menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#2 trzymajta mnie, bo jej coś zrobię
Autor Wiadomość
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-04-30, 23:10   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


Nigdy nie zdawał sobie w pełni sprawy z tego, że do wielu spraw faktycznie podchodził z nieco większym luzem niż być może zrobiłby to na jego miejscu jakiś inny człowiek. Gdyby miał się nad tym zastanowić (na swój totalnie-nie-psychologowy-sposób oczywiście), to stwierdziłby pewnie, że wynikało to z prostego faktu, że tak naprawdę nigdy nie musiał się niczym przejmować. Wszystko przychodziło mu bez trudu. To, co chciał, szybko znajdowało się prosto pod jego nosem. Nawet jeśli w teorii musiał na coś zapracować, to w rzeczywistości jego praca nie była szczególnie wielka. Mógł pozwolić sobie na totalny luz. Przeniosło się to nie tylko na takie kwestie jak jego życie zawodowe ale też najwidoczniej życie osobiste. Krótko mówiąc, nie widział sensu w przejmowaniu się czymś, na co ani nie miał wpływu ani co nie miało wpływu na niego. Poza tym nie właził nikomu z butami w życie, bo nie chciał, żeby ktokolwiek właził z buciorami w jego własne. Proste.
- Okej, jeśli chcesz jej wybić zęby, to jest sprawa między wami – zaznaczyl i nawet dla podkreślenia swojej rzekomej neutralności uniósł obie dłonie do góry po uprzednim krótkim otrzepaniu ich o siebie i nawet odchylił się nieco do tyłu, co miało symbolizować ten rzekomy dystans. Przecież kłotnie jego siostry z przyjaciółkami nie były jego sprawą, nie? - Ale zrób mi filmik… - dodał znacznie cichszym tonem, jedną dłoń przykładając do swojego policzka. Taka właśnie z niego była Szwajcaria, która nie zamierzała się wtrącać, ale z wielką chęcią gotowa była obserwować jak świat płonie. Johnny odchrząknął i poprawił swoją koszulkę, stwierdziwszy, że po tej wstawce najwłaściwiej będzie powrócić do swojej postawy poważnego dorosłego człowieka. - Tylko czy to na pewno będzie po to, żeby ją chronić? – przestał się odchylać i wrócił do swojej poprzedniej, rozluźnionej pozycji. Zerknął na nią łagodnie, pytająco, nie chciał zabrzmieć protekcjonalnie, ale… No, gdyby miał być zupełnie szczery, to musiałby stwierdzić, że wcale nie uważał, że Max chciała uderzyć Wariatkę tylko po to, żeby naprowadzić jej chory mózg na właściwe tory, a bardziej za to, że nie raczyla jej poinformować o swoim pobycie w Berrylane. I szczerze? Nawet nie mógłby mieć tego Flanagan za złe. Sam uważał, że jego młodsza siostra zachowała się nieodpowiednio. Ba! Chamsko i może nawet zdradziecko.
- Może to jest ten trop… Może ona właśnie dlatego szuka Huntsmana! – rzucił entuzjastycznie… Może nawet nazbyt entuzjastycznie, co mogło świadczyć o tym, że wcale nie traktował szukania ogiera dla Wariatki na poważnie. No jak niby by mógł? Był jej starszym bratem, do cholery! O ile martwił się, że zgnije samotnie, tak jakoś nie wyobrażał sobie jej w jakiejkolwiek sytuacji z jakimkolwiek samcem alfa, umówmy się. I wolał sobie tego nie wyobrażać! Dlatego tak beztrosko śmieszkował sobie z motywacji za jej poszukiwaniami Hutsmana. Szeroki uśmiech na jego twarzy mówił zresztą sam za siebie. Głupi był,proste.
- Co tak konkretnie sugerujesz? – zapytał już poważniej, gdy sprawa zeszła na niego. Niby ostatnie ich komentarze odnośnie jego spotkania z jakąś małolatą powagi wcale się nie trzymały, ale kiedy wspomniała o upodobaniach dojrzałych mężczyzn… Z jakiegoś powodu poczuł pod sobą nieco grząski grunt i nie wiedział, jak się do tego odnieść. Mimo że grunt pod jego nogami w rzeczywistości stanowiły kuchenne kafelki, po których zrobił kilka kroków w kierunku lodówki, z której wyjął wódkę. - Cola? Sprite? Tylko lód? – dodał.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-01, 00:49   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Uśmiechnęła się do niego, gdy w końcu odpuścił. Oczywiście ostatecznie i tak by jej nie przywaliła, bo zwyczajnie nie potrafiłaby. Ale przyjemnie było czasem sobie wyobrażać, że to robi i Wariatka magicznie normalnieje. Średnio możliwe, ale pomarzyć dobra rzecz. Miała nadzieję, że John również zdawał sobie sprawę, że ta jej frustracja ostatecznie znajdzie ujście gdzie indziej, na kimś innym heh. Wspominając o filmiku tylko dodatkowo ją rozbawił, tutaj to nawet pozwoliła sobie na parsknięcie śmiechem, gdy próbowała sobie zobrazować ewentualny przebieg tej walki. - To co, znajdziemy jej prywatnego ochroniarza, skoro żadne z nas nie może jej upilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę? - zmarszczyła brwi, taki cień mógłby rzeczywiście okazać się przydatny, ale w tej sprawie mogłaby się szybko połapać i jeszcze chcieć ugrać im na nosie. Wariatka może i była wariatką, ale nie była głupia raczej, nie? - To będzie po to żeby mnie zrobiło się lepiej. Mogę chyba coś mieć z tej całej przyjaźni z nią? - rzuciła niby poważnie, ale ironizowała w tym przypadku. Owszem, byłaby to swego rodzaju zemsta za to ukrywanie się przed nią, bo inaczej tego nazwać nie mogła. Max przecież tak naprawdę nie biła ludzi na dzień dobry.
- Sugerujesz w tym momencie, że Huntsman jest... dobrym kochankiem? Chcę mieć pewność. - rzuciła kolejnym dowcipem, świetnym w jej ocenie oczywiście. Sprawa może powinna być przez nich traktowana poważniej, zwłaszcza, że Max trochę się tym też interesowała (na pewno jednak nie w taki sposób co Wariatka) i siedziała w temacie, ale w tej chwili miała po dziurki w nosie tematu Huntsmana, morderstw, jej brata i Wariatki chyba już też temat ją męczył. Najwyraźniej rzucanie podobnymi żartami w stronę Johna okazały się być wystarczającym rozpraszaczem, no spoko.
- Nie bierz tego tak do siebie. Każdy facet w pewnym momencie zaczyna zerkać częściej na młodsze niż na kobiety w swoim wieku. Jestem pewna, że jest to jakoś naukowo udowodnione. - przechyliła głowę, wzrok jej powędrował do góry. Nie na długo, bo potem jednak znowu na niego spojrzała całkiem z siebie zadowolona. - Jeśli nie masz cytryny to wystarczy lód. - nie zamierzała wybrzydzać. Z resztą ona była mocnym zawodnikiem, a wódkę pewnie tylko bez popitki. Jak z resztą każdy inny alkohol. - To jaki masz tak właściwie plan? Jestem pewna, że przyjazd tutaj trochę ci to wszystko musiał pokrzyżować.. - zagadnęła go, gdy on zajmował się zapewne wyjmowaniem alkoholu i rozlewaniu go. Była szczerze ciekawa co takiego wymyślił. W końcu musiał robić coś poza tym, że starał się trzymać Wariatkę z dala od kłopotów.
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-05-05, 22:04   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


