menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Kamieniołom
Autor Wiadomość
cora braxton



w Berrylane od zawsze

chce tylko zarobić na studia, ok

19
yo

168
cm

nie nie nie nie nie nie nie

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2018-01-26, 12:36   
  
Cora

  
Braxton

  
You had all of my attention, but you lost it and you need it

  

  

  

  

  

  


Na wzmiankę o Australii sama się jakoś tak rozweseliła. Jej też się marzyła podróż do tego miejsca. Może dlatego, że było to tak daleko? Fajnie byłoby zostać kimś anonimowym po raz pierwszy, bo tutaj każdy cię znał. Każdy wyrabiał sobie na twój temat opinię, która mogła nie mieć nic wspólnego z prawdą. Ocenianie przez pryzmat rodziców, ich wyborów. Cora coś o tym wiedziała. Starała się jednak tym tak konkretnie nie przejmować, odciągać od siebie te najgorsze myśli. A Hunter był całkiem niezły w skupianiu uwagi Cory na sobie. Tak jak teraz. - Boisz się Caleba? - zachichotała, bo dla niej jej brat był zupełnie niegroźny. Wiedziała o gangu i o tym, że sporo osób obawia się jego i jego przyjaciół. Ale Hunter, taki wielkolud? Dźgnęła go gdzieś paluchem między żebra, skradła jeszcze jeden pocałunek tak przelotnie. - Przed siebie. - wymamrotała mu do ucha, bo w tej chwili cel ich podróży nie miał dużego znaczenia. Po prostu chciałaby na parę chwil odpocząć od Berrylane.
Posiedzieli sobie jeszcze trochę na tym kamieniu, obserwowali widoczek. W międzyczasie upizgana Cora wywróżyła mu z dłoni przyszłość, która pewnie nic wspólnego z prawdziwością nie miała, ale Braxton miała przy tym wielką frajdę. Potem chcąc napełnić swoje gastrofazowe brzuszki zdecydowali się pójść na te pączusie, a potem pewnie jeszcze na burgera z frytkami. Mniam!
/zt
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
James Widmore



w Berrylane od jakiegoś czasu

bawi się w bodyguarda i sprząta miejsca zbrodni

37
yo

193
cm

nie ma czasu na miłosne głupotki

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-28, 20:53   
  
James

  
Widmore

  
`

  

  

  

  

  

  


Trzeba przyznać, że Berrylane niekoniecznie było dobrym miejscem na odbycie dobrej randki - wszędzie znajomi, wszędzie ciekawskie spojrzenia i przede wszystkim, wszędzie ta sama nuda. Z racji tego, że James większość czasu spędzał na terenach jaszczurek, chciał zabrać Matty gdzieś z dala od tego miejsca. Nie tylko dlatego, że wiedział o jej obiekcjach, ale sam także miał po prostu ochotę na wyrwanie się ze znanego sobie podwórka. Początkowo w planach miał podróż gdzieś poza miasteczko, ale skoro była to ich pierwsza randka, chyba lepiej było zachować jakieś tam pozory. Tak właściwie nie taka pierwsza, bo kilka już za sobą mieli, ale przecież ta roczna przerwa była dość kluczowa we wszystkim. Oboje się zmienili i pewnie na inne sprawy spoglądali inaczej, i kto wie, może już jednak nie poczują tej chemii, co wtedy? Żałośnie czuł się z tym, że to ich spotkanie go nieco stresuje, ale naturalnie starał się z tym walczyć. Widmore stresujący się randką? Jasne, pewnie, dobry dowcip!
Kilka godzin przed umówioną porą wysłał jej wiadomość, by założyła wygodne ciuchy i gdy już na zegarze wybiła osiemnasta, stawił się punktualnie pod jej mieszkaniem. Raczej nie spodziewała się, że zabierze ją do jakiejś fancy knajpy i kupi jej kwiatki na powitanie, prawda? Zamiast nich dał jej butelkę wody i wskazał kierunek ich spaceru. Czekała ich dość długa wędrówka, ale za to w dość fajne i ładne miejsce, więc miał nadzieję, że to doceni, ok. W plecaku pewnie i tak schowane miał wino i coś dobrego do jedzenia, bo przecież piknik to zawsze super pomysł na randkę. No i dzięki temu nie musieli się obawiać, że ktoś ich na mieście zobaczy i plotkować będzie o ich relacji, kiedy sami przecież nie wiedzieli jeszcze na czym stoją.
- Dobra, mam super pytanie - powiedział nagle, gdzieś pomiędzy pogawędką o serialach. - Myślisz, że Steve naprawdę był seryjnym mordercą? - zapytał, ciekaw jej odpowiedzi. No jasne, niezbyt to był romantyczny temat, ale przecież ich randki zawsze opierały się na podobnych pogawędkach. A skoro ona przez Huntsmana zmuszona była wyjechać, to interesowało go to, czy kupuje tę bajeczkę o nim, czy jednak nie.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter | Elio | Fred | Holden | Penny | Theo
 
