• Zaloguj
  • Rejestracja
  • Berrylane :: #2 To nie jest kompot dziadka
    nieznajomy
  • ABY FORUM DZIAŁAŁO PRAWIDŁOWO, ZALECAMY WYKONANIE TWARDEGO RESETU - CTRL + F5, CTRL +FN +F5 LUB COMMAND +OPTION +R
  • Jedna z drużyn gry terenowej znalazła zwłoki ukamienowanego Edwarda Raymonda! Burmistrz obiecuje, że morderca zostanie znaleziony!
  • Las w White Hills sceną zbrodni! Podczas zabawy z okazji Armed Forces Day nie tylko znaleziono zwłoki zaginionego mężczyzny, ale doszło też do morderstwa jednego z opiekunów gry terenowej.
  • Wycinka w Crimson Woods nadal trwa! Aktywiści wyszli na ulicę żądając od miasta wyjaśnień.
  • Pink Waters jeszcze niebezpieczniejsze! Czy grozi nam wojna gangów? Czy Jaszczurki stracą pozycję?
  • WYKORZYSTAJ SWÓJ KUPON - WARUNKI REALIZACJI KUPONÓW GRACZA
  • DZIENNIKI ODZNACZEŃ - ZBIERAJ PUNKTY I WYMIENIAJ JE NA NAGRODY
  • WIADOMOŚCI LIPIEC/SIERPIEŃ
  • ZADANIA LOSOWE
  • - SZYBKIE POSZUKIWANIA ZNAJDŹ PARTNERA DO GIER
  • Stevie / ANKO
    Naomie / Martyna
    Lilianne / Lilka
    Kara / Jola
    Raine / Ada


    Berrylane Strona Główna » Berrylane » Crimson Woods » Sleepy Swan Woods » White Log Mews » Domki » #266 » #2 To nie jest kompot dziadka
    Poprzedni temat «» Następny temat
    Erlantz B. Lanaghan



    wciąż kocha Jalenę, chociaż wie, że nie powinien


    były muzyk jazzowy, zapijający smutki


    coraz trudniej mu udawać, że sobie radzi

    Erlantz B.
    Lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       w Berry ponownie od pół roku

      
    I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

      
    31 y.o.

      
    192 cm

      


    2019-11-16, 01:08


    #3 + styl (bez pieska, jak coś :( )

    Życie w samotności miało swoje plusy i minusy. Było ciężko, to na pewno. Czasami nawet on, a może zwłaszcza on, tęsknił po prostu za kimś, kto byłby blisko. Nie musiał nawet nic gadać, nic robić, po prostu być. Jednak jak się nad tym tylko zaczynał zastanawiać, to wiedział dobrze, że nic by i tak z tego wyjść nie mogło, bo po prostu… Nie. Tak było lepiej dla wszystkich innych, a dla niego… Samotność była jego karą, na którą zasłużył. Nie było sensu, żeby komuś jeszcze niszczył życie swoją obecnością. Dlatego jakoś brał na klatę te minusy samotności i starał się cieszyć z pozytywów. Nie musiał martwić się na przykład o to, że w salonie stała pod ścianą kolekcja pustych butelek. Nie musiał też martwić się o to, że zrzucił ręcznik w łazience i nie pozmywał naczyń. Co prawda takie rzeczy rzadko mu się zdarzało, bo raczej było mu bliżej do pedanta niż do bałaganiarza, ale czasami po prostu tak wychodziło. Nikomu nie musiał też tłumaczyć się z tego, że jego lodówka świeciła pustkami, a w jego jadłospisie nie było żadnej zieleniny ani w ogóle jakichkolwiek zdrowych składników.
    Dziś był jeden z takich dni, gdy w jego kuchni trudno było znaleźć cokolwiek. Zjadł na kolację ostatnią zupkę z paczki i miał w lodówce tylko dwie butelki burbona i lód w zamrażalniku. W zlewie stały brudne naczynia i zostały mu może ze dwie czyste szklanki, więc jedną z nich złapał i zrobił sobie porannego drinka po bieganiu. Włosy miał jeszcze mokre, dopiero co się wykąpał i ubrał. Łaził w skarpetkach nie do pary, a mokry ręcznik rzucił na pierwsze lepsze krzesło, nie bardzo przejmując się tym, że w chacie ogólnie panował chaos. Jedyne, co się tu nigdy nie zmieniało to pianino dziadka w kącie, które zawsze było przykryte białym prześcieradłem, żeby niepotrzebnie się nie kurzyło. Gdzieś tam stała skrzynka z narzędziami, bo powoli robił remont w domku, który nie był w najlepszym stanie, gdzieś indziej jakieś kartony z jego kolekcją płyt, a obok gramofon, bo przecież to logiczne, że słuchał głównie płyt winylowych. Planował nawet sobie coś włączyć, ale w sumie to mu się nie chciało. Planował po prostu nie robić nic. W tym celu usiadł na kanapie nawet i nogi wyciągnął na stolik, popijając leniwie drinka, ale ledwo to uczynił, to ktoś postanowił zapukać do domku. On z kolei postanowił to zignorować, ale założę, że Stella wiedziała, że z niego kawał niegościnnego dupka i po prostu sobie weszła do środka. No bo w sumie czemu nie, domek należał też do jej dziadka, bo (hehe, zaskoczenie) mieli tego samego.
    - Cześć - mruknął, widząc ją i posłał jej krzywy uśmiech. - Nie sądzisz, że to ryzykowne tak sobie wchodzić do środka? Co jakbym na przykład nie wiem, nie był sam? - zapytał, unosząc brew i w sumie wracając wzrokiem do gapienia się w ścianę przed sobą. Tak, nie miał telewizora, więc musiał mieć ustawione meble frontem do ściany. Joey by mu tego nie wybaczył, ale może i lepiej, że w swoim stanie psychicznym Erlantz nie oglądał wiadomości czy coś. - Wybacz, że nie posprzątałam, ale na pewno znajdę jeszcze jedną pustą szklankę - dodał, chociaż w sumie nie powinien przepraszać, skoro jej się nie spodziewał. I tak bez żenady proponował jej drinka przed południem. Ale kto dba, miał gówniany dzień i żadną damą nie był. Stella była oczywiście, szanował swoją siostrę, ale wiadomo przecież, że wyjątki potwierdzają regułę. Zawsze mogą też udawać, że to jednak kompot według receptury dziadka i nikt się nie musi dowiedzieć, jaka jest prawda.


    Patka
    Ephraim. Elfriede, Eldar, Eelia, Errol, Eudora
    piszę posty
     
    stella lanaghan



    głównie zapija smutki


    i zajmuje się rodzinną hodowlą chartów


    wspominając z żalem swoją karierę w hollywood

    stella
    lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       od nowa

      
    Sometimes life's a bitch and then you keep living.

      
    28 y.o.

