menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#3 no i tak się tu właśnie żyje na tej wsi
Autor Wiadomość
cora braxton



w Berrylane od zawsze

w pracy jest nieszczęśliwa

19
yo

168
cm

a jak z niej wychodzi to wcale nie jest lepiej

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-07-07, 23:13   #3 no i tak się tu właśnie żyje na tej wsi
  
Cora

  
Braxton

  
Hope is a dangerous thing for a woman like me to have, but I have it

  

  

  

  

  

  


Od kiedy Fred opuścił to mieszkanie i w ogóle Berrylane i Seattle, musiała przyznać, że mieszkanie z samym Kevinem okazywało się nie być aż tak straszne. Obawiała się trochę tego, że może będzie próbował robić jakieś żałosne podjazdy, ale pewnego wieczora szczerze sobie pogadali przy wódce i jointach. Cora wtedy powiedziała mu, że w sumie to chyba jest lesbijką, więc powinien zaprzestać jakiejkolwiek formy flirtowania z nią. Trafiła w dziesiątkę, od tamtego momentu stał się bardzo fajnym i pomocnym współlokatorem. Co prawda o wiele częściej gadał o kobiecych piersiach (przy czym nie używał słowa piersi) i innych walorach, myśląc chyba, że zrobi sobie z Braxton skrzydłową. Na szczęście wyjechała wtedy na wakacje i miała parę dni spokoju. To były zdecydowanie najlepsze wakacje na jakich była kiedykolwiek. Dokumentowała wszystko dokładnie na instagramie, bo była dzieckiem XXI wieku, który najwyraźniej lubi dawać ludziom dostęp do każdego momentu swojego życia. Do pracy miała iść dopiero pojutrze, co dawało jej to jeden dzień na odespanie wakacji. W końcu po takim wyjeździe też trzeba odpocząć. Walizkę pewnie i tak rozpakuje za jakiś tydzień, bo to przecież standard.
Telefon od ciotki ją zdziwił, ale bardzo pozytywnie. Dawno się nie widziały, a skoro Rowan wykazała chęć przyjazdu do niej i odwiedzenia jej nowego mieszkanka, nie miała zamiaru oponować. Ucieszyła się, choć wspomnienie ciotki automatycznie przywołało wspomnienie ostatniego spotkania z ojcem. Zastanawiała się czy ten telefon od Rowan nie jest właśnie z powodu jej taty, ale wolała nie pytać o takie rzeczy przez telefon. Zamiast tego podała jej adres i postanowiła wziąć prysznic. Troszkę smutno jej było, że nie miała obok siebie Baby jak przez te ostatnie dni, ale jakoś musiała to przeboleć.
- Tylko.. przepraszam za bałagan.. niedawno wróciłam, a jak się pakowałam na wyjazd to się zrobił taki.. mały... no może nie taki znowu mały, ale panuję nad tym! - wyjaśniła słowem wstępu, gdy pierwsze co Rowan powitało w jej pokoju, to ogromna walizka i cała masa ciuchów walających się po podłodze. Wstyd jej się troszkę zrobiło, więc postanowiła wyprowadzić Rowan do kuchni. Tam przynajmniej był porządek, a Kevina i tak aktualnie nie było. - Chcesz coś do picia? Nie wiem czy mamy coś do jedzenia, Kevin pewnie nie zrobił zakupów.. - mówiła to, jednocześnie zaglądając do lodówki, która okazała się praktycznie pusta. - Mam tylko resztkę wina, tani szampan i parę browarów. Kurczę, tak chyba nie powinnam witać ciotki.. - pokręciła głową. - Może pójdziemy na miasto coś zjeść? Albo zamówimy? - zamknęła lodówkę, bo jednak widok ani trochę nie zachęcał. Korciło też by zapytać czy coś się stało, ale postanowiła sama nie wyskakiwać z newsem o ojcu. Zwłaszcza, że Kai już nieaktywny i smutek wielki eh.
_________________
    Those nights when you crave someone to be there at dawn,
    to wake with, cause aren't we all just looking for
    a little bit of hope these days?
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
rowan mackenzie



w Berrylane od narodzin, z przerwą

leczy zwierzaki

33
yo

163
cm

bez zobowiązań to jej drugie imię

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-07-10, 18:07   
  
rowan

  
mackenzie

  
We've come too far to give up who we are so let's raise the bar and our cups to the stars.

