizytą Samanthy i pogawędką poważniejszą. Na krok konia do tyłu uwagi nie zwróciła. Była przekonana, że to coś normalnego - albo zbyt się cieszyła świeżym powietrzem i konnym spacerkiem. - Przeszło mi to przez myśl, ale byłoby gorzej skoro Berrylane to małe miasteczko, a ty pracujesz w kasynie - mogłaby powiedzieć, że w kasynie, które przejmie, ale do tego czasu to Mayfair może będzie już dobrze prosperującą prawniczką, a nie barmanką? - Czyli co? Jak to jest? Nie cofasz tamtego wszystkiego i dalej utrzymujesz, że taka prawda jest? - pytała łagodnie i zwyczajnym tonem. Tak jakby chciała sprawdzić i się upewnić bo kto wie czy Nox jednak nie zmieniła zdania po tym czasie?
_________________
[Profil]
 
 
Rocky Mayfair



w Berrylane od od ponad 2 lat

Studiuje, polewa drinki i pomaga w magic shop

22
yo

165
cm

Taka jedna blond Jaszczurka

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-05-19, 21:43   
  
Rocky Noxolo

  
Mayfair

  
Normalność to iluzja. To, co jest normalne dla pająka.. jest chaosem dla muchy.

  

  

  

  

  

  


- Mieszkałam tu ponad rok zanim w ogóle mnie zauważyłaś, więc z unikaniem nie byłoby problemu. – dodatkowo pracowała w kasynie i nieraz robiła drinki dla młodej Flanagan, którą i tak nie interesowało nic poza towarzyszącymi ją osobami. Nawet jak była sama to ciągle rozglądała się gdzieś na boki albo siedziała zamyślona dopóki ktoś inny z rodziny jej nie zaczepił. Rocky to wszystko widziała, obserwowała ją z daleka i nawet co nieco podłapała na temat Samanthy od jej brata, ale nadal ciężko mówić o niej jak o stalkerze. Po prostu Ro znacznie wcześniej dostrzegła blondynkę niż na odwrót. Cóż, Mayfair z reguły widziała więcej, ale to nie zmieniało faktu, że nie była kimś, kogo się nie zauważało. Samantha po prostu nie chciała jej widzieć z dobrze znanego wszystkim powodu – nie miała do Ro żadnego interesu ani nie mogła jej jakoś wykorzystać, co potem uległo zmianie za pomocą jednej złej energii. Wtedy wiedźma właśnie tak widziała tę relację, ale z czasem nawet zachowanie Sam się zmieniło, więc już dawno przestała widzieć siebie jak kogoś, z kogo można tylko wydoić i porzucić.
- Nigdy bym cię nie okłamała. – i nigdy tego nie zrobiła. Co innego zataić prawdę, o niej nie mówiąc, a co innego łgać prosto w twarz. Tego drugiego ani razu nie uczyła Flanagan i teraz było tak samo. – I nie jestem jedną z tych młodych nastolatek, które zauroczą się w każdym kto popadnie, a potem szybko im mija. – była dorosła, znała siebie oraz własne uczucia. Wprawdzie ostatnio ma problem z określeniem niektórych rzeczy i była całkowicie rozchwiana (duchowo), ale co do tego jednego była w stu procentach pewna. W końcu to nie było coś, co pojawiło się nagle i niedawno a trwało już jakiś czas niezależnie od tych wszystkich sytuacji, nawet mało przyjemnych, które do tej pory miały miejsce. – Nadal darzę cię uczuciami, ale chce by była jasność, że.. – opuściła spojrzenie na grzywę konia, który szedł spokojnie obok drugiego. – ..do niczego cię nie zmuszam. Jeżeli będziesz pewna, że nic z tego, to mi powiedź. – niech chociaż tyle zrobi. – Wtedy – wtedy co? Miała plany, które mogłaby zrealizować, ale na razie o nich nie myślała, kiedy na horyzoncie była Samantha. Głupio najpierw wyznać uczucia, a potem zwiać do Afryki. – przestanę się narzucać. – nie to chciała powiedzieć, ale też mogło być. – Ej. – mało to elokwentne, ale chciała zmienić temat. – Jak się ma twoja rodzinka? Już się nie złoszczą o tę całą akcję z autem i potem ‘czary mary’ w psychiatryku? – jakby nie było w obie sytuacje wpakowała ją Rocky, dlatego wolała wiedzieć, jak na to wszystko reagowała reszta Flanaganów i czy przy okazji nie znienawidzili wiedźmy.
[Profil]
 
