menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica
Autor Wiadomość
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-12-16, 20:28   

Oj tak. Pepper chyba zdecydowanie wygrywa w tym konkursie, no jednak ona cieszyła się na praktycznie wszystko. India pewnie jednak częściej miewała humorki czy smuciła się z różnych powodów i na pewno trudniej było jej poprawić ten nastrój. Chociaż w sumie, pewnie wystarczyła jej ulubiona bajka i o większośc przykrych spraw zapomniała. Przynajmniej na chwilę, w końcu dzieci takie są, że dość łatwo odciągnąć ich uwagę. A co do tego, jak India to wszystko przeżywała, to chyba na razie i tak trudno było to jednoznacznie ocenić. Była trochę za mała, żeby to wszystko zrozumieć do końca, Efrem jej szczegółów nie tłumaczył, a ona mamy praktycznie nie pamiętała. W końcu miała jakiś rok, gdy to wszystko się stało, dzieci mają niewiele wspomnień z tamtego okresu. Dlatego nigdy Efrem nie wiedział do końca, czy na pewno dobrym rozwiązaniem jest chęć utrzymania pamięci o Sarze u Indii, ale no uważał, że jednak to było zdecydowanie bardziej fair niż odrzucanie tego tematu.
- No nie wiem, nie wiem… A przewidujesz jakieś ciekawe nagrody dla swojego najlepszego ucznia? - bo to oczywiście będzie on, jak coś. I to wcale nie dlatego, że jedyny, jak go tu jakoś zmotywuje, to na pewno będzie się bardzo, bardzo starał. Ale tak bardzo.
- Dokładnie tak, cały Hogwart. I to nawet ze smokiem na wieży, tym z czary ognia - no wtedy on za Harrym leciał i siał spustoszenie. Do dziś w sumie nie wiem, jak to było, że taka rozwalona wieża to był dla nich pikuś, a po ostatecznej bitwie Hogwart odbudowywali podobno wiele lat. Może to kwestia, że tam zniszczono go zaklęciami, czy coś. Ja nie wiem. To skomplikowana książka jednak była.
I no cóż, będzie się starać status dobrego kierowcy utrzymać, niby takim raczej był, na szczęście daleko było mu do jakiegoś zakompleksionego szaleńca, który na terenie zabudowanym jechał z zawrotną prędkością, no miał dziecko, wiedział, że to groziło różnymi bardzo niebezpiecznymi sytuacjami.
- Mhmm… Ja jak najbardziej rozumiem, taki styl idealnie pasuje też do Twojej betonowej kanapy - pokiwał głową ze zrozumieniem, no wiadomo, nowocześnie i minimalistycznie. Off White też wypuszczał buty, w których mocowania i szwy były na wierzchu, więc no modnie i to, on wszystko rozumiał! - Ale zerknę na to następnym razem, okej? Jeśli w środku wszystko będzie w porządku, to mocowania powinienem dać radę sam naprawić - więc sprawdzić zawsze można. Najwyżej odpadnie do końca, czy coś. Nie no żart, chyba nie był psują.
- Okej - zgodził się bez wahania, bo spójrz na tego gościa, na zakupach to on na pewno się zna. Żart, pewnie większość rzeczy kupuje online. A tak naprawdę to ucieszył się, że chce z nim tam iść. To jednak taka dość OFICJALNA okazja, okej. Także chyba było to ważne, przynajmniej dla niego. - Przynajmniej dowiem się, czy zakupy z Tobą to duże wyzwanie - dodał jeszcze, trochę żartobliwie, uśmiechając się lekko. No różnie to bywa, czasami człowiek się nawet nie spodziewa, jakim to może być skomplikowanym procesem.
- Wszystko w odpowiednim czasie - przytaknął jej, całując ją krótko. - To prawda - no w sumie trochę nawet zapomniał, że one się znały. A on sam kontakt z Gin miał, jaki miał, więc nie była pierwszą osobą na liście, której chciał się chwalić tym, że układał sobie życie. - Ale nią się nie musisz martwić - zapewnił ją, no bo każde z nich jednak szło swoją drogą bardziej to raz, dwa Gin była specyficzna, ale raczej nie była hipokrytką, żeby Callie oceniać przez pryzmat tego, że sobie RAZEM chlały za barem czy coś. - Nie jesteśmy bardzo zżytym rodzeństwem i raczej nie wtrącamy się nawzajem w swoje życie - no on nie krytykował jej wyborów, ona raczej jego też nie. Poza tym, że jakoś dziwnie nazywała Indię, ale w sumie nie pamiętam już dokładnie jak. Pewnie jakimś krasnalem, czy innym takim.
- To prawda. Internet sporo akurat w kwestii wychowywania dziecka utrudnia - no bo wszyscy korzystają i to normalne, że dzieci teraz już szybciej z tego czerpią i mają rozrywkę w postaci gier czy bajek, więc nie zabronisz tego, ale no jednak trzeba było stale sprawować jakiś nadzór, bo łatwo było znaleźć tam nieodpowiednie treści przez chociażby głupie reklamy i w ogóle.
- I to brzmi jak sensowny podział obowiązków - no moder couple bardzo, kobieta do alkoholu, facet do garów. Ja to szanuje, Efrem też jak najbardziej.
- Właściwie z tego co wiem, to jedno…[b/] - zmarszczył lekko brwi. - [b]Miałem wtedy jakieś 14 lat i miałem koszmarne wyrzuty sumienia, bo ta dziewczyna później jak tylko widziała mnie na szkolnym korytarzu to uciekała w drugą stronę - zaśmiał się lekko. - Jednak licealne zauroczenia były dość zabawną sprawą - no tak było, takie to głupie i dziecinne było, ale oczywiście zawsze wydawało się, że to już na zawsze i w ogóle.
- No tak, trzeba dbać o reputację - pokiwał lekko głową, wiadomo jak to jest z rodzeństwem.
- Koszykówkę i trochę football, ale w sumie przede wszystkim koszykówkę - tak musi być, koszykówka to jedyny słuszny sport drużynowy dla mnie, to i Efrem musiał się ze mną zgodzić, co zrobisz. - Przynajmniej mogę mieć pewność, że nigdy nie podpadłem Twojemu bratu na szkolnym boisku… - dodał jeszcze, no bo byłby przypał, jakby okazało się, że ze sobą rywalizowali albo podkładali sobie nogi, co nie. Co prawda nie wiem, czy Efrem wiedział ile jej brat ma lat, ale z tego, co widziałam to były między nimi tylko dwa lata różnicy.
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

[Profil]
 
 
CALLIE LANGDON


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


jest policjantką na okolicznym posterunku

goni duchy z przeszłości

Wysłany: 2018-12-17, 01:05   
  
Calliope

  
Langdon

  

  

  

  

