menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#1
Autor Wiadomość
haddie rosenfield



w Berrylane od urodzenia

chce zostać onkologiem

29
yo

170
cm

i tylko na tym się skupia

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-07-07, 14:39   #1
  
haddison

  
rosenfield

  
The fear of what's to come Has been crippling me So to your silhouette I turn once more.

  

  

  

  

  

  


4
Nigdy nie miewała trudności z kontrolowaniem swoich uczuć. Zazwyczaj była w takich przypadkach cholernie rozsądna. Po części dlatego, że w przeszłości została zraniona, ale również dlatego, że ryzykowała naprawdę rzadko. Nie podejmowała decyzji w biegu, kilkukrotnie zastanawiała się, zanim zrobiła coś, co wydawało jej się głupie i pozbawione sensu. To wcale nie oznaczało, że była wybitnie mądra życiowo, czy, że nie popełniała żadnych błędów. Czasami zdarzało się, że dała się ponieść chwili, a później cholernie tego żałowała. Nigdy, jednak do szczęścia nie potrzebowała stabilności. Owszem, kochała swoją pracę, kariera była dla niej szalenie ważna, tak samo jak dzieciaki, którymi się opiekowała, ale po za tym, nie zależało jej na niczym poważnym. Jej poprzedni związek był przewidywalny i nie wskazywał na żadne ogromne zmiany, które miałyby się wydarzyć. A jednak pojawienie się w jej życiu małego, zagubionego dziecka, które po śmierci swojej mamy potrzebowało domu, sprawiło, że Haddie nie tyle przewartościowała swoje życie, nawet nie zapragnęła małżeństwa i całej tej otoczki z tym związanej. Chciała po prostu, żeby tworzyli rodzinę. Kiedy jej facet odszedł, zrozumiała, że problem nie tkwił w tym, że nie potrafili się dogadać, tylko w osobie. Dotychczas wydawało jej się, że ten mężczyzna był jej miłością, ale w rzeczywistości, to nie na jego widok jej serce biło szybciej. Starała się wyrzucić to z pamięci, bo to, że w jej życiu nagle zapanował chaos, wcale nie oznaczało, że chce go również zaprowadzić w życiu Jacoba. Dlatego, kiedy umówili się na typowo przyjacielskie spotkanie, Haddie nie chciała o niczym mu mówić. Ba, nie zamierzała tego zrobić do końca jej życia, mając nadzieję, że w końcu minie jej to dziwne coś, które przy nim czuła. Wpadła do jego mieszkania odrobinę spóźniona. Ale miała przy sobie skuteczny środek, dzięki któremu Jacob miał jej wybaczyć – alkohol. Sophie pojechała na weekend do mamy Rosenfield, a brunetka chciała skorzystać z tego czasu dla siebie. Miała też kilka spraw, o których niekoniecznie chciała myśleć i spotkanie z przyjacielem miało jej w tym pomóc, dlatego stanęła przed jego drzwiami i zapukała, zamiast tak jak zwykle, wpakować mu się do środka bez pardonu.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: parker | garreth | remedy
 
jacob wardwell



w Berrylane od wczoraj

barman, mechanik

32
yo

185
cm

kiedyś miał wojnę, teraz nie ma nic

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-07-08, 22:58   
  
jacob

  
wardwell

  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  

  

  

  

  

  


