menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Biblioteka publiczna
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-03, 19:39   Biblioteka publiczna
  
Berrylane


biblioteka publiczna
  
[Profil]
 
 
Benjamin Mann


Wysłany: 2017-12-17, 19:44   

Berrylane przestało należeć do miejsc, do których Benjamin zaglądał w ciągu tych ostatnich kilku lat dość ochoczo. Gdy już do tego dochodziło, jego odwiedziny zazwyczaj ograniczały się do czterech kątów babci – wejść, zawitać i wyjść, nic więcej, żadnych wycieczek po mieście, żadnego wspominania dawnych lat w otoczeniu dalszym od ogródka Barbry. Będąc tutaj ponownie, musiał przyznać sam przed sobą, że żałuje – teraz, kiedy życie jego babci jest zagrożone, żałuje, że o niej zapomniał, tak jak każdy w rodzinie. Była zupełnie inna od pozostałych. Nigdy nie ganiała za pieniędzmi, jej życzliwość była prawdziwa, szczera, a w oczach, zamiast chłodu jak u reszty, można było wyczuć ciepło. I właśnie tym zauroczyła jego świętej pamięci dziadka, który kochał w niej to ponad wszystko. Niestety, w przeciwieństwie do pozostałych. Mannowie, w szczególności to starsze pokolenie, nie trawiło Barbry ze względu na jej usposobienie. I właśnie dlatego teraz została sama w tym dużym, pustym domu, przytłaczającym zapachu starości i niechybnego końca.
Podczas swojego pobytu starał się dotrzymywać jej towarzystwa, opowiadać o tym, co dzieje się w rodzinie, co dzieje się u niego i jak pięknie wygląda, zupełnie jakby starość jej nie dotykała. Reagowała na to tylko zwykłym chichotem i trzepnięciem go w ramię, choć nieraz Ben zauważał w jej oczach smutek. Sama bardzo dobrze wiedziała, ile czasu jej zostało.
Bywały również momenty jak te, kiedy ze zmęczenia całe dnie przesiadywała w łóżku, a do towarzystwa miała swoją prywatną pielęgniarkę. Wtedy Benjamin zajmował się sobą, chodząc na zakupy, sprzątając lub leniwie wylegując się w salonie. Bądź, tak jak teraz, przechadzając się po miasteczku.
Miejscem, które jako pierwsze przyciągnęło jego wzrok, okazała się być biblioteka. Zapewne dużo miało do tego zmęczenie ciągłym chodzeniem i ciążąca na ramieniu torba z laptopem, z którego miał nadzieję skorzystać w jakiejś pobliskiej kawiarni, a którego wzięcia na spacer teraz żałował. Kierowany więc w większym stopniu bólem niż ciekawością, przeszedł przez drzwi budynku, w którym od razu powitał go powiew przyjemnego ciepła. Powolnym krokiem podszedł do pustego stolika, by na jednym z krzeseł zawiesić torbę i płaszcz. Kiwnięciem głową przywitał się z bibliotekarką, która bacznie obserwowała nowego przybysza. Potem ponownie zawiesiła wzrok na monitorze, być może czuwając nad spisem wypożyczonych tytułów. Wygląd miała taki, że sam Benjamin bałby się oddać jej książkę chociażby godzinę po terminie.
Rozejrzał się dookoła, po czym spokojnie wszedł w jeden regał, a potem w kolejny i kolejny. Przyglądał się wypisanym gatunkom, grzbietom książek i okładkom, nie śpiesząc się z wyborem. Miał pół dnia dla siebie i dopóki jego czas nie minie, nie miał zamiaru wracać do domu, w którym śmierć wręcz wisiała w powietrzu.
Koniec końców wrócił do stolika z poezją nieznanego mu autora. Usiadł wygodnie na krześle, założył nogę na nogę i zagłębił się w lekturę, co kilka chwil przerywając ciszę szelestem przekładania strony.
[Profil]
 
 
Lucien Rinehart
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-17, 21:03   

Ostatnio nie mógł wyrobić we własnym domu. Chyba jeszcze bardziej zaczął przykuwać uwagę do irytujących go rzeczy, odkąd dotarło do niego, że w najbliższym czasie na swoje wymarzone studia nie będzie mógł sobie pozwolić. Było tak blisko do wymarzonej wolności, miał tak duże nadzieje… A tak to nadal musi tkwić w tym miasteczku, od którego powoli zaczynało chcieć mu się rzygać. Znaczy, jasne, oczywiście – miał jakiś tam sentyment i nie jest wcale taki pewien tego, czy może przy wyjeździe nie uroniłby jednej łzy czy dwóch, ewentualnie pięciu. Jednakże nie może tak po prostu pogodzić się z niespełnieniem się jego marzeń.
Potrzebując jakiegoś wyciszenia, udał się do biblioteki, w której i tak już był stałym bywalcem. Przywitał się niemrawo z bibliotekarką, która za każdym razem obdarowuje go tym swoim dziwnym spojrzeniem, po czym zniknął pomiędzy regałami w poszukiwaniu ciekawej pozycji, z którą jeszcze nie miał do czynienia. Nie powiedział nikomu, o której dokładnie wróci do domu, więc równie dobrze mógłby posiedzieć tutaj aż do zamknięcia. Przez tę myśl nie śpieszył się z wybraniem odpowiedniego dzieła. Odgarnął swoje włosy za ucho i nachylił się, żeby przejrzeć książki, znajdujące się na dolnych regałach. Aktualnie siedział w kryminałach, ale nie wykluczał możliwości zmienienia tematyki.
Kiedy właśnie był w trakcie czytania streszczenia fabuły z tyłu książki, ktoś wszedł do biblioteki. Normalnie by się tym nie zainteresował, gdyby nie to, że ta osoba przeszła tuż przed jego oczami. Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, skąd go kojarzy i dlaczego nie pamięta jego imienia, ale wtedy właśnie przypomniał sobie sytuację sprzed paru dni. Był wtedy w sklepie i podniósł jakiemuś przypadkowemu mężczyźnie kartkę z listą zakupów, która niefortunnie mu wypadła i nie był tego świadomy. W zamian za to ten poczochrał go po włosach i powiedział słowa, które w tamtym momencie były chyba jedynymi, które chciał usłyszeć. To pewnie głupie, że pocieszyły go słowa nieznajomego i to tak typowe, ale chyba jest jeszcze głupsza rzecz od tego. Tylko tyle wystarczyło, żeby Lucien zapragnął zainteresować się nim bardziej i zdawał sobie sprawę z tego, że być może znowu niepotrzebnie, nielogicznie i niedojrzale się zauroczył, ale po prostu ten mężczyzna miał w sobie takie coś… Takie…
Przygryzł dolną wargę, zastanawiając się, co powinien teraz zrobić. Wychylił się powoli zza regału, próbując go wypatrzeć. Od razu zrobiło mu się cieplej, gdy odnalazł go wzrokiem przeglądającego jedną z książek. Kiedy ten poszedł dalej, Lucien podreptał za nim, cały czas nie spuszczając go z oczu. Pewnie z perspektywy innej osoby musiało to wyglądać wręcz komicznie, ale w tym momencie przejmował się jedynie tym, aby nie zauważył tego sam nieznajomy. Wątpił, czy samym takim podglądaniem dowie się o nim czegoś więcej, ale naprawdę miło mu się na niego patrzyło. Z jakiegoś powodu chyba nawet chciał, żeby ich spojrzenia się skrzyżowały, nawet jeżeli po tym Lucien by stchórzył i po prostu uciekł. Chciał mieć świadomość, że on także go zauważa.
Przełknął ciężej ślinę, kiedy mężczyzna w końcu usiadł. Lucien cały czas krył się za jednym z regałów i teraz, kiedy jego obiekt westchnień przestał się poruszać, nie wiedział, co powinien zrobić. Ostatecznie doszedł do wniosku, że zbierze w sobie siły i się do niego dosiądzie. Wziął głębszy wdech i właśnie to zrobił, wcześniej zabierając ze sobą przypadkową książkę z półki. Na miejscu odchrząknął, próbując jeszcze bardziej przykuć jego uwagę.
To… to jest bardzo dobry tomik poezji — palnął, chociaż w rzeczywistości zupełnie nie wiedział, co dokładnie czytał mężczyzna. Co prawda mógłby postarać się rozpoznać po tytułach czy treści, ale na tym w tym momencie i tak nie mógł się skupić. Miał ochotę zapaść się pod ziemię przez to, jak płytko rozpoczyna rozmowę. Ale co innego i porywającego mógł powiedzieć?
A ty chyba nie jesteś stąd? Nigdy cię tu nie widziałem……a ciebie na pewno bym zauważył. Nie wiedział, co powinien powiedzieć. Miał też niewielką nadzieję na to, że to mężczyzna w jakiś sposób pociągnie tę rozmowę i wyświadczy tym Lucienowi ogromną przysługę. Byłby w niebie, gdyby rozpoznał w nim tę samą osobę, którą spotkał wcześniej, jeżeli tylko nie jest dla niego zwykłym, szarym mieszkańcem równie szarego miasteczka.
Po chwili spojrzał na niego jak poparzony i gdyby nie zganił się za to w odpowiednim momencie, to pewnie również wykrzyczałby następne słowa w jego stronę.
Tak właściwie to mogę się dosiąść? Nie zapytałem… — wymamrotał, mając nadzieję, że nie będzie miał mu tego za złe. Miał się pokazać od dobrej strony, a już na wstępie robi coś takiego…
 
