menu


Poprzedni temat «» Następny temat
I felt the knife in my hand and she laughed no more
Autor Wiadomość
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2019-05-19, 23:42   I felt the knife in my hand and she laughed no more
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


46

Uznanie, że Colter Faraday szanuje szczęśliwe chwile swojego życia, byłoby niemałym absurdem. Rzekomo wyglądało to dobrze: miał pracę, miał względnie odpowiednie zarobki, miał Audrey i miał dom (czy raczej ruinę). Miał też poważne plany na przyszłość i dobry kontakt z tymi osobami, które uznawał za inspirujące. Uśmiechał się więc często, opowiadał o tym wszystkim z odpowiednią dozą dumy i tak dalej, ale gdzieś tam skrycie jednak był nieszczęśliwy. Dochodził do wniosku, że prawdopodobnie nigdy nic i nikt go nie zadowoli odpowiednio. Nie chciał wychodzić na marudę, dlatego nie wygłaszał swoich obaw na głos, ale był niezwykle zaniepokojony podjętymi w przypływie chwili decyzjami. Niekoniecznie łączyło się to z zaręczynami, bo kochał Baby, ale coś się od tamtej chwili zmieniło. Miał wrażenie, że to ona — dostrzegał w niej coraz więcej fałszu, jakiejś niezdrowej zazdrości i zaborczości. Potem jednak dochodził do wniosku, że głupio tak na nią winę zwalać i próbował w sobie odnaleźć wszelkie cechy wadliwe. Męczył się jednak strasznie każdą próbą dogodzenia jej, bo oznaczało to nie tylko bycie na każde jej wezwanie (a jakoś wyjątkowo kiepsko z wieloma sprawami sobie radziła), lecz także przymusowe zerwanie kontaktów z Astrid. Nigdy jednak nie dyktował jej, z kim ma się spotykać, a z kim nie, więc nie uważał, że do podobnych żądań sam również musi się stosować. Przez to jednak kłócili się wyjątkowo często, on z wielkim bólem głowy wychodził z domu i spędzał noce na kanapie Wesa i... jakoś tak dochodził do wniosku, że jednak im nie wyjdzie. Ciężko było uznać, że ta ich idealna bajka dobiegła końca, ale czy nie taka właśnie była prawda? Dziś znów się pokłócili, znów miał jej dość i dlatego jak zwykle zmusił Westwooda do wyjścia na miasto. Pierwszy lepszy z brzegu bar, otwarty rachunek i głośna muzyka — pozorne warunki na to, by jakoś się zrelaksować. Colter dość prędko wypił odpowiednio wiele, bo przecież cała idea tego spotkania polegała na tym, by jednak spić się odpowiednio mocno. — Okej i wyobraź sobie, że oni znowu będą wszystko cofać w czasie, totalnie bez sensu — rzucił z przekonaniem, popijając te piwa kolejnym już piwem, ale w ogóle nie wiedział, o czym mówi. Kiedyś rozmawiali o SW i nadchodzących nowych częściach, ale nie miał pojęcia, czy dyskusja ta toczyła się teraz, czy może piętnaście minut temu.
  
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Wesley Westwood


Mieszka w
capitol hill


I can't forget this evening

Or your face as you were leaving

W Berrylane od godziny planuje samobójstwo

Wesley

Westwood

Wysłany: 2019-06-09, 21:56   
  
"
I'll be gone in a day or two

  
 35 y.o.

  
 188 cm

  

  

  

  

  

  