Szczerze mówiąc, już dawno zdążył zwątpić w to, że jego siostra posiadała choćby resztki inteligencji. Jeśli w głowie Wariatki funkcjonowały jakieś szare komórki, to najprawdopodobniej było ich tam jedynie dwie – jedna odpowiadała za pamiętanie o tym, żeby wdychać i wydychać powietrze, a druga za mruganie oczami, żeby przypadkiem nie wyschły, gdyby tylko były otwarte przez zbyt długi czas. Cała reszta jej egzystencji działa się jakby siłą rozpędu (jak chodzenie albo pieczenie) lub była wynikiem skrajnej głupoty oraz braku odpowiedzialności. Wariatka była jednym wielkim absurdem. Zabawne, że po tych wszystkich latach nadal potrafiło go to zaskakiwać. Może dlatego, że potrafiła być poważna (umiejętnie udawać powagę?), kiedy pracowała? Zresztą, cała ta sytuacja była absurdalna. Dwoje dorosłych ludzi siedziało w kuchni i dywagowało nad tym, jak powstrzymać trzecią równie dorosłą babę od podejmowania idiotycznych decyzji. Czy tylko on uważał to za… jakby trochę niepoważne? Dlatego niejako przestał się starać być skrajnie logicznym i poważnym i pozwolił sobie na odrobinę humoru. Mimo że wcale nie chciał, żeby Max wdawała się w cat fighty z Wariatką. - Cholera, a nie wystarczą ci te emocje, wybuchy, pościgi i te sprawy? Nieustanny stres, niespodzianki, wieczne zgrzytanie zębów? Ręka niemal przytwierdzona do czoła w permanentnym facepalmie? Nie? – ewidentnie sobie żartował. Szczerzył się przy tym tak szeroko, jakby prosił się o to, żeby to jemu Maxinne poprawiła nieco zgryz. Na taki znacznie mniej gryzący. Tak naprawdę pozwalał sobie na idiotyczny humor, bo gdzieś w międzyczasie najwidoczniej uznał, że zwyczajnie może. Hej, może nawet ją samą to rozbawi? Jakby nie było, jechali przecież na tym samym wózku. - Bo oprócz tego ta przyjaźń może ci dać pączki. Przede wszystkim pączki – podkreślił i pokiwał głową. Tym razem mówił nieco bardziej na poważnie. A skoro o powadze mowa, to i jego mina zrobiła się odrobinę bardziej poważna. Obrócił w palcach swoją butelkę i nieznacznie przekrzywił łeb. - Ale ten pomysł z niańką… On w sumie nie jest nawet głupi… - stwierdził po chwili, gdy w końcu doszło do niego, co powiedziała wcześniej. Skupił się na tym, co mógł wykorzystać do żartów, ale kiedy wszystko przemyślał, doszedł do wniosku, że jej żart tak dla odmiany można było potraktować nieco bardziej poważnie. Chyba…
- To tylko hipoteza! – wolał zaznaczyć, ale sam chichotał i nie był w stanie się od tego powstrzymać. - No przecież nie wiem, jaki jest w łóżku. I nie wiem, czy chciałbym się dowiedzieć – podkreślił i parsknął śmiechem po raz kolejny. Johnny nie gustowal w mężczyznach. Zresztą, nawet gdyby Huntsman był kobietą, to najprawdopodobniej tak czy siak nie byłby zainteresowany. Nie chciałby obudzić się po upojnej nocy z kosą pod żebrem, nie? To byłoby super słabe. Zwłaszcza że jak na swój wiek, miał całkiem spoko nerki, a im dalej w las, tym bardziej mu się przydawały…
- Rozglądać się to jedno, bałamucić to coś zupełnie innego – odpowiedział zupełnie naturalnie i jak gdyby nigdy nic, posyłając jej nieco tajemniczy uśmiech. Pokusił się nawet o puszczenie w jej stronę oczka… Chociaż mogła to równie dobrze wziąć za tik nerwowy, biorąc pod uwagę, jak szybko odwrócił się w stronę lodówki, żeby wyjąć wszystko, co potrzebne mu było do drinka. Znalazła się nawet cytryna. - Plan był taki, żeby pozwolić jej się wyszaleć, a potem wrócić do Seattle, ale to raczej nie wyjdzie. Dlatego muszę znaleźć sobie jakieś konstruktywne zajęcie. Jakieś propozycje? – zapytał, podsuwając jej jedną z dwóch szklanek, które w międzyczasie zdążył napełnić i usiadł znów naprzeciwko niej. I to nie tak, że uśmiechał się do niej jakoś głupawo. Po prostu miała z całą pewnością więcej doświadczenia w znajdowaniu sobie rozrywek w tym mieście…