  

  

  

  

  

  


#7

Widziała wszystkie zdjęcia swojej bratanicy z Bora Bora na Insta. Cieszyła się, że Cora jest szczęśliwa i korzysta ze swojej młodości. Swoją drogą, sama powinna sobie jakieś wakacje sprawić, odpocząć od Berrylane i wszystkiego, co się w miasteczku działo. Poznać jakichś przystojniaków albo ładne laski, upijać się i balować do białego rana, a potem wylegiwać na plaży albo surfować. Powinna wyciągnąć Karmę na taki wyjazd, bo młodsza siostra definitywnie potrzebowała zmiany otoczenia, przynajmniej na chwilę. Powoli stawała z powrotem na dwóch nogach po tragedii, którą przeżyła. Była to długa i bardzo ciężka droga z powrotem do względnej normalności, więc zasługiwała na to, żeby odetchnąć. Najlepiej gdzieś, gdzie jest ciepło. Z drugiej strony, Rowan tęskniła za Szkocją, swoim drugim domem i pragnęła tam wrócić, chociaż na chwilę. Cóż, kierunek jeszcze nie był do końca ustalony, ale destynacja to sprawa drugorzędna.
Miała kilka spraw do załatwienia w Seattle, więc postanowiła przy okazji wpaść do młodej. Nie widziała jeszcze jej nowego mieszkanka, a z nią to już w ogóle wieki się nie spotkała, co uważała za zbrodnię, bo była to jej ulubiona bratanica. Co z tego, że jedyna?
- Do kogo Ty mówisz? – zapytała, marszcząc brwi. Przecież Cora doskonale wiedziała w jakim stanie jest zazwyczaj mieszkanie jej cioci i nigdy nie był to idealny porządek. Nie spodziewała się, że dziewczyna będę miała wszystko poukładane tydzień po powrocie z wyjazdu. Nie rozumiała do końca jej zakłopotania. Może chciała się jej pochwalić swoim nowym mieszkankiem w jak najlepszym stanie? – No nie wiem, wino, szampan i browary brzmią jak nienajgorsza impreza – stwierdziła z lekkim uśmiechem, opierając się o jeden z blatów. Przez chwilę patrzyła na młodą w zamyśleniu. – Dawaj, zamówimy coś, nie ma się co ograniczać – powiedziała i wyciągnęła z kieszeni telefon, żeby zobaczyć co ciekawego dostarcza tu UberEats. – Meksykańskie? Tajskie? – zaproponowała, przeglądając aplikację, po wpisaniu adresu.
- Jak Ci się tu mieszka? Do tego jeszcze z kolesiem? – zapytała zaciekawiona. Sama też się wyprowadziła na okres studencki do innego miasta, z tym że wybrała takie po drugiej stronie kraju. No ale każdemu według gustu i preferencji.
_________________
    <img src="https://i.imgur.com/4fV6YmD.gif" style="width:260">
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: jacob | safiya | leopold | poppy
 
cora braxton



w Berrylane od zawsze

w pracy jest nieszczęśliwa

19
yo

168
cm

a jak z niej wychodzi to wcale nie jest lepiej

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-07-14, 21:34   
  
Cora

  
Braxton

  
Hope is a dangerous thing for a woman like me to have, but I have it

  

  

  

  

  

  