Wesowi jakiekolwiek szczęśliwe chwile jego życia były natomiast zupełnie nieznane. Jasne, zawsze próbował uchodzić za faceta, który ma wszystko, którego jedynym problemem jest to, że nie wie, na co tym razem wydać pieniądze albo jaki nazwać swój jacht. Oczywiście bardzo mijało się to z prawdą (nie tylko pod względem problemów, jakie go tak naprawdę dręczyły), ale po prostu na takiego gościa pozował. Już nie wnikając w to, że nigdy nawet na żadnym jachcie nie był.
Po ostatnim spotkaniu z Penny było z nim źle. Zdecydowanie gorzej, niż zazwyczaj i nie próbował nawet tego ukryć. Każdego wieczoru upijał się w barach, za każdym razem licząc, że w końcu okaże się to pomocne. Nie dzwonił już jednak po Raine, nie chciał też dzwonić do Penny i za żadne skarby świata nie miał zamiaru ściągać Deonne. Miał chyba dość kobiet i to tak naprawdę... Otworzył się przed kimś po raz pierwszy w życiu (pomijając już to, że w bardzo głupi i żałosny sposób) i co? Został wyśmiany. Potem nazwany kretynem. Potem wygoniony. Może nie do końca to wszystko się stało, ale tak właśnie to zapamiętał w swojej głupiej głowie. Oczywiście nie tylko to odrzucenie go dręczyło, bo wciąż w tym wszystkim najbardziej martwił się o stan zdrowia Penny. Co jednak mógł poradzić? Jasno się wyraziła, postanowił jej decyzję uszanować i nie zamierzał jej nachodzić, choć oczywiście bardzo chciał. Ucieszył się bardzo, kiedy Colter zaproponował mu ten wypad do baru - nie musiał w końcu upijać się samotnie. Wiele to dla niego znaczyło, a głównie dlatego, że potem łatwiej mu będzie wrócić do domu. Może jednak za bardzo Coltera przeceniał?
- Czekaj, co? Jak endgame? - zapytał wybity z tropu, bo był pewny, że przed chwilą rozmawiali o gangu. Najwidoczniej dzisiaj to piwo działało mocniej niż zazwyczaj, skoro przegapił moment, w którym przeszli do innego tematu. A o tym, że kiedyś tam krytykowali nowe SW, całkowicie już zapomniał, bo niezbyt dzisiaj był uważny, a szczególnie po alkoholu.
[Profil]
  MÓW MI: zosia
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2019-06-10, 14:46   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


Mawiają przecież, że aby osiągnąć prawdziwie wysoką miarę szczęścia, należy pozować na osobę, którą chciałoby się być. Oczywiście oznaczało to konieczność porzucenia tego, kim jest się tak naprawdę, więc wszelkie podręczniki od psychologii zaczynały w tym momencie wyglądać na dość kłamliwe. Co zabawne, Colter także przez większość życia pozował na takiego faceta, którym zawsze chciał być. Bogaty, niezależny, posiadający swego rodzaju władzę. Dopiero tracąc to wszystko i odnajdując swoje miejsce wśród ludzi, którymi dawniej gardził, dojrzał, że to bycie sobą (czyli żałosnym, użalającym się nad sobą prawie bezdomnym, prawie narkomanem, prawie spłukanym) było czymś, co tak naprawdę sprawiało mu frajdę. Zdecydowanie wolał siedzieć teraz z Wesem w barze, tracąc resztki gotówki na mocny alkohol, niż tak jak dawniej paradować w drogim garniturze, udając przy tym, że losy tego świata go obchodzą.
— Endgame kto? — zapytał marszcząc czoło, zupełnie gubiąc się w tym, o czym w sumie rozmawiają. Kończyli już szóstą kolejkę, więc chyba jednak nie było się czemu dziwić. Próbował jakoś to rozgryźć, ale naprawdę ciężko było. — Endgame, że my? No jak chcesz, pasuje mi, ale preferuję inne randki — mistrz żartu, wiadomo. A może nie, hehe? W końcu jednak trochę mu się rozjaśniło w głowie, więc westchnął i pokręcił głową, niby fakty ze sobą łącząc, ale zapominając przy tym, że minutę temu mówił coś o Roscoe. — Nie no, oni po prostu będą kimś innym zupełnie, to znaczni nie oni oni, inni oni, kumasz, nie? — wyjaśnił najładniej, jak tylko potrafił i uśmiechnął się dumnie, że jakoś z tego wybrnął. Bez sensu byłoby, gdyby w SW nagle się cofali w czasie tak dosłownie, no głupota, ale przynajmniej Vader by żył i... no jednak byłoby to ciekawe. Zaraz potem klasnął jednak w dłonie, przypominając sobie coś ważnego. Zanim jednak powiedział, co chciał, to zaczął się jak kretyn śmiać głośno, prawie przy tym płacząc, bo było to kurwa tak zabawne, że hej. — DZWONIŁ DO CIEBIE? — zapytał, poważniejąc na moment, a potem znowu zaczął się śmiać. Widać, jego poczucie humoru było równie beznadziejne, jak całe jego życie.
  
