menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Ulica
Autor Wiadomość
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-12-16, 20:28   

Oj tak. Pepper chyba zdecydowanie wygrywa w tym konkursie, no jednak ona cieszyła się na praktycznie wszystko. India pewnie jednak częściej miewała humorki czy smuciła się z różnych powodów i na pewno trudniej było jej poprawić ten nastrój. Chociaż w sumie, pewnie wystarczyła jej ulubiona bajka i o większośc przykrych spraw zapomniała. Przynajmniej na chwilę, w końcu dzieci takie są, że dość łatwo odciągnąć ich uwagę. A co do tego, jak India to wszystko przeżywała, to chyba na razie i tak trudno było to jednoznacznie ocenić. Była trochę za mała, żeby to wszystko zrozumieć do końca, Efrem jej szczegółów nie tłumaczył, a ona mamy praktycznie nie pamiętała. W końcu miała jakiś rok, gdy to wszystko się stało, dzieci mają niewiele wspomnień z tamtego okresu. Dlatego nigdy Efrem nie wiedział do końca, czy na pewno dobrym rozwiązaniem jest chęć utrzymania pamięci o Sarze u Indii, ale no uważał, że jednak to było zdecydowanie bardziej fair niż odrzucanie tego tematu.
- No nie wiem, nie wiem… A przewidujesz jakieś ciekawe nagrody dla swojego najlepszego ucznia? - bo to oczywiście będzie on, jak coś. I to wcale nie dlatego, że jedyny, jak go tu jakoś zmotywuje, to na pewno będzie się bardzo, bardzo starał. Ale tak bardzo.
- Dokładnie tak, cały Hogwart. I to nawet ze smokiem na wieży, tym z czary ognia - no wtedy on za Harrym leciał i siał spustoszenie. Do dziś w sumie nie wiem, jak to było, że taka rozwalona wieża to był dla nich pikuś, a po ostatecznej bitwie Hogwart odbudowywali podobno wiele lat. Może to kwestia, że tam zniszczono go zaklęciami, czy coś. Ja nie wiem. To skomplikowana książka jednak była.
I no cóż, będzie się starać status dobrego kierowcy utrzymać, niby takim raczej był, na szczęście daleko było mu do jakiegoś zakompleksionego szaleńca, który na terenie zabudowanym jechał z zawrotną prędkością, no miał dziecko, wiedział, że to groziło różnymi bardzo niebezpiecznymi sytuacjami.
- Mhmm… Ja jak najbardziej rozumiem, taki styl idealnie pasuje też do Twojej betonowej kanapy - pokiwał głową ze zrozumieniem, no wiadomo, nowocześnie i minimalistycznie. Off White też wypuszczał buty, w których mocowania i szwy były na wierzchu, więc no modnie i to, on wszystko rozumiał! - Ale zerknę na to następnym razem, okej? Jeśli w środku wszystko będzie w porządku, to mocowania powinienem dać radę sam naprawić - więc sprawdzić zawsze można. Najwyżej odpadnie do końca, czy coś. Nie no żart, chyba nie był psują.