  


  
`

  
27 yo

  
169 cm

  


Co racja to racja, ale szybko ten czas minie i bajka przestanie być wystarczającym rozpraszaczem. I zaczną się kłótnie, ukrywanie pewnych spraw i ogóle, cały ten bunt. W sumie to niego się chyba bardziej powinna Callie obawiać, dzieci które czują że poświęca się im za mało uwagi nie są tak niebezpieczne i szalone jak nastolatki. A dodatkowo Callie była gliną, jakby India miała jakieś odpały to mogłaby jej próbować zwinąć radiowóz, kajdanki... czy gorzej. Wolała o tym nie myśleć, czy o sytuacjach kiedy będzie musiała podejmować decyzje w sprawie wysyłania na izbę wytrzeźwień czy wystawiania mandatu. Chociaż wtedy pewnie by dzwoniła od razu do Efa... ale chyba nie ma co gdybać. To te dwie butelki wina, to wszystko przez lajfienie.
I omg, no to racja, będzie miała tylko zdjęcia i świadomość, że nigdy nie usłyszy śmiechu mamy czy nie porozmawiają o seksie przed balem maturalnym, nie wybiorą razem sukni ślubnej... i zawsze będzie miała świadomość że wolała śmierć niż nią. Było to pewnie trochę nie fair, depresja to mały potwór, który zjada ludzi, ale dla dzieci sprawa jest dość prosta...
- Inaczej nie warto robić lekcji... - uniosła rozbawiona brwi - kary też powinnam przewidzieć czy to mało wychowawcze podejście i trzeba zapomnieć o kiju, i zostawić tylko marchewkę? - zapytała zaintrygowana, i przy okazji zaskoczona że nie do końca wypadła z wprawy we flirtowaniu.
- W takich chwilach żałuję że już nie jestem dzieckiem - jęknęła rozbawiona, bo jednak po co ona kupi klocki, żeby jej pies się pobawił w Hagrida? No słaby pomysł! I w sumie nie miała hajsu na takie ekscesy, ale nieważne, nie chciała rozmawiać z Efremem o pieniądzach.
I w sumie jedna wieża a cały zamek, to jednak różnica. I może coś w tym było, że to zaklęcia, a może przesadzili z tymi latami, albo uznali że wymienią w końcu rury i upewnią się że nie ma tam większej ilości bazyliszków i innych niebezpiecznych stworzeń.
- A zasłony powinnam zrobić z desek czy jednak folii malarskiej? - zapytała z powagą. całkiem rozbawiona tym planowaniem - i poduszki oczywiście z cegieł i pustaków? - w sumie to nie było nawet pytanie, ale trochę tak jej wyszło przez jej ton rozbawiony.
- No dobrze - westchnęła cicho, ale co miała zrobić. Taśma taśmą, ale była jesień, dużo padało, zaraz będzie zima, może się rozkleić i rozpaść po drodze. Wolała o tym nie myśleć. - No i sporo się najeżdżę zaraz radiowozem. O, może zabiorę cię nim na randkę, hm? - uniosła brwi, ale w sumie nie wiedziała czy to aby na pewno romantyczne.... może zapyta jej nowego partnera, wydawał się miły, może miał rozwiniętą swoją feministyczną stronę i coś doradzi.
- Pewnie tak... ale będę się na nich sporo rozbierać, to chyba rekompensuje? - zapytała rozbawiona, chociaż w sumie, jak się nad tym zastanowiła, to wciąż nie wróciła do swojej formy i to jak jej ciało wyglądało nago jeszcze nie do końca ją satysfakcjonowało. Ale pracowała nad tym, zamiast tylko narzekać. Chciała wrócić do policji w formie, więc trzeba o nią powalczyć. Przy okazji miała też sporo frustracji do wywalenia.
Odwzajemniła jego pocałunek z delikatnym uśmiechem, w sumie nie pytała żadnego z nich o ich relację... i trochę się czuła z tym źle, byli rodzeństwem, znali ją oboje, i trochę dziwnie wypadło. Mimo że nie podrywała jego siostry, więc uff, chociaż jedna ulga, co nie.
- Chyba muszę was zobaczyć razem żeby poszukać rodzinnego podobieństwa - przyznała rozbawiona, przyglądając mu się ciepło i z takim uczuciem jednak też. Sama nie wiedziała co dokładnie do niego czuje, bała się to nazwać, ale był dla niej ważny. To na pewno.
- Jeszcze wytrenujemy Pepper do sprzątania i będziemy mieć cały komplet - zapewniła go z rozbawieniem, unosząc brwi, sprzątanie, napoje i jedzonko, każdy ma swoje zajęcie. Indii jednak nie, bo nieładnie tak wykorzystywać dziecko jak sobie jedzą i piją.
- Jedno o którym wiedziałeś - poprawiła go,, rozbawiona - to dziewczyny są tymi które zwykle wiedzą kto się w nich kocha, chłopcy są bardziej nieświadomi.. czasem na szczęście - przyznała rozbawiona, bo potem taki kapitan drużyny kończy na stacji benzynowej jako sprzedawca, bo zajmował się imprezowaniem i dziewczynami, a nie przyszłością.
- Dokładnie - przyznała rozbawiona, a potem uśmiechnęła się ładnie. I w sumei widzę że jest 85, więc jest starszy od niego i jednak mogli się minąć.
- Howard jest całkiem miły, w sumie jest właścicielem Joe, może byłeś tam kiedyś na drinku i nawet się znacie? - zapytała zaintrygowana, no świat jest mały, a barmana zna się po imieniu tylko, więc pasuje.
_________________
[Profil]
  MULTI: scott, elf, wolfie, joey, fin, nora, gal, lea, maia, perry, ada
 