      
    175 cm

      


    2019-11-19, 15:07


    Na szczęście Stella nie przyszła tutaj dziś po to by ocenić stan utrzymanego porządku w domu dziadka. Tak szczerze to nawet nie do końca wiedziała, że dzisiaj tu zajdzie, bo gdy wybrała się na samotny spacer, tak naprawdę poszukiwała tylko świętego spokoju. Lubiła robić to sama, choć od pewnego czasu Lorna chyba zrobiła się bardziej podejrzliwa. W związku z ich ostatnią kłótnią, Stella wolała po prostu z domu wyjść. Początkowo liczyła tylko na jakiś kilkugodzinny spacer po lesie, dobrze jej znanym z resztą. Nie wzięła ze sobą niczego, nawet telefonu. Żałowała, że nie postanowiła zgarnąć słuchawek, choć szczerze mówiąc, muzyki też nie miała ochoty słuchać. Tak naprawdę nie miała na nic ochoty, równie dobrze mogłaby pogrążyć się w jakieś próżni i tam już zostać. Może tam odnalazłaby jakiś spokój ducha, choć i to poddawała w wątpliwość.
    No ale znalazła się pod tym domem. Stanęła przed nim, próbując wrócić na chwilę do beztroskich chwil, gdy chcąc uciec przed wszystkim, biegła tutaj i ukrywała się przed światem. Dziadek zawsze był wyrozumiały, nawet jak opuszczała lekcje to nie kablował jej do ojca. Matka jako nauczycielka i tak bardzo szybko dowiadywała się o nieobecności swojej córki, ale na tych parę godzin mogła zapomnieć o beznadziejnych dzieciakach w szkole, nawale obowiązków i innych bzdetach, które jako nastolatka uważała za najważniejsze na świecie. Teraz oddałaby wszystko by jej jedynym zmartwieniem było odrobienie pracy domowej.
    Wiedziała oczywiście, że Erlantz właśnie tutaj się ukrywał. Inaczej tego nie mogła nazwać. Z nikim się nie kontaktował, ale Stella to rozumiała. Nawet zazdrościła, że nie wpadła sama na to by to właśnie dom dziadka przejąć i zrobić z niej taką odosobnioną jaskinię smutnego człowieka. Skoro jednak tutaj przyszła, podświadomie chyba też potrzebowała tej ucieczki. A może po prostu chciała znów tylko zachlać się, bez oceniającego spojrzenia siostry nad głową? Przypuszczała, że jej brat w ostatnim czasie miał podobne zainteresowania. Trochę nieładnie z jej strony, bo w tej chwili nie liczyła się z jego prywatnością, tylko tak po prostu weszła do środka. Nie zwracała uwagi na ten bałagan, może jedynie wtedy, gdy po drodze do salonu potknęła się o parę pustych butelek i tym samym narobiła trochę hałasu. - Hej. - powiedziała z wyraźną chrypką w głosie, pokonując dzielącą ich odległość i usiadła obok. - Jakbyś kogokolwiek tu zapraszał... - odpowiedziała niedbale, zdejmując buty i rozkładając się nieco wygodniej na kanapie. - Nie musisz się dla mnie tak poświęcać, zostaw ją na tego domniemanego gościa.. - parsknęła, zgarniając jedną z tych butelek w których jeszcze coś było. - Nie chciałam zaburzać twojego pustelniczego trybu życia. Pokłóciłam się z Lorną. Myślę, że właśnie w tym momencie pozbywa się wszystkich butelek z alkoholem w domu. - westchnęła, przypominając sobie przebieg ich rozmowy. Niepotrzebnie, bo przez to tylko potęgowała swój smutek.


      What I need is the dandelion in the spring. The bright yellow
      that means rebirth instead of destruction. The promise that life
      can go on, no matter how bad our losses. That it can be good again.

    kotlet
    raine i reszta
    piszę posty
     
    Erlantz B. Lanaghan



    wciąż kocha Jalenę, chociaż wie, że nie powinien


    były muzyk jazzowy, zapijający smutki


    coraz trudniej mu udawać, że sobie radzi

    Erlantz B.
    Lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       w Berry ponownie od pół roku

      
    I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

      
    31 y.o.

      
    192 cm

      


    2019-11-19, 18:03


    Nie trudno było zgadnąć, że Stella była obecnie tą osobą spośród jego rodzeństwa, z którą najlepiej się rozumiał. Miał wrażenie, że obydwoje po prostu wiedzieli, że jest źle. Nawet jeśli specjalnie o tym nie rozmawiali, to zdawało się, że słowa były zbędne. Jakby obydwoje nawzajem czuli ten smutek, który bił od tej drugiej osoby. Kto wie, może w zamian za te wszystkie dziury w duszy dostali jakiś szósty zmysł, może tak dobrze się znali? A może po prostu obydwoje tak długo udawali przed wszystkimi innymi, że te wszystkie utarte schematy zachowań, które miały na celu ukryć prawdziwy stan rzeczy, rozpoznawali z kilometra i po kilku zdaniach po prostu wiedzieli, że to wszystko pieprzenie. Chyba ta ostatnia opcja była najbardziej prawdopodobna. I choć głupio się przyznać, w pewien sposób to pomagało. Bo nie trzeba było nic mówić, a ktoś bliski jednak wiedział o tym wszystkim. Może bez szczegółów, ale w końcu przy kimś nie trzeba było robić dobrej miny do złej gry i udawać, że żyje się każdego dnia z nadzieją, że jednak wszystko na pewno się ułoży. Takiego poczucia w życiu Erlantza nie było już dawno. Ale mimo to, gdyby do drzwi zapukała Lorna lub Bowie, to pewnie udawałby, że tak właśnie jest. Żeby ich nie martwić, żeby nie zasmucać ich swoim życie, nie zrzucać na nie swoich problemów. Żeby nie czuć się jeszcze bardziej żałośnie niż teraz, choć należy mieć na uwadze, że to akurat było sporym wyzwaniem, bo jak czuć się gorzej od gówna?
    - Pieprzyć to - mruknął na jej stwierdzenie, które wcale nie było dalekie od prawdy. Trzymał się mocno na uboczu i unikał kontaktu z ludźmi. Szczególnie z tymi, których znał, bo przed nimi najtrudniej było udawać, że się nic nie zmieniło. Nowi ludzie przynajmniej mogli żyć w niewiedzy i uważać, że po prostu od zawsze był burakiem i nie dociekali oni raczej za bardzo, co się stało, że zachowywał się tak, a nie inaczej. I o tyle, o ile potrafił jakoś znieść i poradzić sobie ze sztucznym uśmiechem i wymianą podstawowych informacji w kolejce w sklepie lub gdzieś po drodze, tak kompletnie nie wyobrażał sobie, że miałby się z kimś umówić na kawę i kogoś tu zaprosić. I to nie dlatego, że zawsze był tu taki syf, to akurat było raczej krótkotrwałe i łączyło się z tym że od spotkania z Yalą przypadkowego było mu jeszcze gorzej, ale ogólnie siedzenie z kimś i udawanie, że jest fajnie i się lubimy, przerastało go totalnie.
    - Myślę, że do tego czasu zdążę pozmywać albo chociaż zamówić nowy zestaw z Ikei, ale jak wolisz - nie zanosiło się raczej na to, że w najbliższym czasie Erlantz zmieni swoje podejście. Większość jego znajomych z poprzedniego życia nawet nie wiedziała, gdzie teraz mieszkał. Pewnie, jak go spotkali gdzieś przypadkiem, to byli przekonani, że wrócił do domu rodzinnego. Gdyby jednak miał tam pomieszkiwać, to raczej nie zostałby w Berry na tak długo. I kto wie, może było to błędem? Miał z tego powodu spore wyrzuty sumienia, bo jednak dobrze wiedział, że był jedną z ostatnich osób, które Jalena chciała widzieć, nie bardzo też wiedział, jak zachowywać się względem jej rodziny, z którą miał naprawdę dobre kontakty w czasach ich małżeństwa i w ogóle. Trudne to było. Domek dziadka wydawał się jednak na tyle przyjemną kryjówką, że nie bardzo chciał z niego uciekać. Był idealnym miejscem, żeby się zaszyć i w samotności lizać rany.
    - Nie przeszkadzasz, daj spokój - uniósł lekko ramiona, biorąc sporego łyka ze swojej szklanki. - Przynajmniej do czasu, aż nie zaczniesz gadać o zmianach na lepsze i poszukiwaniu szczęścia po drugiej stronie tęczy - czy jak to tam szło, nie łapał się w tych wszystkich historiach z garnkami złota i innymi szczęśliwymi legendami. Na samą myśl o takim optymistycznym gadaniu robiło mu się niedobrze. - ...aczkolwiek mam wrażenie, że daleko Ci do tego - dodał jeszcze, zerkając na nią, gdy mówiła o kłótni z Lorną. Cóż, właśnie dlatego nie mógł tam mieszkać.
    - Najgorsze jest w tym wszystkim to, że ona chce dobrze - stwierdził dość smutno, patrząc sobie w okno i wzdychając ciężko. Lorna była dobra, chyba najlepsza z nich wszystkich, jakkolwiek to nie zabrzmi. I zawsze chciała wszystkim pomagać w dobrej wierze, zamiast patrzeć, jak wszystko się do końca pierdoli. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie fakt, że to była w ich przypadku raczej przegrana misja.