dziesięć

Wiedział, że nie powinien wciągać nikogo w swoje bagno. Żadna kobieta nie zasługiwała na radzenie sobie z jego licznymi problemami. Nie chodziło tylko o uszkodzoną nogę, która nigdy nie pozwoli mu na powrót do pełnej sprawności. Do tego dochodziło znane wielu weteranom PTSD, ataki i napady lękowe, koszmary, bezsenność. Odkąd obudził się kilka lat temu z rękoma zaciśniętymi na szyi swojej kochanki, odpuścił sobie jakiekolwiek długotrwałe relacje z płcią przeciwną. Nie chciał tego już nigdy więcej powtórzyć, widzieć przerażenia w oczach kobiety, być powodem jej strachu i bólu, przepraszać jej za coś, nad czym nie mógł zapanować. Więc teraz zwijał się z mieszkania laski, odmawiając spędzenia wspólnie nocy albo wypraszał je (zazwyczaj niezbyt ładnie) z własnego domu. To był jedyny sposób na utrzymywanie kontroli. Samotność z wyboru. Nadal pozostawała to jednak samotność, która coraz bardziej mu doskwierała. Szczególnie po powrocie do Berry, gdzie nie było wiele rzeczy, które skutecznie odwracały od tego jego uwagę. Na szczęście wciąż miał znajomych, kumpli, przyjaciółki, więc na brak towarzystwa w zwykłego tego słowa znaczeniu nie mógł narzekać. Taką właśnie osobą była dla niego Haddie. Nie miał pojęcia, nie podejrzewał, nawet mu przez myśl nie przeszło, że ona może do tej relacji podchodzić inaczej. Trzeba było przyznać, że pod tym względem nie był też najbardziej domyślną osobą. Jemu trzeba było takie rzeczy mówić wprost, więc skoro chciała to przed nim ukrywać, to robiła wszystko dobrze. Zdziwił się słysząc pukanie. Zazwyczaj nie bawiła się w takie drobne gesty. Wyszedł z kuchni, gdzie nieudolne próbował zrobić im coś do jedzenia i otworzył przed nią drzwi.
- Kiedy nauczyłaś się pukać? – zapytał, zamiast przywitania i zmarszczył brwi. Wpuścił ją do środka. Jego podejrzenia, że ktoś ją podmienił szybko minęły i na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zauważył alkohol w jej dłoniach. – Widzę, że nie przychodzisz z pustymi rękoma, dobrze – pokiwał z uznaniem głową i zamknął za nią drzwi. – Wybaczam spóźnienie – zauważył, że nie zjawiła się o wyznaczonej porze, ale szczerze powiedziawszy niespecjalnie mu to przeszkadzało. Zdążył przynajmniej uratować część ich dzisiejszych przekąsek.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: vicky | rowan | safiya | leopold | poppy | irving
 
haddie rosenfield



w Berrylane od urodzenia

chce zostać onkologiem

29
yo

170
cm

i tylko na tym się skupia

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-07-10, 22:10   
  
haddison

  
rosenfield

  
The fear of what's to come Has been crippling me So to your silhouette I turn once more.

  

  

  

  

  

  


Może też wiedziała, co przechodzi, dlatego trzymała język za zębami? Pewnie setki razy opowiadała mu o swoich problemach, o przemyśleniach, do których dochodziła i być może czasami odpowiadał jej tym samym? Pewnie zauważyła, że nie plątał się w związki z pobudek, których mogła nie znać, ale była przecież kobietą i domyślała się, że nie wszystko jest w porządku. Nie zmieniało to faktu, że uważała go za świetnego faceta i, że nawet, jeśli (wiedziała, czy nie) wydarzyło się coś w przeszłości, to nie mogło to kłaść cienia na jego przyszłość, czy nawet teraźniejszość. To był jeden z jej paradoksów, bo teoretycznie cholernie chciała mu powiedzieć i być może dzięki temu mogła coś zyskać, choćby pewność, że do siebie nie pasują, a z drugiej strony, bardzo pilnowała się, żeby się nie wydać. Bo gdzieś w środku przeczuwała, że dla niego to nie jest to samo, a stracenie go wydawało jej się najgorszą rzeczą z możliwych. Chyba nie śmiała w ogóle myśleć, że mogłoby im się udać, dlatego bała się tego pieprzonego ryzyka, które mogłoby się opłacić albo wszystko zniszczyć. Może czasami była bliska wyznania mu prawdy, kiedy jej życie układało się naprawdę gównianie, a kolejny związek okazywał się niewypałem, ale zawsze dochodziła do wniosku, że jest to zwyczajnie głupie. Zresztą, jej życie było wystarczająco skomplikowane. Szpital i adopcja zabierała cały jej czas, pojawienie się Jaspera wszystko komplikowało jeszcze bardziej, bo nie wiedziała, czy to wszystko w ogóle dojdzie do skutku. W głowie miała najczarniejszy scenariusz, a przecież zdążyła już Sophie pokochać i cholernie mocno się do niej przywiązać. Mężczyzna miał duże szanse, ale Haddie nawet nie chciała dzielić z nim tej opieki. Może to było egoistyczne, ale nie wyobrażała sobie tego w żaden sposób. Chciała mieć tę dziewczynkę tylko dla siebie, skoro na dobrą sprawę, była teraz jedyną dla Haddie rodziną.
- Właściwie nie wiem – odpowiedziała, wchodząc do środka. Zdjęła wierzchnią warstwę ubrania i ruszyła za nim w bliżej nieokreślonym kierunku, ale zorientowała się, że jest to kuchnia, kiedy tylko pociągnęła nosem. Poczuła przyjemny zapach jedzenia. – Przepraszam, dyżur się przedłużył, a obiecałam Sophie, że odwiedzę ją u mojej mamy, skoro pojechała do niej na cały weekend – wyjaśniła swoje spóźnienie. – Co zrobiłeś dobrego? Mogę pomóc? – spytała, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy dla siebie.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: parker | garreth | remedy
 