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-20, 21:15   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Trzeba w sumie przyznać, że oni chcąc nie chcąc stawali się zakładnikami osoby Wariatki. On musiał się tu specjalnie dla niej przeprowadzić, bo do końca życia wypominałby sobie jakby coś się jej stało. Max z kolei potrafiła rzucić wszystkie obowiązki tylko po to by powiedzieć Wariatce o tym jak bezmyślna jest. Wcześniej żyła sobie nieświadoma tego, że Wariatka ryzykuje już od jakiegoś czasu. Teraz z pewnością trudniej jej będzie skupiać się na własnych obowiązkach, gdy z tyłu głowy będzie buczeć jej myśl, że na pewno coś jest nie tak. Że też akurat na nią musiała się natknąć te x lat temu. Że też akurat to ona stała się na tyle interesującą osobą by zaciekawić Max. Gdyby wiedziała, że jej głupie pomysły w wieku nastoletnim będą niczym w porównaniu do tego co robi teraz, zapewne dwa razy zastanowiłaby się nad zgłębianiem tej przyjaźni z nią. - Jak chcę emocji, podnieść sobie adrenalinę czy cholera wie co jeszcze, znam do tego znacznie przyjemniejsze sposoby. - odparła, przewracając oczami. Wiedziała z jakim wydźwiękiem mówił o tym wszystkim i tylko dlatego nie postanowiła sprawdzić jak jej pięść prezentuje się przy jego nosie, albo szczęce. Zamiast tego parsknęła śmiechem i pokręciła głową. Co ona by robiła bez tej Wariatki! Nudziła się z pewnością, ile czasu by miała by poświęcić go na jakieś nowe interesujące hobby. No ale jak to tak bez Wariatki? I bez Johna jak widać, który w tym momencie okazywał się być doskonałym towarzystwem do kieliszka. Zwłaszcza, że jak nikt inny rozumiał jej rozżalenie. - Tak, tylko znajdź takiego, który podjąłby się tak pojebanego przypadku. - westchnęła, bo nawet ona wiedziała, że ludzie mają jakieś ograniczenia. Ona na przykład była już na skraju wytrzymałości z Wariatką, a znała ją jednak już od długich lat. I tak trzeba przyznać, że radziła sobie z tym wyjątkowo dobrze, skoro dopiero w wieku ponad trzydziestu lat, ekscentryczna osobowość jej przyjaciółki zaczynała jej przeszkadzać.
- Za późno, już sobie to zobrazowałam. - parsknęła znów śmiechem, bo jej wyobraźnia akurat zawsze działała na wysokich obrotach, więc wystarczyła tylko delikatna wzmianka o ewentualnych igraszkach z Huntsmanem, by jej umysł zaczął to sobie obrazować. Poza tym w świecie Max istniało naprawdę niewiele tematów, które okazywały się być tabu.
Flanagan przez chwilę wpatrywała się w jego plecy, gdzie jeszcze przed chwilą sobie stał i puszczał do niej oczka. Czy to dziwne, że przykuło to jej uwagę w jakimś stopniu? Na szczęście niekoniecznie była możliwość by pogrążyć się w tej ocenie sytuacji choć na pewno gadka o bałamuceniu mogłaby jej się spodobać. Zamiast tego sięgnęła po szklankę, którą jej podsunął i uniosła ją do góry. Zanim jednak się napiła, przyjęła pozę prawdziwego myśliciela, próbując znaleźć jakieś idealne rozwiązanie na jego pytanie. - Jestem pewna, że w kasynie znalazłbyś sobie jakieś rozproszenie... - zaczęła tajemniczo, nie do końca przecież sugerując mu uprawianie dzikiego hazardu. Heh. - A jak rozproszenie ci się znudzi, to zawsze możesz spróbować ograć mnie w pokera. - czyżby rzuciła mu wyzwanie w tym momencie? No nie powinien się zdziwić, to było bardzo w jej stylu. Odrobina rywalizacji przecież nikomu by nie zaszkodziła.
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-05-30, 20:32   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