      'Cause I'm a bad habit, one you cannot shake.
      And I hope that I change.

    Patka
    Ephraim. Elfriede, Eldar, Eelia, Errol, Eudora
    piszę posty
     
    stella lanaghan



    głównie zapija smutki


    i zajmuje się rodzinną hodowlą chartów


    wspominając z żalem swoją karierę w hollywood

    stella
    lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       od nowa

      
    Sometimes life's a bitch and then you keep living.

      
    28 y.o.

      
    175 cm

      


    2020-01-15, 00:53


    Z pewnością Stella nie zawędrowała tutaj instynktownie po to by z bratem rozmawiać szczerze o tym co się u nich działo. To był etap wypierania problemu i bagatelizowania jego unoszącej się skali. Zaakceptowanie stanu rzeczy takim jakim był, na tym etapie był raczej niemożliwy. Poza tym buzowała w niej chyba jeszcze wciąż ta irytacja na Lornę, która robiła z niej nie wiadomo jak wielkiej alkoholiczki. A przecież (przynajmniej w jej odczuciu) to było bezpieczne balansowanie raczej! Radziła sobie. Nie robiła nikomu wstydu, bo upijała się w domu. Samotnie, bo zazwyczaj ludzie upijali się na wesoło a ona wolała na smutno. Erlantz nijak wpasowywał się w te kryteria i o to tutaj chodziło. To, że mógł mieć uzupełnione zapasy też przemawiało na jego korzyść. I w ten oto sposób starszy brat stawał się jedyną osobą, którą Stella mogła znosić w ostatnim czasie. Nie chciała wyniosłych i pełnych nadziei obietnic, że jakoś to będzie.
    Nic nie powiedziała na ten jego komentarz, bo było to raczej zbędne. Zajęła sobie w tym czasie wygodne miejsce i jeszcze zdążyła się rozejrzeć po pokoju. Nie oceniała stan istniejącego bałaganu, prawie go nie zauważając. Gdyby nie to, że potknęła się o te cholerne butelki to pewnie uznałaby to za świadomy wybór dekoracji. Choć pewnie nie rozumiałaby systemu pustych butelek. Nie lepiej było, gdy były one pełne? - Możesz też przestać zgrywać pustelnika i wrócić do domu. Przydałby się ktoś po mojej stronie. Zajęcie też bym ci znalazła. - przy chartach na pewno by się nie nudził i przynajmniej wyszedłby z domu. Kisił się w tych czterech ścianach jakby było w tym coś budującego. Wiedziała, że na nic się zdadzą jej słowa i Erl pozostanie tutaj. Zazdrościła mu tej samotni. Może i ona powinna wyprowadzić się z rodzinnego domu? Wzięła duży łyk, czując jakby zrzucała z siebie niesamowity ciężar. Z każdym kolejnym łykiem ulga stawała się coraz większa. - Pomyliłeś mnie chyba z którąś z naszych sióstr. - normalnie z resztą Stella też nie była fanką przesadnego optymizmu. Zawsze była raczej bardziej stonowana. Umiała po prostu wtapiać się w tłum, przejmować niektóre zaobserwowane cechy. W środowisku w jakim żyła przez te ostatnie lata, była to cecha dość pożądana. Wzięła więc kolejny łyk i jeszcze jeden. - Wiem. - powiedziała smutno, z pokorą. Przy Lornie nie byłaby w stanie tego powiedzieć, ale przy bracie było łatwiej. Spojrzała nawet na niego tym swoim smutnym wzrokiem, po czym wyprostowała plecy i znowu się napiła. - Wiem, że to ja wychodzę na okropną siostrę, która nie docenia tego co wszyscy dookoła dla niej robią. Ja to wszystko wiem, Erl. Jakby nie musisz mi tym dodatkowo strzelać w twarz. - oczywiście, że kłótnia z siostrą łamała jej serce. Konsekwencje tej rozmowy też i powód dla którego dzisiaj tu przyszła również. Stella nieustannie zmagała się z poczuciem winy, które rozsadzało ją od środka. - Wy po prostu nie wiecie... nie rozumiecie... - zaczynało jej się trochę robić duszno. Od alkoholu czy z nerwów, że rozmowa wchodziła na niewygodne tory? Nerwowo zaczęła poruszać jedną nogą a próby zahamowania tego tiku nie przynosiły żadnych rezultatów. Wzięła więc jeszcze jeden, ale za to jak duży łyk, który pewnie mógłby wypalić człowiekowi gardło. Ale Stella po wszystkim tylko wytarła buzię i zacisnęła na parę sekund palce na kolanie. Tik ustał. - Mam nadzieję, że to nie jest ostatnia butelka? - zerknęła na szkło i wskazała ruchem głowy, mając ogromną nadzieję, że Erl jednak zadbał o swoje zapasy, które na ten moment stały się również i jej zapasami. Przynajmniej na to przedpołudnie.


      What I need is the dandelion in the spring. The bright yellow
      that means rebirth instead of destruction. The promise that life
      can go on, no matter how bad our losses. That it can be good again.

    kotlet
    raine i reszta
    piszę posty
     
    Erlantz B. Lanaghan



    wciąż kocha Jalenę, chociaż wie, że nie powinien


    były muzyk jazzowy, zapijający smutki


    coraz trudniej mu udawać, że sobie radzi

    Erlantz B.
    Lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       w Berry ponownie od pół roku

      
    I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

      
    31 y.o.