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Wesley Westwood


Mieszka w
capitol hill


I can't forget this evening

Or your face as you were leaving

W Berrylane od godziny planuje samobójstwo

Wesley

Westwood

Wysłany: 2019-06-11, 13:40   
  
"
I'll be gone in a day or two

  
 35 y.o.

  
 188 cm

  

  

  

  

  

  


Wes miał mimo wszystko nadzieję, że tak nie skończy. Wolał być już chyba tym bogatym, zakochanym w sobie dupkiem, niż bezdomnym narkomanem... Oczywiście nie oznaczało to, że Colterem gardził czy jakkolwiek jego styl życia krytykował, bo kochał go przecież bardzo i nigdy nie byłby w stanie pomyśleć o nim źle. Nie potrafił jednak robić ostatnio nic innego, jak się barach upijać, więc może jednak skończy podobnie do Faradaya? Byleby tylko siedzieli w tym razem, wtedy mógł to zaakceptować.
Był tak bardzo w tym wszystkim zagubiony, że zaczął się aż zastanawiać, czy Colter w ogóle cokolwiek o jakimś filmie mówił. Może Wes zasnął na moment i mu się przyśniło coś, stąd to durne pytanie o Endgame? - Nie nie, to znaczy tak, ale nie - odpowiedział kręcąc głową, męcząc się już na samą myśl, że musi mu to wszystko wyjaśnić. Bo tak, mogli być endgame, ale on akurat w tym momencie mówił o innym endgame. Zagmatwane to wszystko bardzo... Tak go to myślenie wykończyło, że aż musiał się napić znowu. - No, chyba tak - zapewnił, choć prawda była taka, że zagubił się w tym wszystkim już jakąś godzinę temu. Nie miał jednak siły zaczynać tej rozmowy od nowa, bo podczas tłumaczenia naprawdę by zasnął. Nie obchodziły go nowe części Star Wars, bo w ogóle ich nie uznawał. Te prawdziwe i jedyne słuszne zakończyły się w 83, a potem to już same gówna niewarte uwagi były robione. Jakaś Rey Srey, Anakin Srakin i tak dalej. A kiedy się tak Colter zaczął śmiać głośno, to trochę się Wes przeraził. Wyglądał, jakby go coś opętało, a Westwood nie miał ze sobą wody święconej. - Kto niby? Przestań tak chichotać jak mała dziewczynka, bo głowa mnie aż od tego boli - powiedział, oczami wywracając, bo wiedział dokładnie, kiedy ktoś sobie z niego żarty robił i tego bardzo nie lubił. Nie miał też bladego pojęcia, kto niby miał do niego dzwonić.
[Profil]
  MÓW MI: zosia
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2019-06-12, 21:30   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


Colter wcale nie był narkomanem!!! Jeszcze. Czasem brał, owszem, testował jakieś nowości i miksy sprowadzane dla gangu z Kanady, ale jeszcze nad tym panował. Co prawda miał teraz przy sobie jakiś proszek, ale wcale nie oznaczało to, że zaraz ucieknie na zaplecze by się zaciągnąć, no nie był przecież kretynem. Jeszcze, bo zrobi to za kilka kolejnych piw, gdy całkowicie utraci kontrolę nad swoimi decyzjami. Nieistotne jednak było to, że ćpa - pozostawał przecież przy tym sobą, a to było najważniejsze. I niestety, jeśli Wes zamierzał się z nim dalej kumplować, to tak czy siak spotka go to samo - zanim się obejrzy będzie takim samym biedakiem, który marzyć będzie jedynie o dragach.
- Czemu nie? - zapytał zaniepokojony, choć nawet nie wiedział o co pyta. Ciężkie życie, oj ciężkie. Każda odmowa jednak bolała, nawet ta niejasnego pochodzenia. Skinął za to ręką kelnerowi, by ruszył dupę i nalał im znów to samo, bo jak tu rozmawiać o poważnych sprawach, jak w gardle mocno suszy. Och niewątpliwie Colter dzisiaj przesadzał, mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie miało to znaczenia, skoro był tu razem z Wesem. Równie pijanym, równie zagubionym, ale liczyło się to, że jakby co, to jednak wpadną w jakieś krzaki razem. Prawdaaa? Jego pytanie jednak go rozdrażniło mocno, więc przestał się śmiać i spojrzał na niego z wysokim wkurwieniem w oczach. - No ten koooleś! - oznajmił mu, jakby była to rzecz, o której każdy na świecie powinien już wiedzieć. A tym bardziej Westwood, no musiał przecież dokładnie wiedzieć o czym Faraday mówi, a teraz się po prostu głupio zgrywał. Debil. Pozwoliło mu to jednak dojść do mądrego wniosku - ten jego żart wcale taki zabawny nie był. Co jeśli Wes znajdzie sobie nowego, lepszego przyjaciela? I zostawi Coltera samego? - Wiesz co, jednak cofnij się w czasie i nie odbieraj i mnie nie zostawiaj - powiedział, bo jezu, to się pewnie już działo, pewnie już Westwood z innym gościem chadzał do barów i tam się z Coltera nabijał. - Jak się zrywa zaręczyny? - zapytał po chwili, bo już mu się repertuar zmienił na inny i uznał, że tak tylko w razie czego zapyta o to, jak z Baby zerwać. Nie żeby planował, ale plan awaryjny musiał mieć. A jednak Westwood wyjątkowo zdolny był pod względem odstraszania od siebie kobiet.
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Wesley Westwood