Tylko sobie żartował. Taki już miał styl bycia, praktycznie odkąd tylko pamiętał. Przesadna powaga jakoś się go nie trzymała i nie lubił typów, którzy zachowywali się, jakby mieli kij zatknięty głęboko w dupę. Być może obserwował ich na co dzień zbyt wielu. Kręcili się po jego domu, prowadzili interesy z ojcem, wszyscy tak samo wyniośli, tak samo zadzierający nosa, tak samo… Dziwacznie bez wyrazu. Sam Johnny w swoich młodszych latach nie był ideałem młodego człowieka, umówmy się. Skromność się go raczej nie trzymała i nie tylko znał swoją wartość, ale wręcz czasem ją przeceniał, co sprawiało, że czuł się nieco lepszy od części swoich kolegów. Młodszy John był rozpuszczonym gnojkiem i starszy dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Trudno. Przynajmniej nie mógłby sobie zarzucić braku poczucia humoru. Kiedykolwiek. Starał się jednak nie posuwać za daleko w swoich dowcipach. Zwłaszcza, że przy Max tak naprawdę nie wiedział do końca, na ile mógł sobie pozwolić i gdzie leżała granica, za którą kończył się jej uśmiech a zaczynały spadać jego zęby.. Dlatego na jej komentarz, który – nie czarujmy się – nasunął mu jedno zasadnicze skojarzenie, powstrzymał wyjątkowo głupią i wymowną minę, która cisnęła mu się na gębę. - Nie śmiałbym w to wątpić – pozwolił sobie na komentarz i pokiwał głową. Chciał zabrzmieć poważnie (poniekąd…), ale wyszło mu to raczej średnio. Dlatego odchrząknął i przesunął dłonią po brodzie, jeszcze na moment zasłaniając uniesione ku górze kąciki ust. I zupełnie nieistotne, że podejrzewał, że raczej żadne z nich nie myślało ekscytującej partyjce w scrabble. - Wariatów nie brakuje. Zwłaszcza tych, którzy chcą trochę zarobić – zauważył luźno i wzruszył ramionami na sceptyczne nastawienie Max do niańki. Wiedział, że jego siostra nie była najłatwiejszym materiałem do współpracy. Tylko że tak ostatecznie nikt nie mówił, że taki człowiek-niańki miałby faktycznie nawiązać z nią kontakt. Wystarczyłoby, żeby ją trochę pośledził, przebił opony w samochodzie, wykonał kilka telefonów… Nic strasznego, nie?
Parsknął i pokręcił głową, słysząc jej wyznanie. - Mam przybrać jakąś bardziej sexy pozę, żeby jeszcze bardziej pomóc twojej wyobraźni? – zadał głupawe pytanie i zanim zdążyła odpowiedzieć, cofnął się o pół kroku, żeby wykręcić tułów i podnieść do góry ramiona, jakby prężył przed nią bicki. Coraz bardziej wątpliwej jakości z upływem kolejnych lat. Kiedyś to się miało, a teraz już się nie ma. Przynajmniej skorzystał z podniesionych ramion i napił się drina. Szklanka miała bliżej do mordy.
- Nie jestem typem hazardzisty – odpowiedział, interpretując słowa Max względnie niewinnie. Podrywanie kelnerek i krupierek nie było czymś, na co miał ochotę. Kiedyś – jak najbardziej. Teraz był już na to odrobinę za stary. - …ale zawsze mogę zmienić zdanie – poprawił się gładko już po jej propozycji. - W kasynie czy teraz? – postanowił ustalić. Z jednej strony coś mu mówiło, że w kasynie posiadałaby swojego rodzaju przewagę… Z drugiej strony nie miałby też zbyt wiele przeciwko, żeby go ograła.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-06-02, 00:05   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Pomimo dzielącej ich różnicy wieku, Max doskonale wiedziała jaki jest John. Na pewno był osobą za którą ciągnęła się cała masa plotek, niedorzecznych historii z których być może połowa była prawdziwa. Nawet Max słyszała to i owo, a nawiązując tak bliską relację z jego siostrą, bywała świadkiem niektórych tych nieprawdopodobnych sytuacji. Jako, że Flanagan sama święta nie była, na pewno w jakimś stopniu jej imponował. Wtedy jednak była dzieckiem. Kto chciał słuchać dziecka i kto brał go na poważnie? Teraz to co innego. Wyostrzył jej się język, humor i w ogóle ona cała się też wyostrzyła. Zawsze miała w sobie sto procent Flanagana, ale w tym momencie niektóre te cechy wykorzystywała w inny sposób. Czasem była to wygrana w sądzie, czasem kąśliwa uwaga w trakcie rozmowy. A czasem było to ogranie kogoś w pokera, jak w tym przypadku. Z czystej sympatii, bo oczywiście John był sympatycznym gościem. Kiedyś nie sądziła, że będzie sobie siedzieć z nim i pić wódkę, a teraz proszę.. wyzywała go na pojedynek karciany! Kto by pomyślał!
Uniosła brew do góry, pozostawiając już całą sprawę tych jej tajemniczych sposobów w sekrecie. Niektóre słowa wcale nie musiały paść by drugi człowiek mógł się z tobą porozumieć i tak też było w tym przypadku. Max jedynie uśmiechnęła się sama do siebie, zapominając na parę chwil o tym z jakimi nerwami tu przyjechała. Przez chwilę więc tak sobie dumała, bo propozycja niańki była rzucona dość żartobliwie, ale po głębszym zastanowieniu chyba naprawdę mogło mieć to największy sens. - Masz kogoś konkretnego na myśli czy w tym też mam cię wyręczyć? - oj tak sobie śmieszny podjazd robiła. Miałaby na pewno propozycje kto by mógł się tym zająć, nie brakowało chętnych do zarobienia paru groszy za coś co i tak pewnie robili.
- Nie będę cię gorszyć... - rzuciła ni to w żartach, ale też z pewnością nie na poważnie. W tej chwili i tak nie było to takie istotne, zwłaszcza gdy już alkohol się rozlał. Miło było jednak popatrzeć jak te mięśnie przed nią prężył, nawet jeśli robił to w formie dowcipu. Było to miłe dla oka i nie zamierzała tego ukrywać, czego dowodem był uśmieszek, który pojawił się na jej twarzy na parę chwil. Potem jednak się napiła, bo pewnie przysuszyło trochę (heh) i zwilżyć trzeba było usta.
- Ja też nie jestem... - choć wątpliwe by w to uwierzył. Jasne, grała w karty i była w to dobra, jak na rodzinny biznes przystało znała się na większości takich zabaw. Widziała jednak co to robiło z człowiekiem. Już wolała swoje picie alkoholu. - Możemy podrasować trochę zasady. - powiedziała, wciąż dzierżąc w dłoni swoją szklaneczkę tudzież kieliszek, więc też należało znowu go użyć. John na pewno byłby dobrym przeciwnikiem (tak zakładała) i liczyła na dobrą rozgrywkę. - O ile nie tchórzysz oczywiście... - rzuciła nagle ot tak, bo wiedziała, że nic ich tak nie motywuje do działania jak właśnie te słowa.. że czegoś nie zrobią, lub się boją. Liczyła, że tu przyniesie to podobny skutek. Zwłaszcza, że po kilku głębszych grało się jeszcze lepiej!
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-06-02, 11:44   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