      
    192 cm

      


    2020-01-25, 18:26


    Powiedzenie alkoholikowi, który sam nie przyznaje się do problemu, że jest alkoholikiem to chyba jedna z najgorszych rzeczy. Zamiast przyjęcia problemu i akceptacji pomocy przychodzi tylko i wyłącznie wkurwienie. Ewentualnie wstyd tak wielki, że jednak wszystko kończy się tragedią jeszcze większą, niż życie było do tej pory. Chociaż prawda jest taka, że Earl nie rozważał żadnego zapicia się na śmierć czy czegoś takiego. Gdyby chciał, już dawno odpowiednio połączyłby swoje leki z alkoholem i o dość tragiczne w skutkach efekty wcale nie byłoby trudno. Dało się to załatwić w ciągu zaledwie jednej nocy na tym pustkowiu i rano płukanie żołądka niewiele by dało. W jego głowie jednak takie podejście było pójściem na łatwiznę. Alkohol był z jednej strony sposobem na zagłuszenie uczuć, ale z drugiej też metodą bardzo skuteczną na to, aby wymierzyć sobie bolesną karę. Im więcej pił, tym bardziej oddalał się od wszystkich i wykluczał się z życia normalnego, siedząc w tych dość zaniedbanych ścianach. Starając się zapomnieć i jednocześnie pogłębiając się w tym żenującym poczuciu wstydu, winy i beznadziejności. Nie było w tym zabawy, nie był to wstęp do żadnej imprezy, bo raczej nie sądził, że wesołe czasy jeszcze gdzieś na niego czekają.
    Fakt, że coraz bardziej uświadamiał sobie, że Stella jest w dość podobnym miejscu, a on nie wie, jak jej pomóc był w jakiś żenujący sposób pocieszający, ale jednak zdecydowanie bardziej przytłaczający, Była jego młodszą siostrą, więc logiczne przecież było, że nie chciał, aby cierpiała czy pogrążała się w smutku. Ale tak było. Widział to doskonale, nawet jeśli nie wiedział do końca, co takiego dokładnie ją do tego popchnęło.
    - Prędzej możesz sama zaszyć się tutaj, pokój gościnny jest zniszczony tak samo, jak reszta, ale stoi pusty - wzruszył ramionami, takie rozwiązanie miało zdecydowanie więcej sensu. Nie łudził się bowiem wcale, że i całe wojsko po jej stronie nie przekonałoby Lorny do tego, że ma sobie po prostu odpuścić. I cóż, pokój rzeczywiście był pusty, a Erlantz raczej nie był zbyt gościnny i nikogo się nie spodziewał. Zresztą najczęściej i tak spał na kanapie, bo był zbyt pijany, aby iść do góry czy gdziekolwiek. - Tu mi dobrze - dodał jeszcze, bo tak było. To znaczy… Chyba. Sam nie był pewien, ale takie było słuszne rozwiązanie. Samotność potrafiła być bardzo dobitna i trudna do zniesienia, ale jednocześnie wiedział doskonale, że sobie na nią zasłużył. Miała też sporo dobrych stron, na przykład to, że nikt się do niego nie dopierdalał, a on sam miał mocno ograniczone możliwości robienia głupot.
    - To żadne strzelanie w twarz, tak po prostu jest - on to wiedział i ona wiedziała, więc nie było sensu udawać, że jest inaczej, już wystarczająco mocno oszukiwali samych siebie. - To tylko jedna gówniwana rzecz więcej, z którą musimy żyć - cóż więcej mówić skoro tak było. W jego życiu już dawno wszystko się spierdoliło od góry do dołu, przyzwyczaił się do tego raczej i nie oczekiwał, że zacznie się cokolwiek zmieniać na lepsze i nagle zaczną pojawiać się tu jednorożce.
    - Hej, hej… - powiedział uspokajająco, kładąc jej rękę na ramieniu. - Spokojnie, nie oceniam Cię, nie musisz się tłumaczyć ani czuć winna - powiedział spokojnie, patrząc na nią zmęczonym wzrokiem, w którym od dawna była pustka i brak jakichkolwiek oznak radości. - Nie wiemy, to fakt. Ale uwierz mi lub nie, sporo z tego rozumiem - zdecydowanie więcej niż by chciał, okej. I na pewno nie osądzał, był w takim miejscu w swoim życiu, że naprawdę nie miał do tego absolutnie żadnego prawa, więc tego nie robił. Zresztą nawet nie miał na to siły.
    Na jej pytanie spojrzał na nią, jakby co najmniej oszalała i go nie szanowała, bo jak to tak ostatnia butelka, o tej godzinie? Zapasy robił na tydzień najczęściej, chociaż zazwyczaj okazywało się, że i tak na tyle nie starczało, ale nie doprowadzał się do ryzykownej sytuacji, gdy nic w lodówce nie zostawało. Więc po prostu wstał, poszedł pod dwie kolejne butelki z lodówki i postawił im po jednej na stoliku, któremu też przydałoby się odnowienie albo wizyta na śmietniku.
    - [b]Nie mam zamiaru Cię zmuszać, żebyś mi się zwierzała, ale jeśli chcesz coś wyrzygać, to się nie krępuj[/] - jego problemy były raczej wszystkim znane. Trudno było udawać przed rodziną, że wypadku nie było, tak samo, jak tych wszystkich przesłuchać i ustalania, czyja to była wina. Udawać, że nadal są z Jaleną super szczęśliwym małżeństwem, też za bardzo nie miał jak, bo przecież przyjechali tu osobno, żyli osobno i raczej starał się na byłą żonę nie wpadać. Może nie do końca wiedzieli, co było z jego zdrowiem, ale to było najmniej istotne, bo jednak żył, co nie? I nawet chodził, a szanse raczej miał na to początkowo niewielkie. Pieprzony cud, alleluja i te sprawy. No ale ostatecznie i tak wszyscy wiedzieli o nim znacznie więcej, niż sam Erlantz wiedział o powodach Stelli, tak mi się wydaje.


      'Cause I'm a bad habit, one you cannot shake.
      And I hope that I change.

    Patka
    Ephraim. Elfriede, Eldar, Eelia, Errol, Eudora
    piszę posty
     
    stella lanaghan



    głównie zapija smutki


    i zajmuje się rodzinną hodowlą chartów


    wspominając z żalem swoją karierę w hollywood

    stella
    lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       od nowa

      
    Sometimes life's a bitch and then you keep living.

      
    28 y.o.

      
    175 cm

      


