menu


Poprzedni temat «» Następny temat
Fontanna
Autor Wiadomość
Berrylane


Wysłany: 2017-11-03, 19:47   Fontanna
  
Berrylane


Fontanna
  
[Profil]
 
 
Arthur Lovecraft
[Usunięty]

Wysłany: 2018-01-14, 20:17   

#2

Nie lubił dni, w których uczelnia miała godziny rektorskie. Oznaczało to, że również i jego katedra była zamknięta na cztery spusty i nikt nie mógł tam wejść. Nawet on. Trzymał w gabinecie większość materiałów nie tylko uczelnianych, ale również i naukowych. W domu znajdowało się odpowiednio wiele informacji, dzienników, kartek, notesów, książek, jednak uzupełniały się z tymi na uczelni. Niektóre dni wolne wyskakiwały tak nagle, że nie zdążył nawet zabrać ze sobą na zaś źródeł. W tym przypadku były one niesamowicie istotne - bez nich nie był w stanie dokończyć swojej części artykułu, który współtworzył z profesorem Chamberleinem. Ten światowej sławy analityk matematyczny był niemalże bogiem swojej dziedziny, dlatego zaszczyt, którego dostąpił Lovecraft nie zdarzał się dwa razy. A na pewno nie wykładowcy w tak młodym wieku. Co prawda termin oddania upływał dopiero za miesiąc, jednak dzień bez pracy, tak ważnej dla niego pracy, był dniem zmarnowanym. Arthur umiał marnować lecące mu przez palce godziny, lecz musiał to być odpowiedni czas, z odpowiednim towarzystwem. A teraz? Lou była w pracy, prędzej rzuciłby się do fontanny niż zadzwonił czy napisał do Williama, rodzice znów byli w podróży... Jak on nienawidził tego wolnego! Nie mógł wysiedzieć w domu z tej frustracji i ze świadomością, że w środku znajdowała się nie ta siostra Baker, której potrzebował, zabrał płaszcz w dłoń i wyszedł szybkim krokiem, zatrzaskując za sobą drzwi. Zanim przekroczył granicę własnego terenu, zarzucił wierzchnie odzienie na plecy, stawiając filcowy kołnierz i rozglądając się, by obrać najlepszą drogę na długi spacer. Fortepian sobie darował, bo z siostrą narzeczonej w domu nie chciał się oddawać chwili zatracenia. Sam nie wiedział jakim sposobem znalazł się na przystanku autobusowym i, jak zupełnie nie on, wsiadł do publicznego środka komunikacji miejskiej, by dojechać do samego centrum miasta. Pochłonięty przez własne myśli i frustrację nie zauważał nawet gdzie szedł. Po prostu szedł, by iść i nie musieć się zastanawiać nad tym zbyt szczególnie. Poddał się nogom i krokom, wierząc, że miały go gdzieś zaprowadzić. Nie miał pojęcia dlaczego, ale w pewnym momencie tej mentalnej wędrówki przyłapał się na myśleniu o Lousie i jej uśmiechu. Czemu tak dawno go nie widział? Czy przypadkiem ostatnio nie była bardziej lakoniczna niż zwykle? A jeśli tak to dlaczego? Tak dał się pochłonąć swojej pracy, że nie miał nawet czasu, by ją o to spytać. Zły na siebie kopnął leżący na dróżce mały kamyk, który potoczył się i wpadł w wysoką, jak na tę porę roku, trawę. Trawę... Więc zawędrował do jakiegoś parku. Mniejsza z tym. Musiał zrobić przystanek, chociażby na jedną chwilę. Skierował kroki w stronę fontanny i oparł się przedramionami o jej wątpliwą barierkę. Ta zakołysała się, ale wytrzymała. Lekko pochylony wpatrywał się w hałasującą wodę, by po chwili odetchnąć i pozwolić opaść głowie na klatkę piersiową. Był zmęczony. Jednak nie tym spacerem, chociaż nie miał pojęcia ile kilometrów już tak krążył. Wplótł dłoń we włosy i trwał tak przez jakąś chwilę, oddychając jedynie wilgotnym od wody powietrzem. W końcu wyprostował się, by ukryć brodę w dłoni i sądził, że jego myśli znów go poniosą, gdy dostrzegł za fontanną znajomą sylwetkę. Zmarszczył na chwilę brwi, by powoli okrążyć wodną ozdobę i poznać kobietę, którą widywał już parę razy w swojej okolicy. Czy to było jakieś dziwne fatum? Nie mógł być tego pewien, ale skierował się w jej stronę, chcąc się skonfrontować. Nie miał pojęcia o co mógłby zapytać ani co zrobić, gdy już przed nią stanie. Ale po prostu... Musiał się przekonać.
 
 
Carrie Paddington


Wysłany: 2018-01-14, 22:01   

2.