 
Benjamin Mann


Wysłany: 2017-12-17, 22:38   

Mógł wyglądać na niezainteresowanego otoczeniem. Mógł przechodzić z jednego regału do drugiego i sprawiać wrażenie zanurzonego we własnych myślach, w swoim świecie. Mógł też być zbyt skupiony na wyborze, na opisach książek, które to brał do ręki, to odkładał.
Nieważne, jak mogło być. Bo bez względu na odpowiedź, w każdej z tej sytuacji niemożliwe było niezauważenie postaci, która poruszała się za nim niczym cień. Widział ją kącikiem oka zawsze, gdy zmieniał położenie; zawsze, gdy w jego dłoni znalazł się inny tytuł. Czuł na sobie wzrok – na swoich dłoniach, twarzy i całej reszcie ciała. Nie odczuwał jego ciężaru, żadnego niepokoju czy chęci opuszczenia biblioteki jak najszybciej, byle tylko stać się wolny od tego osobliwego spojrzenia. Nie, po prostu robił swoje, wystawiając się na dalszą obserwację niczym zwierzę w zoo. Pomyślcie sobie o tym co chcecie, ale lubił być obserwowany, lubił być świadomy wzroku innej osoby, gdy ta uważała inaczej. Wtedy miał całkowicie świadomą kontrolę nad tym, na co wystawi oczy drugiej osoby.
Starał się nie pokazać po sobie żadnej satysfakcji, gdy usiadł, a uczucie ciążącego na nim spojrzenia nadal nie ustało. Uśmiech, który z tego powodu wręcz pchał mu się na usta, musiał siłą powstrzymywać. Siedział, ze stoickim spokojem czytając książkę, jednocześnie czekając. Na co? Na to, co z tego wzroku wyniknie. Naprawdę się zawiedzie, jeśli ta chodząca za nim zjawa rozpłynie się w powietrzu. Poezja nagle stała się mniej interesująca niż zaledwie kilka chwil temu.
Akurat gdy powolnym ruchem przewracał kolejną stronę, usłyszał kroki i skrzypnięcie stojącego obok niego krzesła. Jego słuch wyostrzył się, a umysł bardziej skupił na bodźcach z zewnątrz. Mimo to wzrok nadal utrzymywał na książce, chociaż sprawiając pozory zainteresowania nią.
Kiedy oprócz chrząknięcia do jego uszu doszedł dźwięk czyichś słów, podniósł wzrok na siedzącą przy nim postać. Na twarz wpłynął mu łagodny, serdeczny uśmiech.
Tak uważasz? — spytał krótko, po tym wędrując oczyma z powrotem na kartki. Zerknął jeszcze raz na okładkę. — Wziąłem ją, bo jest przyjemna dla oka — rzucił, spoglądając na niego ponownie i posyłając szerszy, nieznacznie rozbawiony uśmiech.
Momentalnie ogarnęło go wrażenie, że już gdzieś widział tę twarz. Nie wiedział gdzie, nie wiedział kiedy, jednak był pewien, że kiedyś mignęła mu przed oczami. Uroda, jaką posiadała ta osoba, była zbyt charakterystyczna. Pytanie tylko – skąd go kojarzył?
Zamknął książkę, zaznaczając stronę kciukiem. Ciałem obrócił się nieco bardziej w stronę zaczepiającego go nieznajomego.
Nie, nie jestem — powiedział, po czym zamilczał i zaczął badawczo się w niego wpatrywać. Łokieć oparł o krzesło, a palec zaczepił o wargę w geście głębokiego zastanowienia. Nie czuł dużej potrzeby, by mówić mu, skąd przyjechał lub że kiedyś często odwiedzał to miasto. — Zostaję tu tylko na chwilę — wyrzucił z siebie mniej obecnym tonem, nadal nie opuszczając swojego wzroku.
Kolejne słowa podziałały na niego rozbudzająco. Powrócił myślami do rzeczywistości, uśmiechając się i prychając cicho śmiechem.
Nie usiadłeś tu bez celu, nie każ mi ci o tym przypominać.
To nic takiego — powiedział, a kiedy ponownie na niego spojrzał, znowu poczuł to niezbite wrażenie, że go zna. Zmarszczył brwi, odkładając książkę na stół. — Możesz uznać to za dziwne z mojej strony, ale… — zaczął, wpatrując się w jego twarz intensywniej. — Mam wrażenie, że już cię widziałem. Nie spotkaliśmy się gdzieś przypadkiem? — zapytał, przekrzywiając głowę w bok.
Może to właśnie jest powodem, dla którego chłopak tak zawzięcie go śledził? Ich drogi kiedyś się zetknęły? W Seattle? Chyba nie flirtował z nim, kiedy był pijany? Nie przypomina sobie, by kiedykolwiek podbijał do tak młodych chłopców.
[Profil]
 