- Okej - zgodził się bez wahania, bo spójrz na tego gościa, na zakupach to on na pewno się zna. Żart, pewnie większość rzeczy kupuje online. A tak naprawdę to ucieszył się, że chce z nim tam iść. To jednak taka dość OFICJALNA okazja, okej. Także chyba było to ważne, przynajmniej dla niego. - Przynajmniej dowiem się, czy zakupy z Tobą to duże wyzwanie - dodał jeszcze, trochę żartobliwie, uśmiechając się lekko. No różnie to bywa, czasami człowiek się nawet nie spodziewa, jakim to może być skomplikowanym procesem.
- Wszystko w odpowiednim czasie - przytaknął jej, całując ją krótko. - To prawda - no w sumie trochę nawet zapomniał, że one się znały. A on sam kontakt z Gin miał, jaki miał, więc nie była pierwszą osobą na liście, której chciał się chwalić tym, że układał sobie życie. - Ale nią się nie musisz martwić - zapewnił ją, no bo każde z nich jednak szło swoją drogą bardziej to raz, dwa Gin była specyficzna, ale raczej nie była hipokrytką, żeby Callie oceniać przez pryzmat tego, że sobie RAZEM chlały za barem czy coś. - Nie jesteśmy bardzo zżytym rodzeństwem i raczej nie wtrącamy się nawzajem w swoje życie - no on nie krytykował jej wyborów, ona raczej jego też nie. Poza tym, że jakoś dziwnie nazywała Indię, ale w sumie nie pamiętam już dokładnie jak. Pewnie jakimś krasnalem, czy innym takim.
- To prawda. Internet sporo akurat w kwestii wychowywania dziecka utrudnia - no bo wszyscy korzystają i to normalne, że dzieci teraz już szybciej z tego czerpią i mają rozrywkę w postaci gier czy bajek, więc nie zabronisz tego, ale no jednak trzeba było stale sprawować jakiś nadzór, bo łatwo było znaleźć tam nieodpowiednie treści przez chociażby głupie reklamy i w ogóle.
- I to brzmi jak sensowny podział obowiązków - no moder couple bardzo, kobieta do alkoholu, facet do garów. Ja to szanuje, Efrem też jak najbardziej.
- Właściwie z tego co wiem, to jedno…[b/] - zmarszczył lekko brwi. - [b]Miałem wtedy jakieś 14 lat i miałem koszmarne wyrzuty sumienia, bo ta dziewczyna później jak tylko widziała mnie na szkolnym korytarzu to uciekała w drugą stronę - zaśmiał się lekko. - Jednak licealne zauroczenia były dość zabawną sprawą - no tak było, takie to głupie i dziecinne było, ale oczywiście zawsze wydawało się, że to już na zawsze i w ogóle.
- No tak, trzeba dbać o reputację - pokiwał lekko głową, wiadomo jak to jest z rodzeństwem.
- Koszykówkę i trochę football, ale w sumie przede wszystkim koszykówkę - tak musi być, koszykówka to jedyny słuszny sport drużynowy dla mnie, to i Efrem musiał się ze mną zgodzić, co zrobisz. - Przynajmniej mogę mieć pewność, że nigdy nie podpadłem Twojemu bratu na szkolnym boisku… - dodał jeszcze, no bo byłby przypał, jakby okazało się, że ze sobą rywalizowali albo podkładali sobie nogi, co nie. Co prawda nie wiem, czy Efrem wiedział ile jej brat ma lat, ale z tego, co widziałam to były między nimi tylko dwa lata różnicy.
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