Mieszka w
capitol hill


I can't forget this evening

Or your face as you were leaving

W Berrylane od godziny planuje samobójstwo

Wesley

Westwood

Wysłany: 2019-06-14, 19:46   
  
"
I'll be gone in a day or two

  
 35 y.o.

  
 188 cm

  

  

  

  

  

  


W takim razie powinni od razu tę przyjaźń zakończyć. Wes już wystarczająco mocno się stoczył, nie potrzebował do tego jeszcze dragów... Już samo upijanie się postrzegał jako coś strasznego, a jakby jeszcze miał zostać narkomanem to chyba lepiej, jakby się zabił jednak.
- Nie nie bo nie chcę, tylko nie bo nie o to mi teraz chodziło, okej? - ten Colter niczego nie rozumiał! I jak on tu z nim miał mieć ten endgejm, jak taki nieogarnięty był? Musiał się chyba jednak zastanowić nad tym.. I ech, a nawet ech kurwa, Wes naprawdę nie wiedział, o kogo mu chodzi. To znaczy wiedział, że chyba powinien wiedzieć (?) ale wciąż nie wiedział jednak. Wkurzało go to bardzo, bo on nienawidził czegoś nie wiedzieć. - Aaaaa, teeeen, no okej, jak tak to przedstawiłeś, to już wiem - powiedział i oczami przewrócił, bo WCIĄŻ NIE WIEDZIAŁ, bo to było głupie i już mu się to spotkanie nie podobało i już Coltera nie lubił. - Za późno - mruknął tylko, oschle do tego i gdzieś tam w bok się patrzył, bo serio zły był. Wesley nawet nie wiedział, że miał czekać na jakiś telefon ważny od jakiegoś ważnego kolesia. I od kiedy Colter mu załatwiał jakieś ważne spotkania z ważnymi kolesiami? Zaraz się okaże, że to na przykład chodziło o prezydenta, a jak to tak, nie odbierać od prezydenta? Inna sprawa, że on chujowy był i Wes mu w niczym pomagać nie chciał i tak samo nie chciał z nim rozmawiać, ale wciąż powinno się odebrać od niego telefon. - Nie wiem, spróbuj smsem. Jak nie wyjdzie, to polecam uciec do Meksyku, mógłbym z tobą nawet - zapewnił, bo nawet jeśli był zły na niego obecnie, to Meksykiem nie pogardzi.
[Profil]
  MÓW MI: zosia
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2019-06-20, 20:38   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


Colter wcale nie życzył mu źle, a tym bardziej nie chciał, by Wes faktycznie się przez niego stoczył. Mógł sobie we wszelaki sposób żartować, pewne sprawy kwestionować i być może nazbyt śmiało niektóre wygłaszać, ale prawda była taka, że Faraday nikomu źle nie życzył. Tym bardziej Westwoodowi właśnie, którego jednak uznawał za jednego ze swoich najlepszych przyjaciół. A takich jednak niewielu przy nim zostało, więc cóż, trzeba dbać o to, co się ma! Ze względu na to Cole wcale by go nie zachęcał do ćpania, a wręcz przeciwnie - pewnie pokazując na własnym przykładzie, starałaby się mu udowodnić, jaka to gówniana i niewarta zachodu sprawa.
- Jeszcze jedno nie i się zabiję - wymamrotał i oczyma przewrócił, bo też się Wes na to "nie nie nie" uparł! A Cole to jednak nie był w stanie zrozumieć o co mu chodzi tak naprawdę, więc znów - kolejna kolejeczka, by się im nieco w głowie rozjaśniło. Tak było lepiej, tak było milej. Po pierwsze nie musieli rozmawiać o jakichś przyziemnych, gównianych sprawach, a po drugie to jednak z każdym kolejnym kieliszkiem humor Faraday'a ulegał polepszeniu. - No to skoro wiesz, to po co tak głupio udajesz? I jezu, jezusku kurwa, on na serio do ciebie dzwonił? - zapytał lekko zmieszany, zaniepokojony także, bo mawiają, by obcym nie ufać, a Wes zaufał i co teraz? Boże, a jak ten koleś to jest jednak jakiś morderca lub złodziej, a Westwood z winy Coltera będzie mieć przez to problemy? Pokręcone, bardzo, a ten głupi Wes to oczywiście niczego nie rozumiał i nie był w stanie teraz biednego Faraday'a uspokoić. Beznadzieja. - JAKIE ZA PÓŹNO CZŁOWIEKU - pozwolił sobie na podniesienie głosu, bo głupi Wes był głupi i znowu się zaczął fochać jak mała dziewczynka, a przecież nikt tego bardzo w nim nie lubił. Zamiast pogadać sobie to nie, od razu obraza majestatu, nie? I tylko jakieś prychnięcie, a gdzie dialog jakiś, gdzie próba komunikacji? Chryste, Colter był zmęczony już bardzo, pogubił się we wszystkim.
- Dobra, to chodźmy do Meksyku. Trochę daleko, na pieszo nie dojdziemy, ale weźmiemy stopa, okej. Wiesz, że tam mają wino z jadem węża? - lub nie mają, a Cole po prostu spoilerował mu teraz jakiś film, ale mniejsza, mniejsza, Wes był pijany i pewnie jutro w ogóle o tym pamiętać nie będzie. Prawda?
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Wesley Westwood


Mieszka w
capitol hill


I can't forget this evening

Or your face as you were leaving

W Berrylane od godziny planuje samobójstwo

Wesley

Westwood

Wysłany: 2019-07-18, 21:46   
  
"
I'll be gone in a day or two

  
 35 y.o.

  
 188 cm

  

  

  

  

  

  


Jednego ze swoich najlepszych przyjaciół... Dobrze, że nie powiedział tego na głos, bo za to Wes tak poważnie by się obraził. Ale to nic, w razie czego miał takiego Holdena czy Jamesa (jeśli ten się kiedyś odnajdzie), wcale nie musiał mieć Coltera na wyłączność... Nie musiał ale chciał, ale już nieważne, okej.
Pewnie powinien się wkurwić na żartowanie o samobójstwie czy ogólnie śmierci, pewnie powinien wstać, powiedzieć, że są z Penny siebie warci, po czym opuścić to miejsce, ale... dzięki Bogu był alkohol, który jakoś Westwooda uspokajał. Dlatego napił się, zamiast robić teraz jakąś dramę i porzucił już całkowicie ten temat. Szkoda tylko, że te następne słowa Faraday'a tak go wkurzały, no naprawdę tak mocno, bo Wes nie lubił bardzo czegoś nie wiedzieć. - No tak, mówię przecież - warknął, trochę się mimo wszystko zastanawiając, dlaczego ten tak o to pyta i dlaczego na jego twarzy pojawiło się teraz jakieś przerażenie. Podał jego numer jakiemuś Hitlerowi? A może nasłał na niego płatnego mordercę? Boże, przecież Wes mu niczego nie zrobił strasznego. - Normalnie - wyjaśnił, bo tak to właśnie było, nie inaczej. Dobra, a tak serio, to Wes wolał już udawać, że wie o kogo chodzi, CHOĆ NIE MIAŁ TAK NAPRAWDĘ BLADEGO POJĘCIA, niż dopytywać się o to w nieskończoność. Wiedział, że Faraday i tak mu tego nie wyjaśni, więc chciał oszczędzić sobie i jemu czasu, jaki zmarnowaliby na próbę dogadania się. - Nie chcę jechać stopem, to niebezpieczne i jeszcze nas tam zabiją czy okradną czy Bóg wie co jeszcze - powiedział, nie ukrywając wcale swojego niezadowolenia spowodowanego tym pomysłem. Głupi był ten Colter, wiadomości nie oglądał? A potem się skrzywił bardzo, bo nagle jakaś dziewczyna zaczęła okropnie śpiewać i nie mógł tego słuchać. - Co to ma być za bar niby? Dlaczego ona tak fałszuje, powinni ją zwolnić przecież - przyznał, nie wiedząc kompletnie, że to bar karaoke i ta dziewczyna nie jest wcale profesjonalną piosenkarką, tylko jakąś tam randomową laską, która myśli, że takie brzydkie śpiewanie jest super śmieszne.
[Profil]
  MÓW MI: zosia
 
Colter Faraday


Mieszka w
white log mews


nikogo już nie lubi

i nic już nie robi

W Berrylane od trzech lat

Colter

Faraday

Wysłany: 2019-09-05, 17:48   
  
"
I have a bad feeling about this

  
 34 y.o.

  
 183 cm

  

  

  

  

  

  


Przecież obaj musieli dorosnąć do tej przyjaźni, no nie oszukujmy się. Może i znali się jako dzieciaki, ale Colter miał wtedy Bookera, a Wes miał Jamesa, no ciężko było o tym zapomnieć. Czy zlekceważyć to, bo przecież takie znajomości z dzieciństwa najmocniej w człowieku siedzą jednak, prawda. No i był przecież czas, kiedy Faraday niespecjalnie lubił Wesley'a, ale hej! Najważniejsze było to, że lubił go teraz, nie? Tak więc owszem, Wes był jednym z kilku, ale to nic złego. Wszystko przecież powolutku się mu w życiu pieprzyło i wtedy czas mu w końcu pokaże, że Wes jest tym jednym jedynym - wystarczy jeszcze trochę na to poczekać.
Żarty ze śmierci są fajne. Zawsze były fajne, nawet wtedy, gdy Colter naprawdę był jej bliski. Co prawda gdy konał na przykład w ratuszu, nikt mu wtedy dowcipów nie opowiadał, a szkoda, bo by docenił. Co prawda był wtedy przy nim jakiś ksiądz i już samo to uważał za zabawne, ale wiadomo, że o coś innego chodziło. I gdyby Wes się obraził teraz o coś takiego, to by się Faraday wcale nie krępował zapytać, czy ma okres czy coś w ten deseń, bo halo, nie przesadzajmy. - Heeeeeeej, co ty masz za problem, co? - zapytał, mrużąc oczy i pijąc sobie na luzie dalej. I co, że niby się miał wystraszyć tej nagłej furii ze strony kumpla? Zabawne bardzo, Cole się go ani trochę nie bał. A potem wywrócił oczyma i westchnął, bo zdążył już zapomnieć, o co w tym wszystkim chodzi. Bo przecież najważniejszy był alkohol. I wieczór wolny od zrzędzenia Audrey, boże kochany, jak wspaniale. Powoli jednak alko zaczął już uderzać mu mocno do głowy, literki mu się zaczęły plątać, w sumie nie tylko one, bo nie wiedział trochę, gdzie oni w sumie są teraz. Możliwe, że trochę jednak przesadził z tym imprezowaniem. - Ale poso chcez wracać stopem, nie mieszkasz szecież daleko - odpowiedział mu, wzdychając, bo Wes najwidoczniej jeszcze bardziej życia niż on nie ogarniał teraz. Mogą się przejść przecież, nie muszą jechać stopem z jakimś psychopatą. Ale i tak Cole by go obronił, no przecież, haloooooo, on był kiedyś w FBI!!! A potem to już zgłupiał na maksa, bo okej, chyba jednak nie byli w barze, tylko na koncercie? Kurde, ale to nie miało sensu najmniejszego... Rozejrzał się więc zdezorientowany, dopijając kolejną szklaneczkę whisky czy wódki, sam już nie wiedział i podniósł się, tak jak się podnosi prezydent podczas ważnych przemówień, ale i tak nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przykre. Usiadł więc znów na tyłek, ale zaczął buczeć głośno, krytykując śpiewającą panią. Tak naprawdę nie wiedział, czy ona fałszuje czy co tam robi, ale chciał okazać Wesowi wsparcie. Był przecież dobrym przyjacielem, no nie? Postanowił wstać raz jeszcze i tym razem się udało, wszyscy się na niego spojrzeli. Pewnie to buczenie pomogło. - Pszeprszam najmo... - zaczął, ale ta pani dalej śpiewała, a ludzie go nie słuchali. Odkaszlnął więc i spróbował raz jeszcze. - Najmoszniej przep - urwał, bo znów mu nie wyszło. Boże, co za życie. - BARZO PRZEPRASZAM, KURWA, ALE TEGO SIE NIE DA ZŁUCHAĆ. PROŻĘ O SWROT PINIĘDZY - zakomunikował dumnie, bo pewnie sporo zapłacił za bilet, nie? - I BARZO PROSZ, NIECH MÓJ KUMPEL IDZIE ŚPIEWAŹ, BO ŁADNIE UMIE MAJ HART ŁIL GOŁ ON - dodał i poklepał Wesa po ramieniu. Proszę bardzo, nie musi mu za to wszystko dziękować.
[Profil]
  MÓW MI: Maja
MULTI: Darcy, Elio, Floyd, James, Remus, Rue, Theo
 