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-12-28, 23:53   

Trudno się nie zgodzić, czas uciekał nieubłaganie i Efrem doskonale wiedział, że czekają go trudne rozmowy z córką i wiele rodzicielskich wyzwań. W końcu powiedzenie, że małe dzieci to mały kłopot, a duże dzieci to kłopotów znacznie więcej nie wzięło się znikąd, prawda? Małe dziecko potrzebowało dużo uwagi i troski, ale to jakoś tak zazwyczaj człowiekowi wychodziło naturalnie. Szczególnie, gdy chciało się założyć rodzinę i czuło się wewnętrznie gotowym na przejęcie roli rodzica, jak to było u Efrema. Co prawda nie był gotowy na bycie samotnym rodzicem, ale i tak. Jako tako mógł się przygotować. Ale te późniejsze lata, nastoletnie problemy i czas buntu? To dopiero była zagadka i wyzwanie! Na razie jednak starał się o tym nie myśleć. Próbował od jakiegoś czasu przestać żyć przeszłością, więc nie chciał dla odmiany teraz wybiegać gdzieś daleko w przyszłość, tylko skupić się na teraźniejszości, na tym co tu i teraz. A to było całkiem przyjemne.
Ta pierwsza, oficjalna randka miała jednak swój magiczny urok, to trzeba przyznać. Wpisywały się w niego nawet te delikatne nerwy i stres związany z tym, jak to wszystko się potoczy, czego się spodziewać i jak się zachować. Spędzili sobie bardzo miły wieczór, a właściwie pewnie nawet nieco dłużej niż wieczór, rozmawiając trochę o wszystkim, i rzeczach ważnych, i tych nieco mniej istotnych, ale również ciekawych. Był czas na jakieś jedzenie, było trochę wina i generalnie było fajnie, ładnie i w ogóle sympatycznie. Żartuję, tak naprawdę to było zdecydowanie fajniej niż sympatycznie, było sporo całowania, przytulania i wyjątkowa atmosfera, bo jednak z tej wysokości na niebie było już doskonale widać gwiazdy i całe miasto. Ale niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy i przyszedł czas na to, aby powoli się zbierać i wracać. Także pewnie taksówką pojechali do niej, spędzić jeszcze trochę czasu ze sobą, część w ubraniu, później trochę bez. I Efrem pewnie dopiero nad ranem sobie do siebie pojechał, bo przecież dzieckiem musiał się zająć, śniadanie do szkoły spakować i takie rzeczy. A że śniadanie jest ważne, to jednak nie chciał opiekunce w tej kwestii ufać, wiadomo.

//zt x2
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

[Profil]
 
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

zaczyna od nowa u boku Maze

Wysłany: 2019-03-28, 10:54   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


[#26]

Był zaskoczony kiedy z rana dostał wiadomość od Roscoe, że chce się z nim jeszcze spotkać zanim pojedzie na zajęcia do Seattle. Od płonącego domu na dobrą sprawę nie widział się z ojcem i nawet ze sobą nie rozmawiali, dlatego poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku, ale zjawił się grzecznie pod biuro ojca, będąc ciekaw co mu się odmieniło, że chciał go widzieć. Wyczuwał, że to nie będzie raczej miła rozmowa o pogodzie i tak jak przeczuwał, miał rację. Roscoe wydawał się nie mieć humoru, ale szybko zrozumiał dlaczego. Obawiał się, że będzie mu robił jakąś awanturę, ale szybko wyjaśnił dlaczego zawrócił mu głowę tak wcześnie. Dziwił się tylko, że nie chciał, żeby Oscar brał udział w tej rozmowie ani nawet Samantha. Po raz pierwszy od dawna mimo wszystko ze sobą również pogadali tak zwyczajnie jak ojciec z synem po tym jak przedstawił mu swój plan działań. Wcale nie chciało mu się tak do końca wyręczać ojczulka, ale skoro do niego uderzył to nie mógł się jednak mu postawiać, ani wymyślać na poczekaniu, że źle się czuł. W sumie to nadal źle się czuł, ale był Flanaganem i musiał zachowywać się jak Flanagan.
Po wyjściu z jego biura z nikłym uśmiechem od razu napisał do Caleba, zastanawiając się czy to dobry pomysł, aby wciągać to wszystko ponownie w Rogersa, ale kumpel niemal natychmiast mu odpisał, że się z nim wybierze do Seattle, bo też po drodze miał coś do załatwienia. Musiał się przygotować na to dość szybko jeśli chciał jeszcze zdążyć na dwa wykłady, które miał w międzyczasie, dlatego z Calebem szybko ustalili plan działania jak to wszystko ogarnąć i jeszcze wieczorem wrócić z powrotem do Berry. Na pewno będzie to dzień pełen atrakcji, a on na serio miał dość tych wszystkich atrakcji. Pokręcił się jeszcze po swojej przyczepie, zabierając wszystkie potrzebne rzeczy, w tym notatki a między nimi był ukryty jego własny pistolet, który niestety mógł się mu dzisiaj przydać.
- I czaisz to? Ojczulek sam się do mnie odezwał. Wiem, że miał w tym interes, ale jednak to jakaś zmiana - pochwalił się dumnie kiedy siedzieli już razem z Calebem w jego aucie i jechali do jednego z magazynów, z którego mieli odebrać jakąś paczkę od jakiegoś kolesia, który podobno o wszystkim miał już wiedzieć. Wcześniej załatwili sprawę Rogersa w centrum Seattle, a teraz jechali załatwić zlecenie Roscoe. Z ojcem mógł się nie widywać nawet przez parę tygodni ale znowu mu zrobił wykład, żeby nie olewał Sam, bo tego nie mógł po prostu zdzierżyć. Przez całą drogę zastanawiał się czy powiedzieć Calebowi co przytrafiło mu się z Liv, ale miał obawy, że kumpel może nie odbierze tego zbyt dobrze - To tutaj - westchnął głęboko kiedy zatrzymał się w pobliżu magazynu w niewielkiej odległości i spojrzał na kumpla - Mam nadzieję, że pójdzie sprawnie i nie będzie żadnej zadymy z tymi typami - sięgnął jeszcze do tyłu po swój plecak, z którego wyciągnął broń i podał ją Calebowi - Tak na wszelki wypadek - powiedział, żeby nie myślał, że miał zamiar wszystkich powybijać, ale chciał zapewnić mimo wszystko mu jakieś bezpieczeństwo, w końcu zgodził mu się pomóc. Wyjął też drugi dla siebie i wsadził go sobie do wewnętrznej kieszeni kurtki po czym wyszedł z auta i skierował się w skazane miejsce. Typ wyglądał na zajadłego gangstera i wcale nie był zadowolony, że Roscoe wysłał właśnie ich. Pojawiło się dwóch typów, a jednego z nich Caleb chyba ostrzegawczo postrzelił w udo, żeby sobie nie pozwalali za wiele i prócz ostrej wymiany zdań, zapłaty w postaci kilku uderzeń i ciosów w końcu wrócili do jego auta ze zdobyczą - Co za kretyn. A ojciec mówił, że się z nim dogadał - wywrócił oczami kiedy przyłożył sobie chusteczkę do krwawiącego nosa. - Nic ci nie jest? - zapytał gdy odpalił wreszcie auto i z piskiem opon ruszyli by dojechać na drogę dojazdową do Berry.
_________________
  
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector // Diana
 
Caleb Rogers


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


sprzedawca w Finch's Records & Instruments

nic nowego w tym temacie

Wysłany: 2019-04-14, 22:10   
  
Caleb

  
Rogers

  

  

  

  

  


  
we blame society, but we are the society

  
22 yo

  
178 cm

  