[Profil]
 
 
CALLIE LANGDON


Wysłany: 2018-12-17, 01:05   
  


Co racja to racja, ale szybko ten czas minie i bajka przestanie być wystarczającym rozpraszaczem. I zaczną się kłótnie, ukrywanie pewnych spraw i ogóle, cały ten bunt. W sumie to niego się chyba bardziej powinna Callie obawiać, dzieci które czują że poświęca się im za mało uwagi nie są tak niebezpieczne i szalone jak nastolatki. A dodatkowo Callie była gliną, jakby India miała jakieś odpały to mogłaby jej próbować zwinąć radiowóz, kajdanki... czy gorzej. Wolała o tym nie myśleć, czy o sytuacjach kiedy będzie musiała podejmować decyzje w sprawie wysyłania na izbę wytrzeźwień czy wystawiania mandatu. Chociaż wtedy pewnie by dzwoniła od razu do Efa... ale chyba nie ma co gdybać. To te dwie butelki wina, to wszystko przez lajfienie.
I omg, no to racja, będzie miała tylko zdjęcia i świadomość, że nigdy nie usłyszy śmiechu mamy czy nie porozmawiają o seksie przed balem maturalnym, nie wybiorą razem sukni ślubnej... i zawsze będzie miała świadomość że wolała śmierć niż nią. Było to pewnie trochę nie fair, depresja to mały potwór, który zjada ludzi, ale dla dzieci sprawa jest dość prosta...
- Inaczej nie warto robić lekcji... - uniosła rozbawiona brwi - kary też powinnam przewidzieć czy to mało wychowawcze podejście i trzeba zapomnieć o kiju, i zostawić tylko marchewkę? - zapytała zaintrygowana, i przy okazji zaskoczona że nie do końca wypadła z wprawy we flirtowaniu.
- W takich chwilach żałuję że już nie jestem dzieckiem - jęknęła rozbawiona, bo jednak po co ona kupi klocki, żeby jej pies się pobawił w Hagrida? No słaby pomysł! I w sumie nie miała hajsu na takie ekscesy, ale nieważne, nie chciała rozmawiać z Efremem o pieniądzach.
I w sumie jedna wieża a cały zamek, to jednak różnica. I może coś w tym było, że to zaklęcia, a może przesadzili z tymi latami, albo uznali że wymienią w końcu rury i upewnią się że nie ma tam większej ilości bazyliszków i innych niebezpiecznych stworzeń.
- A zasłony powinnam zrobić z desek czy jednak folii malarskiej? - zapytała z powagą. całkiem rozbawiona tym planowaniem - i poduszki oczywiście z cegieł i pustaków? - w sumie to nie było nawet pytanie, ale trochę tak jej wyszło przez jej ton rozbawiony.
- No dobrze - westchnęła cicho, ale co miała zrobić. Taśma taśmą, ale była jesień, dużo padało, zaraz będzie zima, może się rozkleić i rozpaść po drodze. Wolała o tym nie myśleć. - No i sporo się najeżdżę zaraz radiowozem. O, może zabiorę cię nim na randkę, hm? - uniosła brwi, ale w sumie nie wiedziała czy to aby na pewno romantyczne.... może zapyta jej nowego partnera, wydawał się miły, może miał rozwiniętą swoją feministyczną stronę i coś doradzi.
- Pewnie tak... ale będę się na nich sporo rozbierać, to chyba rekompensuje? - zapytała rozbawiona, chociaż w sumie, jak się nad tym zastanowiła, to wciąż nie wróciła do swojej formy i to jak jej ciało wyglądało nago jeszcze nie do końca ją satysfakcjonowało. Ale pracowała nad tym, zamiast tylko narzekać. Chciała wrócić do policji w formie, więc trzeba o nią powalczyć. Przy okazji miała też sporo frustracji do wywalenia.
Odwzajemniła jego pocałunek z delikatnym uśmiechem, w sumie nie pytała żadnego z nich o ich relację... i trochę się czuła z tym źle, byli rodzeństwem, znali ją oboje, i trochę dziwnie wypadło. Mimo że nie podrywała jego siostry, więc uff, chociaż jedna ulga, co nie.
- Chyba muszę was zobaczyć razem żeby poszukać rodzinnego podobieństwa - przyznała rozbawiona, przyglądając mu się ciepło i z takim uczuciem jednak też. Sama nie wiedziała co dokładnie do niego czuje, bała się to nazwać, ale był dla niej ważny. To na pewno.
- Jeszcze wytrenujemy Pepper do sprzątania i będziemy mieć cały komplet - zapewniła go z rozbawieniem, unosząc brwi, sprzątanie, napoje i jedzonko, każdy ma swoje zajęcie. Indii jednak nie, bo nieładnie tak wykorzystywać dziecko jak sobie jedzą i piją.
- Jedno o którym wiedziałeś - poprawiła go,, rozbawiona - to dziewczyny są tymi które zwykle wiedzą kto się w nich kocha, chłopcy są bardziej nieświadomi.. czasem na szczęście - przyznała rozbawiona, bo potem taki kapitan drużyny kończy na stacji benzynowej jako sprzedawca, bo zajmował się imprezowaniem i dziewczynami, a nie przyszłością.
- Dokładnie - przyznała rozbawiona, a potem uśmiechnęła się ładnie. I w sumei widzę że jest 85, więc jest starszy od niego i jednak mogli się minąć.
- Howard jest całkiem miły, w sumie jest właścicielem Joe, może byłeś tam kiedyś na drinku i nawet się znacie? - zapytała zaintrygowana, no świat jest mały, a barmana zna się po imieniu tylko, więc pasuje.
_________________
[Profil]
 