Tak dla odmiany on praktycznie wcale nie wiedział, jaka jest Max. W końcu w jego oczach była przede wszystkim koleżanką młodszej siostry. Wiedział wprawdzie, że już od jakiegoś czasu nie była tamtą małolatą, która przesiadywała w ich domu i razem z Wariatką grała mu na nerwach (zauważenie, że stała się kobietą naprawdę nie było trudne, nie był ślepy) i zauważył, że posiadała charakterek. Temperamentu nie sposób było jej odmówić – zwłaszcza po tym jak bezceremonialnie wparowała mu do domu tego dnia. Wiedział też, że troszczyła się o tych, na których jej zależało. Na swój sposób oczywiście, ale najwidoczniej serce miała po właściwej stronie. Poza tym jednak tak praktycznie wcale jej nie znał, dlatego nie poczynał sobie przesadnie śmiało. Powoli badał teren i sprawdzał granice.
- Myślę, że możesz mieć większe znajomości, jeśli chodzi o odpowiedni typ ludzi… I mówię to z pełnym szacunkiem – postanowił zapewnić, żeby nie było, chociaż tak zupełnie szczerze mówiąc, wcale nie sądził, by Max mogła opacznie odebrać jego słowa. Oboje wiedzieli, w jakim towarzystwie się obracała i z jakimi ludźmi miewała do czynienia, prawda? Johnny tego wcale nie osądzał, sam miał wielu dobrych znajomych w Jaszczurkach. Każdy orze jak może, nie? Zwłaszcza że co jak co, wywodząc się ze swojej rodziny i posiadając obecnie swój status, zdawał sobie sprawę z tego, jak wartościowym jest posiadanie znajomości w różnych kręgach. Problem polegał na tym, że już jakiś czas temu odciął się od tego, co działo się w Berrylane, wobec czego faktycznie Flanagan mogła mieć lepsze dojścia do różnych nianiek i… - Czekaj. Co to znaczy „też mnie wyręczyć”? – zapytał ze zmarszczonymi brwiami, kiedy już dotarło do niego, że użyła takiego wymownego sformułowania. Przecież był już dużym, samodzielnym chłopcem!
- Słusznie, bo jestem bardzo wrażliwy i pruderyjny. No i delikatny – postanowił podkreślić. Już dawno minęły te czasy, kiedy Johnny próbował wszystkim udowodnić, jakim to jest silnym i dominującym samcem alfa. Od jakiegoś czasu był przekonany, że nie musi. No bo niby po co by miał? Spokojnie mógł sobie ze swojej delikatności żartować.
- Tchórzę? Proszę cię, grałem w karty, kiedy ty byłaś jeszcze o, taka mała – stwierdził, zaprzeczając odrobinę temu, co powiedział jeszcze chwilę wcześniej i pokazał dłonią gdzieś przy ziemi, czego Max niestety raczej zobaczyć dokładnie nie mogła, skoro siedzieli po dwóch przeciwnych stronach blatu. - Taka mała, że wchodziłaś na stojąco pod szafę – uzupełnił w związku z tym werbalnie. - Słucham uważnie propozycji – obie dłonie położył na blacie, faktycznie słuchając z uwagą.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-06-07, 23:40   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Dawało jej to poczucie jakieś kontroli. Nie musiał przecież znać każdego szczegółu na jej temat by dobrze się bawić w jej towarzystwie. A to planowała właśnie Max, skoro już i tak Wariatka nie raczyła dziś zjawić w domu tak szybko. A Flanagan też nie była już chyba w nastroju na dalszy pościg za przyjaciółką. Zimna wódka umiejętnie zatrzymywała ją w jednym miejscu, tym razem na środku kuchni Johna.
Uniosła brew zaciekawiona. Powstrzymywała się by nie parsknąć śmiechem, choć po jego słowach bardzo chciała to zrobić. Ostatecznie jednak udało jej się zachować powagę na twarzy. - Odpowiedni typ ludzi... ładnie dobierasz słowa. Mówił ci to ktoś? - znów uniosła brew do góry. No ładnie ubierał słowa w zdania; tak jak teraz, gdy w sposób elokwentny dawał jej do zrozumienia, że zadawała się z bandziorami i gangusami. Miała tego świadomość, tak jak większość mieszkańców. Nigdy nie kryła się ze swoimi relacjami, jako siostra Roscoe było to wręcz niemożliwe. W tym momencie też nie miała mu tego za złe. Jeśli miało to pomóc Wariatce, Maxinne była w stanie znaleźć najbardziej odpowiednią osobę do tego zadania. Raczej niezbyt chętnie zabiorą się za robotę typowej niańki, ale blondynka na pewno znajdzie jakiś sposób by ich do tego zmotywować. W mniej lub bardziej przystępny sposób, przez który nie odważą się jej odmówić też. Przewróciła oczami. - Od kiedy tak wszystko bierzesz do siebie? - to nie było w jego stylu. Albo to Max sobie tak ubzdurała, bo przecież jasne było, że tymi słowami liczyła na lekkiego pstryczka w nos. Wyglądała jakby nie miała nic konkretnego na myśli, lecz czy można było mieć taką pewność z Flanagan? Nie była raczej typem człowieka z którego czyta się jak z otwartej księgi.
- Jakoś trudno mi w to uwierzyć... - zmrużyła oczy i przez chwilę uważnie mu się przyglądała. - Choć może rzeczywiście już się zastałeś... - westchnęła, podnosząc szklankę i upijając z niej dość sporego łyka. Jasna sprawa, że jaja sobie robiła i to dość z siebie zadowolona. - Pewnie jesteś trochę do tyłu w temacie, nie? - odstawiła szklankę z powrotem na blat, tym razem jednak nie patrząc na Johna.
Ucieszyła ją taka odpowiedź. Podobnej się nawet spodziewała. Wzmiankę o swoim wzroście skomentowała na początek krótkim parsknięciem, bo po raz kolejny udowadniała sobie, że faceci byli dość łatwym obiektem manipulacji. - Nadrabiam duchem walki. - skomentowała, bo niewiele urosła od czasów młodzieńczych. Zamiast stać w kolejce po wzrost, wolała dopominać się nadwyżki intelektualnej heh. I może skłonności do agresji. Ale tak ogólnie zachowywała się porządnie. Przynajmniej już teraz, bo na wstępie zrobiła wejście smoka. Musiała narobić dużo hałasu żeby zwrócić na siebie jego uwagę. A raczej na problem z jakim do niego przyszła. - Za każdą przegraną... wykonujemy jedno zadanie zlecone przez wygranego... albo zrzucamy z siebie jeden ciuch. - zaproponowała dość pewnie i dziarsko, co mogło sugerować, że zapewne nie pierwszy raz używała takich zasad. Lubiła grać w pokera, co poradzić. W rozbieranego pewnie jeszcze bardziej, bo zazwyczaj kończyło się na zdjęciu skarpetek i bluzki. Dobra passa się jej trzymała, albo to może zasługa częstych praktyk w kasynie. Nie wiem jak daleko stała ta butelka wódki, ale pewnie trzeba było zapełnić im w końcu te szkła z powrotem, więc Max postanowiła się tym zająć, w czasie w którym John analizował jej propozycję.
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-06-15, 22:14   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