 
Lucien Rinehart
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-18, 00:10   

Nie wiedział, czy mężczyzna faktycznie go nie widział i czy ta dosiadka jest dla niego aż takim zdziwieniem. Nie wyglądał, jakby się jego towarzystwa tutaj nie spodziewał. Jednakże nieznajomy w ogóle wydawał się taki… pewny siebie, doświadczony, jakby kompletnie nic na tym świecie nie mogło go już zaskoczyć. Wszystko widział, wszystko wie i może właśnie to wrażenie przyciąga Luciena do niego tak bardzo? Chłopak uwielbia wiedzę, inteligencję. Nienawidzi ludzi głupich, a mężczyzna prawdopodobnie taki nie był. Mogą świadczyć o tym chociażby jego drogie ubrania, na które przecież musiał jakoś zapracować.
Cały czas próbuje znaleźć jakiś tajemniczy element, który działa na niego jak lep na muchy, ale w tej chwili nie jest w stanie powiedzieć, co to takiego. Może po prostu ciekawość? Nie dość, że mężczyzna jest z pewnością starszy od niego, co niezmiernie go pociąga, to jeszcze rozsiewa tak przyjemną i specyficzną aurę…
A może powodem tego wszystkiego jest to, że jest młody i głupi.
Przełknął ciężej ślinę, widząc jego uśmiech. I chciałby, żeby obdarowywał go nim dłużej, żeby dłużej się w niego wpatrywał, bo naprawdę sprawiało mu to przyjemność. Aż sam miał ochotę się uśmiechnąć, ale jedynie zagryzł swoją dolną wargę i leniwie palcem przejeżdżał po blacie stołu, tak właściwie nie wiedząc, co powinien ze sobą zrobić. Rozmawia z nim, ale co dalej? Jak pownien się zachowywać, żeby ten się do niego nie zraził?
Nie odpowiedział mu tym razem na jego słowa, a jedynie odwrócił wzrok na swoje dłonie, które cały czas znajdowały się na stole. Do tego momentu miał nikłą nadzieję, że ten mu się przedstawi, ale najwidoczniej aż tak go do tego nie ciągnie. Miał także nadzieję, że nie ma mu za złe, że nie zwraca się do niego „pan”. Nie wie, ile dokładnie ma lat, ale w porównaniu do niego Lucien był tylko nastolatkiem. Sam nie wie, dlaczego w jego towarzystwie nie dba o zwroty grzecznościowe.
Zaciekawił się na jego słowa, że nie jest stąd. Tak mu się wydawało… Ale w takim razie co tu robi? Po co przyjechał? Na jak długo? Tyle pytań w jego głowie pozostawało bez odpowiedzi, a mężczyzna najwidoczniej nie miał zamiaru ułatwić mu zadania.
Spojrzał na niego akurat wtedy, kiedy zdawał się być zamyślony. Wbił wzrok w jego wargi, a potem pośpiesznie go odwrócił. Nie chciał nieświadomie dawać mu jakichś dziwnych sygnałów.
Ach, szkoda… — rzucił od razu na jego słowa, że jest tu tylko na chwilę. — Myślałem, że może mógłbym… — zaciął się, uświadamiając sobie w połowie, co takiego chciał powiedzieć. Spojrzał na niego niepewnie, jakby chcąc się upewnić, czy aby na pewno to usłyszał i czy naprawdę musi to dokańczać. — …cięponimoprowadzić — dokończył cicho i pośpiesznie, ostatecznie uznając, że to byłoby dosyć dziwnie, gdyby tak nagle urwał zdanie w połowie i siedział jak gdyby nigdy nic. Nie żeby słowa, które powiedział, były lepsze… Kto normalny proponuje nieznajomemu oprowadzenie po mieście?
Słysząc jego śmiech, nieco się rozluźnił. Miał jednak nadzieję, że nie śmieje się bezpośrednio z niego, chociaż byłoby to bardzo na miejscu ze względu na to, że zachowuje się jak ostatnia sierota. Kompletnie tego nie rozumiał. Przy innych nie miał raczej takiego problemu.
Spojrzał na niego niepewnie, czując na sobie jego intensywny wzrok. Co prawda wcześniej potrzebował jego uwagi i pragnął, żeby tak na niego patrzył, ale… może nie tak raz za razem, co? Potrzebuje jeszcze chwili, żeby odetchnąć pomiędzy jednym a drugim.
Uśmiechnął się delikatnie na jego słowa, że skądś go kojarzy.
A więc jednak – przeszło mu przez myśli. Teraz ewentualnie może zrozumieć to stresujące przyglądanie się. Jednocześnie też chyba teraz rozumiał, jak musiał czuć się ten mężczyzna jeszcze parę chwil temu.
Właściwie to… tak. Spotkaliśmy się — zaczął, teraz patrząc na niego uważniej i nie odwracając tym razem wzroku. — Parę dni temu, w sklepie. Wypadła ci kartka, a ja ci ją podniosłem i, nie wiem czy pamiętasz, ale potem poczochrałeś mnie po włosach. — Miał nadzieję, że nie będzie dla niego dziwne to, że zapamiętał takie szczegóły i że specjalnie wspomina o tych włosach. Faktycznie się z tego cieszył, ale… może lepiej będzie, jak zachowa to dla siebie.
A tak poza tym – jestem Lucien — powiedział, wystawiając dłoń w jego stronę.
 
 
Benjamin Mann


Wysłany: 2017-12-18, 11:40   

Nie był pewien, czy bardziej bawi go czy intryguje to, że się do niego dosiadł – tym bardziej po tym, na jakie niedyskretne podchody się odważył. Sytuacja była dla niego wystarczająco jednoznaczna. Nie sądził, by ktoś, kto nie ma w tym jakiegoś konkretnego celu, zazwyczaj polegającego na jednym, dosiadał się do nieznajomego – i chwalił przy tym książkę, której tytułu nawet nie zna. Okładka była niewidoczna, dopóki Benjamin sam na nią nie spojrzał – był tego świadom, nawet jeśli nie dał tego po sobie poznać. Żeby rozpoznać tekst, musiałby chociaż udać, że się na to trudził, zamiast palnąć tym od razu po zajęciu miejsca. Takie zachowanie ze strony chłopaka wydawało się w pewnym stopniu głupie i nieprzemyślane, ale jednocześnie na swój sposób urocze. Nie zmienia to jednak faktu, że wydawał się zbyt młody na to, żeby próbować takich taktyk na kimś o wiele starszym. Nie wie, ile ma lat, ale nie wydaje mu się, by byli w przynajmniej podobnym wieku, nawet jeżeli wyglądałby młodziej na swoje lata.
Że mógłbym co? – spytał w myślach, na zewnątrz reagując podniesieniem do góry jednej brwi. Cię odwiedzić? Poznać cię? Śledzić i zaczepiać częściej?
Nie miał mu tego za złe, nie czuł się pokrzywdzony z powodu obserwacji, jaką jeszcze moment wcześniej prowadził. Był po prostu rozbawiony komizmem sytuacji, jak i niepewnym zachowaniem chłopaka, z którego ledwo co wychodziło.
Uśmiechnął się lekko, kiedy dokończył swoją myśl.
Nie byłoby takiej potrzeby, znam miasto — powiedział spokojnie. Wyobrażenie, że jakiś mały (a przynajmniej wiekowo, bo wzrost miał dość pokaźny), nieznajomy dzieciak miałby oprowadzać go po mieście, wpłynęło do jego głowy. — Kiedyś często odwiedzałem tu rodzinę — dodał po krótkiej chwili, choć sam nie wiedział, czemu się tłumaczył. Powiedział to mechanicznie.
Wrażenie, że już go widział, rosło z momentu na moment. Na swoje własne wspomnienie, że niegdyś tu przyjeżdżał, pomyślał, że to właśnie wtedy mógł go zobaczyć, zamienić z nim kilka słów. Nie uważał jednak, by zadawał się wtedy z tak młodymi osobami.
Gdy stwierdził, że tak, owszem, spotkali się już, wsłuchał się w jego głos uważniej. Każde kolejne słowo padające z jego ust rozjaśniało mu sytuację coraz bardziej i bardziej, aż w końcu wspomnienie, tak dla niego wcześniej nieważne i niewarte zapamiętania, wyłoniło się z otchłani jego umysłu. Zdziwiło go jednak, że chłopak po tych kilku dniach nadal pamiętał coś tak chwilowego. On sam nawet wtedy zwrócił niewielką uwagę na jego wygląd, prawdopodobnie nie potrafiłby go rozpoznać już dzień po.
Ach… — mruknął, oświecony. To było tak proste i niespodziewane zarazem. — Rzeczywiście, coś takiego miało miejsce. Kompletnie wyleciało mi z głowy. — Na chwilę zawiesił na nim wzrok. Czy zainteresował się nim tylko z tego powodu? — Gdyby nie ty, wyszedłbym z niczym — rzucił jeszcze wdzięczny, posyłając mu szeroki uśmiech. Po tym spojrzał na wyciągniętą w jego stronę dłoń.
Benjamin. — Uścisnął ją mocno, a gdy ją puścił, rozejrzał się krótko dookoła. — Mam nadzieję, że nikomu nie przeszkadzamy. Nie chciałbym zachodzić jej za skórę — powiedział ciszej, na koniec machając głową w stronę bibliotekarki. Spojrzał na nią dyskretnje, a kiedy napotkał jej wzrok, swój przeniósł szybko na Luciena. Zacisnął wargi, próbując zatuszować i tak widniejący na swojej twarzy uśmiech.
Nie widział sensu w tej rozmowie, wydawała mu się dość uciążliwa, ale prawdą było, że i tak nie miał nic lepszego do roboty. Poza tym reakcje chłopaka wszystko mu wynagradzały. Mógł jeszcze popatrzeć na to, jak się stara. Albo i trochę mu w tym pomóc.
A ty co tam masz? — zagaił, biorąc do ręki wziętą przez niego książkę. Spojrzał na przód okładki, a potem na tył. Na usta wkradł mu się uśmieszek. — Czytałem to w podstawówce — rzucił, zaglądając do środka. — Zmienili wam spis lektur? Czy po prostu wyglądasz na starszego? — spytał jeszcze, spoglądając na niego znad książki. Chciał się trochę z nim podroczyć.
[Profil]
 