Caleb był nieco zdziwiony zaistniałą propozycją ze strony młodego Flanagana, ale nie zamierzał narzekać. Już od dawna nie trafiło mu się żadne zadanie na boku i trochę za tym, musiał przyznać, że tęsknił. W ostatnim czasie jego życie opierało się głównie na teenage drama Noaha oraz chęci zrobienia krzywdy Ellingtonowi, więc nic nowego ani specjalnego. I na spędzaniu czasu z Tessą. I wiadomo, bardzo mu na niej zależało, ale czasem czuł się trochę jak taki piesek kanapowy, który był kiedyś wolny. Jak Chaps z Zakochanego kunda. Chaps? Albo syn Chapsa… Wiesz o co mi chodzi na pewno! W każdym razie niemalże na skrzydłach zgodził się uczestniczyć w misji Czarka. On jeszcze nie ogarnął sobie broni, choć powinien, ale dobrze władał pięściami i nożykiem, który gdzieś tam miał ukryty w skórzanej kurtce. Zjawił się pod przyczepą kumpla po jakiś dwudziestu minutach od jego telefonu. Przywitał się szybko i wpakował się do jego samochodu. Wysłuchiwał blondyna uważnie aczkolwiek gdzieś tam trochę odpływał myślami, bo jednak miał na uwadze, że jeśli coś mu się stanie to prawdopodobnie Tessa będzie się martwić. Wyparł jednak prędko takie myśli i skupił się na słowach przyjaciela.
- Jeszcze wszystko wróci do normy. Nie przejmuj się – skomentował tylko chłodnym tonem. Sam wiedział jak to jest z ojcami. W końcu sam ze swoim nie rozmawiał sporo czasu i w zasadzie nadal przychodziło im to z trudem, głównie ze względu na zdystansowanie Caleba. W Seattle Caleb musiał nadać paczkę dla ojca do więzienia. Nie chciał zbędnych pytań, więc zwyczajnie nie robił tego z Berrylane. Kiedy oboje wysiedli, Caleb rozejrzał się uważnie i bez żadnych obiekcji przyjął broń od chłopaka, zabezpieczając ją. Schował go jakoś tak kozacko za plecami tak jak to robią na filmach i podążył za chłopakiem w celu osłaniania go. Był obyty z bronią na tyle, na ile był. Celować potrafił mniej więcej, pamiętał o odrzucie i wiedział jak się obsługiwać bronią palną. Tyle powinno wystarczyć. Ale akurat nikogo nie postrzelił tym razem. Ten strzał wydobył się w afekcie, więc w zasadzie nie był z tego zbyt dumny, ale przynajmniej nikogo nie zabił. Zirytował się. Zwłaszcza, gdy dostał pięścią w twarz i koleś kopnął go w żebra parę razy. Ale poza tym, że był lekko potłuczony i na jego twarzy były te śladowe pamiątki po bójce to wszystko było w porządku. – Jasne – odparł szorstko, ocierając pięścią krew z wargi i wypluwając ślinę przez okno. – Spadajmy stąd – dorzucił jeszcze, bo ani wiedzieć co tamtym jeszcze przyjdzie do głowy głupiego.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Connor | Liv | Celia | Chandler | Hugo | Cookie
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

zaczyna od nowa u boku Maze

Wysłany: 2019-05-10, 22:07   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


Pomimo niezbyt dobrych relacji Caesar nigdy nie śmiał odmawiać ojcu, nawet jeśli ten mógłby wysłać jakąkolwiek jaszczurkę na to konkretne zlecenie. Nie miał bladego pojęcia dlaczego akurat uparł się na niego, ale przynajmniej nie mógł narzekać na nudę. Przynajmniej mógł też zamienić z nim kilka słów i na szczęście nie doszło do dodatkowej awantury. Wręcz przeciwnie, dawno nie czuł takiego wsparcia z jego strony. I nawet sądził, że z tym zadaniem po prostu się uwiną i nie będzie żadnych kłopotów. Tym bardziej kiedy Caleb zgodził się z nim przejechać. A co do Chapsa, to pomyśliłaś jedynkę z dwójką! Wiem, bo ostatnio trafiłam w telewizorze na ten film i Chaps jest synem Trampa (:lol:) w każdym bądź razie musieli skupić się na zadaniu, chociaż najchętniej zostałby w przyczepie z laptopem i dalej nadrabiać serial, który zaczął niedawno oglądać, ani tym bardziej narażać kumpla na jakieś nieprzyjemności z typami spod ciemnej gwiazdy.
- Cholera, myślałem, że ojciec się z nimi dogadał - warknął niezbyt zadowolony kiedy wrzucił dość sporą rozmiarów paczkę do bagażnika i ponownie usiadł za kierownicą i ruszył by znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Obawiał się, że pomimo tej sprzeczki tamci mogli wpaść na pomysł ścigania ich a w sumie nie miał teraz na jakieś wyścigi ochoty - Żyjesz? Nic ci nie zrobili? - zapytał jeszcze zerkając na Caleba sprawdzając cz wszystko było z nim w porządku. - Poradziliśmy sobie - powiedział po pewnej chwili kiedy obydwoje potrzebowali czasu na ochłonięcie i wyciągnął pięść w kierunku Rogersa aby przybić w ten sposób z nim tradycyjnego żółwika - Jak u ciebie i Tessy? - zapytał pewnie jakoś odruchowo by otrząsnąć te wszystkie myśli od siebie odtrącić i skupić się na czymś zupełnie innym, dlatego jakoś tak chciał wybadać czy wszystko w porządku.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector // Diana
 
Caleb Rogers


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


sprzedawca w Finch's Records & Instruments

nic nowego w tym temacie

Wysłany: 2019-05-12, 15:32   
  
Caleb

  
Rogers

  

  

  

  

  


  
we blame society, but we are the society

  
22 yo

  
178 cm

  