 
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-12-28, 23:53   

Trudno się nie zgodzić, czas uciekał nieubłaganie i Efrem doskonale wiedział, że czekają go trudne rozmowy z córką i wiele rodzicielskich wyzwań. W końcu powiedzenie, że małe dzieci to mały kłopot, a duże dzieci to kłopotów znacznie więcej nie wzięło się znikąd, prawda? Małe dziecko potrzebowało dużo uwagi i troski, ale to jakoś tak zazwyczaj człowiekowi wychodziło naturalnie. Szczególnie, gdy chciało się założyć rodzinę i czuło się wewnętrznie gotowym na przejęcie roli rodzica, jak to było u Efrema. Co prawda nie był gotowy na bycie samotnym rodzicem, ale i tak. Jako tako mógł się przygotować. Ale te późniejsze lata, nastoletnie problemy i czas buntu? To dopiero była zagadka i wyzwanie! Na razie jednak starał się o tym nie myśleć. Próbował od jakiegoś czasu przestać żyć przeszłością, więc nie chciał dla odmiany teraz wybiegać gdzieś daleko w przyszłość, tylko skupić się na teraźniejszości, na tym co tu i teraz. A to było całkiem przyjemne.
Ta pierwsza, oficjalna randka miała jednak swój magiczny urok, to trzeba przyznać. Wpisywały się w niego nawet te delikatne nerwy i stres związany z tym, jak to wszystko się potoczy, czego się spodziewać i jak się zachować. Spędzili sobie bardzo miły wieczór, a właściwie pewnie nawet nieco dłużej niż wieczór, rozmawiając trochę o wszystkim, i rzeczach ważnych, i tych nieco mniej istotnych, ale również ciekawych. Był czas na jakieś jedzenie, było trochę wina i generalnie było fajnie, ładnie i w ogóle sympatycznie. Żartuję, tak naprawdę to było zdecydowanie fajniej niż sympatycznie, było sporo całowania, przytulania i wyjątkowa atmosfera, bo jednak z tej wysokości na niebie było już doskonale widać gwiazdy i całe miasto. Ale niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy i przyszedł czas na to, aby powoli się zbierać i wracać. Także pewnie taksówką pojechali do niej, spędzić jeszcze trochę czasu ze sobą, część w ubraniu, później trochę bez. I Efrem pewnie dopiero nad ranem sobie do siebie pojechał, bo przecież dzieckiem musiał się zająć, śniadanie do szkoły spakować i takie rzeczy. A że śniadanie jest ważne, to jednak nie chciał opiekunce w tej kwestii ufać, wiadomo.

//zt x2
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

[Profil]
 
 
Caesar Flanagan



w Berrylane od zawsze

pilnie studiuje i barmanuje w jaszczurkowym kasynie

22
yo

189
cm

maybe I'm blind

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-03-28, 10:54   
  
Caesar

  
Flanagan

  
.