Nie planowała dziś przypadkowych spotkań, ale los nie lubił nudy i sam skierował ją drogą, którą wcale iść nie musiała. Korzystając z chwilowej poprawy pogody i dodatniej temperatury, Carrie wydłużyła drogę, jaką zwykle pokonywała.
Podświadomie myśląc o zielonych terenach, zatęskniła za wiosną i przyjemnym ciepłem wyciągającym z czterech ścian mieszkania. Ale nie mogła narzekać, także w zimie odnajdując plusy, składające się na obraz piękna. Berrylane kusiło nim o każdej porze roku a blondynka chętnie łapała je na swych zdjęciach. Mając aparat zawsze przy sobie, także dziś nie potrafiła oprzeć się obrazom, które koniecznie należało zachować nie tylko we wspomnieniach. Opierając się o stary budynek, Carrie bezczelnie zajrzała w jedno z okien naprzeciwko, uwieczniając sylwetkę kobiety zapatrzonej gdzieś w dal. Wyczekującej kogoś bliskiego? Mogąc tylko się nad tym zastanawiać, blondyna ruszyła dalej. Planując powolny powrót do domu, wstrzymała się na małym skrzyżowaniu, dostrzegając mężczyznę, na widok którego nie mogła przejść obojętnie. Przyciskając aparat do piersi, jeszcze raz próbowała zrozumieć co też w jego postaci tak bardzo ją przyciąga. Nie potrafiła zdobyć się na jedno krótkie podsumowanie.
Zaintrygowana jego osobą, już kilka razy pozwalała sobie na ukradkową obserwację i zdjęcia, chowane potem w prywatnym albumie. Ze swego miejsca mając kolejną okazję, uniosła aparat do oczu i uchwyciła zamyślenie Lovercrafta. Jedno zdjęcie nie było wystarczające. Carrie musząc ruszyć za mężczyzną, skierowała się jego śladami, trzymając odpowiedni dystans. Nigdy w czasie swych spacerów za interesującym osobami, nie pomyślała o konsekwencjach przyłapania. Niewinnie podchodząc do fascynacji, nikogo aparatem nie krzywdziła. A przynajmniej takie miała wrażenie.
Obchodząc fontannę z drugiej strony, przyglądała się mężczyźnie z uśmiechem i aparatem w dłoniach. Chwilę przed jego reakcją, pozwoliła sobie na kolejne zdjęcie, nie zbliżając zanadto i nie dając przyłapać. Dziwny strach pojawił się dopiero wtedy, gdy Carrie pojęła, że oczy mężczyzny są wbite prosto w nią a kroki Arthura mają skrócić dystans między nimi. Speszona tą nagłą uwagą, dekielkiem przysłoniła obiektyw aparatu i zawróciła, chcąc uniknąć konfrontacji. Ha, myśląc, że jej się to uda.
_________________
[Profil]
 
 
Arthur Lovecraft
[Usunięty]

Wysłany: 2018-01-15, 19:47   

Nie miał większego pojęcia, dlaczego trafiał na obecność tej kobiety. A może to wcale nie była jego zasługa, lecz ktoś inny pomógł ów zaskakującemu przypadkowi? Jako profesor matematyki Lovecraft nie wierzył w coś podobnego, wyznając zasadę, że nic nie działo się samoistnie ani bez żadnego powodu. Tego nauczał swoich studentów i byłby największym oszustem, gdyby również nie wierzył we własne słowa. Twardo stąpając po ziemi, nie dało się oderwać go gdzieś indziej jak jedynie do świata nauki. Dostrzeżenie jednak znajomej, choć nieznanej twarzy sprawiło, że na chwilę przestał się dąsać na cały świat, że nie dostanie swoich notatek z katedry. Odwrócenie uwagi zadziałało, chociaż niemożliwym było, by taki właśnie był zamiar ów kobiety. Mimo wszystko Arthur był zbyt zmęczony, żeby specjalnie się nad tym zastanawiać i ruszył ku konfrontacji. Albo miało to rozwiązać tajemniczą zagadkę lub przedstawić go w oczach blondynki jako kompletnego pomyleńca, który zaczepia napotkane w parku kobiety. Nie miał ochoty zwlekać, bo żywo zaintrygował się tą kwestią. Jego kroki przyspieszyły, gdy dostrzegł, że tamta, widząc jak się zbliżał, zdecydowała się ulotnić. Jeszcze czego... Nie był typem nagabywacza, dlatego nie miał sobie nic do zarzucenia. Nie zamierzał jednak odpuszczać przynajmniej chwili rozmowy. I tak obrał sobie dziewczynę za swój cel, a mu się nie odmawiało. On nie miał spocząć, póki nie osiągał tego, czego chciał. Nawet w tak błahej sprawie jak dostrzeganie już po raz kolejny tej samej osoby w swoim otoczeniu. I to bynajmniej nie był nikt z uczelni - tego mógł być bardziej niż pewien. Przewyższając kobietę wzrostem, łatwo nadgonił dzielący ich dystans nawet ten który starała się nadłożyć. Teraz jednak nie miała już z nim szans. Złapał delikatnie blondynkę za nadgarstek, by powstrzymać przed ucieczką i zaraz też odsunął rękę. Musiał jakoś zwrócić jej uwagę, dlatego też pokusił się o taki gest.
- Przepraszam bardzo, ale... Czy przypadkiem się nie znamy? - Śledzisz mnie nie przeszło mu przez gardło. Zresztą był to niedorzeczny pomysł, wręcz zakrawający o abstrakcję.
 
 
Carrie Paddington


Wysłany: 2018-01-16, 00:00   

Serce zabiło jej szybciej na myśl o nieuchronnej zaczepce. Widziała determinację w spojrzeniu oraz ruchach mężczyzny i pomimo, że wielokrotnie zastanawiała się jak wyglądałoby pierwsze spotkanie twarzą w twarz, stchórzyła. Tuż o krok od otworzenia ust, z których mogły paść słowa. Jakie słowa? Tyci lęk zaraz podpowiedział obraz wyrzutów, nagany i żądań, jakich blondynka zwykle się obawiała. Konflikty nie leżały w jej naturze i zawsze przerażały na tyle wystarczająco, by Carrie wolała odwrócić się na pięcie i czmychnąć gdzie pieprz rośnie.
Może trochę z poczucia winy? Nie pytała pana Lovercrafta o zgodę, ale przeciez jej intencje do złych nie należały i tak zawsze siebie tłumaczyła, gdy dopadały ją wątpliwości.
Nie było na nie obecnie czasu. Jedną dłonią przyciskając aparat do piersi, Carrie słyszała kroki za sobą i walcząc z pokusą odwrócenia się, podjęła decyzję o ucieczce, woląc dalsze obserwacje z odległości. Ukradkiem. Nie porównując szans, myślała, że jej się uda, chociaż była na straconej pozycji. Zbyt późno podejmując próbę, szybko zrozumiała, że przegrała z chwilą przyłapania jej w bliskim otoczeniu. Zatrzymując się pod dotykiem męskiej dłoni, starała przybrać jak najbardziej neutralny wyraz twarzy, ale zdenerwowanie wymalowało się na jej twarzy. Powoli odwracając się do Arthura, Carrie spojrzała na niego ostrożnie i pokręciła głową. Nie śledziłam.
- Chyba nie mieliśmy okazji.
Stwierdziła, nie mając sposobu na schowanie aparatu, wiszącego na jej szyi. Co prawda wyłączonego i z przysłoniętym obiektywem, ale podpowiadającego co też mogło być grane.
Niewinny uśmiech blondynki przeczył podejrzeniom, ale jeśliby spojrzeć w jej oczy, można było doszukać się poczucia winy. Carrie świadoma tego, jak łatwo może zostać rozszyfrowana, zrobiła krok w tył. Świadoma, że nie wiele osób machnie ręką na uwiecznianie go na zdjęciach obcej osoby, mogła spodziewać się wszystkiego. Złości, przekleństw, wyzwisk, rękoczynów... Myśl o nich zmazała uśmiech z twarzy blondynki. Carrie spojrzała na Arthura z obawą, że takie pomysły mogą mu wpaść do głowy.
_________________
[Profil]
 