Wesley Westwood


Mieszka w
capitol hill


I can't forget this evening

Or your face as you were leaving

W Berrylane od godziny planuje samobójstwo

Wesley

Westwood

Wysłany: 2019-11-10, 19:46   
  
"
I'll be gone in a day or two

  
 35 y.o.

  
 188 cm

  

  

  

  

  

  


No cóż, Wes czekać nie zamierzał. Niech się więc ten Colter szybko zdecyduje, bo Westwood sobie jeszcze znajdzie kogoś innego i co wtedy? No, wtedy Cole będzie żałować, że nie optrzytomnial wcześniej. That’s life.
Mężczyzna nie lubił ze śmierci żartować z tego powodu, że chyba brał to wszystko zbyt poważnie. Co już było lekko niepokojące, tak w sumie. Nie ma się jednak co dziwić mu, bo jego ojciec tak właściwie popełnił samobójstwo, więc Wes był trochę w tej kwestii wyczulony. Do tego uważał, że jego staruszek zrobił to właśnie przez niego, co wcale sprawy nie ułatwiało. A potem, jeszcze nie tak dawno temu, Penny także próbowała się zabić! I znów Westwood uważał, że było to jego winą.
Nic już na jego pytanie nie odpowiedział, tylko przewrócił oczami. Chryste, ten temat naprawdę go irytował, tak poważnie mocno. Miał odpocząć od takich głupich niedomówień, od denerwowania się niepotrzebnego, a ten Colter co teraz wyczyniał? Uniemożliwiał mu chamsko tę próbę zrelaksowania się i zapomnienia o durnych problemach. Nieładnie. - Co? Nie chcę jechać do El Paso - zaprotestował. Tam się działy złe rzeczy, co on, Breaking Bad nie oglądał? Debil. Poza tym skąd pomysł, że Wes mieszka w Meksyku? Ten Colter to chyba miał problemy psychiczne. I z kim ten Wesley się kumplował? Eh. To pytanie jednak powinien sobie zadać przede wszystkim wtedy, kiedy Colter mu postanowił takie pośmiewisko zrobić. Chryste... Aż się zastanawiał, czy nie udawać teraz, że on Faraday’a wcale nie zna. No bo tak trochę wstyd i siara, takiego obciachu to mu nawet mama nigdy nie zrobiła... - Ty się przymknij może czasem - mruknął, wstał od stolika i jakiegoś babsztyla przewrócił przez przypadek, bo trochę mu się w głowie zakręciło. Przeprosił jednak pięknie ścianę, bo babsztyl zniknął mu z oczu i skierował się do wyjścia z baru, ale Colter wtedy z pewnością wszedł na scenę i krzyknął „Kapitanie, mój kapitanie!” i Wes już dłużej zły nie był. Dołączył do niego i zaczęli śpiewać utwór „Delilah” Toma Jonesa, tak pięknie, jak tutaj, tylko że jeszcze lepiej. A potem? Niech to już zostanie tajemnicą.

/zt x2 :lol:
[Profil]
  MÓW MI: zosia
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 7