 
Lucien Rinehart
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-18, 18:02   

Miał nadzieję, że mężczyzna dostrzega i docenia jego starania, bo… naprawdę się przykłada do tego, żeby wypaść w jego oczach jak najlepiej. Zdaje sobie sprawę z tego, że pewnie w jego oczach jest tylko jakimś dziwnym nastolatkiem, a patrząc na jego twarz, może dać mu znacznie mniej lat niż ile ma w rzeczywistości. Trochę go to… martwiło. Nie wiedział w jaki sposób powinien pokazać mu, że jest wystarczająco dojrzały jak na swój wiek i że wcale nie jest takim dzieckiem, za którego pewnie go uważa. Co prawda tego na razie nie pokazuje w żaden sposób (i ma szczęście!), ale kto wie, jakie przemyślenia kryją się w jego głowie? Miał tylko nadzieję, że nie modli się o to, żeby ten poszedł sobie jak najszybciej, bo może potwornie go zanudza swoją obecnością.
Podniósł nieznacznie swoje brwi do góry, słysząc, że mężczyzna zna te okolice. Zawstydził się trochę przez to, że się wygłupił i że mężczyzna faktycznie usłyszał te jego niewyraźnie pomruki, których początkowo usłyszeć nie miał. Myślał, że może mu zaimponuje, a jedynie się wygłupił. …Co w sumie zresztą robi cały czas.
Ach, no tak… To wiele wyjaśnia… — odpowiedział mu zmieszany. Chciałby mieć jakąś pewność, że spotka go jeszcze kiedyś, ale aktualnie nie miał nic. W sklepie spotkał go przypadkiem, tak samo tutaj. Jednakże nie może tak po prostu zaproponować mu spotkania, bo ten na pewno by mu odmówił. Nie miał pojęcia, jak powinien zainteresować go swoją osobą i pokazać mu, że naprawdę jest warty poznania, a czas spędzony w jego towarzystwie wcale nie jest czasem zmarnowanym. Chciałby, żeby czerpał podobną satysfakcję z tej rozmowy.
Kiedy wyjaśnił mu, skąd może go kojarzyć, patrzył na niego z wyczekiwaniem. Chciałby zapaść w jego pamięci, naprawdę. To już i tak było dobrze, że w ogóle go chociażby kojarzył, a nie wymazał z pamięci doszczętnie, uznając za coś niewartego wzmianki. Sam Lucien nawet zapisał ten dzień w swoim szkicowniku, a kartkę udekorował szybkimi szkicami twarzy mężczyzny, jakie utkwiły mu w pamięci. Nawet umieścił tam jego dłoń, na którą zwrócił aż tak dużą uwagę. Czy naprawdę przesadzał…? Może powinien się leczyć?
Cieszę się, że mogłem pomóc — odpowiedział mu z uśmiechem, mówiąc całkowicie szczerze. Po tym również uścisnął jego dłoń i był naprawdę uradowany z faktu, że w końcu usłyszał jego imię.
Benjamin…
Nawet do niego pasuje! Przez to na moment odpłynął, wpatrując się nieobecnie w jego twarz i zastanawiając się nad tym, jak ładnie to imię brzmi. Zaczęło teraz intrygować go jego nazwisko, ale ostatecznie uznał, że nie będzie przeprowadzał z nim wywiadów dla własnych pobudek. Zdawał sobie sprawę z tego, że interesuje się nim aż za bardzo, ale chciał chociaż sprawiać w pełni normalnego.
Ocknął się z zamyślenia, gdy Benjamin wspomniał coś o bibliotekarce. Mimowolnie na nią spojrzał i od razu zachciało mu się śmiać, przez co uniósł kąciki ust do góry.
Wiesz, ciebie niedługo tu nie będzie, a ja nie dość, że jestem stałym bywalcem, to jeszcze nie zapowiada się, żeby częstotliwość moich odwiedzin w najbliższym czasie się zmniejszyła — powiedział z rozbawieniem, starając się teraz utrzymywać ton swojego głosu na rozsądnym poziomie. Nie chciał mieć niepotrzebnych kłopotów albo – co gorsza – sprawić problemy mężczyźnie.
Przełknął ciężej ślinę, kiedy Ben uznał, że weźmie do ręki książkę, którą ten przypadkowo zgarnął z półki. Nawet nie przyjrzał się jej tytułowi albo chociażby okładce, więc… jak źle sprawy mogłyby się potoczyć? Otóż tak źle, że aż zalała go fala wstydu, kiedy dotarło do niego, że wziął jakąś książkę dla dzieci. A miał pokazać mu, że jest dojrzały, co?
Przez chwilę wpatrywał się w książkę z nieznaczną nienawiścią, szokiem i jakby jakimś wyrzutem w stylu „jak mogłaś mi to zrobić?”
To… to nie tak… — zaczął się tłumaczyć, wyciągając książkę z rąk Benjamina. W pośpiechu ją zamknął i zasłonił swoimi dłońmi, jakby to miało w czymś pomóc i w magiczny sposób wymazać to, co się wydarzyło przed chwilą. — Mam dziewiętnaście lat, nie uważasz chyba, że czytałbym takie rzeczy? — spytał i dopiero po czasie sobie uświadomił, że tego nie przemyślał. — Znaczy… to nie tak, że wziąłem ją przypadkiem czy coś… — dodał, czując, że nie ma na to żadnego logicznego wyjaśnienia i równocześnie czuł, jak jego policzki pokrywają się niechcianym rumieńcem. Westchnął i wstał z miejsca, biorąc tę nieszczęsną książkę ze sobą. — Ja… lepiej to odniosę. — Miał także niemałą nadzieję, że dzięki temu odwróci jego uwagę od swoich polików i pozwoli mu trochę ochłonąć.
Odłożył książkę na półkę, posyłając mężczyźnie niewinne spojrzenie. Zauważył także dozownik wody, więc postanowił, że naleje sobie zimnej wody, żeby jakoś ostudzić swój zapał, co miało wstępnie jakoś sprowadzić go na ziemię. Wrócił do niego z kubeczkiem, który postawił na stole, niedaleko swojej torby ze szkicownikiem i innymi potrzebnymi rzeczami, które zawsze musi mieć pod ręką.
Westchnął zrezygnowanie, nie mając pojęcia, czy warto w ogóle dalej robić z siebie idiotę.
Uważasz mnie za dziwaka, prawda? — spytał bezpośrednio, wpatrując się bez celu w swój kubeczek, mając jednocześnie ogromną ochotę, żeby to wszystko cofnąć i postarać się zrobić pierwsze dobre wrażenie… drugi raz.
 