 
Arthur Lovecraft
[Usunięty]

Wysłany: 2018-01-17, 19:53   

Był zaintrygowany tym całym przedstawieniem. W końcu daleko było mu do wysuwania pochopnych teorii, lecz jako osoba wyznająca logikę ponad wszystko, nie mógł nie przedstawić zupełnie innego wytłumaczenia. Fakty mówiły same za siebie, a kobieta, która aktualnie zamierzała przed nim zbiec, migała mu parę razy. Początkowo nie zwracał na nią uwagi, ale gdy jej twarz zaczęła wydawać mu się znajoma, zaczął się skupiać. A przynajmniej zauważał jej obecność. Nienachalną, zdystansowaną, mimo to tam i tu pojawiała się tam gdzie on. Jako osoba uwielbiająca i rozkoszująca się w słownych potyczkach z łatwością też mógłby podjąć interesujący go temat. Wolał jednak wcześniej wiedzieć na czym stał - poznanie swojego przeciwnika było nieodłączną wręcz strategią i nie można było jej odmówić animuszu. Gdy zwrócił już odpowiednią uwagę kobiety, podjął się delikatnej sugestii i dał jej szansę obrony. Niestety zawiodła.
- Widuję panią dość często i wydaje mi się, że wie pani dlaczego - powiedział, po czym spuścił wzrok na aparat zawieszony na szyi kobiety. Jeśli chciała, mógł mówić jaśniej. Jej zaprzeczenie, mina mówiły same za siebie zupełnie jakby miała wypisane na czole winna i wcale nie zamierzała się tego wybierać. A przynajmniej nie jej ciało, bo głos mówił jedno, reszta drugie. Lovecraft dał jej czas na zastanowienie się i przemyślenie swojej odpowiedzi. Nie był osobą, która zaraz zaczęłaby ją obrażać na środku ulicy. Nie oznaczało to jednak, że nie byłby w stanie czegoś jej zarzucić, by wdać się w dyskusję i zobaczyć jak stara się odpychać jego argumenty. Arthur był dobrym obserwatorem i jako osoba publiczna musiał po prostu się na tym znać. Raczej nie wierzył w odpowiedź blondynki. Wyprostował się i patrzył na nią z góry, czekając na sprostowanie jej słów.
 
 
Kirk J. Nolan


Wysłany: 2018-07-31, 12:35   

#11
mój typoro nie mieszka w domu rodzinnym/nie ma subforum chałupy należącej do rodziców, więc piszę tutaj! w sumie nieistotne!

Przepuszczając Mallory do przytulnego wnętrza rodzinnego gniazda, Kirk w milczeniu kontemplował nad odpowiedzią na bardzo ważne pytanie: Co się, tak właściwie, dzieje? Wychodząc po ten cholerny młotek w życiu nie spodziewałby się, iż powrócą w powiększonym składzie. I to powiększonym o nie byle jaką osóbkę!
Najwyraźniej Finn nie podzielał zaskoczenia pierworodnego. Ani również nie solidaryzował się z jego stanowiskiem. Przez całą drogę wesoło nawijał o czarujących trywialnościach powiązanych z życiem emeryta, w rozmowie raz po raz nawiązując do wielkiego protestu oraz klęski poniesionej przez kobietę podczas akcji ratowania drzewa. Aprobował pomysł brunetki, całego wydarzenia nie śmiąc nazywać porażką. Preferował określenie "pokaz intelektualnej siły". Fotograf milczał. Gdyby teraz pokusił się o nieśmiałą wypowiedź i egzaltację własnych przemyśleń; nagle okazałoby się, że jest pod ostrzałem krzyżowym. Pozornie, ojciec zdecydowanie stał po stronie eko-wariatki. Choć cechowało go wewnętrzne wyluzowanie, bezsprzecznie z żarliwością broniłby postawy nowej znajomej. Niekoniecznie z czystej pochwały heroicznego wyczynu Mall. Połowicznie dla, mówiąc kolokwialnie, beki.
Dom państwa Nolanów stał w rzędzie identycznych białych budynków. A raczej, niegdyś musiał grzecznie trwać w szeregu - aktualnie wybijając się spośród sąsiadujących zabudowań nadzwyczajnie bujnym ogródkiem wypełnionym narzędziami oraz figurkami przedstawiającymi leśne zwierzątka. Posesja była miejscem zdominowanym przez chaos spowodowany remontem. A jednak, po przekroczeniu kremowej, drewnianej furtki człowieka dopadało nieodparte wrażenie ciepła i gościnności. Przyjemna świadomość przynależenia. Tak, zresztą, było. Nikt nie pozostawał wykluczony; drzwi zawsze były otwarte - dla wszystkich.
Tak czy siak, tata KJ'a prędko zniknął w kuchni; wcześniej prosząc "dzieciaki" o rozłożenie talerzy w ogrodzie, a kiedy tylko staruszek rozpłynął się w powietrzu szatyn jakby odetchnął z minimalną ulgą. - Nabija się z nas. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? - spojrzeniem omiótł stojącą obok Bradshaw. - Weźmiesz sztućce? Są w szafce za Twoimi plecami. - sam prędko złapał się za czekające już na stoliku do kawy talerze, a później kiwnąwszy łepetyną w kierunku oszklonych prowadzących na tyły domku dwuskrzydłowców; odrobinkę nerwowo podrapał się po policzku.
- Mama nie będzie zachwycona. - ów mruknięcie nie zwiastowało niczego dobrego. Remedy bezustannie opłakiwała zerwane zaręczyny syna, a każda przyprowadzona do domu dziewczyna jawiła się jako potencjalna partnerka. Gorsza wersja Lainey. - Nie bierz do siebie wszystkiego co postanowi powiedzieć. - pewnie układali już zastawę na zewnątrz, także po odwaleniu przypisanej mu roboty klapnął na ławie.
_________________

    I would do it all again
    Lose my way and fall again
    Just so I could call again
    On the mercy in you
[Profil]
 
 
mallory marrero


Wysłany: 2018-08-01, 00:05   

[6]
Drugą cechą opisującą charakter młodszej Bradshaw była spontaniczność; ona sama nie spodziewała się, że tak wyczerpujący, dzisiejszy dzień stanie zostanie tak zapamiętany. Po za tym nie zamierzała mu się narzucać - lecz jak można zauważyć, widocznie miała już w krwi wpychanie się do domu Nolan'a - czy to tam gdzie zamieszkiwał z jej starsza siostrą, bądź w tym którym się wychował. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że zupełnie tego nie przemyślała; choć czego miałaby niby się obawiać? Berrylane było spokojną, gościnną społecznością i to było widać na pierwszy rzut oka. Dodatkowo spędzenie czasu w towarzystwie osób, które ją rozumieją i dopingują jej poświęceniom sprawiała, że Marrero czuła się doceniona - wszyscy inni ją wyśmiali, a nawet zamierzali postawić do piony w postaci zadzwonienia na policję. Finn Nolan swoją obecnością i pocieszającą postawą, dał choć cień nadziei, że nie wszyscy są zaściankowi.
Dlatego szła pewnym krokiem, co jakiś czas szeroko się uśmiechając, a nawet pozwalając sobie na cichy chichot gdy mężczyzna opowiadał jej tak zawzięcie o swoich przeżyciach; imponował jej - chciałaby znać o wiele więcej jego przygód z młodości - ale był jeszcze na to czas, prawda? Gdy doszli do domu państwa Nolan, na twarzy ciemnowłosej zagościł ciepły uśmiech; tego właśnie się spodziewała, wystarczyło, że przeszła przez furtkę i od razu uderzyło w nią poczucie rodzinnego bezpieczeństwa; którego ostatnio zdecydowanie brakowało w jej życiu. Może i nie wiedziała wiele o problemach swoich rodziców, ale gdy przyjeżdżała do nich z Benedict'em na rodzinny obiad od razu można było wyczuć rosnącą złość i poddanie - tutaj tak nie było, to był dom który zapamiętuję każde małe dziecko i próbuję to wspomnienie zatrzymać już na zawsze.
Kiedy Finn zniknął za drzwiami Mallory cicho się roześmiała zakrywając sobie dłonią usta, aby przypadkiem staruszek nie usłyszał; albowiem nie sądziła, że mogłaby swoją obecnością sprawić komuś zawód (czyt. Remedy) - następnie spojrzała na K'J marszcząc przy tym brwi. - Nie dało się tego zauważyć, ale mi to nie przeszkadza, masz niesamowitego ojca. - Przyznała dalej na swojej pyzatej buzi utrzymując uśmiech; który w chwili zniknął po jego kolejnych słowach. - Tak? - Nieznacznie posmutniała, dopiero za kilka sekund przytakując głową. - Nie chcę, aby Twoja mama się złościła, więc po prostu się wymknę, po co mielibyście mięć kłopoty.. i tak chodziło tylko o to abym miała się gdzie ukryć. - Może początkowo tak było, ale aktualnie naprawdę cieszyła się na ten obiad, lecz nie chciała nikomu stwarzać problemów, a tym bardziej starszym osobom, wzruszyła ramionami znowu starając się uśmiechnąć; choć ten uśmiech nie należał do najlepszych. - Którędy mam iść, aby pozostać niezauważalna? - Zapytała odwracając się w stronę ogrodzenia w oczekiwaniu na odpowiedź rudowłosego.
_________________
  
[Profil]
 
 
Kirk J. Nolan


Wysłany: 2018-08-02, 11:52   

Dom, którego wielu dzieciakom brakowało był dla młodego KJ'a wyłącznie przystankiem pomiędzy szkołą, a garażem kumpla. Nigdy nie potrafił wczuć się w panujący w rodzinnym gniazdku klimat. Nie umiał doświadczać przywiązania do swojego pokoju, do znajomych zapachów oraz zapamiętanych przez ściany wspomnień. Z drugiej strony, trudno mówić o jakiejkolwiek więzy, skoro dom tworzą ludzie - nie przedmioty. O tyle, o ile nic nie można zarzucić państwu Nolan w kwestii wychowywania pociech; im pierworodny zwyczajnie nie nadawał się na brata. Nie ekscytowała go myśl o kolejnym członku familli, gdy po raz pierwszy matka zaprezentowała mu pękaty brzuch. Nie rwał się do pchania siostrzanego wózeczka ani jego oczy nie wychodziły z orbit w niemym zachwycie, kiedy drobne paluszki noworodka obięły mu palec wskazujący. Trochę jakby materiał na podręcznikowego jedynaka siłą przeformatowano na coś innego, .
Na widok rozglądającej się w poszukiwaniu tylnego wyjścia Mall, fotograf natychmiastowo pokręcił łepetyną.
- Nieee, nie no weź nie świruj. Jak teraz wyjdziesz tata będzie załamany. A matka? Pokręci nosem i wyluzuje. Nadal nie potrafi poradzić sobie z utratą "perfekcyjnego materiału na synową", więc do każdej dziewczyny; która się przy mnie kręci podchodzi z dystansem. - wzruszył ramieniem, ponieważ cała ta dziwaczna, matczyna awersja do jakichkolwiek przyjaciółek synka stała się czymś naturalnym. Elementem rodzinnego krajobrazu. - Siadaj. - ledwo wskazał miejsce obok siebie, a zza oszklonych drzwi wyszła kobieta ubrana w letnią, zwiewną sukienkę do kostek. W odcieniu czerni, rzecz jasna. Black is the New Black.
- Ohhh, wreszcie ktoś spowodował odrobinę pozytywnego zamieszania w tym biednym miasteczku! - skomentowawszy wyczyny Bradshaw, na środku drewnianego stołu postawiła parującą brytwankę wypełnioną dobrem. - Mam nadzieję, że nie jesteś weganką, skarbie. Chociaż, zawsze możesz wydłubać sobie mięso z zapiekanki. Czy to nie wchodzi w grę? Niewiem. Weganie to czasem straszne poje-... - uhhh, oczywiście po cichu liczyła, iż Mallory okaże się dziewczęciem na wegańskiej diecie. Przecież Remedy nie zamierzała być surową, zdystansowaną Królową Lodu. Swoją niechęć bądź nieufność ubierała w czarujący uśmiech i serię niedopowiedzeń. Przez zakończeniem zdania zerknęła na męża, a jego na poły rozbawione; na poły dezaprobujące ślepia zdołaly przywołać gospodynię do porządku.
Zawsze mówiło się jak to z dwójki zakochanych dzieciaków Finn (jako nastolatek) pozostawał tym szalonym, dzikim. W rzeczywistości Rem zdecydowanie okazywała się bardziej savage. - No nic, miło mi Cię poznać. Remedy. Mama Kirka. - na wąskich wargach wykwitł delikatny uśmieszek; tak mocno pasujący do dziwnych błysków w zielono-szarych tęczówkach. - Skąd się, w ogóle, znacie? Wypytywałam Finley'a, ale ten człowiek nigdy w niczym się nie orientuje. - z dłonią zakrywającą wargi, zachichotała; kiedy staruszek 'zadziornie' objął jej szczupłą talię ramionami. Po chwili klepnęła faceta w przedramię, wysyczała coś w stylu: Stary zbereźniku. po czym przysiadła naprzeciwko brunetki. - Nigdy Cię tu nie widziałam. Jesteś miejscowa? - na rozmówczynię spojrzała dopiero po wyrzuceniu pytania i nałożeniu na swój talerz maleńkiej porcji jedzenia.
Nolan Junior milczał. Na twarzy błękitnookiego pojawił się specyficzny rodzaj satysfakcji. Ze ślepiami wbitymi w Mallie, zatrzepotał powiekami w oczekiwaniu.
- Skąd się znamy? - hehe, no opowiadaj! Opowiadaj jak wbiłaś mu do pokoju niemalże nago!
_________________

    I would do it all again
    Lose my way and fall again
    Just so I could call again
    On the mercy in you
  
[Profil]
 
 
mallory marrero


Wysłany: 2018-08-07, 20:19   

Trzeba przyznać jedno - oboje wychowali się w cudownych, kochających się rodzinach - przynajmniej sama Mallory tak uważała do tej pory - nie miała pojęcia o narastających problemach w małżeństwie jej rodziców; głównie z tego powodu, iż nadal była traktowana jak małe dziecko, w szczególności iż była najmłodsza dodatkowo jeszcze chorowała i sama niszczyła swój związek; także nikt jej nic nie mówił, bo wystarczająco miała już na głowie; dlatego nie mogła zaprzeczyć, iż nawet w ogrodzie u państwa Nolan'ów poczuła to ciepło rozchodzące się po całym organizmie - jej samej brakowało tych rodzinnych obiadków lecz teraz gdy jej mama wydała powieść, a tata Bradshaw skupił się na pracy; nie mieli czasu aby zapraszać wszystkie swoje dzieciaki wraz z partnerami i przegadywać całą niedzielę. - Uzna, że się przy Tobie kręcę? - Powtórzyła od razu za nim lekko zdziwiona - choć przecież nie powinna tak zareagować; normalna sytuacja, chłopak zabiera swoją dziewczynę na rodzinny obiad, aby poznała jego rodziców. Och. Marrero zdecydowanie na to nie wpadła, ale nie powinien być zaskoczony; miała nieco zajętą głowę - najpierw uratowaniem drzewa; a później ucieczką przed policją, aby nie spędzić nocy za kratkami. - O Mój Boże.. - Wyrwało jej się nagle i aż z wrażenia przysiadła na krześle znajdującym się niedaleko jej. - Jeszcze pomyśli, że zdradzam z Tobą swojego męża.. - Choć Mallory wyprowadziła się od Benedict'a i pierwsza wysłała wniosek o separację, to do tej pory nosiła na swym palcu obrączkę. - Teraz to już naprawdę wyjdę na ladacznicę. - Roześmiała się - choć ten śmiech była raczej paranoiczny - nie zdążyła już nic odpowiedzieć bo nagle zza rogu pojawiła się mama Kirk'a, przez to brunetka z automatu się wyprostowała próbując się szczerze uśmiechnąć. - Nie, nie, nie jestem.. - W zasadzie gdyby nawet była to w tym momencie próbowałaby się jej tak przypodobać, że zapomniałaby o swych zasadach. - Pięknie pachnie. - Wtrąciła nerwowo bawiąc się swoimi palcami - nie chciała albowiem zrobić złego wrażenia, choć czy kiedykolwiek udawało jej się aby było inaczej? Z rodzicami Benedict'a było prościej; znali ją od dziecka więc nie było sensu aby udawała kogoś kim nie jest, tylko po to aby mieli o niej dobre zdanie. - Całkowicie rozumiem o czym Pani mówi, sama nie rozumiem tych ludzi choć to nie tak, że od razu traktuję ich gorzej, po prostu przy nich nie wiadomo jak się zachowywać, aby nie poczuli się urażeni. - Wzruszyła bezradnie ramionami nadal starając się uśmiechać. - Mallory. - Odpowiedziała przytakując głową, by zaraz poprawić się na krześle - czuła jak robi jeszcze bardziej gorąco; bo nie do końca pewna była jak powinna się jej przedstawić znajoma panna w opałach? To był zdecydowanie jednej z największych natłoków pytań z jakimi Marrero musiała się zmierzyć, aczkolwiek aby nie zrazić do siebie starszej kobiety, uniosła głowę aby bardziej jej się przyjrzeć. - Kirk jest współlokatorem mojej siostry, kiedyś na siebie wpadliśmy, a dzisiaj uratował mnie przed policją i jeszcze zaprosił na obiad. - Próbowała jakoś wyjść z tej sytuacji, więc zdecydowała się na strategie ogólnikową, jak najmniej szczegółów - proste słowa. - Tak, tak. - Przyznała zgodnie z prawdą. - Urodziłam się w Berrylane, pochodzę z rodziny Bradshaw'ów, tata jest szefem w policji Seattle, a mama skupiła się na pisaniu, nawet niedawno wydała książkę. - Tak, rozmowa o rodzicach to dobry pomysł, prawda? Chyba, że mama Nolan za jej rodziną nie przepada - wtedy Mally na pewno wstanie i nigdy nie wróci. - Choć właściwie.. - Mruknęła za nim kobieta cokolwiek zdążyła powiedzieć. - Od dwóch lat jestem Mallory Marrero, akurat ich to powinna Pani kojarzyć, prowadzą lokalną restaurację Mel's, a jeżeli Pani nie jadła to serdecznie polecam, naprawdę dobre jedzenie. - Pokiwała głową teraz spoglądając w stronę K'J i próbując wyczytać coś z jego wyrazu twarzy.
_________________
  