jacob wardwell



w Berrylane od wczoraj

barman, mechanik

32
yo

185
cm

kiedyś miał wojnę, teraz nie ma nic

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-07-11, 00:41   
  
jacob

  
wardwell

  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  

  

  

  

  

  


Mogła nie znać wszystkich powodów, dla których wiódł taki, a nie inny styl życia, ale ich znajomość trwała już ładnych parę lat, więc wiedziała o nim co nieco. Wystarczająco by go rozumieć. Nie należał do najbardziej gadatliwych ludzi, ale każdy potrzebował się czasami przed kimś otworzyć. Wiedział, że może się podzielić częścią swoich problemów i głębszych myśli z Haddie, a ona nawet jeśli nie pomoże to chociaż go wysłucha. W zamian oferował jej to samo, nie zdając sobie sprawy, że ona częścią swoich uczuć i sekretów też się z nim nie dzieli. Jak to między przyjaciółmi często bywa. A tym właśnie dla niego była, za bardzo mu zależało na tej relacji by w jakikolwiek sposób próbować ją zepsuć, nawet gdyby zaczął się czuć w jej towarzystwie inaczej. Jego relacje na stopie innej niż przyjacielska nie miały przyszłości.
- Nie przejmuj się, nigdzie mi się nie śpieszy – stwierdził spokojnie, wzruszając przy tym ramionami. Nie oczekiwał żadnego innego towarzystwa dzisiejszego wieczora, więc nie musieli trzymać się jakiegoś planu godzinowego. Skierował swoje kroki do kuchni, żeby zgarnąć szklanki i ich dzisiejsze przekąski zanim przeniosą się do salonu. – Jak tam Sophie się ma? – zapytał, trochę z ciekawości, ale bardziej z uprzejmości. Nie radził sobie za bardzo z dziećmi. Nigdy nie wiedział jak się do nich zwracać, o czym z nimi rozmawiać ani jak się przy nich wyrażać. Raz przypadkiem powiedział przy 3-latce „cholera” i mała powtarzała to przez następną godzinę, ku przerażeniu swoich rodziców. Dlatego Jacob starał się trzymać od nich z daleka. Dla ich własnego dobra, chociaż swojego też. – Nachosy z oliwkami, papryczkami, chorizo i serem. Stwierdziłem, że to ciężko będzie zepsuć, chociaż ze mną to nigdy nie wiadomo. Teraz jest w piekarniku – wskazał ręką na swoje bardziej udane dzieło. – Natomiast nie wiem co poszło nie tak z salsą pomidorową, ale może zdołasz ją uratować – wskazał palcem na miskę, w której przygotowywał meksykański przysmak. Trzeba było przyznać, że się starał, bo do miłośnika kucharzenia było mu daleko. Jego próby kończyły się zazwyczaj, w najlepszym przypadku, wynikami mocno średnimi. Jasne, potrafił ułożyć kilka składników na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i posypać wszystko serem, kroić też umiał, ale doprawianie zupełnie mu już nie wychodziło.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: vicky | rowan | safiya | leopold | poppy | irving
 
haddie rosenfield



w Berrylane od urodzenia

chce zostać onkologiem

29
yo

170
cm

i tylko na tym się skupia

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-07-14, 21:25   
  
haddison

  
rosenfield

  
The fear of what's to come Has been crippling me So to your silhouette I turn once more.