  

  

  

  

  

  


/po wszystkim

Był zaskoczony kiedy z rana dostał wiadomość od Roscoe, że chce się z nim jeszcze spotkać zanim pojedzie na zajęcia do Seattle. Od płonącego domu na dobrą sprawę nie widział się z ojcem i nawet ze sobą nie rozmawiali, dlatego poczuł nieprzyjemny skurcz w żołądku, ale zjawił się grzecznie pod biuro ojca, będąc ciekaw co mu się odmieniło, że chciał go widzieć. Wyczuwał, że to nie będzie raczej miła rozmowa o pogodzie i tak jak przeczuwał, miał rację. Roscoe wydawał się nie mieć humoru, ale szybko zrozumiał dlaczego. Obawiał się, że będzie mu robił jakąś awanturę, ale szybko wyjaśnił dlaczego zawrócił mu głowę tak wcześnie. Dziwił się tylko, że nie chciał, żeby Oscar brał udział w tej rozmowie ani nawet Samantha. Po raz pierwszy od dawna mimo wszystko ze sobą również pogadali tak zwyczajnie jak ojciec z synem po tym jak przedstawił mu swój plan działań. Wcale nie chciało mu się tak do końca wyręczać ojczulka, ale skoro do niego uderzył to nie mógł się jednak mu postawiać, ani wymyślać na poczekaniu, że źle się czuł. W sumie to nadal źle się czuł, ale był Flanaganem i musiał zachowywać się jak Flanagan.
Po wyjściu z jego biura z nikłym uśmiechem od razu napisał do Caleba, zastanawiając się czy to dobry pomysł, aby wciągać to wszystko ponownie w Rogersa, ale kumpel niemal natychmiast mu odpisał, że się z nim wybierze do Seattle, bo też po drodze miał coś do załatwienia. Musiał się przygotować na to dość szybko jeśli chciał jeszcze zdążyć na dwa wykłady, które miał w międzyczasie, dlatego z Calebem szybko ustalili plan działania jak to wszystko ogarnąć i jeszcze wieczorem wrócić z powrotem do Berry. Na pewno będzie to dzień pełen atrakcji, a on na serio miał dość tych wszystkich atrakcji. Pokręcił się jeszcze po swojej przyczepie, zabierając wszystkie potrzebne rzeczy, w tym notatki a między nimi był ukryty jego własny pistolet, który niestety mógł się mu dzisiaj przydać.
- I czaisz to? Ojczulek sam się do mnie odezwał. Wiem, że miał w tym interes, ale jednak to jakaś zmiana - pochwalił się dumnie kiedy siedzieli już razem z Calebem w jego aucie i jechali do jednego z magazynów, z którego mieli odebrać jakąś paczkę od jakiegoś kolesia, który podobno o wszystkim miał już wiedzieć. Wcześniej załatwili sprawę Rogersa w centrum Seattle, a teraz jechali załatwić zlecenie Roscoe. Z ojcem mógł się nie widywać nawet przez parę tygodni ale znowu mu zrobił wykład, żeby nie olewał Sam, bo tego nie mógł po prostu zdzierżyć. Przez całą drogę zastanawiał się czy powiedzieć Calebowi co przytrafiło mu się z Liv, ale miał obawy, że kumpel może nie odbierze tego zbyt dobrze - To tutaj - westchnął głęboko kiedy zatrzymał się w pobliżu magazynu w niewielkiej odległości i spojrzał na kumpla - Mam nadzieję, że pójdzie sprawnie i nie będzie żadnej zadymy z tymi typami - sięgnął jeszcze do tyłu po swój plecak, z którego wyciągnął broń i podał ją Calebowi - Tak na wszelki wypadek - powiedział, żeby nie myślał, że miał zamiar wszystkich powybijać, ale chciał zapewnić mimo wszystko mu jakieś bezpieczeństwo, w końcu zgodził mu się pomóc. Wyjął też drugi dla siebie i wsadził go sobie do wewnętrznej kieszeni kurtki po czym wyszedł z auta i skierował się w skazane miejsce. Typ wyglądał na zajadłego gangstera i wcale nie był zadowolony, że Roscoe wysłał właśnie ich. Pojawiło się dwóch typów, a jednego z nich Caleb chyba ostrzegawczo postrzelił w udo, żeby sobie nie pozwalali za wiele i prócz ostrej wymiany zdań, zapłaty w postaci kilku uderzeń i ciosów w końcu wrócili do jego auta ze zdobyczą - Co za kretyn. A ojciec mówił, że się z nim dogadał - wywrócił oczami kiedy przyłożył sobie chusteczkę do krwawiącego nosa. - Nic ci nie jest? - zapytał gdy odpalił wreszcie auto i z piskiem opon ruszyli by dojechać na drogę dojazdową do Berry.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: Kama
MULTI: Arizona // Christian // Diana // Lana
 