W lekkim uśmiechu uniósł ku górze jeden kącik ust. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie musiał bawić się przy niej w żadne eufemizmy. Była już dużą dziewczynką, a biorąc pod uwagę ten odpowiedni typ ludzi, w jakich towarzystwie zdarzało jej się obracać, z całą pewnością miała okazję słyszeć w swoim życiu niejedno bardziej dosadne określenie. Zresztą, sam Johnny też nie miał problemów z nazywaniem rzeczy po imieniu, bez niepotrzebnego owijania w bawełnę. Czasami zwyczajnie uważał tego za konieczne. Ba! Zdarzały się wręcz przypadki, w których dosadność wydawała mu się absolutnie zbędną. Ładne dobieranie słów sprawiało mu na swój sposób przyjemność. Chyba lubił być czarującym gnojkiem. Dlatego – poza tym pół-uśmieszkiem – starał się sprawiać wrażenie jak najbardziej niewinnego. - Nie mogę powiedzieć, żeby było to dla mnie zaskoczeniem – odpowiedział, po raz kolejny celowo dobierając słowa w elokwentny sposób. Skoro już zwróciła na to uwagę, postanowił pociągnąć to dalej. - Ale chyba jesteś moją pierwszą – dodał i nie udało mu się dłużej utrzymywać jakichkolwiek pozorów niewinności. Parsknięcie wyrwało mu się samo, w ramach towarzystwa dla cokolwiek kretyńskiego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy. Tak, miał już ponad czterdzieści lat, a wciąż bawił go gówniarski humor. Ha-ha, żarcik z podtekstem, ha-ha, jakże śmiesznie.
Miał też już ponad czterdzieści lat, ale na pewne rzeczy nadal reagował jak skończony gówniarz. Otworzył usta, chcąc jej odpowiedzieć w oburzonym tonie, że wcale nie brał wszystkiego do siebie, może nawet odpyskować jakoś bardziej dosadnie… ale wtedy zdał sobie sprawę z tego, że nie był rozkapryszoną, przewrażliwioną nastolatką. Szok! - Od kiedy męska duma jest rzeczą, którą niezwykle łatwo jest urazić – stwierdził zamiast tego z godnością… mimo że już nie tak do końca na poważnie. - Zwłaszcza, że chyba oboje dobrze wiemy, że taki samiec alfa jak ja… Poczekaj, ale nie jesteś jakąś zażartą feministką, nie? Bo nie chcę dostać w twarz za żart, który miałem zamiar powiedzieć – zreflektował się, marszcząc brwi. Nawet on musiał zdawać sobie sprawę z tego, że w ostatnich latach poprawność polityczna odciskała się piętnem cenzury na odważnych wypowiedziach, zwłaszcza tych będących żartami.
On sam na żartach się znał (a przynajmniej lubił tak myśleć), dlatego od razu załapał te, które posyłała w jego stronę Maxinne. Zresztą, sam przecież je podłapywał. Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z siebie, albowiem będą mieć ubaw przez całe życie – jak mawiał mędrzec. Dlatego wiedział, do czego zmierzała. Zaśmiał się cicho pod nosem i nie odpowiedział. A przynajmniej nie werbalnie. Po prostu wzruszył ramionami. Mogła myśleć, co tylko chciała.
- O, ja wiem, i nie tylko tym – stwierdził z pełnym przekonaniem, bo akurat w życiu nie przeszłoby mu przez myśl, żeby lekceważyć Maxinne Flanagan z powodu wzrostu. Miała charakterek, temperament, miała gadane i był przekonany, że potrafiła być szalenie uparta. Nie chciałby mieć z nią kosy, serio. Po prostu śmieszkował z tego, że on był już starym dziadem, a ona była jeszcze młoda – to akurat były czyste fakty. - No, skoro tak bardzo chcesz wyskoczyć przede mną z ubrań… - pozwolił sobie na śmielszy niż do tej pory żart. I to wcale nie tak, że flirtował właśnie z koleżanką swojej młodszej siostry! Nic podobnego! - To pójdę po karty – zakończył i faktycznie na moment znikł, wracając z odpowiednią talią, którą położył na blacie, przy okazji sięgając po swój kieliszek.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-06-21, 02:50   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Nie mogła kryć rozbawienia. Zwłaszcza, gdy John zachowywał się w ten sposób. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to wszystko było żartobliwie zabarwione, nie była idiotką. Miała też dość zdrowe podejście do życia, żyła sobie jak chciała i pozwalała żyć innym też jak sobie chcieli. Z tym, że była po prostu człowiekiem bardzo egoistycznym i innych ludzi uważała po prostu za kretynów. Zapewne to elitarne społeczeństwo w którym przyszło jej się wychować miało na to duży wpływ. Była kobietą w świecie, który uchodził za świat typowo męski. Przeszła tam prawdziwą szkołę życia i była za to szczerze wdzięczna. Dzięki temu była tu gdzie była. - Wow. Określano mnie już w różny sposób i musisz mi tu uwierzyć na słowo. Różnoraki. - poruszyła przy tym jeszcze sugestywnie brwiami, jakby ten ruch miał to jakoś dobitniej podkreślić. - Ale nie pierwsza. - pokręciła głową, odruchowo łapiąc się gdzieś w okolicy miejsca, gdzie zapewne powinno znajdować się jej serce. Czy rzeczywiście coś tam było, nikt jeszcze nie był w stanie stwierdzić. W tym jednak momencie wyglądała na szczerze zdumioną i tylko diabelskie ogniki w oczach dawały mu do zrozumienia, że świetnie się bardzo bawiła. - Wychodzi na to, że oboje doświadczamy czegoś nowego.
Cóż za wspaniała, dojrzała postawa! Max była też zszokowana, czego zapewne mimika jej twarzy nawet nie ukrywała. - Ba-dum tss! - tak, zrobiła to. Skoro sam to przyznał, co miała go przekonywać, że jest inaczej. Odbierała świat takim jakim był. Chciało jej się więc aż odruchowo rzucić Z CZYM DO LUDZI, ale zamiast tego przewróciła oczami. - Gdybym miała za każdym razem dawać wam w pysk za każdy niefortunny żart, raczej wybrałabym inny zawód. I inne środowisko. - bardziej dobitnie nie mogła tego powiedzieć. Nie była żadną zastraszaną ptaszyną, która nie potrafi zadbać o siebie. Nie musiała też nic nikomu udowadniać. Wątpiła też, że miałby to być najgorszy żart jaki usłyszy za który należeć mu się będzie coś takiego. Poza tym, po co miała bić kogoś z kim właśnie piła wódkę? - Ale proszę, rozbaw mnie. - zachęciła go, unosząc szklankę do góry. Tak, to wymagało zwilżenia ust.
Uniosła brew do góry niemal od razu, gdy usłyszała te jego śmiałe założenia. Nie gryzły się one oczywiście z rzeczywistością, ale po co od razu tak wszystko przyjmować do wiadomości, skoro można się też podrażnić wzajemnie? - To bardzo śmiałe założenie z twojej strony, jeśli myślisz, że to ja pierwsza wyskoczę z tych ubrań. - odpowiedziała śmiało, czując się dość pewnie w obliczu ewentualnej karcianej rozgrywki. Przez ten krótki czas w którym on szukał kart, zdążyła pewnie sobie coś do tego wypić. Gdy wrócił z talią, wyciągnęła ją z opakowania i zaczęła tasować, gdy on opróżniał kieliszek. Tym samym od razu w niemy sposób pozwoliła sobie założyć, że zajmie się rozdaniem kart. - To co, powinnam cię rzucić od razu na głęboką wodę, czy może zaczniemy od czegoś lżejszego? Wojna? Czy może coś trudniejszego, oczko, makao? - zapytała, jednocześnie tasując te karty. Pod koniec tylko spojrzała na niego przez chwilę, dość rozbawiona oczywiście jak na siebie. Sam jednak powiedział, że nie był typem hazardzisty!
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-06-23, 13:21   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