Cora na pewno mogłaby szczerze polecić miejsce w którym była razem z Audrey. Fajnie było móc tak sobie podróżować, zwiedzać nowe miejsca i nie robić nic poza tym. W ogóle fajnie było mieć pieniędzy pod dostatkiem i nie martwić się o takie przyziemne sprawy, tylko skupiać się na przyjemnościach. Ona na pewno wróciła stamtąd wypoczęta, opalona i z masą nowych historii do opowiedzenia. Pewnie jakby wybrała się na takie wakacje z Rowan to bawiłaby się równie dobrze, bo jednak miała najlepszą ciotkę na tej planecie.
Zaśmiała się, słysząc jej odpowiedź. Rzeczywiście, ten artystyczny nieład to chyba odziedziczyła po niej. Matka miała hopla na punkcie czystości, a ojciec... no cóż, ojciec to zupełnie inna para kaloszy. Teraz jednak już wyraźnie się rozluźniła, gdy Rowan nie patrzyła spod byka na cały ten bałagan. Na pewno w końcu się za to wszystko zabierze, posprząta ładnie... ale nie dzisiaj. Dzisiaj jeszcze miała chwilę na odpoczynek, a relaks w towarzystwie ciotki brzmiał o wiele lepiej niż samotne byczenie się w łóżku. - Taa, chyba nie próżnował pod moją nieobecność. - uniosła brwi do góry, obstawiając, że to słodkie wino musiało należeć do jakieś naiwnej ptaszyny, którą ściągnął jakimś cudem do swojej nory. Cora wolała nie wnikać. - To może na coś się skusisz? Wino to raczej średnio twoje klimaty, ale... - i nie czekając już na jej decyzję, wyciągnęła dwie butelki z piwem, które niedługo potem otworzyła i postawiła na stole. - Jadłam jakiś czas temu nieziemskie burrito, ale dzisiaj chyba skusiłabym się na pad thai.. i może tą ostrą zupę z krewetkami? - złapała się odruchowo za brzuch, który jak na zawołanie zaburczał.
- Mieszkałam z dwoma kolesiami.. - powiedziała na wstępie, biorąc butelkę z piwkiem i upijając z niej łyk. - Jednego z nich znałam wcześniej, też był z Berrylane. Ale jakiś czas temu wyjechał, dostał jakąś mega propozycję i w sumie zostałam sama z Kevinem. Kevin to... - i tutaj się zatrzymała, drapiąc po policzku. - Początek mieliśmy kiepski, ale teraz jest w porządku. Nauczyłam go nawet opuszczania deski, więc uznam to za swój osobisty sukces. - zaśmiała się. - Lokalizacja też jest dobra, no i do pracy mam blisko. Za taką cenę nie znalazłabym chyba nic lepszego. - uniosła jedno ramię do góry. - A co u ciebie? Planujesz jakieś wakacje? - zapytała z ciekawością, siadając przy stole i znowu upijając trochę piwka.
_________________
    Those nights when you crave someone to be there at dawn,
    to wake with, cause aren't we all just looking for
    a little bit of hope these days?
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
rowan mackenzie



w Berrylane od narodzin, z przerwą

leczy zwierzaki

33
yo

163
cm

bez zobowiązań to jej drugie imię

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-07-15, 00:50   
  
rowan

  
mackenzie

  
We've come too far to give up who we are so let's raise the bar and our cups to the stars.

  

  

  

  

  

  


Cóż, na pewno odziedziczyła to zamiłowanie do nieładu po rodzinie Mackenzie. Może nie po innych ciotkach, ale na pewno po babce i po Rowan. Hipokryzją z jej strony byłoby oburzanie się na widok bałaganu, a ona nie lubiła bardzo takiej niegodziwości. Gdyby kiedyś zdarzyło jej się napisać książkę z życiowymi sentencjami to „co możesz posprzątać dziś, posprzątaj jutro” na pewno by się wśród nich znalazło.
- Przynajmniej nie trafiłaś na jakiegoś nerda, który siedzi przyklejony do komputera – jak zwykle znajdowała dobrą stronę każdej wiadomości. Gdyby była bardziej odpowiedzialnym człowiekiem i ciocią to mogłaby się oburzyć, że jej niepełnoletnia, pod tym względem, bratanica pije alkohol, ale to też byłaby hipokryzja i to niemała. Była ostatnią osobą, która mogłaby jej prawić takie morały. Wzięła do ręki piwo, wdzięczna, że nie przypadło jej w udziale wykańczanie butelki słodkiego winiacza. – Brzmi nieziemsko – stwierdziła, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. Kochała jedzenie, w każdej postaci. A tajskiego nie dało się tak łatwo dostać w Berrylane. Nawet o składniki trzeba się było mocno natrudzić i odwiedzić przynajmniej dwa sklepy. – Musisz mnie kiedyś zabrać na to burrito – miłość do jedzenia płynęła w ich żyłach, nie dało się temu zaprzeczyć.
- Jak Ci się to udało? – zapytała zaszokowana, oczekując aż Cora zdradzi jej ten wielki sekret wszechświata. – Jak mieszkałam z kolesiami to nigdy nie udało mi się ich tej sztuczki nauczyć – skrzywiła się, wspominając ile razy w środku nocy przeżyła ten moment, w którym myślisz, że już siedzisz, ale jednak nie i spadasz te kilka centymetrów na lodowatą ubikację. – To jest jeden z powodów, dla którego nie bawię się w związki – zażartowała, chociaż wcale nie mijała się aż tak bardzo z prawdą. Jasne, prawdziwy powód był o wiele mniej błahy, ale jednak jakiś istniał i zimną toaletą mogła się od wyjawiania go migać. – Jak przekonasz do tego ciocię Karmę to może gdzieś pojadę – sama też przysiadła się do stołu i pociągnęła z butelki. – W innym wypadku raczej utknęłam w Berry.
_________________
    <img src="https://i.imgur.com/4fV6YmD.gif" style="width:260">
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: jacob | safiya | leopold | poppy
 
