menu


Poprzedni temat «» Następny temat
#14 are emptiness and loneliness and an unlit Christmas tree
Autor Wiadomość
Erlantz B. Lanaghan


Lives in
white log mews

w Berrylane od prawie zawsze


zapomniał, jak grać

zżera go tęsknota za Yalą

Wysłany: 2020-01-14, 09:10   
  
Erlantz B.

  
Lanaghan

  

  

  

  

  


  
I feel like I was born with a leak, and any goodness I started with just slowly spilled out of me.

  
30 yo

  
190 cm

  


wiem, że teraz chyba nie ja, ale nie wiem, jak dużo będę do końca tygodnia, więc się wpierdolę, szczególnie że Erlantz i Stella sobie poszli gdzieś :idc:

W głowie chyba już dawno zapaliła mu się czerwona lampka, dając dość jasny i wyraźny znak, że nic dobrego z tego nie wyjdzie i najrozsądniej będzie po prostu uciec. Zamiast tego jednak wybrał chyba najmniej rozsądną opcję i wyszedł ze Stellą na zewnątrz. Nie zabrał kurtki, chyba trochę w nadziei, że mroźne powietrze nieco odświeży mu umysł i pozwoli zebrać się nieco bardziej do kupy. Problem był jednak chyba taki, że Erlantz rzadko był aż tak trzeźwy, jak teraz, a ta cała rodzinna farsa była trudna do zniesienia ze wsparciem w postaci procentów, a co dopiero zupełnie na trzeźwo. Aż dziwne, że jeszcze nie dostał jakiegoś pieprzonego ataku paniki, czy czegoś w tym stylu. Chociaż miał wrażenie, że był tego dość blisko. Najwyraźniej jednak zdecydowanie dalej niż Stella, która postanowiła mieć już kompletnie wyjebane. I nie żeby jej nie rozumiał aż za dobrze, ale on jednak jeszcze nie dojrzał do tego etapu. Albo może bardziej nie wydarzyło się nic takiego, co by go do tego zmusiło, bo nie miałby już za bardzo nic do stracenia. Stety lub nie o jego problemie nadal nikt za bardzo nie wiedział. Może Yala miała pewne podejrzenia, bo jeszcze przed ich ostatecznym rozstaniem coraz częściej można było go zobaczyć z drinkiem w ręku. Jednak jego była żona nie miała raczej pojęcia, że po rozwodzie alkohol stał się jego najlepszym, o ile nie jedynym, przyjacielem i raczej też nie sądził, aby cokolwiek powiedziała Lornie czy komukolwiek innemu z jego rodziny. Więc dalej miał swój sekret, do którego nie przyznawał się nawet do końca sam przed sobą, takim był tchórzem.
- Święty spokój najwyraźniej jest dość dużym wymaganiem, nie da się ukryć - mruknął pod nosem, uśmiechając się krzywo i zerkając w stronę domu, od którego na szczęście odsunęli się na tyle, że raczej nikt ich nie widział.
- Dobrze wiesz, że nie ma to nic wspólnego z jakimś prawieniem morałów i robieniem kazań do cholery jasnej - oburzył się nieco, więc powiedział to może trochę zbyt ostro, ale zdenerwowała go też. A jednak trzeźwość nie najlepiej oddziaływała na jego samopoczucie i był jeszcze bardziej drażliwy. - Dobrze wiesz, że chodzi tylko i wyłącznie o Bowie - która dla niego nadal była dzieckiem i raczej tego nie ukrywał, że jednak starał się przed nią najbardziej cały ten syf chować i udawać, że życie wcale nie jest taką kurwą. Straciła dopiero co rodziców, a była z nich najmłodsza, więc logiczne wydawało się, że jednak dla niej ta sprawa była najcięższa i było widać, że jednak dość mocno potrzebowała tej rodzinnej normalności, na którą chyba nikt inny nie miał siły. Inaczej zapewne by tego wszystkiego nie ogarniała.
- Nie mogę powiedzieć, że Cię w tym wszystkim wspieram, bo to czyniłoby ze mnie kurewsko złego człowieka, ale dobrze wiesz, że rozumiem to wszystko aż za dobrze - powiedział już nieco łagodniej, mniej poirytowany. Zdecydowanie bardziej zmęczony, bo jednak to wszystko było naprawdę wykańczające. - Także nie traktuj mnie jak wroga, bo coś czuję, że po dzisiejszej rodzinnej kolacji cała reszta będzie miała dość mocno wyrobione zdanie w tej kwestii - dodał jeszcze, przecierając twarz dłonią i naprawdę mocno powstrzymując się przed tym, aby po prostu nie odwrócić się na pięcie i iść w cholerę, do najbliższego baru najlepiej. Ze Stellą lub bez. W sumie ostatecznie i tak na jedno wyjdzie i raczej będą patrzeć na to, jak świat płonie. Może nie cały, ale na pewno ich rodzinny.
_________________