On też bawił się całkiem nieźle, wymieniając z Max zabawne uwagi i niewinne słowne przepychanki. Kto by pomyślał, że aż tak swobodnie będzie mu się rozmawiało z koleżanką swojej młodszej siostry? Gdyby wiedział o tym wcześniej... No, to prawdopodobnie nic by nie zrobił, bo to jednak była koleżanka jego młodszej siostry, a on był żonaty ostatnim razem, kiedy był w Berrylane. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. No bo niby jakie znaczenie miało mieć to, że był żonaty? Żadna różnica w ogóle. Taka tam nic nieznacząca uwaga, która przebiegła mu przez myśl. W jego głowie pojawił się także komentarz o tym, że niby taki stary był, a jednak spotykały go wciąż jakieś nowości, ale z jakiegoś powodu uznał, że nie chce wywlekać swojego starczego wieku znowu na wierzch. Zwłaszcza że jego starczość była całkiem nieźle widoczna gołym okiem. Siwiał, tył i się marszczył. No zgred jak nic. Dlatego nie drążył tematu, po prostu uśmiechnął się do niej pogodnie.
Trochę żałował, że zapytał ją o pozwolenie. Nie tyle przez jej odpowiedzieć co po prostu przez to, że praktycznie od razu zdał sobie sprawę z tego, że taki żart po uprzednim ostrzeżeniu nie bedzie już wcale śmieszny. Także spalił go. Trochę jak dowcip o żydzie, he he. Heh. No, humor na poziomie Johna totalnie. W każdym razie, żeby trochę się ratować od braku śmieszności, znowu przybrał minę sfoszonej nastolatki. - Taki samiec alfa jak ja nie potrzebuje być wyręczany przez kobiety, dziękuje bardzo - nawet cmoknął na końcu i wykonał wymowny ruch głową. Jak się zwolni rola Kapitan Marvel, to można go zatrudniać, podstawowe ruchy ma opanowane. Chwilę później skrzywił się i upił ze swojej szklanki. No śmieszne to nadal nie było, bardziej żałosne. Dlatego wzruszył ramionami i rozłożył ręce. Niech Max robi z tym, co chce. Dojedzie go albo co tam uzna za stosowne.
- Daj staremu człowiekowi mieć jakieś marzenia. Co innego mi zostało? - odpowiedział, szczerząc się do niej szeroko. Była bardzo pewna siebie, więc założył, ze miała ku temu powody. Oczywiście to wszystko mogło być tylko blefem - mieli grać w pokera, więc i to brał pod uwagę... No i jeśli to był blef, to całkiem nieźle jej wychodził, a to automatycznie dawało jej spore szanse w tej grze. Gdy ona tasowała, on faktycznie opróżnił swojego drinka i polał kolejną kolejkę. No przecież przy pustych szklankach siedzieć nie będą. Nie w tym domu. Trzeba się szanować. - Możesz też rozłożyć pasjansa i mi z niego powróżyć, jeśli wolisz - palnął głupawo. Najwidoczniej procenty sprawiały, że jego poczucie humoru stawało się jeszcze głupsze niż, gdy był całkowicie trzeźwy.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-07-09, 00:36   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Pomimo tego, że mijające lata znacznie uwypuklały się na jego twarzy w postaci zmarszczek, siwiejących włosów czy jakiegoś zdziadziałego narzekania (choć tego ostatniego nie zauważyła!), trzeba było przyznać, że John prezentował się przyzwoicie. Mogłaby mu to nawet powiedzieć na głos, ale Max nie sądziła, że mężczyzna mógłby nawet potrzebować takich słownych zapewnień, że jeszcze jest całkiem chodliwy! Przecież sprawiał od razu wrażenie pewnego siebie, korzystającego ze wszystkich uroków życia (bo przecież ono wcale nie kończy się po czterdziestce!). Jego ukochana siostrzyczka na pewno nie raz i nie dwa opowiadała Flanagan o tym co wyprawiał za młodu, ale na pewno większość tych historyjek i tak sięgała może co najwyżej ostatnich dziesięciu lat! Dlatego blondynka pozwalała sobie na takie zagrywki; nie tylko dlatego, że taka po prostu już była i to było na porządku dziennym, ale dlatego też, że wiedziała kto jest odbiorcą. Johnny na pewno nie miał kija w dupie. I na pewno lepiej wyglądał według niej teraz, ze zmarszczkami i siwymi włosami, niż te x lat temu, poważnie!
Uniosła brwi do góry, a gdy usłyszała już cały żart, parsknęła śmiechem. Nie do końca wiadomo czy rzeczywiście ją to rozbawiło czy może zrobiła to bardziej z zażenowania. Może jedno i drugie, w końcu sama nie grzeszyła najlepszym poczuciem humoru według ludzi. - We wszystkim nie lubisz być wyręczany przez kobiety? - uniosła brew do góry. Oczywiście, że brała go pod włos i tak sobie z nim igrała, ale intuicja podpowiadała jej, że jemu to jak najbardziej pasowało. Podczas tej ich rozmowy i wspólnego picia w żaden sposób nie nakreślał jakiś sztywnych granic tego na co można sobie pozwolić, poza tym przed chwilą sam siebie nazwał samcem alfa. Max powinna sobie sama przywalić w czoło, ale lepiej było sięgnąć po szklankę. Przez cały ten czas podtrzymywała z nim kontakt wzrokowy. Przynajmniej do momentu odłożenia szklanki z powrotem na blat.
- Możesz też liczyć na łut szczęścia, albo dobre karty. - uśmiechnęła się bezczelnie, a potem on zajął się drinkami a ona tymi kartami. Kiedy zaproponował rozłożenie pasjansa, to akurat jakoś wyjątkowo ją rozbawiło. - Nie sądziłam, że wierzysz w takie cuda. Co powiesz na taką wróżbę, ogram cię dziś w pokera, nie zostaniesz nawet w samych skarpetkach, w jakieś przyszłości na pewno kiedyś umrzesz. - no i skończyła swoją wróżbę, bardzo legitną trzeba przyznać. Może Max powinna pomyśleć o przekwalifikowaniu się? Miała do tego predyspozycje.
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
john goodwynne