Matty Ellington



w Berrylane od urodzenia

już nie biega po mieście z bronią

29
yo

168
cm

już nikogo nie ma

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-04-28, 23:59   
  
Mattie

  
Ellington

  
'

  

  

  

  

  

  


Dla niej także to spotkanie było stresujące, tyle tylko, że z zupełnie innych powodów. Odnowienie znajomości z Jamesem było dla niej testem, mającym stwierdzić, czy potrafi brnąć w to kłamstwo dla dobra misji, czy nie. Kiedy była sama, ciągnięcie tego wydawało jej się nadzwyczaj proste, jednak kiedy się z nim spotykała, kiedy tak dobrze się czuła z nim rozmawiając, cały plan trafiał szlag. Podczas ich ostatniej pogawędki musiała kilka razy ugryźć się w język, żeby nie wyznać mu prawdy i nie wiedziała, ile jeszcze wytrzyma. Jeśli więc jakimś cudem się nie wygada, będzie to dla niej sporym sukcesem.
Widmore był ostatnim facetem, po którym spodziewała się jakiegokolwiek przejawu romantyzmu. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli chciała wybrać się do drogiej restauracji i otrzymać ogromny bukiet róż, to trafiła pod zły adres. Poza tym, takie gesty nie miały dla niej znaczenia; ktoś mógł zabrać ją nawet na kolację do Włoch swoim prywatnym samolotem, ale koniec końców liczyło się przecież to, jaką ktoś jest osobą, a nie ile ma pieniędzy. Musiała wybierać sobie sensownych partnerów, bo młodsza się przecież nie stawała, więc nie mogła tak szaleć, hehs. W każdym razie, treść otrzymanej od niego wiadomości wcale jej nie zdziwiła. Podejrzewała coś w rodzaju pikniku, tak więc i to nie było dla niej niespodzianką. Miała tylko nadzieję, że James nie robi tego tylko dlatego, że wstydzi się z nią pokazywać na mieście...
Miała wrażenie, że wszystkie jego pytania są jakiegoś rodzaju testem, chęcią sprawdzenia, czy może jej ufać, czy aby na pewno skończyła z policją. Możliwe, że ona także była za bardzo podejrzliwa, ale to chyba i tak lepiej, niż być naiwnym i nie dostrzegać, co się dookoła ciebie dzieje, prawda. - Myślę, że to bardzo wygodne, zrzucić całą winę na martwą osobę - przyznała, nie czując wcale potrzeby bronienia policji. Już z nią nie współpracowała, nie musiała stać za nią murem. - Ale mimo wszystko, zabójstwa wraz z jego śmiercią ustały - stwierdziła po chwili, bo było to dość ważne. Krążyła w niej jednak obawa, że wkrótce się to zmieni.
_________________
[Profil]
 
 
James Widmore



w Berrylane od jakiegoś czasu

bawi się w bodyguarda i sprząta miejsca zbrodni

37
yo

193
cm

nie ma czasu na miłosne głupotki

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-29, 11:58   
  
James

  
Widmore

  
`

  

  

  

  

  

  