cora braxton



w Berrylane od zawsze

w pracy jest nieszczęśliwa

19
yo

168
cm

a jak z niej wychodzi to wcale nie jest lepiej

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-08-18, 18:19   
  
Cora

  
Braxton

  
Hope is a dangerous thing for a woman like me to have, but I have it

  

  

  

  

  

  


Nic dziwnego, że to tak bardzo irytowało jej matkę, która lubiła prowadzić uporządkowany tryb życia. Pewnie dlatego, że jej prywatne sprawy były chaosem, odbijała sobie na czystym domu, z testem białej rękawiczki i tak dalej. Cora jej wywracała wszystko do góry nogami. Na pewno jej ulżyło, gdy córka postanowiła zamieszkać w Seattle. Kochała matkę, wiele jej zawdzięczała. Bardzo często jednak w ostatnim czasie dochodziły do nieporozumień i konfliktów. Na szczęście Braxton zawsze mogła liczyć na ciotkę Rowan. Przy niej nie musiała się tak spinać.
- W tym domu to chyba ja jestem takim nerdem... - zmarszczyła brwi, po chwili śmiejąc się w głos. Kevin zajmował się swoimi sprawami, nawet nie do końca wiedziała czym. Ona od dzieciaka interesowała się technologią. Aktualna praca nie spełniała jej możliwości tak jakby tego chciała, ale w końcu był to tylko przerywnik. Nie zamierzała robić tego przez resztę życia. - Hm.. pewnie. Chociaż to bardziej takie... prywatne dostawy. - zaśmiała się pod nosem, wspominając towarzystwo blondynki i wspólny posiłek. W końcu zamówiły to żarcie, dostawa miała być też niebawem. Mogły więc w pełni skupić się już na rozmowie.
Pokiwała głową i napiła się piwa. Tak, to bez wątpienia był sukces, który mogłaby sobie dopisać do CV. Podaruje sobie to jednak. - Zabrałam wszystkie najpotrzebniejsze dla nich sprzęty w domu, na czele z papierem toaletowym. Buntowali się, ale zadziałało. - zaśmiała się. Lekcje o higienie nie pomagały. Znaczy Fred to może jeszcze i to kumał, ale Kevin był po prostu... ciężkim przypadkiem. - Tak. Ja to w pełni rozumiem i popieram. - dodała, podnosząc znowu butelkę piwa. - Z dziewczynami w sumie nie ma tego problemu. - tak palnęła sobie, wzruszając ramionami do góry. Bardzo mądra uwaga. - Karma nie jest taka chętna na wakacje? Serio, przecież to sama przyjemność! Znaczy trochę nerwów, ale wszystko załatwia miła obsługa w samolocie i przestajesz się tym przejmować. - zachichotała. - Spoko, spróbuję ją przekonać. - ciotkom należał się odpoczynek też. W sumie to każdemu należał się odpoczynek od Berrylane. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. A jak się mieszkało tam na stałe to już w ogóle takie przerwy były mile widziane. Co by nie zwariować. - A co tak właściwie słychać w Berrylane? I u ciebie? - teraz stacjonowała głównie tutaj, więc nie była na bieżąco tak jakby tego chciała. Wypadało więc uzyskać jakieś informacje.
_________________
    Those nights when you crave someone to be there at dawn,
    to wake with, cause aren't we all just looking for
    a little bit of hope these days?
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
rowan mackenzie



w Berrylane od narodzin, z przerwą

leczy zwierzaki

33
yo

163
cm

bez zobowiązań to jej drugie imię

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-08-19, 16:12   
  
rowan

  
mackenzie

  
We've come too far to give up who we are so let's raise the bar and our cups to the stars.