 
Benjamin Mann


Wysłany: 2017-12-18, 21:39   

Podsumujmy więc: najpierw chodził za nim krok w krok między regałami, żeby później się do niego dosiąść i zagadać. Zrobił to, ponieważ kiedyś podniósł mu z podłogi jakiś papierek, o którym Ben dawno już zapomniał, tak samo jak i o nim. Co więcej, proponuje mu oprowadzenie po mieście – a tak właściwie zaproponowałby, gdyby były do tego podstawy.
Musiałby być nie tylko ślepy, ale i głuchy i głupi, żeby nie domyśleć się, do czego to wszystko zmierza. W tym momencie można było czytać z Luciena jak z otwartej księgi, naprawdę, wystarczyło tylko na niego spojrzeć i zwrócić uwagę na to, jak się wypowiada. Tak właściwie już same te początkowe podchody mówiły same za siebie – był wyjątkowo niedyskretny. Myślał, że to młodym dziewczynom w większej mierze marzy się starszy, dojrzały mężczyzna, który w podzięce głaskałby je po głowie. Tutaj jednak ma przed sobą chłopaka, nawet jeśli z wyglądu delikatnego jak płeć żeńska. I choć go to bawiło, jednocześnie mu to też schlebiało. Już dawno nikt jego wieku nie zwrócił tak dużą uwagę na Benjamina, powoli dobijającego do trzydziestki (ale bez przesady, nadal jest młody i silny, żadne kryzysy jeszcze go nie dotykają). Dlatego pomimo lekkiego zażenowania, jakie go łapało podczas ich pogawędki, wciągnął się w to i sam również prowadził rozmowę, ciekawy dalszego biegu akcji. Bo co złego mogło wyniknąć przez wymienienie kilku zdań?
Miejmy więc nadzieję, że skończy się na niewinnym zabijaniu wzrokiem — rzucił, opierając głowę o rękę. Na bibliotekarkę nie zwracał już uwagi, mając w głębokim poważaniu to, czy ich usłyszy. Tak jak powiedział Lucien – długo tu nie zawita. — Choć mam wrażenie, że i tym byłaby w stanie wpędzić kogoś do grobu. Więc lepiej uważaj i nie patrz jej w oczy, jeśli nie chcesz skończyć jako kamienny posąg — dodał jeszcze, uśmiechając się szeroko.
Tak samo jak książka, którą wziął, chłopak ten również był przyjemny dla oka. Dziwił się, że nie zwrócił na to uwagi jeszcze w sklepie, kiedy się na niego natknął. Miał w sobie coś innego, coś, co przyciągało wzrok na dłużej. Nie potrafił wytłumaczyć, co to takiego, ale… po prostu coś w nim było. I może jest płytki, ale właśnie to w dużej mierze sprawiało, że nadal tutaj przy nim jest, a nie w drodze powrotnej do domu.
Gdy zabrał mu książkę z rąk, spojrzał na niego rozbawiony. Wyprostował się i nieznacznie zakrył swoje usta palcami, by powstrzymać kryjący się za nimi jeszcze szerszy uśmiech.
Nie ma się czego wstydzić, wszyscy przez to przechodziliśmy — powiedział, chcąc wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie. Naprawdę, Ben, to powinno już zaliczać się do dręczenia uczniów. Czy nie pomyliłeś przypadkiem powołań? Spójrz tylko na tego biedaka i sam zobacz, jak to przeżywa.
Po chwili dotarło do niego, że podzielił się z nim swoim wiekiem. Bezgłośnie dawał mu jakieś siedemnaście-osiemnaście, więc niewiele się pomylił.
Nagle zaczął zastanawiać się, ile lat daje mu on.
Ciągle zakrywał swoje zaciśnięte w uśmiechu usta. Chłopak, który przed chwilą chwalił tomik poezji, trzymał w ręku książkę dla dzieci.
Tak jak mówiłem – to naprawdę nic takiego — dobił go po tym niepewnym zapewnianiu, że nie wziął jej przypadkiem. Chwilę później zaczął odprowadzać go wzrokiem, kiedy za słuszne uznał odłożenie jej. W momencie, w którym znalazł się za jego plecami, odsłonił swój uśmiech i pokręcił głową. Ten chłopak był niemożliwy.
Poprawił się na krześle, przy okazji zerkając za siebie na Luciena, który akurat nalewał sobie wody. Spojrzał na swój zegarek, by sprawdzić godzinę. Powinien już powoli kończyć to posiedzenie, zanim zajdzie to za daleko. Nawet jeśli mu się to podobało, nie chciał mieć później tego dzieciaka na głowie. Odwrócił się z powrotem przed siebie.
Powitał go uśmiechem, kiedy wrócił na swoje miejsce.
Trochę — powiedział szczerze i bez zastanowienia, jednak nie chciał mu w ten sposób ubliżyć. Jego uśmiech chyba mógł rozwiać wszelkie wątpliwości, jakie mógł w nim zasiać po otrzymanej odpowiedzi. Wydawał mu się dziwny, prawda. Ale dlatego, że był tylko gnojkiem, który nie wie, jak się za coś dobrze zabrać. — Nie myśl sobie tylko, że to coś złego — dodał po chwili, siadając na krawędzi krzesła, by się do niego przybliżyć. — Jak to powiedział Kapelusznik… „tylko wariaci są coś warci”. — Posłał mu łagodny uśmiech. Wpatrywał się w niego przez moment, po czym wstał i wziął do ręki swoją książkę. — Naprawdę miło mi się z tobą rozmawiało, ale muszę już iść. Trzymaj się. — Stanął nad nim, po czym poczochrał go po włosach, tak jak w sklepie. Zostawiając za sobą wszystkie swoje rzeczy, skierował się do regałów z książkami.
[Profil]
 
 
Lucien Rinehart
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-19, 18:12   

A więc… porozmawiał z nim, rozmowa powoli dobiega końca, a on tak właściwie niczego jeszcze nie osiągnął. Czy chciał osiągnąć coś w ogóle? Nie przemyślał tego kompletnie i kierował się jedynie impulsem. Zauważając go przypadkiem, odebrał sobie zdolność do logicznego myślenia. …Co chyba teraz zaczyna odczuwać na własnej skórze. Na pewno mu sobą nie zaimponował, tego jest pewien. Czemu musi wychodzić przy nim na totalnego osła, który nawet nie potrafi prawidłowo do kogoś zagadać? I nadal zastanawia go to, jakie on sam miał wobec niego plany. Chyba nie sądził, że… Ben tak po prostu go zauważy i zacznie podrywać? Przez tę myśl odczuł delikatne motylki w brzuchu, a wyobraźnia już zaczęła robić swoje, ale wiedział, że nigdy do tego nie dojdzie. W jego oczach jest zwyczajnym dzieckiem.
Zaśmiał się cicho na jego słowa o bibliotekarce. Specjalnie zwrócił uwagę na jego cudowny i czarujący uśmiech, który był niemożliwie uzależniający. Chciałby, żeby nie tylko przebywał w jego towarzystwie częściej, ale także uśmiechał się do niego w ten sposób cały czas.
Postaram się to zapamiętać — odpowiedział krótko, nie mogąc teraz pozbyć się uśmiechu ze swojej twarzy. Dzięki temu wszystkiemu był nieco bardziej rozluźniony i miał nadzieję, że było to po nim widać. Co prawda dalej się stresował tym, że w każdej chwili może palnąć coś głupiego i niedorzecznego, ale tę rozmowę i tak w jakimś stopniu mógł uznać za swój sukces. Może jeszcze trochę i przejdzie metamorfozę w szalonego klubowicza, który podrywałby facetów poprzez samo mrugnięcie okiem?
„Nie ma się czego wstydzić, wszyscy przez to przechodziliśmy” – na te słowa jedynie zawstydził się jeszcze bardziej i nie miał najmniejszej ochoty, żeby spojrzeć w tym momencie na jego twarz, na której na pewno gościł uśmiech. Śmiał się z niego, bawiło go to. Ale dlaczego aż tak musi się z nim droczyć? Nie widzi, że samo siedzenie przy nim to ogromne dla niego osiągnięcie?
Delikatnie ścisnął swój kubeczek, nie wiedząc, co na to powinien odpowiedzieć i czując, jak jego poliki ogarnia coraz większe ciepło. Chciałby mu się jakoś odegrać, ale nie miał pojęcia w jaki sposób. Jego słowa, że wydaje mu się dziwny, wcale go nie pocieszyły. Nawet to „trochę” brzmiało dla niego jak „bardzo”.
Spojrzał na niego, a zauważając uśmiech na jego twarzy, przełknął ciężej ślinę i sięgnął po kubeczek, aby się napić. Aż… zaschło mu w gardle. Dawno już nie przeżywał swojego zauroczenia w taki sposób. Pytanie, czy można w ogóle teraz mówić o zauroczeniu? Może to po prostu chora fascynacja spowodowana jedynie tym, że ten zwrócił na niego uwagę w nieodpowiednim momencie?
Dziękuję… chyba… — powiedział niepewnie, równie niepewnie mu się przyglądając, kiedy ten znów się uśmiechał. Speszył się. Skoro wie, że tak na niego działa (a zakłada, że tak, skoro Lucien zachowuje się w tak nieprzemyślany i jednoznaczny sposób) to dlaczego mówi mu takie rzeczy? I dlaczego znowu czochra go po włosach, wywołując w nim szybsze bicie serca? Bawi się nim? Aż w takim stopniu nie traktuje go na poważnie?
Z przerażeniem i ogromnym zawodem spojrzał na to, jak jego wieżowiec wstaje z krzesła.
Ach, no tak, oczywiście… Mi z tobą też — rzucił od razu, niczym poparzony. — Do zobaczenia. — Posłał mu delikatny uśmiech, zadzierając głowę do góry. Więc… teraz to już na pewno stracił swoją szansę. Nawet nie poprosił go o numer, nie zna jego nazwiska, nie wiem czym się zajmuje, jakie jest jego hobby, nie wie chociażby ile ma lat… Dlaczego nie chciał z nim porozmawiać dłużej? Rozumiał, że mógł się gdzieś śpieszyć, ale skoro nie zaprosił go do żadnej kawiarni ani nic, to chyba oznacza, że Lucien faktycznie powinien sobie odpuścić?
Westchnął ciężko i chciał sobie podłożyć rękę pod głowę, ale zamiast tego szturchnął swój kubek z wodą, którego część zawartości w ułamku sekundy znalazła się na stole. Otworzył szerzej oczy, a kubek od razu postawił pionowo.
Cholera…
W pośpiechu rzucił się po chusteczki, które znajdowały się w jego torbie. Był dzisiaj zdecydowanie za bardzo rozkojarzony. Jeżeli tak dalej pójdzie to przypadkiem kogoś zabije. Ewentualnie siebie.
Kiedy tak wycierał blat stołu, zauważył, że Benjamin zostawił swoją torbę zawieszoną na krześle. Podniósł obie brwi w zdumieniu. …A potem jeszcze raz w szoku, bo po dokładniejszym przyjrzeniu się, torba okazała się być mokra od jego wody. Nie dość, że go obserwuje, nachodzi go i mu przeszkadza, to jeszcze przypadkiem niszczy jego własność. Jak dobrze, że nie było na tym stole żadnej książki.
Zaczął wycierać jego torbę, żeby nie pozostawić żadnych śladów zbrodni. Oczywiście domyślał się, że ten i tak to zauważy, ale nie może tak bezczynnie siedzieć i „modlić się” o cud. Lekko przemoczone chusteczki odrzucił na niewielki stosik na stoliku, a on sam zaczął teraz bić się z myślami, które wydawały mu się absurdalne, ale które nagle pojawiły się w jego umyśle. Walczył z nimi przez dłuższy czas, naprawdę nie chciał tego robić! …Ale uznał, że ta torba wygląda zbyt zachęcająco. Chciał dowiedzieć się o Benjaminie trochę więcej. Właściwie to chciał wiedzieć już wszystko, ale na ten moment wystarczyłoby mu jedynie tyle.
Przełknął ciężej ślinę i niepewnie sięgnął swoją dłonią do zapięcia torby, a potem jeszcze głębiej, zastanawiając się, czy znajdzie coś, co powie mu cokolwiek o Benjaminie.
  
 
 
Benjamin Mann


Wysłany: 2017-12-20, 15:20   

Idąc w stronę regałów, by odłożyć książkę, którą ledwo tknął, myślami był już gdzie indziej. Zastanawiało go, czy nadal ma ochotę szlajać się po mieście bez żadnego celu. Nie wiedział też, czy jest sens wracać do domu – czy jego schorowana babcia poczuła się na tyle dobrze, by dotrzymać jej towarzystwa. Bo choć nie był idealnym wnukiem, który z czasem zaczął zapominać o części swojej rodziny, nie chciał, by swoje ostatnie chwile przeżywała sama, jedynie w obecności szpitalnych maszyn i pielęgniarek. Swoim zachowaniem całkowicie wyróżniała się na tle pozostałych Mannów, którzy byli tam, gdzie pieniądze. Ona natomiast, Barbra, była… po prostu widziała (widzi, nadal żyje – poprawił się w myślach) dobro w pozostałych, zawsze dawała ludziom drugą szansę, nigdy nikogo nie skreślała. Nikt nie dowiedział się, dlaczego akurat ją wybrał dziadek – kobietę tak odmienną, tak niepasującą do ich rodziny. Nim umarł, twierdził, że to było coś, czym zawsze powinno kierować się w takich kwestiach – miłością. I chociaż postawił przed innymi tak proste wyjaśnienie, Mannowie, uważający się za tak bystrych, nie potrafili tego zrozumieć.
Tak samo jak Benjamin nie potrafił zrozumieć, dlaczego wybrała jego. Niegdyś byli bardzo blisko, faktycznie. Czasem nie chciał odstępować jej na krok, kiedy ją odwiedzali. Słuchał jej opowieści z zapartym tchem, pomagał jej w ogródku, podawał składniki, przyprawy – spędzał z nią wiele czasu. Jednak z roku na rok czas ten, który jej poświęcał, diametralnie się zmniejszał. Zajmował się własnym życiem, zapominając o życiu innych. Zapomniał również, że ci inni nadal mają go w sercu, nadal o nim myślą. Dlatego teraz się dziwi. Dziwi, że babcia, u kresu swoich sił, dalej widzi w nim swojego kochanego wnuka. I że dalej jest w stanie twierdzić, że jeszcze wyrośnie na dobrego człowieka – że jest inny niż reszta rodziny. Benjamin, chociaż milczał, gdy to mówiła, w duchu się śmiał. Miała rację – jest inny. Prawdopodobnie gorszy. Jeszcze bardziej zakłamany.
Powoli wsunął książkę pomiędzy pozostałe. Palcem w dziwny, melancholijny sposób, przesunął po jej grzbiecie, zawieszając na niej nieobecny wzrok. Po chwili przeniósł go na dalej siedzącego chłopaka. Uśmiechnął się pod nosem, widząc, jak wyciera stół.
Zachowywał się uroczo, zupełnie jak jakiś niesforny szczeniak. Było po nim widać to, jak się denerwuje w jego obecności, jak stara się dobrze wypaść. Ale Benjamin zrobi mu samą przysługę, nie ciągnąc tej rozmowy dłużej. Do niektórych po prostu nie powinno się lgnąć i on jest jedną z tych osób. Lepiej, żeby nie przekonywał się o tym na własnej skórze.
Poza tym, nie miał czasu ani chęci na próbujących swoich sił nastolatków, w szczególności tak zagubionych. Natraciłby się tylko nerwów
W pierwszej chwili nawet nie zwrócił uwagi, że wzrok, jak i ręce Luciena zniżają się ku jego torbie. Dopiero gdy wsunął do niej dłoń, obudził się z zamyślenia. Zmarszczył brwi i pewnym, ale cichym krokiem zaczął zmierzać w jego stronę.
Całe wrażenie, jakie wywołał na nim ten chłopak, zniknęło w jednej chwili. Nie kłopotał się już z utrzymaniem na swojej twarzy uśmiechu.
Gdy znalazł się przy nim, mocno złapał go za nadgarstek i niedelikatnie podniósł jego rękę do góry.
Czego tam szukasz? — spytał głosem, w którym nie było już ani grama uprzejmości. Zlustrował go wzrokiem przepełnionym obrzydzeniem, po czym ścisnął jego nadgarstek nieco mocniej. — Najpierw chodzisz za mną w kółko, zagadujesz, a na koniec próbujesz okraść? — mówił dosadnym tonem, wiercąc w niego spojrzeniem. Podniósł jeden kącik ust w drwiącym uśmieszku. — Myślałeś, że nie wiedziałem? Dobrze mącisz w głowie, ale szpieg z ciebie okropny.
  
[Profil]
 
 
Lucien Rinehart
[Usunięty]

Wysłany: 2017-12-20, 20:30   

Czy posunął się za daleko? Możliwe. Czy będzie potem tego żałował? Prawdopodobnie. Czy o tym pomyślał? Oczywiście, że nie. Lucien z jakiegoś powodu ostatnio zupełnie nie myśli, chociaż przez wiele osób zapewne zostałby ochrzczony przydomkiem myśliciela. Czy ktoś, kto zna Luciena, uznałby w tym momencie jego zachowanie za normalne? Bo on szczerze wątpi w to, że można to jeszcze podpiąć pod normalność. Aż sam jest sobą przerażony, ale zapewne dotrze to do niego później, kiedy już dostatecznie ochłonie i będzie miał okazję do przeanalizowania całej tej sytuacji. Na razie skupiał się na tym, żeby dowiedzieć się nieco więcej o Benjaminie. Ten cel przyćmił go do tego stopnia, że nawet się nie rozejrzał dookoła, żeby zrobić to nieco dyskretniej i bez przyłapania. Lucien, w coś ty się wpakował?
Serce od razu podskoczyło mu do gardła, a z gardła wyrwał się cichy jęk, kiedy mężczyzna nagle złapał go za nadgarstek. Spojrzał na niego z przerażeniem, rozchylając usta, żeby od razu zacząć się tłumaczyć. Ale tak właściwie… to co miał powiedzieć? „Nie chcesz mi powiedzieć niczego o sobie, więc wziąłem sprawy w swoje ręce”? To nie brzmiało najlepiej… A już na pewno w niczym go nie usprawiedliwiało.
Myśl, Lucien, myśl!
Skrzywił się i jęknął ponownie, kiedy ten zacisnął swoją dłoń na jego nadgarstku. Tym razem to bardziej z zawstydzenia niż z bólu. Jak pomyśli o tym, że zapewne wszystkiemu przygląda się bibliotekarka i może inne, ciekawskie osoby, które znalazły się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie… Przełknął ciężej ślinę, nie wiedząc, co teraz zrobić. Wszystko zepsuł. Ale on czy Benjamin? Gdyby tylko tutaj nie przyszedł, to o niczym by się nie dowiedział i wszyscy byliby szczęśliwi!
Zarumienił się, gdy dotarło do niego, że mężczyzna wszystko zauważył, w tym jego podchody. Co za wstyd…
Nie patrz na mnie w ten sposób, proszę.
To… to nie tak… — wyszeptał, odwracając wzrok i przybierając minę zbitego szczeniaczka. Czy naprawdę musi się aż tak na niego złościć? Dlaczego mu wszystko wypomina? Przecież nie chciał zrobić niczego złego… — Ja chciałem tylko… Bo ty… A ja… — motał się w tym wszystkim, nie wiedząc tak właściwie, co chciałby powiedzieć. Żadne wytłumaczenie nie wydawało się takim, które przekonałoby Benjamina. Wszystko układa się tak, że Lucien faktycznie chciał go okraść. Przecież wystarczy tylko na nich spojrzeć – chłopak nie jest bogaty, za to mężczyzna tak. Czemu głupi nastolatek mógłby nie chcieć tego wykorzystać?
To… wszystko twoja wina! — krzyknął w jego stronę, wyrywając mu się z uścisku. Nie wiedział już, czy był bardziej zawstydzony czy wkurzony tym, że ten tak po prostu robi z niego złodzieja, chociaż wcale nie zna całości sytuacji. Czy to naprawdę wina Luciena, że nie potrafi sobie w normalny sposób poradzić ze swoim zauroczeniem?
W pośpiechu wstał z krzesła i wybiegł z biblioteki, nawet nie patrząc na bibliotekarkę, u której pewnie ma teraz przechlapane jeszcze bardziej. Tyle wstydu… Nie wie, czy jeszcze kiedyś pojawi się w tym miejscu. Przez najbliższy czas na pewno nie.

[ z/t ]
 
 
Benjamin Mann


Wysłany: 2017-12-20, 23:29   

Miał więc rozumieć, że to wszystko było jednym wielkim podstępem? Wypatrzył bogatego przyjezdnego i już ułożył w tej swojej małej, durnej główce równie durny, marny plan? Może powinien był już w sklepie sprawdzić, czy nic mu nie zginęło? Kto wie, gdzie jego dłonie jeszcze zanurkowały, gdy nie patrzył. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Uważał go tylko za niegroźnego, nieśmiałego chłopca. Do głowy mu nie przyszło, że spróbuje go okraść, kiedy na chwilę spuści z niego wzrok. Najwidoczniej zawsze powinien mieć oczy dookoła, nawet w tak niewinnych sytuacjach.
Odgłosy bólu, które wydobywały się z Luciena, nie robiły na nim żadnego wrażenia. Myślał tylko o tym, jak wkurzony jest i jak upokorzony by się czuł, gdyby rzeczywiście go okradł. Wybrał złą osobę do swoich szczeniackich wyskoków. Nie zamierzał tolerować takiego zachowania, nieważne, ile pieniędzy by miał. Nieważne też, ile pieniędzy miałby chłopak. Mógłby żebrać po kątach, nie wiązać końca z końcem – ma to w głębokim poważaniu.
Nie tak? — powtórzył po nim, w zdumieniu podnosząc brwi do góry. — Więc oświeć mnie — dodał, nie spuszczając z niego swojego oskarżycielskiego wzroku. Zamierza mu teraz opowiadać jakieś bajeczki? Że niby wsadził tam rękę, bo dobiegały z niej dziwne odgłosy? A może chciał sprawdzić, czy jego portfel miewa się dobrze? Niech nawet nie próbuje się tłumaczyć, bo jak matkę kocha…
Patrzenie na to, jak się mota i gubi, dawało mu jakąś dziwną, chorą wręcz satysfakcję. Przeważał jednak gniew, który tylko rósł, widząc to. Czuł do niego urazę i pogardę, a ponadto potrzebę wyrównania rachunków.
„To wszystko twoja wina!” – znieruchomiał, uścisk zelżał, a chłopak uwolnił się i uciekł. Ocknął się z niezrozumienia dopiero wtedy, gdy znalazł się przy wyjściu. Krzyknął krótkim „hej!”, jednak już przekroczył próg drzwi i zniknął mu sprzed oczu. Przeklął pod nosem i zacisnął dłoń w pięść. Szybko odwrócił się w stronę bibliotekarki.
Kto to jest?! — spytał, krzycząc wręcz i wskazując palcem na drzwi, przez które wybiegł Lucien. — Jak ma na nazwisko?! — dopytywał się, ale ta tylko obdarzyła go jednym krótkim spojrzeniem. — Do cholery, na pewno masz go w tej swojej bazie danych, ciągle w niej siedzisz i coś klikasz, odpowiedz na moje durne pytanie! — mówił podniesionym tonem, jednak ta zdawała się w ogóle tym nie przejmować. Zlustrowała go wzrokiem. W końcu otworzyła te swoje stare, pomarszczone usta.
„Nie mogę udzielić panu tej informacji. Obawiam się również, że zamieni się pan w głaz, jeśli zaraz się stąd nie ulotni” – powiedziała, po czym przeniosła spojrzenie z powrotem na ekran. Benjamin wytrzeszczył oczy, postukał kilka razy palcami o biurko, aż w końcu, z obrazą majestatu, odwrócił się w stronę drzwi. Miał już wychodzić, wyklinając na wszystkie światy, jednak zauważył na stole torbę, którą zostawił niedoszły złodziej. Podziałało to na niego jak magnes. Zatrzymał się nagle i wziął ją do ręki, mając nadzieję znaleźć tam jakieś dokumenty. I kiedy gniewnie wyjmował z niej wszystko, co tylko się dało, natknął się na szkicownik. Rzucił nim na stół, a ten otworzył się bezwładnie na jednej ze stron. Posłał mu krótkie spojrzenie, nie interesując się nim, ale gdy uświadomił sobie, co takiego jego wzrok tam zarejestrował…
Spowolnił swoje gwałtowne ruchy i sięgnął po niego z powrotem. Przyjrzał się dokładnie rysunkom, które przedstawiały… jego? To był on? Narysował go?
Przyglądał im się jeszcze dokładnie w ciszy, po czym wcisnął szkicownik pod pachę, tak samo jak i swój płaszcz, po czym wyszedł z budynku.