Może dlatego, że Czarek był jego najmłodszym synem i dlatego ojciec miał co do niego spore wymagania, by był jak pozostali? Albo może dlatego, że jego lichy wygląd sprawiał dość marne wrażenie na pierwszy rzut oka? O tym wiem pewnie tylko sam Flanagan Senior. W sumie sam Caleb tego nie wyczuwał. Prawda też, że nie przebywał zbytnio w sytuacji, gdy byłby świadkiem rozmowy tej dwójki, ale nie miało to nic do rzeczy. W gangu przecież każdy miał swoje określone zadanie i obowiązki, w tym też Caleb. Dlatego nie śmiałby narzekać. I co za tym szło, kiedy taki Caesar prosił go o pomoc – Caleb nie odmawiał. W końcu byli kumplami z gangu. I dobra, pomyliłam części, ale już uzmysłowiłam sobie swój błąd. Caleb z kolei już tylko myślał o tym jaką znów wymówkę będzie musiał zaserwować Tessie, żeby ta się nie martwiła jego widokiem i stanem. Kiepska sprawa ogólnie. – Najwyraźniej nie dogadał – stwierdził chłodno Caleb i wzruszył ramionami. W sumie to nie było w żaden sposób skargą, ot stwierdzenie faktu, który nic już nie znaczył. Bywało i tak i trudno. – Nieważne. Nic mi nie jest – odparł nonszalancko, bo przecież nic mu się nie stało wielkiego i z tego, co zauważył to młodemu Flanaganowi też nie. I w sumie dość śmieszne ja Caesar przeszedł swobodnie do tematu związków, a konkretniej to związku Caleba, ale nie mnie to oceniać. Jednakże Caleb tylko parsknął śmiechem, ale nie zbył go tym razem tylko postanowił odpowiedzieć: - W porządku. Bez zmian, ale to dobrze, bo zmiany w naszym przypadku nigdy nie są korzystne. Jest stabilnie – oznajmił rzeczowo i lekko się uśmiechnął. – A u ciebie? Panienki na pęczki? – spytał zaczepnie, bo w zasadzie to nie miał pojęcia czy Czarek się z kimkolwiek spotykał. W myślach stwierdził, że być może Rocky by do niego pasowała.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Connor | Liv | Celia | Chandler | Hugo | Cookie
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

zaczyna od nowa u boku Maze

Wysłany: 2019-05-16, 09:10   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


Ostatnio nie marnował czasu na siebie - zaczął porządnie dbać o siebie a to oznaczało spore zmiany. Musiał w końcu wygrać ze swoim lenistwem, a to w gruncie rzeczy była najgorsza walka z jaką musiał się zmierzyć. Zmierzyć się z samym sobą, aby poznać wszystkie swoje słabości. Walka na pięści nie wychodziła mu najlepiej, dlatego przynajmniej wyznaczył sobie jeden trening w ciągu tygodnia chociaż i tak był już sporo zalatany przez uczelnię. Egzaminy egzaminami, ale życie jaszczurki również toczy się swoim własnym rytmem. Teraz mieli sporo szczęścia, że ci w końcu im odpuścili i jakoś zdołali się wymknąć z zamówioną paczką, ale jak będzie następnym razem? To uświadomiło mu, że musi trochę więcej jeszcze ćwiczyć. Wiedział, że nie miał muskułów i długo nie będzie ich miał, ale przynajmniej jakieś podstawowe chwyty trzeba było znać. Po za tym walenie w worek treningowy co piątek było całkiem przydatne - uwalniał się od tych wszystkich złych emocji, które w ostatnim czasie sporo się w nim nagromadziły.
- Jestem ci winny przysługę. Znowu... - westchnął głęboko, bo nie minęło sporo czasu odkąd ostatnim razem Caleb wywlekał jego zwłoki i pomagał mu się ogarnąć z wyjątkowej rozsypki. Teraz było z nim trochę lepiej, ale głównie dlatego, że miał już świadomość, że z jego siostrą było wszystko w porządku no i, że Rocky wyszła ze szpitala. - Tak, masz rację. Spójrz jak Noah kiepsko skończył - przytaknął kumplowi dlatego odetchnął z ulgą, że przynajmniej ich związek jakoś się trzymał i nie wyglądało jakby miało się coś między nimi psuć. Od razu by zauważył, że Caleb coś kręci, ale tym razem miał jakąś dziwną pewność, że tak nie było. - Przynajmniej wam się udaje - posłał mu lekki uśmiech, bo przynajmniej Caleb miał kogoś przy sobie w przeciwieństwie do Caesara. Nigdy nie wplątał się w coś tak poważnego jak teraz miał Rogers z Tessą, raczej były to przelotne związki, które szybko gdzieś się po drodze rozpadały. - Ostatnio nawet nie miałem czasu na randkowanie - stwierdził ze smutkiem w głosie, że tyle obowiązków spadło na niego biednego, że nawet nie w głowie było mu podrywanie dziewczyn. Przynajmniej wyjaśnił sobie wszystko z Rocky w porę bo to co się działo między nimi szybko w gruncie rzeczy mogło obrócić się przeciwko nim a tak? Wciąż byli przyjaciółmi a to było dla niego ważne. Wbił wzrok w szybę samochodu wyraźnie czymś zaniepokojony. Cały czas bił się z czymś z myślami, ale obawiał się powiedzieć o wszystkim kumplowi - Chyba muszę ci o czymś powiedzieć.. - mruknął cicho, właściwie to wyglądał jakby miał zaraz umrzeć na tym fotelu jakby to była jakaś największa tajemnica jaką musiał w sobie skrywać, ale komu jak nie Calebowi właśnie?
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector // Diana
 
Caleb Rogers


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


sprzedawca w Finch's Records & Instruments

nic nowego w tym temacie

Wysłany: 2019-05-16, 11:27   
  
Caleb

  
Rogers

  

  

  

  

  


  
we blame society, but we are the society

  
22 yo

  
178 cm

  


O tyle dobrze miał właśnie Caleb, że nie musiał dodatkowo przejmować się czymś tak codziennym i trywialnym jak uczelnia. Trywialnym w jego przekonaniu, bo przecież nie dla niego były stresy związane z egzaminami i tym podobne sprawy. Po co i na co to komu? On miał swoje własne sposoby na formy zarobkowe i to mu wystarczyło. Nie potrzebował więc jeszcze dodatkowo jakiegoś zaświadczenia o jego inteligencji w formie bezwartościowego papierka. I tak swoją drogą to Ceasar rzeczywiście powinien trochę przybrać na mięśniach, bo trochę z niego takie chucherko było. Z tym też Caleb by mu mógł pomóc. – Nic się nie martw, zbieram sobie listę i kiedyś się upomnę – stwierdził z lekkim rozbawieniem i posłał chłopakowi wymowny uśmieszek. Gdy tylko będzie potrzebował pomocy to Caleb z pewnością się upomni. I zaraz się lekko spiął, bo kiedy Czarek wspomniał o Noah to Calebowi się przypomniało, że to trochę była jego wina, że tak a nie inaczej się to skończyło. Ale o tym nie miał zamiaru kumplowi mówić. O tym zakładzie lepiej żeby nikt się więcej nie dowiedział. – Taa… wiesz, Noah popełnił błąd, ale wcale nie niewybaczalny. – Oczywiście, że obstawał za swoim najlepszym przyjacielem! Zwłaszcza, że miał świadomość tego co Noah czuł do Marvel. I zaraz wzruszył bezradnie ramionami i lekko się uśmiechnął. Nie chciał nic mówić ani zapeszać, bo rzeczywiście w ostatnim czasie między nim a Tessą wszystko było super.
Po chwili Caleb podniósł na niego wzrok, obserwując chłopaka bardzo uważnie. – No to… mów – rzucił tylko stanowczo, chcąc nieco zmotywować kumpla do gadania, bo w tym momencie młody Flanagan wyglądał bardzo dziwnie. Jakby gryzło go sumienie czy coś. I w sumie wyglądało na to, że bardzo potrzebował się komuś wygadać, Caleb miał tylko nadzieję, że nie była to sprawa związana z morderstwami, porwaniami czy czymś podobnym, bo ostatnio jego kompas moralny… cóż, powiedzmy, że nie było to typowe myślenie członka Jaszczurek.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Connor | Liv | Celia | Chandler | Hugo | Cookie
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

zaczyna od nowa u boku Maze

Wysłany: 2019-05-22, 15:49   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


Początkowo Flanagan również nie miał w planach zdobywania jakiegoś bezsensownego papierka, ale gdy się dostał na kierunek, który sam wybrał w sumie pomyślał, że może to wcale nie jest taki głupi pomysł. Trochę się pomęczy, ale na pewno w jakiś sposób zainponuje ojcu - w tamtym czasie głównie na tym mu zależało, a teraz żal było mu tego wszystkiego rzucać, bo naprawdę spędził sporą ilość godzin...godzin pfu, nocy na powtarzanie materiału i robienie tych wszystkich badziewnych prezentacji za które na szczęście dostawał w miarę porządne oceny. Bez problemu zdobył też tam kilku znajomych z którymi czasem wybywał na imprezy kiedy już pojawiał się na uniwerku, więc w gruncie rzeczy wcale nie było aż tak tragicznie. No i dodatkowo wypełniało mu to czas, więc w gruncie rzeczy nie mógł narzekać na nudę. Szczególnie teraz, kiedy został barmanem w kasynie przez dwie rzeczy - trochę chciał sobie dorobić, bo dłubanie w samochodach i tak niewiele mu to dawało, a poza tym bycie barmanem zawsze go kręciło. Zresztą, chciał pomóc trochę Rocky kiedy była w tej śpiączce w szpitalu. I niby była to chwilowa opcja, a jednak został na dłużej jak się okazało. Booker mu na szczęście ufał, nawet jeśli ostatnia jego akcja okazała się kompletną klapą. I tak, miał w planach przeprosić za to wujaszka, tylko jeszcze jakoś w sobie się nie zebrał. Jeszcze.
- Tak, trochę się martwię, że zaczyna się pewnie robić całkiem spora - żachnął się nieco z przekąsem ale zaraz posłał kumplowi uśmiech. Na pomocną dłoń Caleba nigdy nie mógł narzekać, zawsze się zjawiał nawet wtedy jeśli tego nie potrzebował. Nie, nie miał pojęcia, że związek Liv i Noaha był stworzony przez zakład. Kiedy widział się z nią próbował z niej wycisnąć cokolwiek, ale tak naprawdę niewiele się dowiedział - Myślisz, że mają jeszcze szansę? - zapytał bo w gruncie rzeczy ciekawiło go jak na to wszystko patrzy Caleb. Zawsze był przecież zadowolony, że i Calebowi i Noahowi udawało się w związki - trochę w przeciwieństwie do niego, bo on wiecznie w jakieś drama love się pakował niestety. Kiedy zniknęła mu Jackie o wyglądzie Angeliny Jolie mocno był tym przygnębiony, eh. - Nie, tym razem nie chodzi o żadne morderstwo - przyznał trochę się z tego podśmiechując widząc kątem oka minę Caleba, że pewnie to przeszło mu przez myśl po jego ostatniej akcji z nim. Wcale się nie zdziwił nawet, że o tym pomyślał. Chodzi chyba o coś gorszego za to, pomyślał jeszcze zanim postanowił wyjawić Rogersowi co go gryzło od dłuższego czasu - Widziałem się z Liv niedawno - wydusił z siebie wreszcie, dość koślawo. Niby nie było w tym nic złego prawda? - Chwilę rozmawialiśmy... i w pewnym momencie... - westchnął ciężko, zaciskając dłonie na kierownicy, jakby to miało mu w czymkolwiek pomóc. Jasne, wciąż pamiętał jak Liv go pocałowała, ale wcale ten pocałunek mu się nie spodobał. Był wręcz zły, że to zrobiła, że wplątała go w jej problemy ze związkiem z Noah - Pocałowała mnie - powiedział wreszcie, pewnie dość szybko ale zaraz odetchnął z ulgą, że miał to za sobą i z obawą spojrzał na Rogersa.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector // Diana
 
Caleb Rogers


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


sprzedawca w Finch's Records & Instruments

nic nowego w tym temacie

Wysłany: 2019-06-03, 19:56   
  
Caleb

  
Rogers

  

  

  

  

  


  
we blame society, but we are the society

  
22 yo

  
178 cm

  


Zdaniem Caleba, z ich dwójki to Czarek był tym, który prawdopodobnie bardziej nadawał się do tego całego studenckiego życia. Potrafił się uczyć, łatwiej zdobywał kumpli. Nie to co Caleb, który był wściekły na cały świat dopóki nie spiknął się z Tessą, który cenił kumpli, który miał do tej pory i nie szukał sobie nowych, który kiblował przecież w szkole i tym samym nawet nie myślał o czymś tak dla niego górnolotnym jak uniwerek. Nie nadawał się do tego typu rzeczy i tyle.
- Ej – żachnął się Caleb i nawet lekko szturchnął blondyna. – Nie martw się tym teraz – oznajmił Caleb, chcąc brzmieć choć trochę wspierająco, choć pewnie słabo mu to wyszło, bo u Rogersa to jednak trochę kiepsko momentami z empatią. Ale nie zamierzał przecież wymagać od Flanagana niewiadomo czego. Po prostu, gdy przyjdzie czas, poprosi o przysługę z nadzieją, że Caesar będzie miał na uwadze te wszystkie razy, kiedy to Caleb coś dla niego zrobił. I tyle. Przejście do tematu Liv i Noah było w zasadzie dość zgrabne i lekkie. Wzruszył jednak ramionami na pytanie Flanagana. – Czy ja wiem… Szczerze mówiąc, marnie to widzę. Marvel całkiem się od niego odcięła a on zbyt ją szanuje, by naruszać jej przestrzeń. – Niejednoznaczna ta odpowiedź była, ale Caleb naprawdę nie uważał, by Marvel była odpowiednim wyborem dla takiego Noah. Sam nie wiedział czemu. Po prostu chyba Calebowi nie podszedł jej charakter. Zerknął natomiast pytająco na chłopaka, gdy ten wspomniał coś o tym, że widział się ostatnio z Liv i posłał mu ponaglająco spojrzenie. Kompletnie nie wiedział do czego Czaruś zmierza. I po chwili tylko spojrzał na niego z jeszcze większym szokiem. – Co zrobiła? Czemu? – spytał trochę zdumiony. – Czy wy coś… No wiesz, nie wiedziałem, że macie jakąkolwiek zażyłą relację – dodał niepewnie, bo niby wiedział, że trochę ze sobą gadają, ale nigdy nie sądził, że coś poza tym więcej. Przeczesał nerwowo włosy i pogładził się po kilkudniowym zaroście. – Mówiłeś Noah? No, bo… wiesz, stary – urwał na chwilę, krótko się wahając. – Powinieneś mu powiedzieć. – A jeśli nie, to ja będę musiał, chciał dodać, ale postanowił jednak zaczekać na odpowiedź Flanagana.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Connor | Liv | Celia | Chandler | Hugo | Cookie
 
Caesar Flanagan


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

zaczyna od nowa u boku Maze

Wysłany: 2019-06-23, 12:22   
  
Caesar

  
Flanagan

  

  

  

  

  


  
If you ever want to join me baby, I'll be dancing in the dark

  
22 yo

  
183 cm

  


Zapewne bez problemu udałoby mu się wciągnąć Rogersa w uczelniany świat i przy okazji do kręgu tamtych znajomych, ale widział po nim, że nie specjalnie mu to leżało. Dlatego też nie naciskał na kumpla ani nie truł mu głowy, bo mogliby się tylko pokłócić, a przecież Caleb był dorosły i sam potrafił o siebie zadbać, prawda? Jeśli to mu wystarczało w jakiś pokrętny sposób to musiał po prostu na to przystać. Już nie raz przekonał się, że trzeba było skupić się na swoim życiu a nie innych. On wybrał dodatkowo uczelnię bo w ten sposób chciał dodatkowo zaimponować ojcu, że da radę przez to wszystko przebrnąć również łącząc w tym wszystkim jaszczurkowe obowiązki.
- Wiesz, zapewne dostanę ochrzan od Bookera, za to, że uwalam się w jego kasynie - wzruszył ramionami i wcale by się nie dziwił gdyby starszy Flanagan byłby na niego zły. Musiał wziąć się wreszcie w garść, ale trudno było tak odciąć się od tego co wydarzyło się przez te ostatnie miesiące, nawet dla takiej jaszczurki, co powinno po nim wszystko spływać. - Jak na to wszystko patrzę to odechciewa mi się jakiegokolwiek zaangażowanie - stwierdził wlepiając wzrok w drogę przed nimi bo jednak musiał być czujny, nie chciał wpakować ich do rowu i przy okazji skasować auto. Drugiego prędko nie dostanie. - Co? Daj spokój - machnął ręką by po chwili położyć ją na sprzęgle - Nie, nie przespaliśmy się ze sobą - przekręcił głowę w jego stronę trochę nie dowierzając, że kumpel myśli o nim w taki sposób - Serio, naprawdę myślisz, że spałbym z dziewczyną kumpla? - pokręci głową trochę zirytowany - Nie..jeszcze nie miałem okazji by mu o tym powiedzieć - wzruszył ramionami, ale Caleb miał rację. Powinien mu o tym powiedzieć, chociaż już wiedział jak to mogłoby się skończyć. Młody Faraday z pewnością mu tego nie odpuści, chociaż ej, to nie jego wina, że Liv się na niego wtedy rzuciła. - Za to z Maze chyba mam coś poważnego... - powiedział zerkając kątem oka na Rogersa, przypominając sobie, że ten niezbyt przepadał ostatnio za jego wyborami, tak samo było z Rocky, ale czy tak samo będzie z Maze? Chciał się właśnie przekonać i poznać co o tym myśli.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Hector // Diana
 
Caleb Rogers


Lives in
white flower valley

w Berrylane od zawsze


sprzedawca w Finch's Records & Instruments

nic nowego w tym temacie

Wysłany: 2019-07-02, 02:02   
  
Caleb

  
Rogers

  

  

  

  

  


  
we blame society, but we are the society

  
22 yo

  
178 cm

  


Oj, zdecydowanie nie! To nie była bajka Rogersa, on się nie bawił w żadne uniwerki. Miał gang, miał swoją rodzinę i pracę, i Tessę w Berrylane i niczego mu więcej nie trzeba było. Zwłaszcza, że z opóźnieniem skończył szkołę i w ogóle miał w niej trochę problemy przecież. Nie był typem kujona czy nawet czwórkowego ucznia, więc nic z tego. Ale rozumiał, że takiego Caesara to mogło kręcić. Nie jemu też to było w żaden sposób oceniać, bo przecież… niektórzy najwyraźniej wymagali od siebie znacznie więcej niż tylko zakończenie lokalnej szkoły średniej. Caleb raczej nie celował w nic ponadto w kwestiach edukacji.
- Dorosły jesteś. Nic specjalnie głupiego nie robiłeś i mieliśmy cię pod kontrolą, więc szczerze wątpię, by Booker miał kręcić nosem z jakiegoś powodu – wypowiedział się Caleb i obojętnie wzrusztył ramionami. Podejrzewał, że Booker ma ważniejsze sprawy na głowie, niż dawanie reprymendy młodemu Flanaganowi.
- Nie jest aż tak źle – stwierdził z przelotnym uśmiechem. U niego przecież było w porządku. A związki miały swoje blaski i cienie, prawda? On był póki co szczęśliwy, ale pamiętał te początki z Tessą, gdy go drażniła jej nieostrożność i to, że sam w zasadzie nie wiedział, co między nimi jest. To było zdecydowanie najgorsze.
- Nie to miałem na myśli – zaoponował natychmiast. Bo serio tego nie miał. Nie podejrzewałby Czarka o taką zdradę czy nóż w plecy przyjaciela. Jasne, że nie. Po prostu nie sądził, że jego i Liv łączą aż tak dobre relacje. – Jasne, że nie – dodał zatem i wywrócił oczyma. Chciał dodać, że tym bardziej, iż Marvel wcale nie była jego prawdziwą dziewczyną, ale zacisnął szczęki, powstrzymując się od komentarza. Akurat tego Caesar wiedzieć nie musiał. – Powinieneś jak najszybciej – oznajmił tylko Caleb i cicho westchnął. Prawdopodobnie Noah się wkurzy, bo jego reakcje były mega dziwne ostatnio jeśli w grę wchodziła postać Olivii Marvel, ale Caleb był pewien, że Faraday nie będzie długo chował urazy. – O? Serio? – Próbował szybko ze zmarszczeniem brwi skojarzyć która to Maze, ale trochę nie mógł w tej chwili dopasować twarzy do imienia, więc tylko zerkał w stronę Czarka, próbując go niewerbalnie nakłonić do gadania.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Connor | Liv | Celia | Chandler | Hugo | Cookie
 
Nicole Parrish


Lives in
magnolia flats

w Berrylane od dziecka do liceum


agentka/life-cleaner

grywa w szarady

Wysłany: 2019-08-18, 16:18   
  
Nicole

  
Parrish

  

  

  

  

  


  
You will never win trying to manipulate a Scorpio. They're the masters of reverse psychology

  
32 yo

  
170 cm

  


out

-Jeszcze raz. – zarządził dźwiękowiec siedzący przy wielkiej konsoli w studiu nagraniowym. Uniósł spojrzenie na stojącą obok Nicole, która bez słowa potwierdziła jego obawy. Coś było nie tak, ale żadne jeszcze nie powiedziało tego na głos jedynie przez głośnik przekazując Ellen, że da radę, niech się tylko skupi. Reszty rozmów wiolonczelistka nie mogła słyszeć, jak tej, gdy przy kolejnej próbie dźwiękowiec już śmielej przekazał Parrish parę konkretnych słów. Nie musiał tego robić. Nicole dobrze słyszała te błędy, a nawet dosadne przerywniki (jakby smyczek jej uciekał na bok), którym Ellen sama się poddawała mówiąc ‘Przepraszam. Możemy jeszcze raz?’.
Możemy.
Tylko, że każda godzina w studiu kosztowała a z takim tempem nie nagrają ani jednego utworu.
Błąd. Raz jeszcze.
- Zrób sobie przerwę. – zarządziła Nicole tuż po przyciśnięciu odpowiedniego guzika włączającego głośnik, czym nagrabiła sobie u dźwiękowca, bo on nie lubił jak dotykało się jego rzeczy. Trudno, niech przywyknie, bo Nicole będzie mówić dużo rzeczy, a nawet zacznie się rządzić tam, gdzie mogła, czyli posiadała odpowiednie kompetencje.
Przez chwilę z założonymi rękami stała w miejscu patrząc przez dźwiękoszczelną szybę na Hargreeves odkładającą na bok instrument i ewidentnie unikającą wymiany spojrzeń. Westchnęła ciężko i podeszła do drzwi do pokoju nagrań.
- Mogę cię prosić? – prawie jak dyrektor niesforna ucznia zapraszał na dywanik. Czasami nie było innej opcji. – Usiądź. – zaproponowała krzesło dźwiękowca, który poszedł zaparzyć sobie piątą już dzisiaj kawę, co kiedyś ewidentnie zafunduje mu zawał. Nicole stanęła między krzesłem a konsoletą, o którą oparła pośladki oraz dłonie na skrajach, uparcie wpatrując w Ellen znajdującą się teraz nieco niżej, co mogło przytłoczyć kobietę, ale niektóre rzeczy nie działy się bez powodu. Parrish dobrze wiedziała co robiła i choć teraz stawiała się wyżej od siedzącej wiolonczelistki, po prostu chciała dopiąć swego. W tym przypadku rozchodziło się o informacje, a konkretniej o to, co siedziało w głowie Ellen. – Co się dzieję? Przecież widzę. Jesteś rozkojarzona, w co ten palant nie chce wierzyć.. – ostatnie słowa dodała nieco ciszej, bo oczywiście, że mówiła o dźwiękowcu sugerującego wcześniej, że Hargreeves była po prostu ‘do bani’. – ..ale ja to wiem. – bo w przeciwieństwie do pana palanta Nicole wierzyła, że coś było na rzeczy. Przecież słyszała grę Ellen, nawet w stresującej dla niej sytuacji (podczas przesłuchania), więc to niemożliwe, żeby nagle jej się odmieniło. Nie bez powodu.
[Profil]
  MÓW MI: Amazon
 
Ellen Hargreeves


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od wielu lat


widzisz we mnie szczęśliwą żonę wolfganga, która gra na wiolonczeli

nigdy nie dowiesz się, że w rzeczywistości wolę kobiety

Wysłany: 2019-08-25, 20:53   
  
Ellen

  
Hargreeves

  

  

  

  

  


  
You want a revelation, you want to get it right, but it's a conversation I just can't have tonight.

  
26 yo

  
166 cm

  


/ przed kolacją

Doskonale wiedziała, że fatalnie dziś brzmi. Chyba tylko ktoś głuchy nie usłyszałby jej dzisiejszej gry. Ktoś głuchy lub Wolfgang, dla którego wszystko, co zagrała, brzmiało świetnie, ale dziś nie potrzebowała tego typu komplementów. Dziś potrzebowała kopa w tyłek i zdaje się, że właśnie do tego będzie sprowadzała się dzisiaj rola Nicole. Ellen nie była zadowolona z żadnego dźwięku, jaki dziś zagrała. Okej, może z jednego, pierwszego, bo zaraz po nim w jej głowie pojawił się obraz małżonka wpadającego pod samochód. To zdecydowanie nie był odpowiedni dzień na nagrywanie materiału. Tak, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że powinna być profesjonalna, bo życiowa szansa nie będzie na nią czekała, kiedy powie, że jest niedysponowana. Tyle tylko...
Hargreeves nie była maszyną. Była człowiekiem, a nimi targają czasem różne emocje. To właśnie czyni ludzi ludźmi, dodaje im autentyczności, ale jak widać na załączonym obrazku, potrafi też nieco przyblokować, z czego Ellen naprawdę nie była dumna.
- Przepraszam, naprawdę potrzebuję chwili przerwy - rzuciła jeszcze krótko, odkładając wiolonczelę. Gdyby paliła, próbowałaby teraz uciec gdzieś na zewnątrz na papierosa, ale Nicole szybko ją przechwyciła. Z jednej strony naprawdę jej się to chwali i właśnie z kimś takim chciała pracować Hargreeves, z drugiej - podopieczna agentki rzeczywiście poczuła się teraz jak na dywaniku, a to naprawdę nie było komfortowe uczucie. Mimo to zajęła miejsce na krześle, wzięła kilka głębszych wdechów i podniosła nieco głowę.
- Wiem, Nicole. Ja to wszystko wiem i przepraszam. Słuchaj, ja zapłacę za dodatkowy czas albo za wynajęcie studia w jakimś innym terminie, bo naprawdę zależy mi na tym wszystkim. Po prostu dzisiaj naprawdę... - tak, była rozkojarzona. - Sama nie wiem. Chyba nie umiem oddzielić życia zawodowego od prywatnego. Chodzi o to... Wolfgang miał wypadek. Potrącił go samochód, jest w szpitalu, ma kilka złamań i nie potrafię myśleć teraz o niczym innym.
To nie tak, że wymiękała, że przeraziło ją studio nagraniowe i przerosło ją to, co mogła przynieść przyszłość. Chciała tego, po prostu dziś nie była w formie.
[Profil]
  MULTI: Annie, Eddie, Evan, Josh, Julie, Kara, Mike
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 10