  

  

  

  

  

  


Dla Rowan macierzyństwo było czymś zupełnie nie do pojęcia. Od noszenia w sobie tego rosnącego krasnala, poprzez wypychanie go na ten świat do wychowywania diabelskiego pomiotu. Nie potrafiła się zdecydować, która część tego całego procesu była najcięższa. Nie wiedziała jeszcze, że niedługo przyjdzie się jej przekonać. No ale odchodzimy od tematu, bo z jednej strony Mackenzie podziwiała panią Braxton, że tego wszystkiego dokonała i Cora wyszła na ludzi, solidarność jajników i te sprawy. Ale z drugiej miała do niej ogromny żal, że trzymała młodą z daleka od ojca. Całe szczęście Rowan udało się wywalczyć to, żeby nie trzymała ich bratanicy z dala od pozostałych Mackenzie.
- Laski jak są nerdami to jest spoko, wszyscy na nie lecą – zaśmiała się, po części sama uważała się za nerda. Co prawda przejawiało się to przede wszystkim miłością do bajek, gier planszowych i seriali, ale zawsze coś, prawda? Uniosła jedną brew na wieść o prywatnych dostawach, przyglądając się młodej uważnie. Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami, bo skoro chciała zachować w sekrecie skąd wzięła to cudowne burrito to ciocia nie miała zamiaru z niej tego siłą wyciągać. Ale nie byłaby sobą, gdyby nie zapytała. – Coś jeszcze przychodzi razem z tymi prywatnymi dostawami? – na jej twarzy pojawił się figlarny uśmieszek.
- Geniusz z Ciebie. Może kiedyś jeszcze z tego planu skorzystam – stwierdziła z dumą, bo zmyślną miała bratanicę jednak. Nie miała pojęcia czy jeszcze będzie miała okazję, ale warto było zapamiętać na wszelki wypadek. – Z mojego doświadczenia wynika, że laski też są nieogarnięte i potrafią zostawić po sobie syf – stwierdziła, zupełnie niewzruszona tym wyznaniem i też napiła się piwa. – Nie wiem czy jest chętna, czy nie, ale dopiero zaczyna znów ogarniać – przyznała, krzywiąc się lekko. Jej siostra sporo w ostatnim czasie przeżyła i w pełni zasługiwała na odpoczynek, ale różnie to z chęciami bywało. – Na razie ograniczyłam się do wyciągnięcia jej na noc do Seattle na jakieś małe ladies night – pochwaliła się, bo jednak było czymś. Wcześniej nie chciała własnego domu opuszczać, o ile nie szła do pracy. – W Berrylane niewiele się zmienia, to zawsze jest istne wariatkowo – rzuciła pół żartem, pół serio. Cora znała realia życia w miasteczku i wszystkiego, co wiązało się z posiadaniem miana Berryleńczyka. – Ja? Stabilnie, myślę, że przygarnę niedługo jakiegoś czworonoga, bo trochę mi pusto w mieszkaniu – uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że niedługo jakiś psiak będzie biegał jej wokół nóg. – Lepiej opowiedz mi coś o swoich nieziemskich wakacjach – poprosiła, bo tyle tych zdjęć się naoglądała, a wciąż nie usłyszała żadnej porządnej relacji. Tak się nie godzi.
_________________
    <img src="https://i.imgur.com/4fV6YmD.gif" style="width:260">
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: jacob | safiya | leopold | poppy
 
cora braxton



w Berrylane od zawsze

w pracy jest nieszczęśliwa

19
yo

168
cm

a jak z niej wychodzi to wcale nie jest lepiej

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-08-21, 23:30   
  
Cora

  
Braxton

  
Hope is a dangerous thing for a woman like me to have, but I have it

  

  

  

  

  

  


Dla Cory też był to kompletnie odległy temat. Dla niej dzieci to były śmieszne stworzonka. Znaczy wiedziała, że to są ludzie... nie była głupia. Po prostu dla niej myśl o macierzyństwie była tak niewiarygodna, że dzieci stawały się czymś w rodzaju opowiastki lub tajemniczej zagadki. Nie dla niej, na pewno. Z resztą ona miała już swoje dzieciątka, były to pieski, które czekały na nią w Berrylane i którymi opiekowała się matka. Tęskniła za nimi cholernie, cały czas była w trakcie pertraktacji z Kevinem o to czy zgodzi się chociaż na jednego. Psy, dzieci.. no prawie to samo, nie? A kiedy już zawita do Rowan plemnikowa niespodzianka, Braxton na pewno ją w tym wszystkim wesprze. Tak samo jak i reszta rodziny.
- Wszyscy, byle nie Kevin. - parsknęła śmiechem, bo współlokator był wyjątkowo dziwnym przypadkiem. Podziwiała w pewien sposób dziewczyny, które tu przyprowadzał. Ona poległa, gdy kiedyś po cichu musiała wejść do jego pokoju po zapalniczkę. Już nigdy tam nie wróciła. - To nie takie proste. Nie wydaje mi się by wcześniej interesowała się dziewczynami. - trochę korciło ją by wypytać o to samą Vicky, ale jak na razie wolała ją lepiej poznać. Sama też nie wiedziała po jakim gruncie stąpa, więc wolała być ostrożną. A to, że wspomnienie burrito nawiedziło teraz jej żołądek, automatycznie wspomniała i samą blondynkę. Nie planowała chwalić się z tej znajomości ciotce, bo sama nie wiedziała co to wszystko oznacza. Z resztą nigdy nie była specjalnie wylewna. - Wiesz, ostatnio zastanawiałam się czy nie powinnam trochę podkręcić swoich umiejętności. Jedzenie na wynos jest ekstra, ale to też większe koszta... - gdyby tylko była lepsza w te klocki. Może i znała podstawowe przepisy, ale fajnie byłoby znać się lepiej w tym temacie.
- A u nas to raczej rodzinne. - zaśmiała się, bo jednak jedna i druga nie była strażniczką porządku. - Tym bardziej takie wakacje dobrze by jej zrobiły. Gdzie lepiej dochodzić do siebie jak na plaży, z drinkiem w ręku. No i jedzenie! Jedzenie też jest ważne. - jak widać ten temat nie oddalał się od Cory. Jedzenie było ważnym aspektem jej życia, ale w końcu to dość ludzkie. Wszyscy jedzą. - O, kluby w Seattle? - lampka jej się zaświeciła. - Hej, to świetnie się składa. Niedługo otwierają w centrum nowe miejsce i tak się składa, że mogę załatwić wejściówki... - poruszyła zachęcająco brwiami. - Zabierzesz Karmę na tańce i na pewno endorfiny jej skoczą. A ja nie będę miała wyrzutów, że bilety się zmarnują. - uśmiechnęła się, bo to był świetny pomysł! One na pewno lepiej na tym skorzystają niż ona.
- Pies? W końcu! Ileż można przekonywać cię jak wspaniale jest mieć w domu kogoś takiego. - wyszczerzyła się na samą myśl o swoich zwierzakach, ale prędko posmutniała. Bo jednak one były w Berrylane a ona tutaj. Nie można mieć wszystkiego. Kiedy Rowan zapytała o jej wakacje, Cora od razu rozmarzona pochyliła się nad stołem i oparła o niego łokciem. - Bora-Bora... to wspaniałe miejsce, naprawdę raj. Kiedy przeglądasz zdjęcia w Google takich miejsc, pojawia się myśl w twojej głowie, że to pewnie podkoloryzowane... ale nie! Tam serio jest tak... bosko.. - westchnęła, bo tam życie było takie proste i piękne. - Zwiedziłam dżunglę, skakałam do wodospadu, próbowałam znaleźć skarb wyspy.. - zachichotała, bo wspomnienia były jakby wciąż żywe. Aż gęsiej skórki dostała. - Ludzie są tam tacy... otwarci, przyjaźni. Wszyscy się do ciebie uśmiechają i wiesz, że robią to, bo mają tam super życie. Naprawdę, myślałam już, że razem z Audrey wykupimy tam jedną chatkę i zostaniemy na zawsze. - ciężko po czymś takim wrócić do rzeczywistości. Nawet jeśli tylko się o tym opowiada.
_________________
    Those nights when you crave someone to be there at dawn,
    to wake with, cause aren't we all just looking for
    a little bit of hope these days?
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
rowan mackenzie