    2020-02-13, 17:24


    Zabicie się to byłaby ostateczność. Ulżenie wszystkim cierpieniom a przecież nie o to w tym chodziło. Chodziło o to by zadać sobie ból. By przecierpieć to wszystko w sposób, który dobitnie sugerować ma, że samego siebie się nienawidzi. I tak właśnie było. Stella nie mogła zdzierżyć samej siebie. Na trzeźwo to już w ogóle było to niemożliwe. Tak więc rzeczywiście coś w tym było. Wymierzała sobie karę, ale nie na tyle ostateczną by wreszcie zapomnieć o problemach i przestać istnieć całkowicie. To byłoby rozwiązanie godne tchórza i słabeusza za którego w gruncie rzeczy się nie uważała. Nic więc dziwnego, że tak łatwo przyszło jej znalezienie się w skrytce brata i porozumienie z nim na poziomie na jakim nie mogła nawiązać podobnej relacji z Lorną czy resztą rodzeństwa. Jeśli ktoś rzeczywiście miał rozumieć, to tylko Erlantz. Jednocześnie nie chciała i jego obarczać swoimi demonami, zdając sobie przecież sprawę z tego, że i on sam nie znajduje się w najlepszej kondycji. Wszystko więc wzajemnie się wykluczało a jedynym rozsądnym (w ich odczuciu) sposobem był alkohol. Czasem jakieś proszki. Głównie jednak leki nasenne, gdy Stella była zbyt zmęczona by myśleć czy czuć w ogóle. Powoli zbliżała się do krawędzi, ale przecież jeszcze była bezpieczna.
    Słysząc padającą z jego ust propozycję schowania się razem z nim w tym domu, poczuła dużą ulgę. Nawet posłała mu uśmiech z tego powodu, smutny, ale szczery. - Może to nie taki zły pomysł. Tylko nie wiem czy charty długo by wytrzymały w takim bałaganie i torem przeszkód. - miała na myśli oczywiście głównie te walające się butelki, które zapewne miały oddać ten nieszczęsny klimat, który towarzyszył Erlantzowi. Wiedziała, że zawsze mogła się tu ukryć gdyby zaszła taka konieczność, ale po jego słowach miło było się przy tym utwierdzić.
    Westchnęła przeciągle, bo choć słowa Lanaghana były rzeczą oczywistą, tak jednak słuchanie tego wcale na rękę nie było. Dodatkowo sama nasuwała się myśl, że lista tych gównianych rzeczy powiększała się. Do dziś rodzeństwo nie wiedziało, że straciła dziecko. Że dlatego porzuciła Winstona. Ale może przyszedł czas by wreszcie mogła zrzucić to ze swoich barków. Dlaczego otwarcie się przed nimi było tak trudne? Pewnie dlatego, że chciała uchodzić za silną i samowystarczalną. Tylko, że ostatecznie wychodziło wszystko na opak. W czasie, gdy on poszedł po dokładkę alkoholu, ona starała się doprowadzić do porządku. Jako takiego, bo oczywiście była już lekko wstawiona. Kiedy więc brat usiadł z powrotem obok i zasugerował, że może mu się wyżalić, wzięła głęboki oddech. Potem spojrzała na brata, obdarowując go wciąż tym samym smutnym spojrzeniem. - Ja i Winston... - zaczęła stonowanym głosem, ale dalsze słowa miały trudności z tym by przedostać się przez jej gardło. Napiła się więc, ale niewiele to zmieniło. - Byłam w ciąży. Zanim to wszystko się stało. Zanim rodzice.. i Felicity... - nie była tak silna jak przypuszczała. I na nic próby wmówienia sobie, że to tylko kolejna rola do odegrania. Przecież to było jej życie. Jej ból. I jej strata. - Nikt o tym nie wie. Ustaliliśmy, że poczekamy z jakimikolwiek potwierdzeniami. Nalegałam na to. Ja... ja je zabiłam, czuję to. Nie chciałam poprzedniego dziecka, nie zasłużyłam na te. To wszystko moja wina. - ostatnie zdanie wypowiedziała już ze łzami w oczach, które oczywiście uznała, że najlepiej będzie zapić. Dossała się więc do butelki, nie zdążyła go nawet grzecznie rozlać do szklanek. Po co to komu.


      What I need is the dandelion in the spring. The bright yellow
      that means rebirth instead of destruction. The promise that life
      can go on, no matter how bad our losses. That it can be good again.

    kotlet
    raine i reszta
    piszę posty
     
    Erlantz B. Lanaghan



    wciąż kocha Jalenę, chociaż wie, że nie powinien


    były muzyk jazzowy, zapijający smutki


    coraz trudniej mu udawać, że sobie radzi

    Erlantz B.
    Lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       w Berry ponownie od pół roku

      
    I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

      
    31 y.o.

      
    192 cm

      


    2020-02-25, 21:46


    Do tej kwestii akurat mieli nieco inne podejście, bo Erlantz raczej samobójstwo postrzegła jako kolejną rzecz, na którą brakowało mu odwagi. Nieco też uznawał, że nie zasłużył kompletnie na taki spokój i na to, żeby pogrążyć się w nicości, bo rzecz jasna nie wierzył w żadne odrodzenie duszy, życie po śmierci i inne takie bzdury. Piekło, niebo – to wszystko dla niego nie za bardzo istniało. Chociaż gdyby jednak nie był aż takim niedowiarkiem, to zapewne prędzej by stwierdził, że odebranie sobie życia to dobry pomysł, bo jednak wieczne cierpienie w piekle, do którego na pewno by trafił w takiej sytuacji za swoje czyny w życiu doczesnym, wydawało się rozwiązaniem, którego był jak najbardziej godzien. Chyba tylko świadomość, że gdyby porwał się na coś takiego, to po raz kolejny zraniłby bliskie mu osoby, trzymałaby go wtedy w ryzach jako tako, odciągając go od tego pomysłu.
    Teraz jednak o dziwo w jego głowie, wśród tego całego bałaganu, które nawet już nie chciało mu się próbować sprzątać, głównie była Stella. Mimo tego, że był raczej beznadziejnym wsparciem i kompletnym odludkiem, to go potrzebowała. Nie musiała mówić tego wprost, nie musiała prosić o pomoc ani nic takiego, bo takie rzeczy po prostu się wie. Smutku było w niej tyle, co w nim, a może i więcej? Wydawało mu się to niby kompletnie niemożliwe, ale z drugiej strony… Kto wie. On sam ze swoim chyba nie najgorzej się maskował, mimo wszystko, więc i w jej przypadku mogło być podobnie.
    - Dla nich rzeczywiście mogłyby nie być to najlepsze warunki - no szkoda ich trochę, w końcu biedne psiaki nie były niczemu winne. Pewnie i tak nie najlepiej początkowo znosiły te wszystkie zmiany i nagły brak swojego pana, do którego zapewne były mocno przywiązane od lat.
    - Kiedyś to ogarnę - dodał jeszcze, mając na myśli domek. Naprawdę chciał to zrobić. To miejsce na to zasługiwało, bo jednak kryło się w nim wiele wspomnień z ich dzieciństwa. Wszyscy spędzali z dziadkami sporo czasu. A salon, który teraz nie wyglądał najpiękniej i służył im za menelnię, był przecież miejscem, w którym Erlantz nauczył się grać. W czym pomógł mu dziadek i pianino, które stało ukryte pod zszarzałym prześcieradłem pod ścianą,
    Nie spodziewał się chyba żadnego wyznania. Chciał, żeby wiedziała, że może mu powiedzieć o tym wszystkim, czymkolwiek to było, ale chyba nie sądził, że mu się to uda. Ale jednak. Słowo za słowem, z ogromnym wysiłkiem i bólem, który bez problemu można było wyczuć w jej głosie, powiedziała mu o tym. Nie było to coś, co człowiek chce usłyszeć od swojej młodszej siostry. To jedna z tych rzeczy, której nie życzy się żadnej kobiecie, a co dopiero komuś tak bliskiemu. Komuś, z kim się wychowało i mimo wszystko rozumiało się najlepiej z całego rodzeństwa.
    Nie wiedział za bardzo, co powinien w takiej sytuacji powiedzieć. Był chujowy w pocieszaniu, chyba głównie dlatego, że sam aż za dobrze wiedział, jak te banalne frazesy w stylu wszystko będzie dobrze czy to nie Twoja wina wkurwiają i kompletnie nie pomagają. Skąd można wiedzieć, że będzie dobrze? I skąd ta pieprzona pewność, że cały ten syf w życiu, to nie ich wina? Wszystko było tylko miłym gadaniem, na siłę, żeby podnieść kogoś na duchu, tylko w sumie po co? Dlatego właśnie Erlantz początkowo nie powiedział nic, tylko uniósł rękę, aby objąć nim siostrę, ściskając ją lekko za ramię.
    - Karma nie może być aż taką szmatą - stwierdził cicho, dość przybity tym, co usłyszał. Jeśli sądził, że jego serce nie może już być bardziej złamane, to właśnie przejechał po nim traktor czy inny czołg, jak kto woli. Musiał się napić, ale wiedział, że Stella potrzebuje tego bardziej w tym momencie, więc jednak nie wyrywał się po butelkę.
    - Wiem, że to beznadziejna rzecz do usłyszenia, ale przykro mi, Stella - stwierdził cicho, odbierając od niej butelkę, gdy już skończyła tego porządnego łyka, który pewnie niejedną mniej wprawioną osobę wysłałby do łazienki. - Życie to kurwa - dodał jeszcze, jakże optymistycznie i wziął porządnego łyka, wznosząc w ten sposób chyba dość ponury toast. A niech to wszystko szlag trafi, po co to ciągnąć.