[ z/t ]
  
[Profil]
 
 
JOEY PAYTON


Wysłany: 2017-12-29, 22:44   

Żeby czasem wyjść z domu musisz wkurwić się na laskę, która mieszkała z Tobą przez miesiąc. Czasami spotykasz takich ludzi, którzy wchodzą do Twojego życia z buta niczym Sobota w swoim kawałku wjeżdża. Trochę się w nim potrafią rozgościć, wykorzystać Twoje dobre serduszko, naciągnąć na kilka rzeczy. A później tak szybko jak się pojawili znikają. Z książkami z biblioteki i ciuchami, które musisz spalić. Bo nie jesteś na tyle dobry, żeby oddać stringi do domu dziecka.
Jak już jesteś typem człowieka, który nie lubi wychodzić do obcych osób, bo zwyczajnie Cię dekoncentrują i wyciągają ze swojego świata, to marudzisz po drodze bardzo. Zwłaszcza jak masz słuchawki na uszach i nie zdajesz sobie sprawy, że pomrukiwanie pod nosem ktoś może słyszeć. Ludzie chyba nie lubią jak tak cicho mówisz, że są pojebani i powinni wykurwiać jak najdalej od Ciebie, bo śmierdzą albo się pchają jak zwierzęta.
Niosąc tak książki w ręce, które na pierwszej stronie miały stempel miejskiej biblioteki, Joey czuł się jak wyrzutek. Kto czyta książki w formie papierowej? W sensie, uwielbiał za dzieciaka tak czytać. Ale kindle okazał się zbawieniem dla niego. W jednym miejscu miał tonę plików ebooków. I nie musiał trzymać półki z książkami, któa tylko zajmoała miejscer i się kurzyła.
- Cześć. Ja chciałem oddać książki. - powiedział podchodząc do lady za którą siedziała bibliotekarka. Spojrzał na nią trochę zobojętniały. - W sensie to nie moje książki. Ale chyba są wasze. - dodał po chwili wywracając oczami, żeby mieć to już za sobą.
_________________
[Profil]
 
 
Charlotte Blackwell


Wysłany: 2017-12-30, 17:57   

3

Dzisiejszy dzień w bibliotece był naprawdę uciążliwym. Ludzie korzystając z przerwy świątecznej przychodzili naprawdę tłumnie, dochodząc chyba do wniosku, że czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem to idealny okres na podniesienie statystyk czytelniczych. Wiedziała, że trzy czwarte z tych osób nawet nie spróbują przeczytać wypożyczonych książek, wyłącznie zadowolą się recenzją z Internetu aby móc pochwalić się znajomym, że coś jednak przeczytali i móc to dostatecznie mocno uargumentować. Ale była garstka ludzi, którzy pojawiali się w bibliotece regularnie i ich widok za każdym razem sprawiał, że twarz Charlotte promieniała w szerokim uśmiechu.
Mniej więcej pod koniec dnia udało jej się w końcu znaleźć chwilę wolniejszego czasu. Siedziała właśnie z kawą, która miała jej pomóc przetrwać ten dzień do końca, kiedy drzwi biblioteki po raz kolejny się otworzyły, a po chwili wszedł przez nie człowiek, którego nigdy wcześniej tutaj nie widziała. Mimo to jednak uśmiechnęła się do niego szeroko, odstawiając swój ulubiony kubek na bok. – A mogę prosić o nazwisko osoby na którą były brane? – cóż, podejrzewała, że nie ma co liczyć na kartę biblioteczną, która miałaby jej znacznie ułatwić sytuację, więc chociaż modliła się w duchu o nazwisko. Bo jeśli nie to przyjdzie jej szukać osoby wypożyczającej po numerach książek, a to nie było ani łatwe, ani przyjemne.
_________________
[Profil]
   
 
JOEY PAYTON


Wysłany: 2017-12-30, 23:01   

W ciągu życia spotykasz setki tysięcy osób, których nie obchodzi to czy masz co włożyć do przysłowiowego garnka albo czy buty w których chodzisz nie są już zużyte przez dwie ostatnie zimy. Spotykasz też tysiące osób, które uśmiechną się do Ciebie tak po prostu, żeby poprawić Ci dzień. Setki osób to te, które zrobią jakiś drobny gest, który płynie na Twoje życie. A dziesiątki to te, które zostaną na dłużej i postanowią Ci spierdolić każdy kolejny dzień życia. Joey znał za dużo takich osób. Taki z niego był już zimny drań, że teraz z góry nastawiał się do każdego jak do potencjalnego wroga.
Biblioteka w której ostatni raz był prawdopodobnie w wieku dwunastu lat, żeby pożyczyć książkę, która w ogóle go nie obchodziła ale musiał ją przeczytać do szkoły. Pamiętał to dobrze, bo pokłócił się z rodzicami, którzy nie wierzyli mu, że szkolny zbiór nie posiada już egzemplarzy, bo wszystkie zostały już wypożyczone. Oczywiście to było kłamstwo i małoletni Joey myślał, że przechytrzy swoich rodzicieli. A zamiast tego oni przechytrzyli jego i wysłali go do miejskiej biblioteki. Spryciarze. Z zamyślenia przywrócił go głos bibliotekarki do której przed chwilą sam zagadał. - Nazwisko? Jakie nazwisko? Nie pamiętam.. Lockheart.. Lockwood.. Coś zaczynające się na Lock.. Skąd mogę wiedzieć? - spojrzał na nią zimnym wzrokiem jakby miał ją za idiotkę. Może tak nie było do końca ale takie sprawiał wrażenie. - Słuchaj.. Moja była zostawiła te książki u mnie. Zauważyłem, że mają Wasz stempel, więc przyszedłem je oddać, bo znając ją to pewnie by je sprzedała za paczkę prezerwatyw. - wywrócił oczami, bo miał dość myslenia o tej piździe.
_________________
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 5