    'Cause I'm a bad habit, one you cannot shake.
    And I hope that I change.
[Profil]
  MÓW MI: Patka
MULTI: Elfriede, Ephraim, Ethelbert
 
Maisie Lanaghan


Lives in
fallen cloud

w Berrylane od prawie roku znów


pracuję w przychodni, z której wynoszę leki

i unikam zobowiązań

Wysłany: 2020-01-17, 20:59   
  
Maisie

  
Lanaghan

  

  

  

  

  


  
.

  
29 yo

  
168 cm

  


przepraszam... :faint:

- Lepiej się spieszcie, bo specjalnie nic nie jadłam przez tydzień! - rzuciła za oddalającymi się Stellą i Erlantzem. Oczywiście nie mówiła serio. Westchnęła ciężko, gdy okazało się, że właściwie na nic się jeszcze nie spóźniła, wszystko było jeszcze przed nią. - Szkoda, miałam nadzieję, że szybko będziemy mieli tę szopkę za sobą - mruknęła już nieco ciszej, jakby mimo wszystko nie chciała, by rodzeństwo ją usłyszało. A już szczególnie Bowie, która stała za tym całym cyrkiem jakim były wspólne święta w TAKIM okresie. Gdzieś tam w głębi Maisie zdawała sobie sprawę z tego, że najmłodsza Lanaghan chciała jak najlepiej i pewnie już jutro najdą ją większe wyrzuty sumienia, że tak to wszystko postanowiła potraktować... ale dziś naprawdę nie miała ochoty na dłuższe zabawy w udawanie.
Uniosła dłonie w górę, jakby w obronnym geście, gdy i Lorna i Bowie nagle na nią siadły za nieodpowiednie zachowanie wobec ich gościa - Ja tylko mówię na głos to, co wszyscy sobie po cichu myślą! - rzuciła z lekkim wzruszeniem ramion. - Nie jest rodziną i nie powinno go tu być - dodała jeszcze, w końcu zajmując miejsce po drugiej stronie Hugo - tak, by nie siedzieć obok ani naprzeciwko Olivera. Nie zamierzała się denerwować bardziej, niż to było konieczne. Uniosła tylko oczy ku niebu, gdy rodzeństwo - to, które było obecne w salonie - zaczęło zagadywać ich niechcianego (przez nią przynajmniej) gościa. To jej też o czymś przypomniało. O czymś ważniejszym, niż jakaś choinka. I zdecydowanie mniej bolesnym, niż rozmowa o zmarłej siostrze.
- Bowie, kochanie, nie będziemy chyba jeść o suchym pysku, prawda? - zapytała, stukając paznokciem w szklankę stojącą najbliżej niej. Nie był to kieliszek do wina chociażby, ale właściwie z gorszych naczyń już pijała alkohol. Ich dobór przez siostrę ją jednak nieco zaniepokoił i dał do myślenia. - Hugo? Chyba nie pobiłeś wszystkich kieliszków w tym domu, prawda? - zażartowała nieco, szturchając brata łokciem. Chciała wybadać sytuację. Coś było nie tak.
[Profil]
  MÓW MI: ejmi
MULTI: Oliver | Toby | Vince | Noelle | Marlene | Dan
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5