 
Samantha Flanagan



w Berrylane od zawsze

Kiedyś przejmie kasyno

20
yo

168
cm

Nic już nie wie

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-23, 13:27   
  
Samantha

  
Flanagan

  
People may die, but stupidity is forever

  

  

  

  

  

  


- Może u ciebie. Skoro ja już cię zauważyłam to nie mam zamiaru unikać. Chyba, że zrobiłabyś coś mega okropnego mojej rodzinie, ale o to się nie martwię - i w zasadzie ogarnęła momentalnie, że takiej osoby też by nie unikała, a się skonfrontowała i dała zwyrodnialcowi nauczkę. Wiadomo wszak, że z Flanaganami niewolno zadzierać. Mają rodzinę, mają gang, więc zawsze ktoś przyjdzie się zemścić za swojego. No, ale akurat jak już Samantha potwierdziła - nie widziała w Rocky zagrożenia. A na pewno nie pod takim względem. Uczuciowe sprawy to już inna bajka.
Nie skomentowała tego o nigdy nie kłamaniu bo dalej miała w głowie sytuację dotyczącą Rocky i Caesara. Nie dostała - kiedyś tam - szczegółowych informacji i dopiero potem się dowiedziała, a część wcześniej dopowiedziała. Może nawet i teraz sobie coś dopowiadała? Tyle, że jej brat ostatnio był w okropnym stanie, a ona nie była pewna czy Mayfair też jest jedną z przyczyn tego stanu czy nie ma z tym nic wspólnego - równie dobrze nikt poza Czarkiem mógł nie wiedzieć co się z nim dzieje.
- I dobrze. Poza tym mnie nie można do niczego zmusić, więc akurat tutaj się nie przejmowałam - taka prawda. Można ją poprosić albo iść na jakiś układ czy inne takie. Wbrew swojej woli niczego nie miała zamiaru robić. - Ty chyba nie wiesz co znaczy "narzucać się", co? Takie zapewnienia to mówi się po tym jak już się człowiek narzuca, a jakoś nie nawiedzałaś mnie od ostatniej rozmowy - więc albo kręciła coś albo serio nie zastanowiła się nad słowami. Nie żeby Sam nie wierzyła, no ale pokazywała jak to słyszy. Łatwiej też skupiać się na takich głupotkach niż rozmowie o uczuciach bo wydawało się, że Mayfair szło to o wiele lepiej. - Poza tym nie powiem "nie" - dodała już nie tak dziarsko, ale jednak bez zająknięcia. Nie mogła... znaczy mogła, ale nie chciała mówić kategorycznego "nie". Był to dla niej trudny i nowy temat, ale przynajmniej tego nie odrzucała.
- Nah. Stare dzieje. Przeszło im. Niektórym na pewno. Wiedzą, że twarda jestem, przeżyłam, więc dobrze jest. Jedynie to mam wrażenie, że Caesar jeszcze odczuwa negatywne skutki czy tam wspomnienia ze szpitala psychiatrycznego, ale z resztą jest okej. Bo masz dalej robotę, co nie? - zapytała wesoło, ale przy okazji się upewniała, że wujaszek nie zrobił czegoś takiego za jej plecami. Ufała mu - oczywiście! No, ale czasem można się po prostu upewnić.
_________________
[Profil]
 
 
Rocky Mayfair



w Berrylane od od ponad 2 lat

Studiuje, polewa drinki i pomaga w magic shop

22
yo

165
cm

Taka jedna blond Jaszczurka

Lives in:
white log mews

Wysłany: Wczoraj 22:15   
  
Rocky Noxolo

  
Mayfair

  
Normalność to iluzja. To, co jest normalne dla pająka.. jest chaosem dla muchy.

  

  

  

  

  

  


To był trudny temat i choć wydawała się mówić o wszystkim na luzie, to wcale tak się nie czuła. Nie chodziło tylko o uczucia do Sam i potrzebę okazania tego w inny sposób, ale również gonitwę przedziwnych reakcji, które zaszły w jej wnętrzu od chwili wybudzenia ze śpiączki. Nadal się po tym nie pozbierała. Nie potrafiła wyjaśnić, co dokładnie się z nią działo, ale czuła się nieswojo. Potrzebowała czegoś, jakiegoś punktu zaczepienia, o który mogłaby się złapać i trzymać, bo inaczej miała wrażenie, że się rozpadnie. Wiedziała, że to zła energia namieszała w jej wnętrzu, ale nie potrafiła sobie z tym poradzić tak łatwo, jak choćby Sam powaliła kiedyś dwóch kolesi w lesie. Rocky nie była aż tak waleczna i czasem nawet duchowe sprawy ją przerastały.
Jak teraz. Jak od paru tygodni, kiedy nie potrafiła zgrać się duchowo i połączyć to z otaczającą rzeczywistością.
Potrzebowała czegoś, jakiejś odmiany, która być może nic nie da, ale na tę chwilę nie miała lepszego pomysłu od tego jednego, jakiego wolałaby uniknąć a tym bardziej nie wspominać Sam po tym wszystkim, co powiedziała jej w swoim domu.
- Ale nie powiesz – tak. – nie w stu procentach tak, żeby od razu pójść za ciosem i naprawdę z tego skorzystać. Nie żeby to była jakaś zabawa albo gra, ale nikt nie dawał Mayfair żadnego zapewnienia, którego od jakiegoś czasu tak bardzo potrzebowała. Nie czuła się stabilnie nie tylko z samą sobą, ale także z otaczającym ją światem, dlatego potrzebowała zmiany.
- Caesar jest teraz.. – nieswój? To dobre słowo zwłaszcza po spotkaniu go w kasynie, gdzie przez jakiś czas ją zastępował. – Powinnaś mieć na niego oko. – nie chodziło o kwestię nieistniejącego trójkąta, ale tego dziwnego snu, który nawiedził Flanagana. Potrzebował teraz dużo wsparcia, którego Mayfair nie mogła mu dać. Przynajmniej takie miała wrażenie i to był jeden z powodów, przez które prawie podjęła jedną z trudniejszych decyzji.
- Samantha. – raz jeszcze przywołała ją do siebie, bo na pewno przez chwilę skupiła się na jeździe. – Wiem, że obiecałam poczekać i nie naciskać na ciebie. Rozumiem, że to nowe i na swój sposób przerażające – czuła, że Sam zaprzeczy, bo jak to tak Flanaganowa czegoś miałaby się bać? – ale ja potrzebuje teraz czegoś stabilnego. Czegoś, co nie jest pomiędzy odmową a zgodą. – bo to właśnie teraz dawała Samantha. Coś pomiędzy. – Wiem, co do ciebie czuje, ale boję się to wyrazić wprost albo choćby spotkać razem, bo na wszystkich bogów ciągnie mnie do ciebie i nie mogę tak po prostu stać nieopodal powstrzymując się przed drobnymi gestami, na które być może nie jesteś gotowa. – nie mogła też tego ciągle analizować, bo to męczące i.. strasznie pokręcone. – Ja jestem. Wiem czego chcę i chciałabym to wziąć, ale zarazem boję się ciebie stracić, bo uznasz to za obleśne. – tę całą bliskość, którą mogłaby jej zaproponować. Westchnęła ciężko. Zatrzymała konia i zeszła z niego, bo jeszcze trochę a razem z nim wjedzie na jakieś drzewo (a szkoda konia). – Jeżeli potrzebujesz czasu, daje ci go, ale ja sama nie mogę tkwić w miejscu. Po wybudzeniu się ze śpiączki czuję, że tonę, dlatego jestem gotowa skorzystać z dziekanki – którą w trakcie śpiączki wziął za nią ojciec, żeby nie miała problemów z powrotem na studia. – i pojechać..gdzieś. – ostatnie dodała po dłuższej pauzie, bo wiedziała dokładnie gdzie chciałaby się wybrać, ale nie była gotowa powiedzieć tego na głos. Czuła, że i tak już za dużo zrobiła i najpewniej zamieszała totalnie, ale czasami trzeba czymś wstrząsnąć, żeby lepiej smakowało (jogurt na przykład albo soczek, którego miąższ opadł na dno).
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 5