  

  

  

  

  

  


No i to były powody, dla których pilnowała się bardziej niż to konieczne. Ale to dobrze, bo nie zamierzała narzekać na swój los. Bycie w związku nie było jej dane, bez względu na to czy Jacob zagrzewał miejsce w jej serce, czy nie. Bo jednak relacja z Rufusem, głęboka i wtedy wydawało jej się, że niezniszczalna, rozpadła się cholernie boleśnie. Jej ostatni związek również nie był najprostszy, bo zdeklarowanie się zajęło obojgu dużo czasu, dlatego Haddie poddała się. Być może nie była odpowiednim materiałem na czyjąś kobietę życia, może nie potrafiła w sobie nikogo rozkochać, może nie była wyjątkowa w tym aspekcie. Czasami ją to zasmucało, ale przecież robiła wiele innych rzeczy, które mogły być ważne czy znaczące. A nawet, gdyby jakimś cudem Jacob odwzajemnił jej uczucia, to nadal to był znak, żeby o niczym mu nie mówić, bo prędzej czy później, zwyczajnie coś by zepsuła.
- To dobrze, bo potrzebuję dzisiaj zdecydowanie więcej alkoholu niż zwykle – odpowiedziała. I pytanie o Sophie sprawiło, że przypomniała sobie o powodzie tej chęci upicia się i zapomnienia chociaż na chwilę. Oprócz, oczywiście tego, że była w towarzystwie faceta, za którym skoczyłaby w ogień, a który patrzył na nią zupełnie inaczej. – Świetnie, oprócz tego, że pojawił się jej biologiczny ojciec i chce mi ją odebrać – westchnęła. Może to nie do końca wyglądało tak dramatycznie, a facet pojawił się tylko raz i próbował z nią porozmawiać, a to Haddie od razu go zaatakowała, ale nie ukrywajmy, miał ogromne szanse. Niewiedza o tym, że posiada dziecko wszystko mu ułatwiała, bo nie pozbył się Sophie, tylko nie miał o niej pojęcia. I choć Rosenfield była na ostatniej prostej, by zatrzymać dziewczynkę u siebie, to obawiała się, że dla jej dobra, przeniosą ją do ojca.
- Wow, postarałeś się – zawołała. Podeszła do piekarnika, by zajrzeć przez szybkę i przyjrzeć się jedzeniu, które wyglądało niesamowicie smakowicie. Haddie ciekła ślinka. Odwróciła się, by spróbować uratować tę salsę. Zanurzyła w niej palec. – Jest okej, no może trochę bym ją doprawiła – co też postarała się zrobić, ale nie była zbyt wielkim orłem w kuchni. – Spróbuj teraz – nałożyła trochę na łyżkę i przysunęła mu do ust.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: parker | garreth | remedy
 
jacob wardwell



w Berrylane od wczoraj

barman, mechanik

32
yo

185
cm

kiedyś miał wojnę, teraz nie ma nic

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-07-16, 09:58   
  
jacob

  
wardwell

  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  

  

  

  

  

  


Może i jego perypetie „miłosne” nie mogły się równać z chaosem w życiu Haddie, ale też miał co nieco na talerzu. Sporadyczne, aczkolwiek bardzo przyjemne, zakrapiane alkoholem spotkania z Dagny poprawiały mu zawsze humor. Konwersacja z Denver, jedyną kobietą, z którą był w poważnym związku i którą zostawił bez słowa wyjeżdżając kolejny raz na front, ten dobry nastój mu popsuła. Wiedział, że zobaczenie jej i odbycie rozmowy, którą zaniechał osiem lat temu było nieuniknione, ale wcale nie sprawiało to, że po jej zakończeniu poczuł się lepiej. Szczególnie, gdy dowiedział się, że będzie ją o wiele częściej widywał. Sprawa z Callie przedstawiała się zdecydowanie bardziej skomplikowanie. Narzeczona jego zmarłego brata, najbliższa, pozostała Jacobowi w Berrylane osoba. Tęsknił za nią, kiedy leżał w szpitalu polowym na pustyni, a potem w bazie. Miał wtedy dużo czasu na myślenie. Brat przed śmiercią kazał mu obiecać, że będzie się nią opiekował. Jake, zamiast dotrzymać wówczas tej obietnicy, zwiał na front. Jednak od swojego powrotu do miasteczka spędzał z nią czas. Czasami łapał się na tym, że myśli o niej inaczej niż powinien. Natychmiast zajmował wówczas swój mózg czymś innym, spychając te odczucia w jakimś ciemny „kąt” swojego umysłu. Nie mógł przecież nic wobec niej czuć, poza przyjaźnią. Tym bardziej potrzebował Haddie w związku z tym jego małym bałaganem.
- Jestem całkowicie za – mruknął, bo alkohol był tym, czego teraz potrzebował. – Czekaj, co? Jak on się o niej w ogóle dowiedział? – zapytał zszokowany. Zmarszczył brwi, potrzebował zrozumieć ciąg wypadkowy. Miał blade pojęcie o sytuacji Haddie i Sophie, nigdy wcześniej nie było mowy o jakimś ojcu. Już rozumiał czemu przyniosła taką dużą butelkę. – W takim razie pijemy, żeby zapomnieć – zawyrokował, kładąc na tacy szklanki i kubeczek z lodem, bo nie chciało mu się potem wracać do kuchni po dokładki. Dołożył jeszcze podkładkę pod blachę z ich daniem głównym.
- Jeśli wyjdzie znośne to będzie to pierwszy posiłek, który umiem przygotowywać – zaśmiał się krótko. Mieszkał sam, nic do niego nie dowoziło, a wiecznie na mieście jeść nie można. Chyba nadeszła najwyższa pora, żeby nauczyć się robić coś więcej niż zupki chińskie. - Mhm, znacznie lepsze – stwierdził po zjedzeniu łyżki sosu. Uważnie przyglądał się jak Haddie dodaje poszczególne przyprawy i zapamiętał sobie ich ilości. Jego telefon zapikał, nie ogarnął jeszcze, że piekarnik też ma timer. Przy pomocy dwóch ręczników wyciągnął nachosy z pieca. Mieli już wszystko, co potrzebne, żeby przenieść tę dwuosobową imprezę do salonu. – Weźmiesz tacę ze szklankami? – poprosił.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: vicky | rowan | safiya | leopold | poppy | irving
 
haddie rosenfield



w Berrylane od urodzenia

chce zostać onkologiem

29
yo

170
cm

i tylko na tym się skupia

Lives in:
auburn pine houses

Wysłany: 2019-08-11, 22:12   
  
haddison

  
rosenfield

  
The fear of what's to come Has been crippling me So to your silhouette I turn once more.

  

  

  

  

  

  


Chyba nie była gotowa na to, żeby słuchać o kobietach w życiu Jacoba Wardwella. Właściwie, od kiedy odkryła w sobie to idiotyczne uczucie, które do niego żywiła, starała się nie przykładać do tego wagi, czasami z lepszym lub gorszym skutkiem. Przeważnie bywało słabo, ale była przecież jego przyjaciółką, nie mogła życzyć mu źle, nie mogła powiedzieć mu, że nie powinien zrobić czegoś dla siebie, bo powinien. Po wszystkim, co przeszedł, ile poświęcił, miał prawo, żeby być szczęśliwym facetem. A Haddie nie mogła być tak egoistyczna, by mu czegokolwiek zabraniać. I choć serce pękłoby jej na milion kawałków, gdyby zobaczyła go w towarzystwie jakiekolwiek kobiety, to przecież sama skazała siebie na taki los. To ona postanowiła, że o niczym mu nie powie. Sama zdecydowała, że tak będzie lepiej, choć przecież mogła spróbować o niego zawalczyć. Ładowanie się w coś podobnego, na ten moment było ponad jej siły. Gdyby w ogóle zamierzała z nim o tym pogadać, to dzisiaj ani najbliższy czas nie był na to odpowiednią chwilą. Zbyt dużo ostatnio się działo.
- Rosemary wysłała mu przed śmiercią list. Rozmawiałam z nią, że powinna to zrobić, ale nie sądziłam, że rzeczywiście się pojawi. Tym bardziej, że minęło dość sporo czasu – westchnęła. Haddie uważała, że biologiczna matka dziewczynki powinna pozamykać wszystkie swoje sprawy, ale chyba nie do końca to przemyślała. Nie przyszłoby jej do głowy, że facet nagle stanie w drzwiach jej mieszkania i zażąda widzenia z córką. Była przerażona na myśl, co miało się teraz wydarzyć. – Dokładnie. Potrzebuję całkowicie się zresetować – nawet, jeśli następnego dnia miałaby zdychać, nawet, jeśli miałaby robić same głupoty, chciała nacieszyć się tą chwilą, kiedy jej mózg przestanie analizować wszystkie nieprzyjemne kwestie.
- Czyli jestem twoim królikiem doświadczalnym. Spoko, lubię ten dreszcz emocji – zażartowała. Wątpiła, że miałby ją otruć, w najgorszym wypadku skończy w łazience, a przecież i tak miała taki zamiar, skoro jej głowa była wyjątkowo słaba, a Haddie chciała wypić duże ilości alkoholu. Skinęła głową i zabrała prowiant ze sobą. – A ty? Działo się coś o czym chciałbyś zapomnieć? – spytała, na okrętkę próbując się dowiedzieć, co u niego słychać.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: martyna
MULTI: parker | garreth | remedy
 
jacob wardwell



w Berrylane od wczoraj

barman, mechanik

32
yo

185
cm

kiedyś miał wojnę, teraz nie ma nic

Lives in:
white log mews

Wysłany: 2019-08-13, 23:05   
  
jacob

  
wardwell

  
join the army, travel to exotic, distant lands, meet exotic, unsual people and kill them.

  

  

  

  

  

  


Jeśli starała się nie zwracać uwagi na kobiety w jego życiu to Jacob stanowczo jej tego zadania nie ułatwiał. Oprócz kilku kobiet, które na stałe zawitały do jego życia było też sporo innych, które spędzały kilka godzin u niego i potem były wypraszane albo od których zawijał się w środku nocy. A jak to w Berrylane bywa, wieści rozchodzą się szybko, więc pewnie całe miasteczko już o tej części jego życia wiedziało. Co nieco do uszu Haddie mogło dotrzeć. Może gdyby wiedział byłoby inaczej. Spróbowałby się z tym bardziej kryć, żeby jej tak nie ranić. Bo odwzajemnienie tych uczuć to kompletnie inna bajka, na którą Rosenfield nie miała za bardzo co liczyć. Wolał jej już złamać serce niż narazić na niebezpieczeństwo, jakie stanowi bliskość i jego osoba.
- Aj – skrzywił się, nie miał nic mądrego do powiedzenia w tym temacie. Jeśli sama namawiała kobietę do wysłania takiego listu to musiała brać pod uwagę, że ojciec dziecka go otrzyma i postanowi coś w tej kwestii zrobić. Choćby zobaczyć swoją córkę. Z drugiej strony trochę jej współczuł, bo nie była to ciekawa sytuacja, ale niestety tak to już w życiu bywało. Nic nie mogło iść gładko i bezproblemowo. – Tu mogę pomóc – stwierdził z uśmiechem. Może i nie nadawał się do udzielania rad, ale był za to świetnym kompanem do picia. Jakieś zdolności trzeba było w życiu mieć. Mocna głowa była jego supermocą.
- Nie znam się na tym za mocno, ale wydaje mi się, że ciężko człowieka nachosami otruć – starał się nie martwić i też sobie żartować, ale jednak nie chciał przyprawić przyjaciółki o zatrucie pokarmowe. Plus jeśli by sobie nie poradził z tak prostą przekąską to nie byłoby dla niego nadziei w kwestiach kulinarnych. Przenieśli się do salonu, gdzie Jacob polał im whiskey. Podał jedną ze szklanek Haddie i usadowił się obok niej. Sięgnął po nachosa i zanurzył go w soisie, postanowił sam je przetestować zanim ona się zabierze. – Chyba jadalne – mruknął po zjedzeniu i zapił alkoholem. – Ja? Ja zawsze chcę o czymś zapomnieć – przyznał, może trochę enigmatycznie, ale nie od dziś wiadomo, że nie przepadał za rozmawianiem o swoich uczuciach.
_________________
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: vicky | rowan | safiya | leopold | poppy | irving
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5