      'Cause I'm a bad habit, one you cannot shake.
      And I hope that I change.

    Patka
    Ephraim. Elfriede, Eldar, Eelia, Errol, Eudora
    piszę posty
     
    stella lanaghan



    głównie zapija smutki


    i zajmuje się rodzinną hodowlą chartów


    wspominając z żalem swoją karierę w hollywood

    stella
    lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       od nowa

      
    Sometimes life's a bitch and then you keep living.

      
    28 y.o.

      
    175 cm

      


    2020-03-14, 19:59


    Rzeczywiście, od kiedy tylko pamiętała, Erlantz był jej wyjątkowo bliski. Z Lorną dogadywała się bez słów, ale to było coś kompletnie innego. Pewnie właśnie też z tego powodu dzisiaj przyszła tutaj i właśnie się przed nim otwierała, czego nie potrafiła zrobić wcześniej u boku siostry. Wszyscy byli rodziną i choć kochali się bez wątpienia i wiele by dla siebie zrobili, każde z nich było inne. Być może Stella miała jakieś rozdwojenie jaźni skoro łączyła ze sobą te dwa światy. Ba! Aktualnie nawet znajdowała się bardziej po stronie Erla i może to ten cały mrok przerastał Lornę. Tak naprawdę pewnie przerastał nawet samą Stellę skoro dziś się tak uzewnętrzniała. Nie planowała, że to stanie się akurat tego dnia, ale najwyraźniej wyczuła moment i postanowiła popłynąć. Musiała to powiedzieć i to jemu dokładnie. Z biegiem czasu zapewne dowiedziałaby się też reszta, ale nie była na to w pełni gotowa. I nie chciała robić niczego wbrew sobie. Jeśli istniał kiedykolwiek moment w którym mogła zachowywać się tak samolubnie to właśnie chyba ten.
    Potrzebowała dłuższej chwili by dojść do siebie, ale w końcu kliknęło. Było to wyzwalające, czego dowodem pewnie były łzy, które mimowolnie spływały jej po policzkach. Początkowo je zaciekle wycierała, ale w końcu poddała się. A one też w końcu przestały spływać, albo ona była już po prostu tak pijana. Wlała w siebie już dość sporo jak na siebie. Nawet jeśli w przeciągu ostatnich miesięcy trwała w jakimś ciągu przerywanym na jakieś kilkudniowe regeneracje, to wcale nie wyrobiła się aż tak. A może się oszukiwała? - Taka prawda. - westchnęła, wycierając zapłakane oczy. - Wszystko oddałam dla tej pieprzonej kariery, pięciu minut sławy. To.. to odrażające. - krzywiąc się, oparła łokieć o kolano a o dłoń swoje czoło. - Nie istniało nic ważniejszego. Liczyło się tylko to by połechtać swoje głupie ego. Jakim mnie to czyni człowiekiem..? Sprzedałam wszystko co tylko miałam do zaoferowania. Włącznie ze sobą. - prychnęła. Aktorstwo było niegdyś jej największą pasją i miłością. Teraz nie wyobrażała sobie by miała kiedykolwiek do tego wrócić. Uniosła wzrok na chwilę do góry, ale tylko po to by wsłuchać się w toast brata. Skinęła głową, bo chyba lepiej nie dało się tego ująć. - Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że za drugim razem... naprawdę myślałam, że mogę temu podołać. Zaczęłam się cieszyć. Winston był taki szczęśliwy. - i choć na początku historii przedstawiała ją z uśmiechem, pod koniec była już tylko ponura. Znowu. - No cóż, to chyba jednak nie jest do końca takie zabawne.. - i dobrze, że wyłapała moment w którym Erlantz już wziął tego łyka to po chwili podebrała mu butelkę.


      What I need is the dandelion in the spring. The bright yellow
      that means rebirth instead of destruction. The promise that life
      can go on, no matter how bad our losses. That it can be good again.

    kotlet
    raine i reszta
    piszę posty
     
    Erlantz B. Lanaghan



    wciąż kocha Jalenę, chociaż wie, że nie powinien


    były muzyk jazzowy, zapijający smutki


    coraz trudniej mu udawać, że sobie radzi

    Erlantz B.
    Lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       w Berry ponownie od pół roku

      
    I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

      
    31 y.o.

      
    192 cm

      


    2020-03-15, 00:40


    Był czas, że wszyscy całkiem dobrze łączyli swoje odmienne charaktery i zupełnie inne podejście do życia z tym że mimo wszystko byli rodziną i wzajemnie na sobie polegali, szanowali swoje wybory i okazywali sobie wsparcie. Wiedzieli też wtedy przede wszystkim, jak ze sobą rozmawiać. A ostatnio… Cóż, ostatnio wszystko się zmieniło. Stwierdzenie, że kłopoty chodzą stadami, było w ich przypadku jak najbardziej zasadne. Najpierw stracili siostrę, potem rodziców, a w międzyczasie każde z nich przeżywało swoje mniejsze lub większe dramaty, które najwyraźniej jeszcze mocniej uwidoczniły te ich cechy, które nie każdy potrafił zrozumieć. Zresztą, trudno nie było mieć wrażenia, że oni sami nie do końca je rozumieją, więc czy mieli prawo wymagać tego od innych?
    Nie da się ukryć, że alkohol na pewno był tutaj dość mocnym pomocnikiem. Pewnie, gdyby nie była pijana, to dusiłaby to w sobie jeszcze dłużej. Cóż, być może zapijanie smutków wcale nie było takie złe, jak społeczeństwo na ogół uważało i jak powtarzali im zapewne rozsądni ludzie dookoła, taka Lorna na przykład? Trudno stwierdzić, ale chyba fajnie byłoby móc w to uwierzyć. Szkoda tylko, że ostatecznie spotkałoby się to ze sporym rozczarowaniem z ich strony. Chociaż przecież nie pierwszym i zapewne nie ostatni, a już na pewno nie najbardziej bolesnym.
    - Nie spłycaj sobie tego - zmarszczył lekko brwi. - Kochałaś aktorstw odkąd tylko pamiętam, a znam Cię całe Twoje życie - i nie kochała go dla sławy, wiedzieli przecież o tym oboje. No, przynajmniej nie tylko dla niej. Bycie gwiazdą było kuszącą perspektywą dla wielu, ale jednak był przekonany, że w jej przypadku nie była to główna motywacja. Nie miała jeszcze stałych zębów, a już paplała tylko o tym. Wiedział aż za dobrze, jak to jest, dla niego swego czasu jazz i pianino były dokładnie tym samym, a teraz… Cóż, sam nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek cokolwiek zagra. Szczerze w to wątpił. - Wszystko ostatecznie się spierdoliło i wyszło nie tak, jak miało - był to fakt, któremu trudno było zaprzeczyć, niestety. - Ale to nie tak, że marzenia wtedy były bez sensu - brzmiało to dość gorzko, ale chyba naprawdę w to wierzył. Nie wierzył za to, że w jakimkolwiek świecie możliwe było to, aby karą za gonienie za marzeniami było coś takiego. Z drugiej jednak strony, jak sam stwierdził dość dobitnie i szczerze, życie było kurwą, więc w sumie wszystko chyba było możliwe. Niestety.
    - Nie do końca zabawne - przytaknął jej smutno, oddając butelkę, chociaż w tym tempie, to za chwilę nic tam znowu nie zostanie.
    - Rozmawiałaś z nim kiedyś o tym? - dość łatwo można było się domyślić, że chodziło o Winstona. Nie brzmiało to, jak pytanie w stylu jeśli nie, to powinnaś, bo jednak był daleki od stosowania takich rozwiązań w swoim życiu. Chyba po prostu chciał wiedzieć, czy próbowała to wszystko z siebie wyrzucić i czy cokolwiek jej to dało, im dało. Bo jednak on przecież nie umiał, po prostu się od Yali odwrócił i przestał dopuszczać do swojego życia, psując to wszystko na własne życzenie. Więc, może… A może nie. Zresztą, i tak było to przecież nieważne teraz, więc widząc stan butelki trzymanej przez Stellę, nie pozostało mu nic innego jak znaleźć kolejną wypełnioną po samą szyjkę. I to akurat na szczęście mu się udało.