w Berrylane od powrotu pół roku temu

Książę ciastek

41
yo

192
cm

Król podrywu

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-07-11, 21:50   
  
Johnny B.

  
Goodwynne

  
If the skies turn into stone it will matter not at all, for there is no heaven in the sky, hell does not wait for our downfall

  

  

  

  

  

  


Faktycznie, swojego czasu nie brakowało mu pewności siebie. Do tej pory, gdy spoglądał na swoje nieco bardziej młodzieńcze lata, bez kozery stwierdzał, że był totalnie bezczelnym, skrajnie zadufanym w sobie gnojkiem. Może i momentami czarującym, ale nadal - totalnym gnojkiem. Nie żałował sobie, nie odpuszczał. nie bał się odrzucenia, a flirtowanie z atrakcyjnymi kobietami przychodziło mu samo z siebie, tak łatwo i zwyczajnie, jakby było nieodłączną częścią jego natury. Tylko że te czasy gówniarstwa miał już za sobą. Zdążył się wyszaleć, nawyrywać i przetestować swój rzekomy urok osobisty na wielu frontach. Nie czuł już potrzeby, żeby się w takich dziedzinach sprawdzać. Być może pozmieniały mu się priorytety. Być może życie podrywacza go znudziło po tym, jak ożenił się a potem rozwiódł. A może faktycznie gdzieś tam podświadomie zaczynał powoli przekonywać się, że jest już na pewne rzeczy zwyczajnie zbyt stary... Wiadomo, czterdzieści lat to jeszcze nie koniec świata. Wiele nadal było przed nim no i faktycznie, tak obiektywnie patrząc, wcale nie wyglądał na zdziadziałego zgreda, ale mimo wszystko - miał jakieś poczucie, że siwe włosy i zmarszczki to już nie to, czym mógł pochwalić się kiedyś. Jedyne, co mógł, to nadrabianie niesłabnącym urokiem osobistym, nie? Pod tym względem akurat nadal nie brakowało mu pewności siebie.
Poza tym zauważał, że zaczynał czuć się zdecydowanie zbyt swobodnie w towarzystwie Maxinne. Jakby nie było, jego nieśmieszny dowcip miał być tylko typowym tatowym sucharem i prawdopodobnie właśnie nim by był - gdyby nie jej odpowiedź. Zupełnie mimowolnie uśmiechnął się szerzej pod wpływem skojarzeń i idiotycznych myśli, jakie napłynęły do jego głowy. - No nie, są takie kwestie, przy których kobieca dłoń potrafi zdziałać cuda - odpowiedział, momentalnie podłapując ton jej wypowiedzi. Przestał się nawet przejmować tym, że być może nie powinien szarżować takimi podtekstami - bo akurat odnośnie tego, że to były podteksty, nie miał żadnych wątpliwości. Ale to ona sama zaczęła! Dlatego nie miał absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. - Niektóre na przykład dobrze gotują... - dodał, ewidentnie płynąc na fali tego swojego pierwszego, szowinistycznego żartu i nadal dobrze się z tym bawiąc. Zwłaszcza że tym razem postanowił jej wcale nie ostrzegać, bo - jak zdążył się zorientować - nie dawało to najlepszych rezultatów. Poza tym podobno zapewniła go, że nie jest na tym punkcie przewrażliwiona, także... No, nie hamował się jakoś bardzo. No i trochę idiotycznie kierował rozmowę na inne tory, zastanawiając się, co Max z tym zrobi...
- E tam, pierdo... No, gówno prawda - chciał się kulturalnie ocenzurować, ale średnio mu to wyszło - najpewniej przez alkohol. To właśnie na procenty zrzuciłby winę na swoje słownictwo, jasna sprawa. - I ten łut szczęścia i że kiedyś umrę. Proszę cię, jestem nieśmiertelny - przewrócił oczami. - Lepiej rozdawaj. Bo jeszcze pomyślę, że się boisz - skoro ona pozwalała sobie na jawne prowokacje i gierki, to on też nie zamierzał pozostawać jej dłużnym i dalej zgrywać typa, który wcale nie wierzy w to, że mógłby przegrać. Zresztą, nawet jeśli faktycznie miałaby pozbawić go ubrań... To czy faktycznie będzie przegranym? Ot, filozoficzna zagwozdka.
[Profil]
  MÓW MI: anko
MULTI: aidan, billie, charlie, memory, rhys, stevie, wyatt
 
maxinne flanagan



w Berrylane od zawsze, z przerwami

trzyma jaszczurki z dala od pierdla

32
yo

159
cm

a serce ma z kamienia

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-07-16, 01:11   
  
Maxinne

  
Flanagan

  
But there is this sadness... and I don't know where it comes from

  

  

  

  

  

  


Wszystko to oczywiście było przez Maxinne dobrze przemyślane. Wiedziała co robi, choć to głównie była jego zasługa. Też dobrze wiedział co powiedzieć w odpowiednim momencie, dzięki czemu i ona sama mogła wykazać się całkiem śmiałym podejściem. Jak się okazywało, trafił swój na swego, dzięki czemu cała ta sytuacja nie była jakąś nieudaną próbą urozmaicenia sobie wieczoru. Jego uśmiech tylko ją w tym utwierdził, na co i sama odwdzięczyła się tym samym. - Czyli czasem jednak jesteśmy potrzebne... no teraz już jestem spokojna. - jakby ktokolwiek i tak uwierzył, że życiową misją Max jest poczucie, że jakiś facet gdzieś jej potrzebuje w kuchni. Jakby się tam w ogóle nadawała. - Cholera, moje ręce chyba jednak nadają się do czegoś innego... - rzuciła taką myślą, na moment zerkając na sufit. - Bo na gotowaniu w ogóle się nie znam. - i tym sposobem zakończyła swoją wypowiedź. Choć nie, zwieńczeniem było to, że po wszystkim pozwoliła sobie podnieść szkło i napić się. Bardzo dobrze się bawiła. Zachowanie Johna również sugerowało, że czuł się całkiem dobrze.
Uniosła brew do góry. No przecież nie oceniłaby go za wulgaryzmy, skoro sama trochę się w nich lubowała. No, może czasem używała ich w nadmiarze, ale tylko w momencie wyjątkowego podburzenia. Wojowanie na sali sądowej zmusiło ją jednak do kojenia swoich nerwów. Raczej nie miałaby dobrej opinii, gdyby przeklinała w trakcie rozpraw. A jednak była dość szanowanym pracownikiem, wbrew pozorom. A raczej skutecznym, a przez to dość szanowanym. - Nieśmiertelny też możesz skończyć bez ciuchów. - wzruszyła ramieniem, no i w końcu rozpoczęła się ta gra. Ja w pokera grałam jakieś sto lat temu, na zapałki, więc ja już nie pamiętam o co tam chodziło. Przyspieszę więc akcję i zaznaczę, że oboje byli zajebiści. Zaciekłe były to walki, ale alkohol też dużo dawał. Na pewno rozgrzewał, gdy już ciuchów ubywało. Aktualnie byli na etapie, gdy Max była już bez spodni, ale za to w koszuli czy czym tam przyszła. No i stanik też miała na sobie i majtki. John też trzymał się nieźle, wciąż miał na sobie spodnie. Świecił za to gołą klatą i na pewno nie miał już na sobie skarpetek. Nosił zegarek? Nie wiem, ale jak tak to jeszcze mógł go mieć na ręce. No, walka była zaciekła! Nic nie było przesądzone, tylko problem był w tym, że robili się coraz bardziej pijani jednak. Max nawet wybuchnęła parę razy niepohamowanym śmiechem, co było na pewno dość niespotykane. - Johnny! Wiem czego nam tu brakuje! Muzyki! - wykrzyknęła w pewnym momencie, gdy teraz to on zajmował się kartami a ona polewała alkohol.
_________________
    - Darzę cię... najczystszą formą... nienawiści...
    - Nic nowego.
[Profil]
  MÓW MI: kotlet
MULTI: raine i reszta
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 6