w Berrylane od narodzin, z przerwą

leczy zwierzaki

33
yo

163
cm

bez zobowiązań to jej drugie imię

Lives in:
fallen cloud

Wysłany: 2019-08-23, 22:11   
  
rowan

  
mackenzie

  
We've come too far to give up who we are so let's raise the bar and our cups to the stars.

  

  

  

  

  

  


Zaśmiała się razem z nią, kiedy Cora oznajmiła, że ma nadzieję, że współlokator na nią nie poleci. Rowan kilkukrotnie weszła na tę ścieżkę i nikomu by tego nie polecała. Wszystko było fajnie tak długo jak się układało. Kiedy przestawało, robiło się zdecydowanie gorzej i trzeba było szukać nowego lokum.
- Ach, czyli trzeba ostrożnie stąpać? – zapytała, takich sytuacji nie znała z autopsji, ale podejrzewała, że pospieszanie takiej dziewczyny i naciskanie na nią dobrze się nie kończy. By się tylko wystraszyła albo zniechęciła, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Mackenzie nie była wścibską osobą, więc jeśli bratanica nie chciała się zagłębiać w ten temat, wystarczyło powiedzieć. Ciocia się nie obrazi. – No, gotowanie samemu jest super, polecam z całego serca. Oprócz tego, że oszczędzasz to jeszcze całkiem dobrze można się przy tym bawić – stwierdziła wesołym tonem, w tym temacie miała mnóstwo doświadczenia, którym z chęcią się dzieliła. – Mogę Ci podrzucić kilka prostych i pysznych przepisów jak chcesz – zaproponowała z uśmiechem na ustach. Rowan uwielbiała jeść bardziej niż wykonywać jakąkolwiek inną czynność. Jednak nie dało się wiecznie jeść na wynos lub na mieście, więc w czasie studiów nauczyła się gotować. A że miała wówczas tylko dwa palniki, jeden garnek, jedną patelnię i opiekacz, a nie piekarnik to nauczyła się być kreatywna.
- No, jakbym jej to tak przedstawiła to powinna się zgodzić – pokiwała głową, sama też skupiła się najmocniej na marzeniach dotyczących wakacyjnego jedzenia. Były do siebie z panną Braxton bardzo podobne pod wieloma względami, rodzina w końcu. – Ooo, z chęcią przygarnę. Skąd dostałaś? – spytała, zadowolona, że udało się tę sprawę rozwiązać i nie będzie musiała szukać klubu, do którego zabrać swoją młodszą siostrę.
- Nie trzeba mnie przekonywać, musiałam przeboleć stratę Mary-Kate i Ashley – mówiła tu o swoich dwóch kotach, które przygarnęła w Edynburgu i które musiała zostawić za sobą, kiedy wracała do kraju. Niesamowicie za nimi tęskniła przez długi czas, ale teraz znów była gotowa otworzyć swoje serce dla jakiegoś czworonożnego malucha. Słuchała młodej z rozmarzonym wyrazem twarzy, bo brzmiało to naprawdę pięknie. – Trzeba było tak zrobić i nie wracać do deszczowej rzeczywistości – rzuciła żartobliwie, choć jej taka pogoda odpowiadała jak żadna inna. Nie pojechałaby do Szkocji na cztery lata gdyby było inaczej. – Bym Cię często odwiedzała.
_________________
    <img src="https://i.imgur.com/4fV6YmD.gif" style="width:260">
  