      'Cause I'm a bad habit, one you cannot shake.
      And I hope that I change.

    Patka
    Ephraim. Elfriede, Eldar, Eelia, Errol, Eudora
    piszę posty
     
    stella lanaghan



    głównie zapija smutki


    i zajmuje się rodzinną hodowlą chartów


    wspominając z żalem swoją karierę w hollywood

    stella
    lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       od nowa

      
    Sometimes life's a bitch and then you keep living.

      
    28 y.o.

      
    175 cm

      


    2020-03-22, 21:27


    Teraz wchodzili na dotąd nieznany teren. Nawet jeśli wyjechali z Berrylane i wydawało się, że wiedli na pozór normalne życie, ale z pewnością rodzice byli w tym wszystkim elementem dość istotnym. Do dziś pamiętała jak zabrała rodzinę na pierwszą premierę filmu; ile nerwów ją to wtedy kosztowało i jak prawie zwymiotowała na swoją sukienkę, gdyby nie rodzeństwo, które potrafiło ją wtedy rozbawić jak nikt inny. Nie doceniała tych wszystkich momentów, gdy byli razem. Teraz zrobiłaby wszystko byle tylko móc przyjść do rodziców i się ich poradzić. Nawet ostatecznie zrobić coś zupełnie na opak, ale mieć świadomość tego, że bez względu na to jak bardzo by coś zepsuła, oni byliby obok. Brała to za taki pewnik, że w pewnym momencie przestała to doceniać. A teraz co? Wszystko runęło. Odsłoniła też wszystko co tylko mogła, nie potrafiąc już dłużej trzymać tego w sobie i ukrywać przed bratem. Słysząc jego słowa, na krótką chwilę skupiła wzrok na jego twarzy. Zapłakana i już lekko opuchnięta, próbowała jakoś zmniejszyć ból palący ją w klatce piersiowej. Wiedziała, że gdyby podeszła do tematu rozsądnie i trzeźwo to zgodziłaby się z Erlantzem. Teraz jednak było jej trudniej. - I co teraz mam z tej miłości? - zapytała smutno. Owszem, na scenie była najszczęśliwsza na świecie. Mogła być największym introwertykiem w pokoju, ale gdy tylko wcielała się w konkretną postać... wchodziła w to na całego. Do typowo celebryckiego życia się nie nadawała, ale po tym jak związała się z Winstonem to wszystko się zmieniło. To było jak bajka na którą czuła, że nie zasługuje przez cały ten czas. Stąd te opory przed ślubem i wspólną przyszłością. - Myślisz, że to serio przejściowe? Że obudzimy się pewnego dnia i... nie wiem, to w jakiś sposób będzie lżejsze? - zapytała, gdy już oddał jej butelkę. Niezbyt rozsądne to było, ale nie byłaby to już pierwsza taka decyzja dzisiejszego dnia.
    Spodziewała się tego pytania. Wiedziała, że będzie jednym z pierwszych, bo przecież ciąża nie dotyczyła tylko jej. W większości jej, ale Winston był przyszłym ojcem. I też stracił dziecko. Oczywiście do tych myśli dotarła dopiero po przyjeździe tutaj, gdy nabierała perspektywy z takiej odległości. Ale nie odważyła się na jakikolwiek ruch w stronę Sheridana. Nawet nie wiedziała co u niego słychać, odcięła się całkowicie od internetowego życia. - Próbowałam. Ale nie potrafiłam wtedy.. nie wiedziałam co mówić. Nie wiedziałam co sama czuję.. na początku miałam wrażenie, że przeżywam to za mało.. potem, że za dużo... były dni, gdy nie zamieniałam z nim nawet jednego słowa.. brakowało mi słów, których wiedziałam, że on też potrzebuje. - i to była najszczersza prawda, największa jaka od niej wyszła od kiedy tu przyjechała. - Ja też tego potrzebowałam, ale też tego nie słyszałam. Nie... nie możesz mnie z resztą oceniać, sam unikasz Yali i dobrze o tym wiemy. - takim szantażem na koniec zarzuciła z obawy, że jeszcze wpadnie na jakiś pomysł krytyki. Eh, przez tą kłótnię z Lorną była jakaś przewrażliwiona. Musiała odbić chyba też piłeczkę i na moment odetchnąć.


      What I need is the dandelion in the spring. The bright yellow
      that means rebirth instead of destruction. The promise that life
      can go on, no matter how bad our losses. That it can be good again.

    kotlet
    raine i reszta
    piszę posty
     
    Erlantz B. Lanaghan



    wciąż kocha Jalenę, chociaż wie, że nie powinien


    były muzyk jazzowy, zapijający smutki


    coraz trudniej mu udawać, że sobie radzi

    Erlantz B.
    Lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       w Berry ponownie od pół roku

      
    I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

      
    31 y.o.