[Profil]
 
 
Kirk J. Nolan


Wysłany: 2018-08-12, 23:16   

Nie odpowiedział. Męczyło go to całe egzaltowanie matczynej niechęci względem większości koleżanek syna. Trudno ruszyć do kolejnego rozdziału w życiu, gdy mamusia usilnie stara się utrzymać Cię na smyczy przeszłości. - Masz męża?! - udając zaskoczenie, Nolly otworzył szeroko usta. - Dowiaduję się teraz?? Po tym wszystkim przez co razem przeszliśmy? Łamiesz mi serce... Przynajmniej została mi jeszcze Arielka. Arie nikogo nie ma, no nie? Czy znowu o czymś nie wiem? - z nudów zaczął bawić się serwetką, rozrywając ją na coraz mniejsze kawałki. Cholera, a mógł pójść na studenckie warsztaty z origami. Teraz byłby w stanie zaimponować Bradshaw wydłubaniem z chusteczki jakiejś lamy.
Zupełnie szczerze - Mall super dawała sobie radę. Świetnie szło jej z tymi subtelnymi, dziecinnymi docinkami Remy. Aż na wargach fotografia pojawił się drobny uśmiech, który z upływającymi sekundami poszerzał się, by wreszcie rozjaśnić całą buzię delikwenta. - Włamała mi się do mieszkania i pokazała nago! Dosłownie. Wparowała do sypialni w samym ręczniku. - hehe, no niestety KJ nie zamierzał odznaczyć się litością. Jak ma w swym równie legendarnym co upierdliwym zwyczaju, wszedł szatynce w sam środek zdania na dwa słowa przed zakończeniem owej 'nudnej', pozbawionej wesołych detali opowieści.
- Nago. - pojawił się mały podział. Finley ryknął śmiechem, natomiast w Remedy znikąd narodziło się olbrzymie zainteresowanie zapiekanką. Wyłącznie mikro-ruchy mięśni twarzy poświadczały, iż babeczka rzucała pod zadartym noskiem nieznaną opinią o kultywowanym przez Marrero sposobie poznawania nowych ludzi.
- Ja zaprosiłem Cię na obiad. - papa Nolan złowrogo uniósł widelec ku górze, ostrzegając, żeby trzymać się faktów. Szczególnie, kiedy prezentują seniora w bardzo pozytywnym świetle. - Ja uratowałem Cię przed policją. - ledwo zdążył dokończyć, a jego czcigodna małżonka już kiwała łepetyną. Blond grzywka przetańczyła jej po czole. - Kirk nie potrafi uratować samego siebie, a co dopiero jakąś biedną eko-Walkirię. - oczywiście, subtelnie nawiązywała do mitu zerwanych zaręczyn.
A potem? Potem zapadła gwałtowna cisza. Wydawało się, jakby nawet ptaki wbiwszy w wesołe zgromadzenie zaskoczone ślepka przestały świergotach, z niecierpliwością wyczekując na ciąg dalszy. Kirk obrócił się w kierunku rozmówczyni, nie ukrywając zaintrygowania przeterminowanymi rewelacjami. Najwyraźniej w tym momencie nastąpiła jego kolej na komentarz, ponieważ Rem zamiast ciągnąć uszczypliwe uprzejmości wbiła w pierworodnego świdrujące spojrzenie. Gdyby tkwili w rzeczywistości rodem z kreskówki, w oczach blondynki pojawiłyby się dwa, wielkie znaki zapytania. Dzięki Bogu, Finn przerwał napięte milczenie wraz z rozpoczęciem posiłku komponując symfonię na duet szczękających sztućców.
- Zaraz... Ty... - tutaj, Nolan zrobił krótką pauzę na króciutkie parsknięcie śmiechem. - ...jesteś żoną Bena? - brew nieco mu zadrżała, jak gdyby w przeciągu zaledwie sekundy między nim a Mallory powstał odczuwalny dystans. - Wow. - ponownie wymienił z mamą porozumiewawcze spojrzenia. - Czy to nie zabawny przypadek? Życie bywa dziwne. - atmosfera wciąż była nieco inna. Z więcej niż jednego powodu, odrobinkę zgęstniała pod wpływem nagłego zwrotu w akcji.
_________________

    I would do it all again
    Lose my way and fall again
    Just so I could call again
    On the mercy in you
  
[Profil]
 
 
mallory marrero


Wysłany: 2018-08-20, 17:10   

Oczywiście, że odczuwała delikatną niechęć ze strony kobiety, sama przecież nią była; a jak wiadomo płeć piękna nie ma w zwyczaju kierowania się słowami prostymi, aby każdy zrozumiał - wręcz przeciwnie dają lekkie sugestie, które w większości przypadków potrafi dostrzec tylko druga kobieta. - A kiedy miałam Ci niby o tym powiedzieć? Jakbyś jeszcze potrafił pozwolić komuś dać dojść do słowa.. - Poczuła się niezręcznie i to zdecydowanie, nie sądziła że takie sprawy które są między nimi... hola, hola - między nimi nawet nic nie było! Dlaczego niby miała mu mówić o swoich sprawach prywatnych; choć może powinna od razu z marszu wyskakiwać. Cześć jestem Mallory i mam męża; to w żadnym wypadku nie wchodziło w rachubę, a ona raczej wyszłaby na jeszcze większą wariatkę, niż aktualnie widzieli w niej państwo Nolan. - I z tego co się orientuję, moja siostra jest wolna. - Dodała na sam koniec mimo to nadal czując, że przyjście tutaj było chyba złym posunięciem, bo choć początkowo czuła ciepło wychodzące z domu teraz miała wrażenie, że jest niczym na celowniku i niezależnie od tego co powie to zawsze wyjdzie na jej niekorzyść. - Nolan! - Tym razem podniosła głos, bo serio! Nie musiał wdawać się, aż w takie szczegóły; jej zażenowanie wzrastało z każdą sekundą coraz bardziej. Czy on specjalnie chciał ją ośmieszyć? Co na tym chciał ugrać, sprawić swojej matce zawód? Bo jak Mallory spoglądała na nią kątem oka to widać po jej minie tak właśnie się działo. - Bardzo państwa przepraszam.. Nie wiedziałam, że Kirk ma, aż takie poczucie humoru. - Wzruszyła bezradnie ramionami a swój wzrok skierowała w talerz, ale zdecydowanie odechciało jej się jeść - nie sądziła, że taka niezwykle zwyczajna rozmowa doprowadzi do tego, że będzie chciała zapaść się pod ziemię. - Ma Pan rację.. - Kiwnęła głową, bo ostatnie wyznanie ich syna sprawiało, że Marrero już nie do końca była pewna co mówi; myślała tylko o tym jaką wymyślić wymówkę, aby jak najszybciej się stąd zwinąć - i aby niczego się nie domyślili. Niestety, w tym momencie nic odpowiedniego nie przychodziło jej do głowy i poważnie zapragnęła nawet o tym, aby podjechała tu policja; bo w tej chwili wolałaby spędzić nockę w areszcie niż jeszcze minutę przy tym stole. Nie znała tych ludzi, a już czuła, że ich relacja w żaden sposób bardziej się nie rozwinie. - Skąd znasz Ben'a? - Spojrzała na niego lekko zdezorientowana, bo tego to już na pewno się nie spodziewała; w porządku BerryLane było małe i mogła istnieć możliwość, że ta dwójka mężczyzn kiedykolwiek na siebie wpadła; lecz tylko wpadła.
_________________
  
[Profil]
 
 
Rory Harlowe


Wysłany: 2018-09-21, 12:33   

/2/
Rory miała dobre serce, więc zdarzało się, że swoim sąsiadkom z osiedla pomagała w przeróżnych obowiązkach — w niektóre piątki bywała nianią, a popołudniami wyprowadzała ich psy. Tak właśnie było też teraz, jak jej sąsiadka poprosiła o małą przysługę w wyprowadzeniu jej psa, pięknego, ale ważącego około siedemdziesiąt kilo nowofundlanda. Pluszak, bo tak się zwał, jak widać nie należał do najmniejszych, przez co Rory miała lekkie obawy czy ich spacer nie będzie wyglądał tak jakby to właśnie on nie wyprowadzał swojej właścicielki na spacer albo — co gorsza — nie będzie w stanie utrzymać psiska na smyczy i będzie nią szurał po ziemi. Zaryzykowała jednak, że zrobi jakiś dobry uczynek przynajmniej, a też jakaś kaska do kieszeni wpadnie. Nie, żeby tutaj Rory liczyła na grube miliony za taką usługę, ale starczy jej przynajmniej na butelkę wina i pizzę, ok? Dlatego z szerokim uśmiechem na ustach wyruszyła ze swoim towarzyszem do parku. Na początku było dobrze, nie szarpał się, a Rory mogła nawet spokojnie zamówić sobie kawę w budce, która stała za rogiem. Dumnie kroczyła ze swoim wielkim psem, myśląc w sobie, że nawet noc nie straszna z takim towarzyszem, bo mógłby ją przed wszystkimi dresami obronić, hehe. Nie przewidziała jednak tego, że Pluszak nie będzie wielkim fanem kotów, przez co... jak tylko zobaczył jednego, który przemknął przez chodnik niedaleko, jakby szału dostał, a biedna Rory, niestety, prawie zaorała twarzą po ziemi. Kawa się rozlała, wylądowała na jej pięknej sukience, no i nici ze spokojnego popołudnia. Co było jeszcze gorsze, to fakt, że Rory nie była jedyną ofiarą jego napadu szaleństwa; ucierpiał też biedny facet, który przechodził blisko fontanny i został do niej wepchnięty... ups? Chyba nie miał ochoty na kąpiel w takich okolicznościach.
Och, przepraszam, naprawdę! — Rory z przerażoną miną podbiegła do mężczyzny, licząc na to, że w akcie złośliwości sama do tej fontanny nie zostanie wepchnięta. — Czy wszystko w porządku? — niby tylko się zmoczył, ale lepiej było zapytać, prawda?
[Profil]
 