Caleb Rogers



w Berrylane od zawsze

sprzedawca w Finch's Records & Instruments

21
yo

178
cm

love the one for me

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-04-14, 23:10   
  
Caleb

  
Rogers

  
'Cause all I know is we said hello and your eyes looking like coming home.

  

  

  

  

  

  


Caleb był nieco zdziwiony zaistniałą propozycją ze strony młodego Flanagana, ale nie zamierzał narzekać. Już od dawna nie trafiło mu się żadne zadanie na boku i trochę za tym, musiał przyznać, że tęsknił. W ostatnim czasie jego życie opierało się głównie na teenage drama Noaha oraz chęci zrobienia krzywdy Ellingtonowi, więc nic nowego ani specjalnego. I na spędzaniu czasu z Tessą. I wiadomo, bardzo mu na niej zależało, ale czasem czuł się trochę jak taki piesek kanapowy, który był kiedyś wolny. Jak Chaps z Zakochanego kunda. Chaps? Albo syn Chapsa… Wiesz o co mi chodzi na pewno! W każdym razie niemalże na skrzydłach zgodził się uczestniczyć w misji Czarka. On jeszcze nie ogarnął sobie broni, choć powinien, ale dobrze władał pięściami i nożykiem, który gdzieś tam miał ukryty w skórzanej kurtce. Zjawił się pod przyczepą kumpla po jakiś dwudziestu minutach od jego telefonu. Przywitał się szybko i wpakował się do jego samochodu. Wysłuchiwał blondyna uważnie aczkolwiek gdzieś tam trochę odpływał myślami, bo jednak miał na uwadze, że jeśli coś mu się stanie to prawdopodobnie Tessa będzie się martwić. Wyparł jednak prędko takie myśli i skupił się na słowach przyjaciela.
- Jeszcze wszystko wróci do normy. Nie przejmuj się – skomentował tylko chłodnym tonem. Sam wiedział jak to jest z ojcami. W końcu sam ze swoim nie rozmawiał sporo czasu i w zasadzie nadal przychodziło im to z trudem, głównie ze względu na zdystansowanie Caleba. W Seattle Caleb musiał nadać paczkę dla ojca do więzienia. Nie chciał zbędnych pytań, więc zwyczajnie nie robił tego z Berrylane. Kiedy oboje wysiedli, Caleb rozejrzał się uważnie i bez żadnych obiekcji przyjął broń od chłopaka, zabezpieczając ją. Schował go jakoś tak kozacko za plecami tak jak to robią na filmach i podążył za chłopakiem w celu osłaniania go. Był obyty z bronią na tyle, na ile był. Celować potrafił mniej więcej, pamiętał o odrzucie i wiedział jak się obsługiwać bronią palną. Tyle powinno wystarczyć. Ale akurat nikogo nie postrzelił tym razem. Ten strzał wydobył się w afekcie, więc w zasadzie nie był z tego zbyt dumny, ale przynajmniej nikogo nie zabił. Zirytował się. Zwłaszcza, gdy dostał pięścią w twarz i koleś kopnął go w żebra parę razy. Ale poza tym, że był lekko potłuczony i na jego twarzy były te śladowe pamiątki po bójce to wszystko było w porządku. – Jasne – odparł szorstko, ocierając pięścią krew z wargi i wypluwając ślinę przez okno. – Spadajmy stąd – dorzucił jeszcze, bo ani wiedzieć co tamtym jeszcze przyjdzie do głowy głupiego.
_________________

[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Gabby | Connor | Liv | Happy
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5