[Profil]
  MÓW MI: panda
MULTI: jacob | safiya | leopold | poppy
 
cora braxton



w Berrylane od zawsze

w pracy jest nieszczęśliwa

19
yo

168
cm

a jak z niej wychodzi to wcale nie jest lepiej

Lives in:
white flower valley

Wysłany: 2019-09-10, 21:49   
  
Cora

  
Braxton

  
Hope is a dangerous thing for a woman like me to have, but I have it

  

  

  

  

  

  


A jak wiadomo, szukanie nowego lokum to proces żmudny. Cora nie chciała sobie przypominać ile razy miała ochotę rzucić telefonem, aż w końcu nie trafiła jakimś cudem na ofertę mieszkania Kevina. W ostatecznym rozrachunku i tak wychodziła na tym lepiej, bo mimo wszystko zarobki były o wiele większe. Nie mogła więc też kompletnie się załamywać z powodu paru durnych żartów.
- No.. właśnie. Jak dobrze ty gotujesz? Może mnie czegoś nauczysz? Jakiś... specjalny, rodzinny przepis? - zapytała podekscytowana. Z chęcią uczyłaby się od Rowan, już i tak ceniła ją niesamowicie tak ogólnie, ale jakby jeszcze jej trochę umiejętności w kuchni podarowała to w ogóle oszalałaby z radości. W ostatnim czasie dochodziła do wniosku, że gotowanie jest jak najbardziej cool hehe. - Byłoby świetnie! Tylko zacznij od czegoś... no wiesz, prostego. Nie chcę się zniechęcić na wstępie. - zaśmiała się, choć w sumie było w tym sporo prawdy. Choć zazwyczaj Braxton nie miała w zwyczaju się poddawać, tak niedobre lub przypalone przez głupotę jedzenie miałoby chyba taką moc.
Na pytanie o bilety, spojrzała na ciotkę. Przez chwilę zastanawiała się jak to przedstawić, bo pod niektórymi względami jej znienawidzona praca okazywała się nie być taka najgorsza. - Wiesz.. mama załatwiła mi tutaj pracę. To agencja zajmująca się reklamą i pr'em. To tylko brzmi tak ekstra. Jestem tam głównie od robienia kawy, spisywania notatek, szukania najlepszych restauracji z których mój szef może skorzystać w trakcie lunchu. - westchnęła. Wszystko to mówiła ze znudzeniem i żalem, bo jednak dupa ją ściskała na myśl o tym, że robiła coś czego tak właściwie nie lubiła wcale. - Zazwyczaj ta robota ssie, ale jest ten jeden procent, gdy okazuje się być znośna. Mój szef dostaje mnóstwo różnych zaproszeń i wejściówek, ale praktycznie z nich nie korzysta. Czasem, gdy ma dobry humor to je rozdaje. - wzruszyła ramionami i napiła się piwka. - Teraz przynajmniej nie pachnę wiecznie masłem od popcornu. Muszę być tylko na każde jego zawołanie, pamiętać cały jego rytuał dnia i włazić mu w tyłek jak tylko się da, bo to prawdziwy buc. - parsknęła, bo niekiedy jej telefon rzeczywiście się nie urywał. Zależało od dnia i humoru. Ciekawe jak długo wytrzyma biedna Cora, mając tak gębę na kłódkę. Jak wiadomo, ona była raczej fanką ekspresji.
- Jak chcesz mogę tam z tobą pojechać. Z resztą, już dawno powinnam odwiedzić schronisko, trochę ich zaniedbałam przez tą przeprowadzkę i w ogóle.. - trochę jej głupio było. Jej psy też były jak na razie z mamą w Berrylane, ale pracowała nad tym by je ściągnąć do Seattle. - Oh, chciałam. Nawet głośno to planowałyśmy z Audrey, ale no... trzeba było wrócić do rzeczywistości.. no a ona do swojego narzeczonego. - machnęła ręką. - Ale wiesz, totalnie widzę siebie na takiej bezludnej wyspie. Najlepiej na Jamajce. - westchnęła i rozmarzyła się, bo gdyby tam wybrała się na wakacje... naprawdę mogłaby nie wrócić.
_________________
    Those nights when you crave someone to be there at dawn,
    to wake with, cause aren't we all just looking for
    a little bit of hope these days?
[Profil]
  MÓW MI: kotleciku
MULTI: raine i reszta
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
BERRYLANE POGODA
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 5