 
Efrem L. Jones


Wysłany: 2018-09-22, 09:39   

// po wszystkim + styl

Dobre uczynki czasami potrafią człowieka wpędzić w niezłe kłopoty, w końcu nie bez powodu mówi się, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Trudno jednak od takich nawyków uciec, szczególnie, jak się jest po prostu dobrym człowiekiem. Czasami chce się być wrednym, bo w sumie sytuacja aż się o to prosi, a tu klops, nic z tego nie wychodzi konkretnego, i znowu jest się miłym. Później człowiek złości się sam na siebie. U Efrema tak to trochę działało, czasami podejrzewał, że wszystkie geny odpowiadające za bycie złośliwym przeszły na Gin, ale może było to jego mylne wrażenie głównie dlatego, że ich relacja wyglądała, jak wyglądała. A może wcale nie, któż to może wiedzieć na pewno.
Teraz jednak jego myśli wcale wokół siostry nie krążyły. O dziwo nawet nie zastanawiał się zbyt dużo, co u Indii, która pewnie już spała, położona do łóżka przez sprawdzoną opiekunkę, gdy on musiał wyjść i pozałatwiać jeszcze kilka innych spraw. Oczywiście w jego głowie, jak to ostatnio często się działo, pojawiła się Callie. Trudno było mu to wszystko poukładać w logiczną całość, cała sytuacja się zamiast rozjaśniać, to chyba cały czas komplikowała, szczególnie przez te ostatnie wydarzenia, które się u niej działy. Miał więc o czym myśleć i nad czym się zastanawiać. Pewnie dlatego za bardzo nie zauważył, że w jego kierunku biegnie jakiś pies. A warto dodać, że był naprawdę spory i trudno było go przeoczyć. Zaskoczenie i masa zwierzaka podziałały tym, że zaskoczony Efrem... Wylądował w fontannie. Było to dość niespodziewane, nie da się ukryć. I zdecydowanie nie planował kąpać się w tej średnio czystej wodzie, wolał w sumie nie zastanawiać się nad tym, kto tu kąpał się wieczorami. Obleszka. Całe szczęście, że nie był jakimś frikiem, który boi się zarazków.
- O cholera - mruknął pod nosem, z kąpieli swojej się jednak wynurzając i wychodząc z fontanny. Niby głęboko tam nie było, ale wody wystarczyło, aby był cały mokry, upsi. - Okej, ze spokojem. Nic takiego mi nie jest - zapewnił ją, dalej z lekkim szoku, bluzę zdejmując, bo była dość ciężka od wody i strasznie mokra, wykręcił ją więc pewnie trochę do fontanny, czy coś, rozglądając się nieco zdezorientowany. - To tylko woda, więc chyba przeżyję - zapewnił ją. - Ale gorzej może być z tym kotem, którego goni Twój pies, nie sądzisz, że powinniśmy go... No nie wiem, złapać? - zapytał, jakże błyskotliwie, widząc jak ten wielki zwierzak szczeka na biednego futrzaka, który wskoczył pewnie na jakieś drzewo czy coś, żeby przed nim uciec. I przy okazji oczywiście go powkurzać, pokazując mu, że go tu nie dosięgnie, hehs.
_________________

    AND NOW I'M FALLING, DEPPER DOWN I GO,
    AND YOU'LL FALL INTO THE BLUE.

[Profil]
 
 
Cookie Anderson


Lives in
auburn pine houses

w Berrylane od czterech miesięcy


uczy hiszpańskiego w liceum

i nie ma czasu na randki

Wysłany: 2019-07-02, 00:37   
  
Cookie

  
Anderson

  

  

  

  

  


  
We used to play pretend, give each other different names We would build a rocket ship and then we'd fly it far away

  
33 yo

  
170 cm

  


§1§

Cookie nie należała do osób szczególnie zabiegających o sympatię innych. W zasadzie na ogół było jej raczej wszystko jedno, co myślą o niej inni. Jeśli jej na kimś nie zależało, to zwyczajnie nie dbała o jego opinię. Podobnie, gdy kogoś nie znała. Tylko, że akurat w kwestii Arthura jej trochę jednak zależało. Głównie dlatego, że mężczyzna był przecież prawnym opiekunem jej siostrzenicy Sloane i zajął się nią wtedy – a zwłaszcza wtedy, gdy mała tego najbardziej potrzebowała. Cookie nieszczególnie wyobrażała sobie szesnastoletniej, nieodpowiedzialnej wersji siebie z dzieckiem na głowie. Nawet jej późniejsza wersja nie zajęłaby się Sloane w takim stopniu, w jakim zadbał o to Arthur. Żałowała jedynie, że jej ciotka nie pozwoliła jej na żadne kontakty ze Sloane, dopóki ta nie stała się bardziej świadoma istnienia samej Cookie. Powiedzmy, że ciotka kazała jej czekać na odpowiedni moment i tak też się stało. Jasne, że gdy parę lat temu, Cookie odwiedzała Berrylane to prawdopodobnie nieco ociepliła swoje kontakty ze Sloane, jak i miała okazję by poznać samego Arthura nieco lepiej niż tylko przyglądać się mu na pogrzebie swojej starszej siostry – można powiedzieć, że od tamtego czasu jej kontakt z siostrzenicą stał się bardziej prawdziwy i stały niż dotychczas. A samo to było dla Cookie najbardziej istotne – podobnie zresztą jak to, by utrzymywać dobre kontakty z opiekunem prawnym Slo.
Stąd też to spotkanie. W sumie była pora lunchu, ale Cookie właśnie wracała z zakupów, które zostawiła w samochodzie, kiedy postanowiła zaproponować właśnie to miejsce przy fontannie na krótkie spotkanie. Miała ze sobą kawę z jakiegoś przydrożnego stoiska i krokiem dość zdecydowanym szła wzdłuż fontanny, gdy zobaczyła Arthura. Pomachała do niego wolną ręką i podeszła bliżej by się z nim przywitać. – Cześć. Mam nadzieję, że nie oderwałam cię od jakiś ważnych zajęć? – rzuciła uprzejmie z lekkim, serdecznym uśmiechem. Upiła łyczka swojej kawy i zlustrowała dyskretnie mężczyznę.
[Profil]
  MÓW MI: Anu
MULTI: Liv | Caleb | Chandler | Connor | Celia | Hugo
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 5