Kwestia życia w kłamstwie być może i dla niego byłaby ciężka, gdyby nie to, że już po prostu do tego przywykł. Poza tym, wyznanie komuś, że się zabijało na zlecenie nie jest raczej czymś pozytywnym, więc tym bardziej wolał zachować to dla siebie. Bo i czym miałby się w tej sprawie pochwalić? Ona miała gorzej, bo poniekąd robiła nadal coś dobrego i spokojnie mogłaby o tym z dumą opowiadać. Raczej by ją pochwalił, pewnie nawet zrobiłoby to na nim wrażenie (bo czemu nie), ale na pewno zerwałby tę znajomość. I nie musiałby pewnie nawet tłumaczyć dlaczego.
Bynajmniej nie chodziło o wstyd! Nawet ucieszyłby się, że pokazuje się wśród ludzi właśnie z nią, bo jednak to znaczyło bardzo wiele. Tyle, że właśnie o to chodziło, o te nadchodzące plotki i spekulacje, które zamęczyłyby oboje. Mu mówiono by, że to jakiś cud, że porządna dziewczyna zwróciła na niego uwagę. Ktoś pewnie dorzuciłby, że nie ma jej marnować życia, bo przecież Ellingtoni to taka dobra i szanująca się rodzina. Jej natomiast od razu wytykanoby, że oszalała, że popełnia błąd i w finale będzie tego żałować. Na co im to więc wszystko by było? Nawet jeśli sam jakoś by to zniósł, bo przecież nie byłaby to nowość, chciał jej oszczędzić tych wszystkich przykrości.
- Niby tak, ale w oficjalnym raporcie świadkowie przyznali, że Steve się do wszystkiego przyznał - powiedział, bo może Matty nawet o tym nie wiedziała? Od tamtego dnia minęło sporo czasu i po Berry obecnie krążyło sporo plotek na temat tego, co tak właściwie się stało. - Z drugiej strony facet miał naprawdę nie po kolei w głowie i tym bardziej wiara w to, że mówił prawdę jest taka... dziecinna - stwierdził, przystając. Dotarli już do całkiem przyjemnego miejsca, więc nie było sensu wspinać się dalej. Tym bardziej, że mieli nieco ograniczony czas przez to, że już wkrótce zacznie zachodzić słońce. - Ustały, nie ustały, kto wie? Ludzie dostają zabawne wiadomości, a policja jak zwykle wzrusza ramionami - westchnął, wyjmując ze swojego plecaka niewielki koc. Niekoniecznie wierzył w to, że Huntsman nadal grasuje (właściwie to nigdy nie wierzył w cały ten obraz jednego mściciela), ale jednak w Berry wciąż się coś działo niedobrego. Ludzie pewnie obwiniali za to gang, a oni jednak ważniejsze sprawy mieli na głowie.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter | Elio | Fred | Holden | Penny | Theo
 
Matty Ellington



w Berrylane od urodzenia

już nie biega po mieście z bronią

29
yo

168
cm

już nikogo nie ma

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-04-29, 22:22   
  
Mattie

  
Ellington

  
'

  

  

  

  

  

  


Wątpiła, że ta wiadomość by go ucieszyła i że byłby z niej dumny. Chyba że lubił, kiedy ktoś go wykorzystywał i oszukiwał, w sumie są i takie osoby na świecie. Miała przecież być blisko gangu, a najłatwiej było jej to osiągnąć właśnie przez znajomość z Jamesem. Oczywiście nie spotykała się z nim tylko i wyłącznie z tego powodu, nikt też jasno nie nakazał jej, by to właśnie Widmore stał się głównym celem tej misji, ale wiedziała dokładnie, że bez niego wszystko potrwałoby pięć razy dłużej. Naprawdę jej na nim zależało, ale toczyły się tu sprawy poważniejsze, ważniejsze od niego, od niej i od ich relacji.
Matty akurat ani trochę nie obchodziło, jakie opinie krążyły o niej po mieście. Plotek niestety się nie uniknie, nawet w tym miejscu mogli na kogoś wpaść. I właściwie, dla niej może byłoby i lepiej, gdyby była publicznie widywana z Widmorem? Przynajmniej odsunęłoby to od niej podążenia o powiązaniu z policją (albo wręcz przeciwnie, i kazano by Jamesowi zerwać z nią znajomość albo ją zabić, hehs, bo nikt nie lubi kretów).
Wiedziała o tej sprawie wiele, prawdopodobnie nawet więcej od Jamesa, ale nie mogła się tym tak afiszować. - Roscoe też się przyznał - przypomniała tylko, już nic więcej nie dodając w tym temacie, bo liczyła, że Widmore zrozumie, o co jej chodzi. Tym bardziej, że dotarli już w odpowiednie miejsce i mogli porozmawiać o czymś ciekawszym. Jego ostatnie zdanie jednak zmusiło ją do kontynuowania sprawy Huntsmana, bo miała przecież wykazać się wyśmienitą grą aktorską, prawda? - Jakie wiadomości? - zapytała, z wyraźnym zdziwieniem, bo skoro nie była już w policji, skoro przez rok jej w Berrylane nie było, to skąd miała o tym wiedzieć?
_________________
[Profil]
 
 
James Widmore



w Berrylane od jakiegoś czasu

bawi się w bodyguarda i sprząta miejsca zbrodni

37
yo

193
cm

nie ma czasu na miłosne głupotki

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-30, 11:18   
  
James

  
Widmore

  
`

  

  

  

  

  

  


James nie był tak małostkowy, by w sprawie tej widzieć jedynie minusy. Szanował zawsze osoby cechujące się determinacją i odwagą, a czy nie o to właśnie chodziło w tej sekretnej misji Matty? Mogła odmówić, mogła zająć się czymś innym, a i tak postanowiła zaryzykować. Jego duma by ucierpiała i pewnie planowałby jakąś zemstę na niej, ale z uśmiechem na ustach. Bo okazałaby się dużo silniejszą osobą, sprytniejszą i tak, chyba można by powiedzieć, że zyskałby wówczas godnego przeciwnika. Koniec końców Jay i tak wiedział, że Matty nie byłaby w stanie mu jakoś poważnie zaszkodzić. Mogła się w tej kwestii oszukiwać, mogła twierdzić, że to nieprawda, ale tej jednej rzeczy Widmore był pewien.
- Taka dola lidera - wzruszył ramionami, faktycznie już o tym zapominając. - To tylko utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że na Roscoe można polegać. Zrobiłby wszystko, żeby chronić gang i chociaż z boku mogło wyglądać to inaczej, na tamten moment naprawdę było to najlepszym wyjściem - przyznał, zdradzając jej być może nieco więcej, niż powinien. Chociaż tak właściwie nic takiego nie powiedział, nie? Ludzie snuli swoje domysły i bez jego potwierdzenia mogli wyłapać z tej opowieści sporo prawdy. Wystarczyło tylko ruszyć swój mózg i postawić na logiczne myślenie. Szczęśliwie lub nie, wielu mieszkańców Berry było na to jednak zbyt leniwych. Na kolejne jej pytanie znowu wzruszył ramionami.
- Jakieś groźby, dokładnie nie wiem. Sam niczego nie dostałem, przez co myślałem, że może to jednak jakieś wygłupy gówniarzy z gangu, ale oni też coś dostali - wyjawił, choć znów - nie powiedział niczego, co wykraczałoby poza znane wszystkim fakty. Prawie wspomniał o Astrid, ale w porę ugryzł się w język. Po pierwsze nie chciał w to Matty angażować, a po drugie spodziewał się, że Reinhart nie spodobałoby się, że rozmawia o jej sprawie z eks policjantką. Gdy rozłożył już koc i wyjął jakieś przysmaki, rozsiadł się wygodnie i przez chwilę milczał, ciesząc się wszechobecną ciszą. - To co u ciebie, jak ci minął dzień? - zapytał po chwili, posyłając jej lekki uśmiech. Trochę wątpił, że w życiu instruktorki jogi dziać się mogło cokolwiek ciekawego, ale hehe, kto wie, może go zaskoczy.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter | Elio | Fred | Holden | Penny | Theo
 
Matty Ellington



w Berrylane od urodzenia

już nie biega po mieście z bronią

29
yo

168
cm

już nikogo nie ma

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-04-30, 20:56   
  
Mattie

  
Ellington

  
'

  

  

  

  

  

  


Pewnie bardzo ją by to ucieszyło, że zabiłby ją, jednocześnie będąc z niej dumny, no nie miała się już czego obawiać! I ona także czasem wątpiła w to, że ośmieli się wydać Jamesa policji czy FBI, jeśli coś na niego przypadkiem znajdzie. Ale te myśli nie nachodziły jej zbyt często, bo była zdeterminowana, by tym razem nie dać ciała i pokazać wszystkim, jak doskonale się w tej pracy odnajduje, że została dla niej stworzona. Jak widać, nie chodziło tu tylko i wyłącznie o ratowanie istnień ludzkich, a przede wszystkim o egoistyczne pobudki, o czym również myśleć za bardzo nie chciała. Wolała wmawiać sobie i innym, że w tym wszystkim tylko bezpieczeństwo innych się dla niej liczy.
- Nie o to mi chodzi. Skoro lider gangu był gotowy na spędzenie reszty życia w więzieniu, tylko po to, by chronić pozostałych członków, to... Jak myślisz, jest jedynym człowiekiem w Berrylane, który skłonny był zrobić wszystko, by kogoś chronić? To znaczy, chodzi mi o to, że może nie on jedyny kłamał w tej sprawie z jakiegoś powodu - zaplątała się trochę w tym, co chciała powiedzieć, a raczej w tym, co mogła powiedzieć. Niepotrzebnie wciągała Jamesa w te swoje teorie spiskowe, mogła pozwolić mu wierzyć, że faktycznie Steve był Hunstmanem, nawet jeśli wydawało się to mało prawdopodobne.
Przemilczała sprawę gróźb, bo i tak nie mogłaby w żaden sposób tym osobom pomóc. A przynajmniej jeszcze nie teraz. Usiadła więc wygodnie na kocu, który Widmore wcześniej rozłożył, zaraz potem kładąc się na ziemi tak, by móc obserwować niebo. Mogłaby na tej czynności spędzać każdy dzień. - Hm, pomyślmy... Jakaś starsza pani oskarżyła mnie o próbę morderstwa, bo kazałam jej zrobić pozycję rajskiego ptaka, a kiedy wracałam do domu, to o mało co nie zwymiotował na mnie bezdomny. Jak widzisz, bardzo interesujący dzień - stwierdziła i uśmiechnęła się do tego lekko, bo i tak, mimo tych wszystkich absurdów, najważniejsze było dla niej to, że byli tu teraz razem, z dala od ludzi i że mogła w końcu odpocząć. - A jak idą twoje krwawe interesy? - zapytała po chwili, mając na myśli sprzątanie miejsc zbrodni, ale oczywiście mógł jej tez opowiedzieć o tym, jak pozbywał się ludzi, no czemu nie...
_________________
[Profil]
 
 
James Widmore



w Berrylane od jakiegoś czasu

bawi się w bodyguarda i sprząta miejsca zbrodni

37
yo

193
cm

nie ma czasu na miłosne głupotki

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-05-01, 20:51   
  
James

  
Widmore

  
`

  

  

  

  

  

  


Nie przesadzajmy, nie był z niego aż taki brutal, żeby od razu ją zabijać. Gdyby była facetem to pewnie nie miałby oporów, ale kobiety to on jednak szanował. I co zabawne, uważał się przez to za dżentelmena, ale takie feministki by mu zaraz wytknęły, że halo, ma je traktować na równi z facetami!!! Ciężko było nadążyć za współczesnymi kobietami, ech, kiedyś to jednak były lepsze czasy. A tak już bardziej na poważnie, odkładając żarciki na bok, naprawdę by docenił jej zaangażowanie. I nie było w tym obłudy, a jedynie wskazanie, że nawet jakby wybuchła między nimi wojna, wciąż byłaby dla niego ważna.
- No tak, jasne, ale Steve... nie miał nikogo, no nie? I to już pewne, że zamordował kiedyś swoich przyjaciół, więc ciężko uwierzyć w to, że nagle poświęciłby się dla dobra ogółu. Lub jakiegokolwiek innego dobra, no nie wiem. Może po prostu chciał umrzeć w wielkim stylu - wzruszył ramionami, nieco już rozbawiony, bo Szalony Steve i czynienie dobra to były dwie sprzeczne ze sobą rzeczy. To znaczy jasne, rozmawiał z nim kiedyś często i personalnie nic do gościa nie miał, ale jakaś opinia na jego temat zdążyła się już w jego myślach ułożyć. Nie pozwalał sobie jednak na publiczny lincz względem niego, bo wiedział, że Edek byłby z tego powodu smutny. A on Edka lubił, Edek był spoko.
- Musisz mi koniecznie pokazać jak wygląda pozycja rajskiego ptaka - tak, owszem, to było wyzwanie. Na tu i na teraz, a nie kiedyś, w przyszłości. Poza nim nikogo tu nie było, więc nie powinna się wstydzić i tak dalej! Sam również wyciągnął się wygodniej na tym kocu, zaplatając przy tym ręce pod głową, by uzyskać prowizoryczną poduszkę. Było całkiem miło, prawda? - Nie, żebym narzekał na brak Huntsmana, ale ostatnio posiłkujemy się tylko wypadkami samochodowymi i samobójstwami. No i sprzątaniem po staruszkach, ale to najmniej interesująca i przyjemna opcja - westchnął, bo ostatnio faktycznie w tym biznesie nastąpił martwy ciąg. Hehe. - Gdyby nie gang i kilka dorywczych prac, kompletnie bym się zanudził - dodawał ziewając, mając na myśli oczywiście całą tę sprawę Astrid na przykład.

A potem Matty rzuciła się w przepaść i znowu go zostawiła :smutek:

/ zt
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Colter | Elio | Fred | Holden | Penny | Theo
 
Irsa Reed



w Berrylane od urodzenia

Grabarz

29
yo

175
cm

Rudy Kot

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-06-05, 17:31   
  
Irsa

  
Reed

  
Zmarli zawsze będą z nami

  

  

  

  

  

  


Stanę na krańcu świata... Nauczę się latać. Przemknęło jej przez głowę w chwili gdy po raz kolejny stawała nad krawędzią urwiska. W dole znajdowała się woda. Na pozór spokojna. Nijak nie zmącona przez ludzi pragnących ochłody oraz zabawy. Była przecież tutaj sama. Przynajmniej jeszcze przez parę godzin. Wiedźma przychodziła tutaj bowiem w godzinach wczesnoporonnych bądź późnonocnych. Dziś wybrała prawie środek nocy. Która, to mogła być? coś między drugą, a czwartą. Oj tak. Kochała chwile gdy cały świat zasypiał, a ona zaczynała żyć. Gdy nie pracowała nad swoim drugim etatem, to oddawała sie swej pasji zrodzonej z lęku. Bała się snu. Od zawsze. Dlatego właśnie odżywała gdy wszyscy już zasypiali. Dlatego poznawała dziwne miejsca oraz odkrywała ich urok na nowo o godzinach w jakich najczęściej pojawia się największa magia świata. Mrok rozpraszały gwiazdy, a nieśmiały księżyc odbijał się w tafli wody. Ciszę przerywały odgłosy jakiś zwierząt jakich nawet nie pragnęła nazywać. Była bowiem pochłonięta chwilą. Była przecież wolna. Delektowała się delikatnym wiatrem jaki muskał jej twarz oraz zapachem wdzierającym się do nozdrzy. Kochała ten stan w jakim czuła się naprawdę wolna. Jednak czy oby na pewno była wolna? Życie oraz zobowiązania zawsze czaiły się gdzieś na końcu głowy. Najgorszy jednak był strach... On zasiewał ziarno w jej sercu. Strach przed tym iż kiedyś wreszcie będzie musiała zamknąć swe powieki i stanie się tym z czym pracuje. Przecież wiedziała jak działało ludzkie ciało. Zdawała sobie sprawę z faktu iż stan snu jest najbliższy śmierci. Nagły dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa gdy wbijała swoje spojrzenie w migoczące gwiazdy.
Irsa zapewne wyglądała w tej chwili czym zjawa. Stała bez ruchu, a jej spojrzenie skrywało cos więcej niż wiedzę. Ci bardziej zabobonni zapewne nazwaliby ją wampirem czy inną zjawą lecz czym tak na dobrą sprawę była? Zagubioną kobietą pośród nocy oraz dnia.
[Profil]
 
 
Harper Campbell



w Berrylane od roku

mechanik

30
yo

180
cm

bad person don't have feelings

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-06-05, 21:14   
  
Harper

  
Campbell

  
lost soul

  

  

  

  

  

  


Normalnie Harper o takich porach spała. Przynajmniej teraz gdy mieszkała w Berry, bo jej życie w Seattle bardzo się różniło od tego co jest teraz. W takich godzinach najczęściej była w trakcie rozkładania kradzionego auta na części pierwsze w dziupli. Szczerze? Brakowało jej tego i czasem bywało tak, że jej nocne nawyki brały górę, więc siedziała po nocach. Najczęściej czytała albo robiła coś mało konstruktywnego.
Dzisiaj jednak nosiło ją i nie mogła siedzieć na tyłku zbyt długo. Kamieniołom był miejscem gdzie już za dzieciaka lubiła przychodzić. Ciągnęło ją tutaj i to, że babcia wiecznie jej tego zabraniała sprawiało, że i tak przychodziła. To było jej miejsce.
Z początku musiała przystanąć, bo widząc kogoś przed sobą lekko się przestraszyła. Cóż nie spodziewała się po prostu, że w takich godzinach nikogo raczej nie będzie. Gdyby to nie była Irsa to byłaby bardzo ostrożna. Harper potrafiła się bronić. Od lat trenowała i wciąż trenuje boks, więc nigdy nie bała się o swoje życie.
-Gdybym się nie zorientowała w porę to pewnie leciałabyś już w dół - rzuciła stając obok Irsy. Żartowała oczywiście. Nie była tak bardzo agresywną osobą. To była część na pokaz. Pokazanie światu jak bardzo badass z niej jest. Tylko niektórzy wiedzieli jak ciepłą kluchą czasem bywała.
[Profil]
 
 
Irsa Reed



w Berrylane od urodzenia

Grabarz

29
yo

175
cm

Rudy Kot

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-06-06, 19:00   
  
Irsa

  
Reed

  
Zmarli zawsze będą z nami

  

  

  

  

  

  


-Czyli mam wybór- Stwierdziła a na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech jaki nie zapowiadał zapewne nic dobrego. -A raczej Ty masz wybór.- Dodała zerkając w stronę kobiety jaka mimo nocy odnalazła ją właśnie tutaj. Jednak skąd wiedziała, że właśnie tutaj będzie? Zresztą nieważne. -Nauczę się latać, a Ty... wiem, że zrobisz dokładnie to samo...- Czarownica zdawała się zbyt pewna siebie. Jednak dobrze wiedziała, że jej towarzyszka nie była jak każda inna. Miała jaja pomimo ich braku, a jednocześnie była taka dziwna. Z jednej strony kreująca się na najbardziej, z twardych. Z drugiej zaś była kimś kto zaczynał fascynować ją. Harper bowiem jako jedyna nie odpowiadała na jej spojrzenie tak jak inni. Dlatego właśnie Irsa była pewna co tamta zrobi. Dlatego też zamknęła powieki i z gracją gazeli odbiła się z miejsca co zaowocowało krótkim lotem ku dołowi.
Jedna chwila. Właśnie w czasie jej trwania czuła się prawdziwie wolna. Wiatr muskał jej ciało, a ona sama czuła jak serce przyspiesza pracę. Adrenalina dopływała do mózgu, lecz ona odbierała, to zupełnie inaczej. Nie przepełniała ją euforia, lecz myśl o tym, iż wystarczy jeden błąd i byłaby martwa. Jeden nieostrożny skok. Jednak mimo wszystko Irsa skakała z tego klifu jeszcze jako dziecko dzięki czemu była pewna że przeżyje no chyba że się pomyli, ale wtedy to nie będzie jej problem.
Plusk.
Zimno przeszyło jej ciało. Chwila zanurzenia zdawała się być dla niej tym czego pragnęła. Doznawała przecież oczyszczenia nie przejmując się przy tym niczym. Wielu zapewne przejmowałoby się zmoczonym ubraniem czy paroma siniakami. Ona nawet nie przejęła się w chwili, gdy po chwili euforii nastała chwila, w jakiej odczuła ból. Najwyraźniej o coś musiała jednak zahaczyć. Tępe pulsowanie dawało znaki, lecz dopiero krew zabarwiająca wodę wkoło utwierdził ją w przekonaniu, że chyba jednak źle wycelowała. Irsa odruchowo wzruszyła ramionami, a w głowie pojawiło się podsumowanie w postaci słowa trudno. Owszem później musi się tym zając, lecz teraz była ciekawa co zrobi jej gość. Zaryzykuje? Skoczy za nią badź dla własnej zachcianki, a może odwrócić się i odejdzie? Nie, nie wiedziała co tamta zrobi pomimo iż od jakiegoś czasu uważnie ją obserwowała, a dokładniej rzecz ujmując od chwili jakiej ją zna i może przebywać w jej towarzystwie. Czyżby przywykła do jej obecności?
[Profil]
 
 
Harper Campbell



w Berrylane od roku

mechanik

30
yo

180
cm

bad person don't have feelings

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-06-06, 21:31   
  
Harper

  
Campbell

  
lost soul

  

  

  

  

  

  


Każdy miał jakiś wybór, ale Harper nie zdążyła nawet wypowiedzieć się na ten temat gdy Irsa zniknęła. Wystarczyło jedno mrugnięcie i już Reed nie było. Gdyby ktoś przyglądał się tej scence z daleka to pewnie pomyślałby sobie, że Campbell rozmawiała z jakąś zjawą albo innym duchem, który postanowił się rozpłynąć w powietrzu.
Było jednak inaczej. Ciemnowłosa nie myślała za wiele. Nie zastanawiała się czy zrobi sobie krzywdę czy będzie kompletnie mokra a później wyląduje z rozkładającą na czynniki pierwsze grypą albo innym zapaleniem. Odbijając się od krawędzi jedyną myślą było to, że ją kompletnie popierdoliło. Mogła olać, poczekać aż tamta wyjdzie. Nie Harper musiała być zasranym bohaterem i sama również skoczyła coby być pewnym, że Irsa ma się dobrze.
Ona miała więcej szczęścia niż rozumu. Zawsze miała obawy przed skakaniem z jakichkolwiek klifów. To ryzyko, że źle się wymierzyło i można skończyć w wodzie z rozwaloną głową. Zdecydowanie bardziej wolała poczuć adrenalinę dzięki kradzieżom. Mogła zostać złapana, ale przynajmniej będzie przy życiu a tutaj to nie wszystko było takie pewne.
-Kurwa - to było pierwsze słowo wypowiedziane przez Campbell gdy już wynurzyła się z wody. Szok termiczny nie był wielki, ale samo to że skakała do wody praktycznie w środku nocy było tak nienormalne, że aż musiała sobie przeklnąć. -Widzę, że daleko nie pofrunęłaś -prychnęła podpływając bliżej Reed. Tak, ta kobieta była nienormalna, ale to było coś co przyciągało właśnie Harper. Nie lubiła normalności i sama w niej starała się nie żyć. -Wszystko okej? - spytała z nutką niepokoju w głosie. Praktycznie ledwo wyczuwalną, ale to tam było, bo Harper dbała o tych z którymi się trzymała.
[Profil]
 
 
Irsa Reed



w Berrylane od urodzenia

Grabarz

29
yo

175
cm

Rudy Kot

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-06-10, 15:24   
  
Irsa

  
Reed

  
Zmarli zawsze będą z nami

  

  

  

  

  

  


Unosiła się na wodzie niczym zwłoki przyglądając sie kolejnemu szybkiemu, a zarazem spektakularnemu skokowi jaki miał miejsce. Był on piękny, a zarazem niebezpieczny. Był porywający niczym dziki orszak poruszający sie po nieboskłonie wraz z gwiazdami. Jednak i owy skok musiał się zakończyć. Kurwa. Pierwsze słowo jakie doszło do jej uszu wywołał u niej uśmiech jaki zagościł na ustach. No tak Irsa zapominała iż inni ludzie są bardziej delikatni. Ona była jedynie cieniem własnej siebie więc nie zależało jej na niczym jednak inni byli ludźmi. Żywi, pragnący żyć oraz odczuwać. Byli zgoła odmienni od niej. Jednak czy oby na pewno? Przez jej głowę przeszła szybka myśl czy na pewno wszystko poszło tak jak powinno dlatego też zerknęła w jej stronę ignorując własny ból.
-Przez chwilę byłam dalej niż mogło by się zdawać...- odparła bez większego przekonania. Przecież Harper jej nie zrozumie. Nikt nie rozumiał jej fascynacji śmiercią oraz planami dotyczącymi dołączenia do tańca. Zresztą nikt nigdy z nią nie rozmawiał na ten temat. Po prostu żyła. Była sobą, a zarazem całe życie była gdzieś poza światem jaki ją otaczał. Jednak teraz coś się zmieniło. Czyjaś obecność wyrwała ją z zamyślenia.
-W coś uderzyłam- podsumowała swój stan. Nie, nie wiedziała tak naprawdę jak to wygląda oraz czy będzie z tego jakaś blizna czy inne problemy. Jakoś się wyliże jak zawsze. Najwyżej dojdzie do domu i na nowo zacznie zszywać swoje ciało jak robiła, to już niejednokrotnie bo przecież kto nakazałby jej pójść do lekarza? Tak naprawdę chyba w tej mieścinie nikt nie miał jej karty choroby. Przecież całe życie dbała sama o siebie. Zawsze tak było i chyba pozostanie.
-To jak jeszcze raz?- Spytała, z szelmowskim uśmiechem jaki zagościł na jej ustach. Tak w tej chwili była chyba nawet szczęśliwa. Przynajmniej przez chwilę. Miała przecież wszystko czego mogła pragnąć. Noc, klif, ruletkę oraz osobę jaka mimo wszystko potrafiła podjąć decyzje szybciej niż reszta świata. -Chyba, że chcesz...- nie. Nie powie jej by ją opierniczyła czy co tam tylko chce. Zresztą nieważne co tamta chciała by zrobić, to ona i tak raz jeszcze skoczy, a potem zapewne zobaczy co przyniesie noc. Ona bowiem kiedyś się skończy, a to będzie najbardziej smutna chwila w całym jej życiu.
[Profil]
 
 
Harper Campbell



w Berrylane od roku

mechanik

30
yo

180
cm

bad person don't have feelings

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-06-12, 07:14   
  
Harper

  
Campbell

  
lost soul

  

  

  

  

  

  


Skok i lądowanie w wodzie nie było w planach Harper. Ba, raczej kompletnie by o ty mnie pomyślała gdyby nie Irsa. Ta odrobinę dziwna kobieta sprawiała, że czasem Campbell robiło coś czego normalnie nie zrobiłaby. Jak teraz. Nawet przez myśl jej nie przeszło by tego nie zrobić. Po prostu się odbiła i dopiero jak już wylądowała w zimnej wodzie doszła do wniosku, że to nie był chyba najlepszy pomysł. No, ale cóż już było odrobinę za późno.
Podpłynęła jeszcze bliżej czując, że ubranie jeansów nie było mądrym posunięciem. Zrobiły się odrobinę ciężkie. Nie ciągnęły jej na dno broń cię panie boże.
-Będzie potrzebne zszywanie czy obejdzie się bez podróży do szpitala? - niech sobie Irsa mówi co chce, ale jak rana była na tyle głęboka to nie było bata by jej Harper nie zabrała gdzieś gdzie ją pozszywają. O siebie mogła nie dbać tak jak powinna, ale za to dbała o wszystkich, którzy byli jej w miarę bliscy.
-Jeszcze raz? - uniosła brew i spojrzała w górę by zobaczyć miejsce z którego skoczyła. Czy jej aż tak życie było nie miłe? I tak szczęśliwie Harper sobie nic nie zrobiła. -Pani przodem - nie chciała wyjść na tą co się cyka przed kolejnym razem. Ona kradła auta i zwiewała przed policją a bałaby się skoczyć? Nie, nie ma szans by chociaż Irsie przez myśl przeszło, że Harper obleciał strach. Niestety udawanie wielkiej twardej babki czasem nie popłacało, ale cóż, Harpia nie zamierzała tego teraz zmieniać. Jak Reed miała skoczyć jeszcze raz to ona też.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 6