      
    192 cm

      


    2020-04-05, 21:29


    Rzeczywiście przez bardzo długi czas byli tą rodziną, której każda inna mogła zazdrościć. Byli bardzo od siebie różni i każde z nich wybrało zupełnie inną ścieżkę życiową, a mimo to trzymali się razem i potrafili się dogadać. Wkurzali się zapewne bardzo często, jak to w rodzinie, ale jednak ostatecznie wiedzieli, że gdzieś tam byli. Erlantz był świadomy, że stosunkowo rzadko z tego korzystał. Przynajmniej w taki standardowy sposób, raczej nie był typem człowieka, który przychodził się wyżalić, tylko wszystko trzymał w sobie i trawił w środku. Stopniowo, sam. Ale często sam fakt, że mógł do nich zadzwonić, czy wpaść i po prostu posiedzieć i pogadać o pierdołach był wystarczający. Teraz już to nie pomagało. Wykorzystywał resztki sił, aby udawać, że jest okej i robić dobrą minę do złej gry, ale sztuczny uśmiech coraz częściej zamieniał się w grymas bólu. Nawet w tym nie widział już większego sensu i nawet na to brakowało mu siły. Chociaż w tym momencie się starał bardzo mocno. Nie dla siebie, bo na to raczej było już za późno i w kwestii swojego wyjścia na prostą dawno stracił nadzieję, ale dla Stelli. Nie szło to mu niestety najlepiej najwyraźniej i serce mu pękało, jak widział ją w takiej rozsypce, ale wiedział niestety aż za dobrze, że niewiele może zrobić.
    - Nie wiem - przyznał szczerze. - Sam już naprawdę nie wiem - nie miał zielonego pojęcia, ale mimo to sam też starał się nie odrzucać kompletnie grania. To znaczy nie grał, to był fakt. Ale nie chciał udawać, że jedna z największych miłości jego życia była przyczyną całego tego zła. Chociaż jakby się nad tym zastanowić, to całkiem łatwo było znaleźć powiązania. W końcu, gdyby nie grał, to nie wracaliby wtedy zmęczeni z kolejnego koncertu i do żadnego wypadku by nie doszło. Nie zmieniłoby to tego, co przydarzyło się rodzicom czy Felicity, ale jednak pomogłoby uniknąć chociaż części jego dramatów, które doprowadziły go do tego miejsca.
    - Chciałbym w to wierzyć - stwierdził dość cierpko, krzywiąc się lekko i upijając kolejnego, solidnego łyka z ich wspólnej butelki. - Naprawdę bym chciał, ale… Raczej nie byłbym w tym miejscu, gdybym miał na to jeszcze nadzieję - niestety, taka była gorzka prawda. Wszelka nadzieja z niego uleciała już dawno i szczerze? Często sam nie wiedział, po co to wszystko jeszcze ciągnie. Chyba tylko dlatego, że zrzucanie na swoje rodzeństwo konieczność poradzenia sobie z kolejnym rodzinnym dramatem wydawała mu się zbyt egoistyczna. A może po prostu wiedział, że nie dałby rady.
    - Rozumiem - powiedział krótko, ale było to słowo przepełnione szczerością. Wiedział. Sam przecież zrobił praktycznie to samo, co chwilę później Stella mu wytknęła, co nieco zabolało. Rozmowa o Jalenie była zdecydowanie trudniejsza niż o czymkolwiek innym. Chyba nawet o wypadku byłoby lżej, chociaż to on był początkiem końca.
    - Nie oceniam Cię - westchnął ciężko. - I owszem, masz rację - raczej trudno było się z tym nie zgodzić. - Unikam Yali i wmawiam sobie, że to najlepsze rozwiązanie - dodał dość gorzko, odwracając wzrok i wbijając go w dość zakurzoną szybę okna i to, co było za nią. Podejrzewał, że Stella odbije piłeczkę i przyjdzie czas na niego. Nie bardzo wiedział jednak, co tak naprawdę jej powiedzieć, więc wstrzymał się z rozgadywaniem na jakieś pytania pomocnicze. Albo na ich brak, który byłby mu zdecydowanie bardziej na rękę.


      'Cause I'm a bad habit, one you cannot shake.
      And I hope that I change.

    Patka
    Ephraim. Elfriede, Eldar, Eelia, Errol, Eudora
    piszę posty
     
    stella lanaghan



    głównie zapija smutki


    i zajmuje się rodzinną hodowlą chartów


    wspominając z żalem swoją karierę w hollywood

    stella
    lanaghan








      
    WHITE LOG MEWS
       od nowa

      
    Sometimes life's a bitch and then you keep living.

      
    28 y.o.

      
    175 cm

      


    2020-05-03, 19:30


    Z takim nadmiarem szczęścia, troski i zgrania, nic dziwnego, że w końcu przyszło im się nacierpieć trochę więcej. Przez długie lata służyć mogli za wzór idealnej rodziny w której możesz być sobą bez względu na wszystko. Nawet jeśli ani ona ani Erl nie byli specjalnie wylewni w słowach to i tak cała gromada Lanaghanów kochała ich i nigdy nie dawała odczuć, że są pozostawieni sami sobie. Teraz, gdy pochowali zarówno ojca jak i najstarszą siostrę, cała ta idylla wydawała się być wręcz wymyślona.
    Westchnęła, bo nawet jeśli takiej odpowiedzi się spodziewała to i tak poczuła jakieś dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Wcale nie potrzebowała złotych rad, ale gdzieś tam i tak tliła się w niej iskierka gasnącej już powoli nadziei, że może znaleźliby jakiś złoty środek, rozwiązanie na wszystko. Życie było jednak trochę bardziej skomplikowane i nie dało się naprawić wszystkiego na pstryknięcie palcami czy tylko dlatego, że miało się dobre chęci. Oczywiście, że tęskniła za aktorstwem. Tęskniła za tym co dzięki temu czuła, co mogła przekazać na scenie czy na planie filmowym. Ale to była szansa jedna na milion. A ona ją spartoliła. Wszystkie dalekosiężne plany zdawały się być teraz bezcelowe i aż nad to egoistyczne. Miałaby jak gdyby nigdy nic wrócić do tego życia po tym co przeszła? Nie była na tyle silna by przestać pić i wziąć się w garść a co dopiero mowa o powrocie do pracy. Wszystkie scenariusze, które miała w planach. Wszystkie te pomysły, które spisywała i miała nadzieję na realizację. Sięgnęła po alkohol. Nie wiedziała który to już łyk, ale zaczynało już powoli jej wirować w głowie, więc musiała się rozkręcać. - Rodzice byli wierzący i gdzie ich ta cała wiara zaprowadziła? - prychnęła, od razu biorąc następny haust. - Wiem, że rozumiesz. Dlatego tu przyszłam. - westchnęła i choć zabrzmiało to trochę samolubnie to nic sobie z tego nie zrobiła. Gdyby chciała pełnej nadziei pogadanki to otworzyłaby się przed Lorną. Ale to było ostatnie czego w tej chwili chciała.
    - Przepraszam. Nie chciałam żeby to tak zabrzmiało... - jakby go oceniała czy wymagała jakieś reakcji. Ona była akurat ostatnią, która by go chciała namawiać do czegoś takiego. Do czegokolwiek tak na dobrą sprawę. No, może poza piciem. W tej sprawie miałaby wiele do powiedzenia na pewno. Na szczęście Erlantz był bardzo wyrozumiałym starszym bratem i nie miał chyba jej tego za złe, albo po prostu tego nie okazał. Jeszcze pewnie trochę posiedzieli razem, upili się do momentu w którym któreś jako pierwsze pewnie padło spać. Długie i intensywne picie ma to do siebie, że potrafi cię wyłączyć w najmniej oczekiwanym momencie. Kanapa może zbytnio wygodna nie była, ale dla ludzi w takim stanie raczej nie robiło to różnicy.

    koniec <33


      What I need is the dandelion in the spring. The bright yellow
      that means rebirth instead of destruction. The promise that life
      can go on, no matter how bad our losses. That it can be good again.

    kotlet
    raine i reszta
    piszę posty
     
    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Nie możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do: